Lifestyle

Śniadanie u Tiffany’ego, czyli kiedy Audrey staje się Holly

Anna Frydrychewicz
Anna Frydrychewicz
14 lutego 2016
Fot. Screen z YouTube / EverythingAudrey.com
 

– „Ależ ja nie mogę zagrać dziwki” powiedziała Audrey Hepburn, kiedy przeczytała scenariusz „Śniadania u Tifanny’ego”. I nie zagrała. Ona po prostu stała się Holly Goligthtly, legendarną ikoną stylu, postacią z pogranicza snu i rzeczywistości. Dziewczyną do towarzystwa z bezimiennym kotem, przeszłością zupełnie nie bajkową i tysiącem złudzeń, które pozwalały jej przetrwać codzienność. To filmowe wcielenie Audrey to kreacja, której nie sposób nie pokochać. Zajrzyjmy więc na chwilę do świata Holly…

Tiffanny

 

„Dla mnie jedynym ratunkiem jest wsiąść w taksówkę i pojechać do Tiffanny’ego. Od razu się uspokajam. Tyle tam spokoju i godności. Nic złego nie może się tam zdarzyć.” – mówi młoda i piękna dziewczyna. I tak właśnie zaczyna się cała historia. Jest piąta rano, w Piątej Alei. Holly stoi przed wystawą najsłynniejszego nowojorskiego sklepu z biżuterią. Kawę z kubka zagryza bajglem.

Fot. Screen z YouTube / EverythingAudrey.com

Fot. Screen z YouTube / EverythingAudrey.com

W czarnej, długiej sukience Givenchy z włoskiej satyny (z francuskim arystokratą i kreatorem mody Hubertem de Givenchy połączyła aktorkę przyjaźń, która przetrwała wszystkie jej miłości), w naszyjniku z pereł (Audrey również je kochała) i wielkich okularach Olivera Goldsmith, wygląda jak ktoś należący do krainy luksusu i spełnionych marzeń. Oto jej „śniadanie u Tiffany’ego”, krótka chwila przywracająca emocjonalną równowagę. Ratunek, gdy Holly zmaga się z poczuciem, że „nie jest wolna”, że goni za czymś, czego prawdopodobnie nigdy nie zyska. Gdy gdzieś w jej świadomości przebija się myśl, że jest tylko całkiem zwyczajną, Lulą Mae Barnes, Tiffanny daje jej spokój i pewność, że świat, którego częścią chciałaby być, istnieje naprawdę. To urocze i smutne jednocześnie. Bo tak naprawdę Holly nie pasuje nigdzie. Jest outsiderką, która ciągle czeka, aż w jej życiu wydarzy się „coś”, co je zmieni na lepsze. „Nie wiem kim jestem – powie. – Jestem jak ten kot, bezimienny przybłęda”. Holly jest przekonana, że dopóki nie nada kotu imienia będzie wolna. Wolna od miłości, uczucia, że może do kogoś należeć i że ktoś może należeć do niej. Z tego samego powodu żyje „na walizkach”.

Mężczyźni

Odkąd w wieku 14 lat wyszła za mąż za starszego od siebie farmera by uciec prze biedą, mężczyźni są dla niej przepustką do lepszego świata, do luksusu. Są szansą na dalekie podróże i życie pozbawione troski o jutro. Holly jest na bieżąco z listą 50 najbogatszych mężczyzn przed 50-tką i otwarcie mówi o tym, że „poluje na męża”.

 

Ale to wszystko nie jest takie proste, bo i natura Holly jest złożona. Choć dziewczyna bywa wyrachowana (o mężczyznach mówi „szczury” lub „super szczury”) i zdeterminowana, by wykorzystać męskie zainteresowanie dla swoich celów, potrafi być jednocześnie dobroduszna i współczująca.

Fot. Screen z YouTube / EverythingAudrey.com

Fot. Screen z YouTube / EverythingAudrey.com

W każdy czwartek przed południem odwiedza w więzieniu zafascynowanego nią gangstera. Wie, jak wiele to dla niego znaczy. Subtelna, nieco postrzelona i urocza Holly wymyka się wszelkim schematom.

Złudzenia

Kierują życiem Holly. Zmieniła imię by zaczarować rzeczywistość. Wypiera przeszłość, przez którą tak naprawdę stała się tym, kim jest. Wiecznie snuje plany i marzenia, których nigdy nie zrealizuje.

