Lifestyle

Siostry Miłosierdzia. Nieustannie ratujemy, bronimy, wspieramy. Ale czy nam to odpowiada?

Agnieszka W Sioła
Agnieszka W Sioła
23 lipca 2021
fot. PeopleImages/iStock
 

Od razu w uszach mi gra muzyka zespołu „Sisters of Mercy”😊. A tak serio, to zastanawiałam się skąd u nas takie poświęcenie, empatia i służba innym? Skąd to do nas przychodzi? Z urodzenia, wiary, kodów rodowych? Ile z nas jest pielęgniarkami, nauczycielkami, lekarzami, adwokatami? I nie chodzi mi tylko o wykształcenie, a to jak zachowujemy się w życiu codziennym.

Niemal nieustannie kogoś ratujemy, bronimy i wspieramy. Wspieranie jest energią kobiecą i to jest wspaniałe. Czyli to czego mężczyznom najbardziej brakuje: wiary w nich i wsparcia słowem i czynem. Natomiast my się ciągle jeszcze bawimy w siostry miłosierdzia. Czy nas o to ktoś prosi czy nie, to ratujemy, leczymy, rzucamy wszystko i biegniemy pomagać. Potrafimy poruszyć niebo i ziemię, aby pomóc ukochanemu. Nawet wtedy, kiedy on o to nie prosi. Jaki jest efekt? A taki, że otrzepie się i pójdzie. A jeszcze jest scenariusz, że zostanie bo mu wygodnie mieć osobę, która jest na tyle silna emocjonalnie, że wszystko załatwi i zrobi, a on odpocznie. Czy Wam to odpowiada?

Każdy w swoim życiu przychodzi na ten świat ze swoją misją, ale też i z lekcjami do przerobienia i odrobienia. I to nie jest tak, że to, co nas w życiu spotyka, to taka złośliwość i dopust boży. Nie. To, takie „dziabnięcie” palcem w ramię „zobacz co robisz i jak się z tym czujesz i twoi bliscy”. Brzmi to trochę mistycznie i ezoterycznie, aczkolwiek każdy z nas w coś wierzy. Niektórzy z nas mają trudne doświadczenia w życiu czyli „lekcje” do przerobienia i muszą je przejść, po to aby wejść na wyższy poziom. Aby móc się rozwinąć. To właśnie „lekcje” dają nam rozwój, są drogą która przynosi nam upragniony cel i wyższy poziom świadomości. To także „ucha igielne” związków, które albo dzięki temu się rozwiną, albo rozpadną.

My, kobiety cierpimy, gdy widzimy że naszemu ukochanemu coś się dzieje. A to niesprawiedliwość w pracy, a to koledzy czy koleżanki, którzy go wykorzystują. A już jesteśmy mistrzyniami w leczeniu z uzależnień, chorób, relacji które jemu nie służą. Jesteśmy w stanie wyrzec się własnej rodziny jeśli okaże się, że nie akceptuje wybrańca serca. Wręcz wytoczyć wojnę.

Niestety, zbawianie świata świetnie nam wychodzi, tylko nie ma w tym nic dla nas. Często zostajemy z niczym, poranione, chore, bez słowa „dziękuję”. A nasz „motylek” jak grzązł w błocie, z którego na chwilę dzięki nam wyszedł, tak znowu się tam ładuje. Dlaczego? Bo to jest jego lekcja, jego emocje i on bierze za nie odpowiedzialność. On musi przejść i przeżyć to życie. Nie my za niego. To jest jak bawienie się w Boga lub Matkę Boską. Bawienie się w los, który ma zmienić czyichś los i przeznaczenie, czyli wchodzenie w nieswoje buty. I wiem, że boli gdy się patrzy na ukochaną osobę jak cierpi i czuje niesprawiedliwość. Wiem, bo sama ratowałam. Efekt jest taki, że wchodzimy w energię mamusiek i zaczynamy osłabiać związek. Niech mężczyzna zajmie się sobą, a my sobą. To da najlepszy efekt.

