Lifestyle

„Synku, jak się nie będziesz uczył, to będziesz zasuwał jak ta pani…”. Portret Kasjerki

Poli Ann
Poli Ann
9 kwietnia 2019
Fot. iStock / gorodenkoff
 

 

Gdy skończyła liceum rodzice powiedzieli, że maturę ma to idzie do pracy, a jak chce studiować to też musi zarobić, bo ich nie stać. Basia wybiera więc najbliższe miasto ze szkołą wyższą. Kierunek przyszłościowy: zarządzanie i marketing zaocznie. 

Spać będzie najpierw w tanim hostelu, dojeżdżać PKS’em zanim znajdzie pracę. Od mamy dostaje 20 zł na obiad. Czesne za pierwszy semestr opłaca sama za zarobione latem pieniądze. Pracowała w knajpie. Najpierw na zmywaku, myła też podłogi, toalety, potem przeszła na salę jako kelnerka. Całe lato harowała, żeby odłożyć jak najwięcej pieniędzy i żeby nie musieć brać od mamy, której i tak ledwo starczało do pierwszego. 

Pracę w mieście znalazła szybko. Młoda, ładna, komunikatywna. W nowym markecie potrzebowali kasjerek. Praca w tygodniu. Pensja nieduża, ale na wynajem pokoju starczy. Po tygodniu szkoleń siada przy kasie i już od pierwszego dnia dostaje kopa. W przenośni i to nie od kierownika. Autorem niniejszego kopa jest jakiś nowobogacki tatuś, co to w kolejce tak głośno rozmawia przez telefon, że wszyscy słyszą, jak daje ostrą reprymendę swojemu pracownikowi, nie przebierając w słowach. No nie hamuje się facet. I podchodząc do kasy, pokazuje synkowi Basię mówiąc tak jakby jej obok nie było: 

Synku, jak się nie będziesz uczył, to będziesz zasuwał jak ta pani. 

*całość tekstu dostępna w tomiku opowiadań „Portrety” – premiera już w grudniu 2019!


Lifestyle

NieMADKA. Kto ma prawo moją macicę i biust oceniać?

Poli Ann
Poli Ann
19 kwietnia 2019
Fot. iStock / phaustov
 

I znowu widzę, że Internet huczy. Nagłówki biją kolorami po oczach. Wow! Niesamowite! Masakra! Nie do wiary! Co się stało? – pytam się na głos, myśląc, że może tsunami, trzęsienie ziemi czy wybuch elektrowni gdzieś ma świecie. Ale nie. To u nas. Katastrofa narodowa, tak KATASTROFA, bo jakaś gwiazdka nakryła wózek pieluchą tetrową i tym samym wszystkie madki Polki wylały na Bogu ducha winną dziewczynę wiadra pomyj. Gigabajty hejtu rzecz dokładnie ujmując, określając ją mianem morderczyni. Bo bakterie, bo dziecko się udusi, bo to niezdrowo, bo nieodpowiedzialna i głupia, bo bo bo…
I takie katastrofy dzieją się w internetach niemal każdego dnia i całe rzesze rzeczonych madek z wypiekami na twarzy zapewne, gotując się w sobie, udzielają biednym celebrytkom rad, jak to prawidłowo należy pielęgnować dziecko. A ja, chcąc nie chcąc, widzę te artykuły, bo przecież trudno ich nie zauważyć skoro nagłówki ogromne, miliony wykrzykników i kolory nachalne. I szlag mnie trafia jak czasem już kliknę na ów link, przeczytam te całe trzy zdania napisane przez jakiegoś dwudziestoletniego guru dziennikarstwa, a następnie zajrzę w komentarze. Tu to już dżungla bezlitosna, bo nienawiść taka tam agresywna, że się czasem własnego telefonu boję. A jak, nie daj Boże, ktoś nieśmiało napisze, że to czyjaś osobista sprawa albo ostrzej się wypowie, że nic im do tego, kto co na wózku wiesza, to już całe tłumy wrzeszczących wykrzyknikami i emotkami madek stają w obronie maltretowanego niemalże dziecka.