Opowiada o hodowli koni, którą będzie prowadzić wraz z bratem, w Meksyku. Ale w jej wielkich, ciemnych oczach widać lęk i cierpienie. Holly stworzyła w sobie złudne poczucie, że może być do końca wolna i niezależna. Do tego dąży. Ale jest również uczuciowa i w głębi serca pragnie być kochaną. Dopóki nie zrozumie i nie przyzna przed samą sobą, że nic nie da jej wolności poza miłością, będzie outsiderką. Audrey Hepburn jest w tej roli niezwykle wiarygodna i naturalna, choć sama dość mocno stąpała po ziemi. Jej żywiołem było działanie – na rzecz innych.  W dzieciństwie i wczesnej młodości zaznała głodu podczas okupacji niemieckiej, w dorosłym życiu za cel obrała sobie niesienie pomocy niedożywionym dzieciom z krajów Trzeciego Świata.  „Urodziłam się z ogromną potrzebą czułości i straszliwą potrzebą jej dawania” – mówiła.

Miłość

IMG_20160213_190505

Fot. Screen z YouTube / EverythingAudrey.com

IMG_20160213_190614

Fot. Screen z YouTube / EverythingAudrey.com

Jest życiową awarią. Kiedy przychodzi, Holly nie wie co z nią zrobić. Ucieka, bo uważa, że miłość zniewala. W chwili, gdy uświadamia sobie jak dalece zabrnęła w ślepą uliczkę, w akcie rozpaczy wyrzuca z samochodu swojego kota, bo nie chce już należeć do nikogo. Paula, z którym połączy ją uczucie, na wszelki wypadek nazywa imieniem swojego brata. W ten sposób chce stworzyć bezpieczny dystans. Bo czy młody pisarz, który sam jest utrzymankiem, może dać jej biżuterię od Tifanny’ego? A jednak on czeka. Instynktownie wie, że być może w całym Nowym Jorku nie ma dwójki tak podobnych do siebie ludzi. Dla niego również ta miłość jest czymś nieoczekiwanym, czymś co burzy jego wewnętrzny porządek i plany. Paradoksalnie tych dwoje, pogubionych ludzi jest dla siebie jedyną nadzieją. On dla niej – na spokój, stabilizację, szczere uczucie. Ona dla niego zaś na artystyczną inspirację, która pozwoli przerwać twórczą stagnację. Ale czy Holly i Paul mają szanse na szczęście, które będzie trwało?

IMG_20160213_190545

Fot. Screen z YouTube / EverythingAudrey.com

„Dziewczyna nie może takich rzeczy czytać bez stanika” – mówi Holly po lekturze pożegnalnego listu od kochanka. Autor powieści, na bazie której powstał film widział w głównej roli Marylin Monroe. Ale to Audrey zaśpiewała „Moon river”, piosenkę którą Henry Mancini, skomponował jako  motyw przewodni filmu. – „Moon River” była napisana dla niej (dla Audrey Hepburn – przyp. red.). Nikt inny nie rozumiał jej tak całkowicie – wyznał po latach Mancini.

A czego chciała Audrey, w prawdziwym życiu? Przede wszystkim chciała mieć rodzinę. Mężczyźni za nią szaleli. Ale ona podejmowała decyzje dość rozważnie. Z Williamem Holdenem  Hepburn zerwała zaręczyny, gdy dowiedziała się, że narzeczony jest bezpłodny.  Kilka miesięcy później związała się z Melem Ferrera, amerykańskim aktorem i producentem. Para wzięła ślub i doczekała się syna – Seana. Związek rozpadł się jednak w 1967 roku. Mąż z trudem znosił sukcesy żony, a ona kochała swoją niezależność.W 1969 roku Audrey wyszła za mąż ponownie, za Włocha Andreę Dottiego, z którym miała syna, Lucę. Ale i to małżeństwo nie przetrwało, głównie z powodu niewierności męża Audrey (pod koniec związku oboje mieli romanse). Ostatnim partnerem aktorki był poznany w 1980. roku  holenderski aktor Robert Wolders, z którym związana była do swojej śmierci, w 1993 roku.