I chcę Wam powiedzieć, że wiem o czym piszę. Ratowałam partnera ze: złośliwego raka, uzależnień, byłej żony, z braku pracy. Zaangażowałam się na 1000%, oddając swoją energię. Rak został wyleczony, a okazało się że miłość do wódki była mu bliższa ode mnie, a ponadto brak chęci do pracy. Aby nie pił i był zajęty, a jednocześnie żeby nie myślał o chemioterapii, to załatwiałam mu pracę i zlecenia. Owszem pracował, jak mu załatwiłam, a przy okazji też pił. Bo lubił. Jak przestałam załatwiać pracę, to było leżenie na kanapie i z obowiązkową buteleczką. Nie pomagały tłumaczenia, płacz, zaklinanie się na miłość i związek, groźby i prośby.

Kolejny przykład to też uzależnienie i praca. Opowiadał jak to każdy chce z nim pracować, jakie miał stanowiska i ile kasy. „No ale skoro Ty pracujesz w takiej firmie, to możesz mi coś załatwić?”. I jak myślicie? Oczywiście, że załatwiłam. Potem było jojczenie, że nie to stanowisko i nie ta kasa. A w sumie nikt nie „drapał” do jego drzwi z lepszą dla niego ofertą.

Jest jeszcze taki aspekt, że wiele z nas już bardzo dużo w życiu osiągnęło. Karierę, pieniądze, związki, rodzinę. Czasem jesteśmy na nowym etapie życia i pojawia się mężczyzna, którego pokochamy, ale który nie ma tyle co my i chcemy go za wszelką cenę „podciągnąć” do swojego poziomu. Podzielić się tym co mamy. Nigdy tego nie róbcie. Mamuśkowanie zamiast bycia partnerką, to zabijanie związku. Właśnie przez takie pomaganie i ratowanie. I nawet dawanie przysłowiowej „wędki” może się obrócić przeciwko nam. To kastracja facetów.

Zapytajcie się siebie co Wam to daje? Chcecie być lepsze? Mieć kontrolę nad nimi? Zobaczcie sobie na ile Wasze ratowanie jest robieniem tego z potrzeby serca i widzicie, że Wasz partner się odwdzięcza i ceni to co robicie – choć lepiej nigdy niczego nie oczekiwać, aby się nie rozczarować😉 A na ile jest to wysługiwanie się Wami? Czy też robicie to dlatego, że chcecie się u niego zasłużyć? Komu służycie? Zasłużyć na docenienie, więcej miłości, zauważenie Was, wdzięczność?

Dziewczyny radary na siebie, a jak Wam czegoś brakuje i chcecie tego od partnera, to najpierw dajcie to sobie. Bo to jest Wasz brak, a nie jego. Bo to nie chodzi o nich.

Powiem Wam, że niezależnie od tego, jaki macie pomysł na ratowanie i zasługiwanie, odrzućcie to. A wraz z tym płonne nadzieje i oczekiwania. Mężczyźni są mądrzy, oni dobrze wiedzą, co mają robić i pozwólmy im na to. Nie bądźmy mamusiami, które chwycą za telefon i zbawią dla ukochanego cały świat. Wiem, że przykro się patrzy jak partner cierpi. Jednak nie pomagajmy, a wzmocnijmy go słowem i gestem. Wesprzyjmy. A nie załatwiajmy za nich. Nie zmieniajmy ich losu i drogi życia. Ktoś mądry powiedział mi kiedyś piękną afirmację „Szanuję decyzję Twojej duszy”. I to jest clue miłości.


Lifestyle

Coraz szybciej odpuszczamy i z łatwością zatrzaskujemy drzwi. Unosimy się dumą. Tak jest najprościej

Agnieszka W Sioła
Agnieszka W Sioła
29 lipca 2021
fot. Rudzhan Nagiev/iStock
 

Nikt nie lubi się kłócić i potem przeżywać cichych dni. Oglądanie obrażonego focha na twarzy partnera strzelanie drzwiami, to już się kiszki skręcają. Jednak kłótnia, a nawet czasem rozstanie, jest spoiwem związku. To oczyszczenie emocji, stawianie granic, powiedzenie tego co przeszkadza. To kolejny etap rozwoju dwojga ludzi, ale też nauka wzajemnego słuchania się i wyciągania wniosków.