Co się dzieje pytam? Kiedyś to co najwyżej się teściowa wtrącała albo sąsiadka jakaś nachalna z radami nie od parady przychodziła. A propos tego właśnie, ostatnia zasłyszana przeze mnie rada, że mało z krzesła nie spadłam? Dziecko potrzebuje cukru i ta życzliwa, babcia dzieciaka dodajmy, mimo zakazu matki owej dziecinie cukier łyżeczką dawała, co by energii jej nie zabrakło (dziecinie oczywiście, a nie babce). I choć mnie krew zalewała i zalewa nadal jak takie głupoty słyszę, to jestem w stanie jakoś sobie to wyjaśnić. Wiadomo, inne pokolenie, doświadczenia życiowe, gdzie bieda często z nędzą w parze tańcowały, toteż rumiane, pulchne poliki były oznaką i zdrowia, i dobrobytu. A dziś?

W internetach widać, że mamy kilka milionów ekspertów w dziedzinie macierzyństwa, którzy o każdej porze dnia i nocy są gotowi nieść pomoc wirtualną albo, i rzucać jadem zaciekle najpierw w bohatera postu (najczęściej niemowlaka tudzież jego opiekunkę prawną), by następnie samych siebie tymże jadem opluwać.

Zapytacie, po cholewkę czytam coś, co mnie z równowagi wyprowadza? Ano najpierw mnie to bawi. I najczęściej tak się dzieje, jak czytam, że dziewczyny już w 5 tygodniu idą na USG i z płaczem wychodzą z gabinetu (zostawiwszy lekarzowi stówę albo dwie), bo zarodka nie widać. Dodam, że i ja dziecko powiłam dekadę temu i też na USG prawie z testem ciążowym w ręku leciałam. Na szczęście jakiś mądry lekarz oświecił mnie i ostudził zapędy tłumacząc, że zarodek za mały jeszcze, że najprawdopodobniej nic nie będzie widać i po co się stresować. Poszłam więc za jakiś czas i ujrzałam na monitorze tę malutką plamkę, która dziś mnie czasem do szału doprowadza.

A wracając do tematu. Po kiego grzyba tak szybko to sprawdzać, najlepiej z płcią od razu, by po kwadransie wyjść w stresie i telepać się w nim ze dwa tygodnie, bo dopiero wtedy zarodek, mówiąc fachowo, się zagnieździ i mamusi w całej okazałości się ukaże? I żeby była jasność: NIE JESTEM PRZECIWNIKIEM BADAŃ!!! Moja ciąża była trudna i latać po specjalistach musiałam naprawdę sporo i łzy wylewałam, bo powód ku temu naprawdę był (nikomu nie życzę).

I z takich napalonych, wyedukowanych przez Wujaszka Google’a madek, co to wszystko wiedzą najlepiej, faktycznie śmiać mi się chce do rozpuku. Wtedy też zachodzę w głowę jak nasze matki nas urodzić zdołały bez takiej ilości badań, internetu i z mlekiem od krowy na dodatek? Dziw jak one w ogóle w ciążę zaszły? Ale jak czytam komentarze typu, że kobieta, która nie rodziła naturalnie i nie karmiła piersią to żadna matka, no to do jasnej Anielki aż się we mnie gotuje!!! I para mi idzie uszami. Nosem zresztą też.

A kto ma prawo moją macicę i biust oceniać, moje macierzyństwo poprzez pryzmat sposobu rozwiązania ciąży i karmienia dziecka kwestionować?? Do jasnej ciasnej, aż mi się eufemizmy wyczerpują, jak o tym pomyślę. I nawet jeśli urodziłam przez cięcie i karmiłam butelką, bo mi się tak żywnie podobało, to chyba moja sprawa i co najwyżej lekarz może krytykować takie podejście, ale nie rzesze obcych bab!!! A co mają powiedzieć te matki, ze mną na czele podkreślę, które naturalnie dziecka ze względów i fizjonomicznych, i zdrowotnych by nie urodziły? I ze względów medycznych karmić nie mogły? W ciążę miałyby nie zachodzić? No litości!!! W czym ja jestem gorsza? Matką nie jestem? Bo bóli porodowych nie znam? A wyobraźcie sobie, że znam. Przez kilka godzin miałam tę wątpliwą przyjemność je odczuwać. Bo nie wiem jakie to uczucie, gdy bobas ssie pierś? Ano nie wiem. Pamiętam natomiast doskonale ból, gdy pokarm mi zasuszano i gdy po cesarce na pół zgięta szłam do toalety i siku bałam się zrobić z obawy, że mi szwy pójdą. O grubszej robocie nawet nie wspomnę.