W „Śniadaniu u Tifanny’ego” zadziałała magia i niezwykły talent Audrey, która do dziś podbija swoją kreacją nasze serca. To dzięki niej Holly jest postacią tak uroczą, pogubioną i złożoną. Legendą i ikoną stylu. – „Bóg cmoknął ją w policzek i tak już zostało” – powiedział o Audrey Billy Wilder. 


Lifestyle

Joanna Keszka: „Tymczasem „lubię seks”, to znaczy: „jestem selektywna, wiem co lubię”. A nie: „lubię i chcę ciebie śliniący się matole”

Anna Frydrychewicz
Anna Frydrychewicz
14 lutego 2016
Joanna Keszka Autorka najodważniejszej polskiej książki o seksie pt. „Grzeczna to już byłam czyli kobiecy przewodnik po seksie”
Fot. Screen z YouTube / BarbarellaPL – Joanna Keszka Autorka najodważniejszej polskiej książki o seksie pt. „Grzeczna to już byłam czyli kobiecy przewodnik po seksie”
 

Przestańmy udawać, że seks nie sprawia nam przyjemności. Mówmy głośno o tym, że lubimy seks, czasami bardziej niż mężczyźni. I uczmy się, jak czerpać zadowolenie z seksu, a nie tylko przeżywać orgazmy po cichu i jedynie dbać o zadowolenie partnera. Kobieta, która lubi seks, nie jest rozwiązłą, jest świadomą swojej seksualności – a to duża różnica. O seksualności kobiet, przepisie na udany seks w związku rozmawiamy z Joanną Keszka.

Anna Frydrychewicz: Kobiety chętniej odwiedzają sex shopy? Czy może nadal udają, że to tylko przez przypadek?  

Joanna Keszka: Do mojego butiku Polki przychodzą od kilku lat i zdarzyło mi się kilka osób, które powiedziały: „ja tu tylko przez przypadek”, ale żeby do mnie wejść trzeba nacisnąć domofon, więc nie da się przez przypadek. Tutaj przychodzą osoby, które wiedzą dokładnie dokąd zmierzają. Są zainteresowane tematem seksualności, otwarte. Przychodzą z uśmiechem i z uśmiechem wychodzą. Rozmawiamy i o gadżetach i odkrywaniu swojej seksualności, radości z seksu.

Pytają, co kupić, proszą o radę?

No oczywiście, bo trzeba pamiętać, że na końcu każdego gadżetu jest człowiek. A żeby doradzać, to trzeba posiadać wiedzę na temat gadżetów, także praktyczną. Ja testuje wszystkie te gadżety, nie mam ich ogromnej ilości, ale za to starannie wyselekcjonowane. Więc kobiety przychodzą, ale już wiedzą, że kupić to jedna rzecz, ale włączyć do wspólnej zabawy to inna historia. No i jeszcze umieć wybrać coś, co pomoże nam czuć się lepiej i bawić się lepiej. Czasem przychodzą z partnerami „na przeszkolenie”. „Niech pani to teraz powtórzy mojemu mężowi” – mówią.

My nadal kupujemy gadżety chcąc zrobić partnerowi, a nie sobie lepiej w łóżku?

To jest najczęstszy temat moich rozmów z kobietami. Nie ukrywajmy, nie żyjemy w kraju, w którym celebruje się kobiecą seksualność i zachęca się kobiety do odkrywania radości z seksu, do odczuwania dumy ze swojej seksualności. Nie ta szerokość geograficzna. W naszym kraju ciągle ta seksualność jest używana do kontrolowania i ograniczania kobiet, a nie po to, by pokazywać jak cieszyć się życiem. Nasze patriarchalne społeczeństwo nie potrzebuje kobiet, które są zaprzyjaźnione ze swoją seksualnością, kobiety wręcz starszy się seksem.

Dlaczego?

Proszę zauważyć, jak często w sferze seksualnej z kobietami jest „coś nie tak”. Chcemy seksu – to znaczy, że jesteśmy niewyżyte, że mamy fanaberie, albo że jesteśmy puszczalskie. Mamy mało seksu, też dostajemy po głowie, bo zaraz się okazuje, że nie potrafimy się zatroszczyć o męża. Sfera seksualna, to jest obszar, w którym kobiety nie czują się pewnie. Nigdy nie wiedzą, czy one się na przykład za mało interesują tym seksem, czy za dużo. Przychodzą do mnie ciekawe życia, inteligentne fajne kobiety i mówią o obawach, które zostały im wpojone. One maja ochotę cieszyć się seksem, ale się boją, że może się wygłupią, że partner je wyśmieje, że to może zostać wykorzystane przeciwko nim.

Co jeszcze mówią?

Wydaje mi się, że każda kobieta w Polsce doświadczyła takiego „uderzenia” poprzez odwołanie do sfery seksualnej. A to jest bolesne i sprawia, że czujemy się bezradne. Na przykład taki komplement „jesteś rozerotyzowana”. Właściwie to jest taki zarzut wprost, że jesteś jakaś „za bardzo”. Akcentujesz w jakiś sposób swoją seksualność – na przykład mówisz głośno, że lubisz seks. Czyli: „jesteś łatwa, nie szanujesz się”. I to może być niebezpieczne, bo wiedza panów jest niewielka. Jak facet słyszy, że kobieta lubi seks, to  stwierdza, że to atut. Ale często też uważa, że w takim razie może przekroczyć granice. Tymczasem „lubię seks”, to znaczy „jestem selektywna, wiem co lubię”. A nie: „lubię i chcę ciebie śliniący się matole”. Więc kobiety rezygnują i nie akcentują tej swojej seksualności.

Fot. Facebook/Radość z seksu . Barbarella.pl

Fot. Facebook/Radość z seksu . Barbarella.pl

Czyli to obawy, a nie zwykła pruderia?

Nie, my jesteśmy całkiem normalne. Jeżdżę po całej Polsce, spotykam się z kobietami i jak tylko zaczynamy rozmawiać na temat seksu, gdziekolwiek jestem – czy w Warszawie, czy w małej miejscowości pod Katowicami czy Krakowem, kobiety na tematy dotyczące seksualności reagują bardzo normalnie.

Potrafimy o seksie bez wstydu?

Tam, gdzie jest bezpieczna przestrzeń – tak. Moje rozmówczynie uśmiechają się, są ciekawe. Często słyszę: „Szkoda, że tak późno pani przyjechała”. Najbardziej brakuje nam przestrzeni, społecznego przyzwolenia. Kobiety od małego uczy się, że sfera seksualna to z jednej strony źródło niebezpieczeństwa, a z drugiej strony  taka”waluta” kobieca. Trzeba się szanować, bo jak będziemy seksualnością szafować to mówiąc brzydko „wypstrykamy się” z tej naszej waluty i nikt nas nie będzie chciał. Ale jednocześnie jeszcze wpaja się nam, że mamy tą seksualnością przyciągać do siebie partnera i go zaspokajać. No i wygląd. Raniące jest to, że sfera seksualna kobiet ogranicza się do wyglądu.

Chodzi tylko o opakowanie?

Tak, „seksi” w stosunku do kobiety to określony wygląd. Młoda, szczupła, duży biust, napompowane usta… Mówimy: „ona jest seksi”, bo przyciąga wzrok, ale przecież nic nie wiemy o jej życiu seksualnym: czy ona potrafi powiedzieć czego chce, a czego nie chce, czy cieszy się życiem erotycznym, czy ma wymagania erotyczne w stosunku do partnera? To nie jest już ważne i nikogo nie interesuje.W ogóle muszę powiedzieć, że nikt nas nie uczy rzeczy podstawowych na temat seksualności. Mówi się nam: uważaj żeby nie zajść w ciążę, nie prowokuj. Ale nie uczy się nas stawiania granic. Żeby cieszyć się sferą seksualną, trzeba umieć wyznaczać granice. A my dojrzewamy i jesteśmy rzucane w tę seksualność jak w rwąca rzekę. Nie mamy narzędzi, żeby nią kierować.

I co wtedy?

Jak trafimy na dobrego partnera, to jest OK. Ale często jest tak, że nasz partner przekracza nasze granice. Straszy się nas, że zostaniemy zgwałcone ciemną nocą, że napadnie nas ktoś obcy. A proszę zauważyć, że przemoc seksualna bardzo często zdarza się na randkach, w stałych związkach i małżeństwach. Kobiety nie potrafią wyznaczać granic, partnerzy ich nie szanują. Wiadomo, jak kobieta mówi „nie” to i tak myśli: „tak”. Głupio jej mu odmówić, bo przecież sama się zgodziła żeby się z nim spotkać. Boi się wycofać, nauczono ją, że nie może wymagać od faceta, żeby zrezygnował. Tymczasem to my decydujemy o tym, co się dzieje z naszymi ciałami, a kobieta ma prawo zrezygnować z rozwijania się sytuacji erotycznej na każdym etapie.