Swoje wypłakałam dowiedziawszy się, że ani nie urodzę naturalnie ani do piersi dziecka nie przystawię. Wyrzuty miałam jak stąd na Marsa, a tu jakieś anonimowe ekspertki mają czelność w wątpliwość poddawać kimże ja jestem?? Miesiąc po porodzie, gdy hormony mi jeszcze w ciele pijane tańczyły, to bym pewnie w łeb se dała albo w najlepszym wypadku w depresję wpadła. Dziś kiedy czytam lub słyszę tego typu teksty to patrzę dumnie po prostu na siebie i na moje dziecię, i przypominam sobie, ile milionów buziaków mi ono dało, ile przytulasów, i ile tysięcy razy mi powiedziało, że jestem najcudowniejszą mamą (tak, mamą) pod słońcem. Dałam życie, pielęgnuję najlepiej jak potrafię, kocham całym sercem. To chyba ma znaczenie?!

Moja latorośl rozwija się prawidłowo, uczy bardzo dobrze, ma wiele talentów, jest radosna i mądra. Szybko nawiązuje kontakty z rówieśnikami i jest lubiana.
Co z tego, że nie musiała się przepychać przez kanał rodny i że wyrosła na Bebiko? Co z tego, że nie wiem jak wygląda koniec porodu naturalnego (początek znam) i że cycki moje mlekiem nie płynęły? Żeby zasłużyć na miano matki muszę rodzić najlepiej dwie doby, tarzać się w kałuży krwi, mieć ciało poorane rozstępami (cholera o tym zapomniałam napisać, rozstępów nie mam…ale spokojna głowa, cellulit już tak), być szytą na żywca przez jakiegoś rzeźnika, a nie przez ginekologa z powołania? I jeszcze sutki pogryzione przez własną dziecinę mieć powinnam, też do krwi, a jakże! Tak wtedy faktycznie ta martyrologia warta jest określenia MAMA.

Więc na koniec powiem, że choć cycki i macicę mam nienaruszone, a blizna po cesarce ślicznie się zagoiła na dodatek, to dumnie odwracam głowę, gdy mój skarb woła „mamusiu”. I w poważaniu mam ten hejt madek, które swoją energię kierują w stronę telefonu tudzież laptopa, zamiast zająć się po prostu swoimi pociechami. A co!


Lifestyle

Wiosenne porządki? No ludzie! Muszę, naprawdę muszę wszystko zmieniać?

Poli Ann
Poli Ann
9 kwietnia 2019
Fot. iStock / martin-dm

No i przyszła. Jak co roku i jak zwykle czekam na nią z niecierpliwością, bo dość mam zimy, która zimy swoją pluchą i deszczem wcale nie przypomina. I naprawdę się cieszę jak głupia, gdy wiosna nadchodzi, ale z każdym rokiem czuję w związku z jej nadejściem coraz większą presję. 

Wiosna to porządki. Wszystko krzyczy, że dokładnie 21. marca należy koniecznie zacząć WIOSENNE PORZĄDKI. Wszędzie. W domu, ogrodzie, szafie, biurze, głowie i d… nawet, bo pewnie po zimie w te ukochane dżinsy z dziurami lub tę cienką ołówkową spódnicę w kwiaty się nie zmieści. Niech to szlag trafi!

I jak zawsze co roku ochoczo zakasywałam rękawy, by wszędzie, ale to absolutnie wszędzie zaprosić tę wiosnę, co to zdecydować się nie może, kiedy ma nadejść, tak w tym roku zamierzam się zbuntować. Bo w imię czego mam już teraz sięgać po ściereczkę, grabie i sekator, worki foliowe czy poradniki typu jak żyć szczęśliwie, tylko dlatego, że moje osobiste dziecko właśnie spaliło tudzież utopiło Marzannę?

A jak se posprzątam 3. kwietnia na ten przykład, ogarnę ogródek przed majówką, ciuchy w szafie wymienię pod koniec lutego, w biurze wstawię sobie kwiatki w październiku, a na dietę żadną nie przejdę, to co się stanie? Świat zachwieje się w posadach, ludzie będą wytykać mnie palcami czy może na fejsbuku o mnie napiszą???