 Czy potrafimy o tym rozmawiać z dorastającymi córkami?

Nie, bo same nie potrafimy wyznaczać granic. Część kobiet nie radzi sobie z tą sferą seksualną i wycofuje się z niej. Daje córce zły przekaz na temat seksu: to tylko obowiązek małżeński, przykra konieczność. Ale muszę przyznać, że to się zmienia. Przychodzi do mnie spora grupa kobiet po 30-tce i po 40-tce i po 50-tce. I one mówią, że chcą tę swoją seksualność odkryć na nowo. Właśnie po to, by być dla swoich córek pozytywnym wzorcem.  Mówią,  że nie chcą przekazywać tego niepokoju, poczucia wstydu. Chcą zaprzyjaźniać się ze swoim ciałem, odkrywać, jak czerpać z niego przyjemność. A ja opowiadam o tym, że seks to powinna być zabawa, że nie powinien być sprowadzony tylko do penetracji. Że dobrze jest pozwolić sobie na taką dzikość, a nie udawać w sypialni kochanków doskonałych albo eleganckie damy. Takie, które mają tylko cichy orgazm.

Żeby on poczuł się lepiej.

Tak, żeby poczuł się mężczyzną. Namawiam też do tego, żeby planować seks. Bo istnieje mit, że dobry seks to seks spontaniczny, a ja się z tym nie zgadzam.

To jaki seks jest dobry?

Pierwsza podstawowa zasada: dobrze żeby był. Życie bez seksu jest smutne, szczególnie w związku. Pamiętajmy, że seks łączy ludzi i naprawdę ma znaczenie. Druga rzecz to właśnie przyznanie się przed sobą nawzajem, że seks jest dla nas ważny. Niech to będzie jasne. Podkreślmy, że w naszym związku chcemy się o tę sferę seksualną zatroszczyć. Trzecia rzecz to rozmowa. Na początek  ze sobą: o tym, jakie mam oczekiwania od sfery seksualnej. Jest takie ćwiczenie: zamknij oczy i  wyobraź sobie, co by się działo w twojej sypialni, gdyby cię nic nie ograniczało, gdybyś nie miała poczucia wstydu, nie obawiała się odrzucenia. Jak wyglądałyby twoje doświadczenia erotyczne? I podążaj za tym.

Tylko trzeba się jeszcze zdobyć je zrealizować.

Czasami niewiele trzeba, żeby to zrobić. Matka natura stworzyła nas w taki sposób, żebyśmy mogły cieszyć się seksem. Jako jedyne mamy ten organ na mapie ciała – łechtaczkę. Ona jest stworzona tylko i wyłącznie do tego, żebyśmy odczuwały przyjemność. Wracając do podstaw udanego seksu w związku, jest jeszcze czwarty punkt: otwartość. Bądź otwarta i pozwalaj też innym cieszyć się seksem. Osoby, które odmawiają innym radości z życia i seksu, często tylko udają, że ich seks nie interesuje. Chcą mieć opinie osoby moralnej, „normalnej”, w ich wyobrażeniu oczywiście. No ale gdzieś te niezrealizowane fantazje erotyczne bolą i gniotą. A w stosunku do osób spełnionych w seksie pojawia się agresja.

Ale z tą naszą wiedzą raczej kiepsko.

Często wszystko, co wiemy ogranicza się do wiedzy z filmików w Internecie, które maja niewiele wspólnego z rzeczywistością. Może  fajnie się to ogląda, ale prawdy nie ma w tym żadnej. Oglądamy sobie te filmy porno: pozycja taka i owaka i myślimy, że o seksie wiemy wszystko. OK, pozycje. A znasz gry, zabawy erotyczne? Erotyczne komplementy na ostro, na słodko? Nie. A potem się okazuje, że w naszej sypialni ciągle ten sam schemat: on ma erekcję, więc penis idzie do pochwy. Ona jest borowana tym penisem jak młotem pneumatycznym, a na koniec udaje, że jest super. Kobiety maja dużo dobrej woli i entuzjazmu, i radość z seksu chciałyby czerpać z różnych jego form. Nie chcę zostać źle zrozumiana: „szybkie numerki” też są OK. Oby tylko nasze życie seksualne nie było serią samych szybkich numerków. Oby nie przypominało stołówkowego menu: z głodu nie umrzemy, ale podniebienia nie dopieści…

Ale do tego trzeba rozmowy.