No ludzie! Muszę, naprawdę muszę wszystko zmieniać, bo w telewizji o tym mówią, że jak wiosna to WIOSENNE PORZĄDKI? Bo wszyscy jak nakręceni wrzucają w internetach zdjęcia ogródków, pomytych okien i siebie w dresie najmodniejszym, bo sezon joggingu czas zacząć? A zimą to się nie da okien umyć, kwiatków posiadać czy biegać? Da się, bieganie przetestowałam na własnej skórze. Na nogach i butach znaczy się:)

Czy koniecznie muszę pół rzeczy z szafy wywalać, bo wystawy sklepowe i wszędobylskie reklamy informują mnie, że paski teraz to owszem są modne, ale nie poziome, lecz pionowe? I w związku z tym będę obciachem numer jeden na osiedlu, jeśli nie zastosuję się do wyżej wymienionych rad?

A jak zimą faktycznie przybrałam dwa kilo, to muszę je na wiosnę koniecznie zgubić, bo to nie wypada mieć innego rozmiaru niż sezon wcześniej? Jeśli mi samej to nie odpowiada to rozumiem. Biorę się za siebie. Wciągam getry na tyłek i spalam te kalorie w miarę możliwie najprzyjemniejszy sposób. Ale jeśli mi jest po prostu dobrze i wygodnie z tym, co sobie zimą wyhodowałam to dlaczego mam ulegać presji i jako że pora roku się nam zmieniła i Pani Wiosna oto nadejszla, to ja też mam się zmieniać? A sama z siebie i kiedy chcę to nie mogę?

A włosy muszę obciąć, skrócić, wydłużyć, zakręcić, wyprostować, przyciemnić lub rozjaśnić, bo wiosna to i nowe trendy, i należy się dostosować? No cholewka nie!!! Nie i już!!!

Kiedyś tej presji ulegałam, a jakże. Wiosna to nowa ja i WIOSENNE PORZĄDKI.

Przez tydzień do północy tyrałam w chałupie, żeby wiosnę było w domu czuć, w pracy ustawiałam doniczki z kwiatkami, choć Beata jest alergiczką (niech się hartuje dziewczyna). W kuchni cudowałam znów po nocach nowe wiosenne przepisy, bo za dnia latałam po galerii, żeby uzupełnić szafę o nową wiosenną kolekcję. Do kosmetyczki też się na litość wcisnęłam, żeby na wiosnę kwitnąco wyglądać. I oczywiście dietę też wyszukiwałam wiosenną, by wbić się w tę nową o celowo rozmiar mniejszą kolekcję. Wiosenną oczywiście. I niby wszystko było w najlepszym porządku. Wiosennym rzec, by się chciało.

Wiosna dookoła i w naturze, w domu, w pracy, i w szafie. Tylko jakoś ja taka niewiosenna byłam. Zmęczona, blada i wściekła jakbym jesienną chandrę złapała.

Dlatego w tym roku, skoro z nadejściem wiosny mają pojawić się zmiany to owszem zmienię, ale swoje podejście. WIOSENNE PORZĄDKI zrobię, tylko wtedy, gdy najdzie mnie na to ochota. I zrobię je przede wszystkim w głowie. Usiądę sobie na balkonie. Co z tego, że jeszcze łysym i bez kwiatów? I będę ze spokojem obserwować zaharowane sąsiadki, co to okna już myją. Ja je sobie umyję jak będę chciała, a jak nie umyję to co? Wiosna nie nadejdzie? Ominie mnie szerokim łukiem? Muszę sobie to wiosenne poczucie wyszorować, umyć lub kupić? Nie da się inaczej?

Ja chcę je po prostu mieć! Za darmo, dodam bezczelnie, nie kiwnąwszy palcem najmniejszym! W głowie chcę sobie tak wiosennie uporządkować, żeby nie czuć żadnej presji, przymusu czy nakazu. Będę sobie robić wszystko wtedy, gdy mam ochotę i jeśli tego naprawdę chcę, i potrzebuję.

I właśnie wtedy poczuję wiosnę! Już właściwie zaczęłam na tym balkonie, pijąc herbatkę ulubioną, choć płytki na balkonie pieruńsko brudne. I co? I nic! Zobaczyłam dookoła wiosnę spokojną, piękną i radosną. I przecież o to właśnie chodzi, prawda???