Wiem, że dużo kobiet boi się tych rozmów z partnerami, boi się zaproponować coś nowego. I tu znów wracamy do stereotypów, do myślenia, że rolą mężczyzny jest bycie tym aktywnym w łóżku. Tyle możemy eksperymentować w sypialni ile nam zaproponuje nasz partner. Jeśli kobieta wychodzi z inicjatywą, to pewna grupa panów odbiera to  jako atak na swoje ego. I to właśnie jest efekt braku wiedzy. I przekonania panów, że seks jest męska sferą, a kobieta ma się zadowolić… zadowalaniem mężczyzny.

Właśnie…

Powinnyśmy zauważyć, że ta sfera seksualna jest ważną częścią związków i nas samych. Wszystkie rozmowy na temat seksu zaczynam tak: sfera seksualna uczy nas być po swojej stronie. Żeby się nią cieszyć,  trzeba myśleć o sobie w pierwszej osobie: czego ja pragnę, co powoduje, że czuję się lepiej? Bo o ile skupiamy się na zaspokajaniu męskich fantazji, to grono „kibiców” jest duże. Ale kiedy kobieta chce czegoś dla siebie to zaczynają się schody. Często mówi się nam wprost, żebyśmy nie frustrowały partnera zbyt wysokimi oczekiwaniami. A ja mówię: my, Polki nie mamy w stosunku do mężczyzn zbyt wysokich oczekiwań, mamy je zbyt małe, a przez to mężczyźni czują, że w seksie mogą sobie pozwolić na bylejakość. Mi się marzy, żeby i to co męskie było ważne, i to co kobiece było ważne.


 

Fot. Screen z YouTube / BarbarellaPL

Fot. Screen z YouTube / BarbarellaPL

Joanna Keszka

Autorka najodważniejszej polskiej książki o seksie pt. „Grzeczna to już byłam czyli kobiecy przewodnik po seksie”. Prowadzi program TV pt. „Szkoła Seksu Joanny Keszka” na kanale Planete+. Ekspertka w dziedzinie kobiecej seksualności, pisarka scenariuszy erotycznych i nieustraszona testerka wibratorów, redaktorka naczelna Barbarella.pl – „Najseksowniejszy portal dla kobiet”, prowadzi butik LoveStore.Barbarella.pl – „Pierwszy w Polsce LoveStore dla kobiet i dla par”.


Lifestyle

Dlaczego kochamy? Jak się okazuje – często za nieoczywiste rzeczy. Obejrzyjcie koniecznie

Ewa Raczyńska
Ewa Raczyńska
14 lutego 2016
Fot.Screen/You Tube

Za co można kochać najbliższą osobę? Za to, że jest, że czujemy się przy niej bezpiecznie, że daje nam wsparcie i zrozumienie. To prawda. Ale często też kochamy za drobnostki, za rzeczy, o których nie mówimy. 

Walentynki można obchodzić, ale nie trzeba. Są tacy, którzy czekają na romantyczne gesty i ci, dla których to dzień jak każdy inny. Jedno jest pewne – od czasu do czasu warto powiedzieć sobie nawzajem, dlaczego kochamy – na różnym etapie związku.

Obejrzyjcie film i zobaczcie trzy pary, które powiedziały co kochają w sobie nawzajem – miało to być coś, czego nie mówili sobie nigdy wcześniej. Może dla was stanie się to inspiracją.


Zobacz także

Jak okradasz się ze szczęścia. 10 nawyków, które uniemożliwiają ci osiągnięcie zadowolenia z życia

Gabriela, Wanda, Agnieszka, Łucja, Tosia. Jedyne czego pragną to zniknąć… GWAŁT

Co dała mi pandemia? Pierwszy raz w życiu okazało się, że nieidealna też jestem dobra