Te słowa dedykuję M. Mężczyźnie, który ma dzisiaj swoje urodziny, który jest w moim sercu.

Chwilowe rozstanie? Tak. Cisza też jest ważna, naładowanie baterii, przemyślenie i poczucie co zawiodło i o co chodzi? Czy to emocje moje, czy partnera? A może jakaś rana z dzieciństwa się ujawniła i coś trzeba przepracować. Przepracować, a nie uciekać.

Nieraz, gdy jest drażliwy temat, uciekamy. A to zagadując innym tematem, a to uciekając w obowiązki lub po prostu nie słuchamy. Nic to nie da. Uciekanie od tematów, które nie są wygodne to jak tępienie słuchu i zamykanie komuś ust. Prowadzi do choroby, a nie do uzdrowienia. Gdy nie jesteśmy słuchani, gdy druga osoba próbuje nam zamknąć usta, lub wyśmiewa nasze słowa, lub manipuluje nami aby wpuścić nas w poczucie winy, to wtedy zamykamy się w sobie, tłumimy siebie. Odbieramy sobie moc … bo nie chcemy się narazić i robić awantury w domu.

Awantura jest potrzebna tak jak i cisza. Dostosowywanie się do partnera za wszelką cenę, po to aby było „MIŁO” oznacza zaprzedanie samej siebie. Oddanie swoich granic, pragnień, ideałów, osobowości. To też stanie się nieatrakcyjnym dla partnera. Co mężczyzn kręci? Samowystarczalne kobiety, które znają swoją wartość i umieją stawiać granice, mówić o nich i ich wymagać. Małe myszki, potulne, którym wystarczy kawałeczek starego serka, są dla kocura wręcz niestrawne. Ani sam się za nimi nie nagoni, ani nie zabawi. Połknie i nawet nie poczuje kiedy.

COVID pokazał, że nie potrafimy ze sobą dłużej wysiedzieć, rozmawiać, nie znamy bliskości i tolerancji. Ba! Nawet siebie nie lubimy. Jest bardzo dużo rozstań. I nawet nie potrafimy o siebie zawalczyć, dać drugiej szansy. Jakby się wszyscy naoglądali seriali jak się rzuca i kropka. A przecież nasi rodzice i dziadkowie robili wszystko, aby być ze sobą jak najdłużej. Czasem, fakt, było to szkodliwe, mimo to, jest to jakiś przykład umiejętności wybaczania. Nie mówię tutaj o sytuacjach przemocy, poniżania, wykorzystywania, bo na to nie ma zgody. Mówię o dogadywaniu się, kompromisach, ustępowaniu jeśli nie jest to coś co jest ważne nad życie.

My coraz szybciej odpuszczamy i z łatwością zatrzaskujemy drzwi. Coraz rzadziej mówimy o daniu sobie szansy, drugiej, trzeciej, dziesiątej. Unosimy się naszą dumą i ego. Częściej wygadamy się przyjaciółce lub matce, zamiast właśnie szczerze porozmawiać z partnerem. Łatwiej jest nam się spakować, bo plan ucieczki już mamy w głowie, i po prostu wyjść. Może zacznijmy od tego skąd „ucieczki”?

Gdy robi nam się gorąca atmosfera i padają słowa, które są nie do wybaczenia. Gdy następuje zdrada, lub zaniedbanie, jest to dla nas nie do wybaczenia. W głowie już mamy plan co gdzie mamy w szafach, gdzie i jakie pieniądze, co z robić z dzieckiem i gdzie się wynieść. Jeśli dobrze pokopiemy w sobie, to znajdziemy konstruktora jest sytuacji. Czyli czas kiedy zostaliśmy odrzuceni lub zawiedzeni przez naszych rodziców lub opiekunów. Kiedy okazuje się, że nas wychowywali dziadkowie, bo rodzice nie mieli czasu lub możliwości, lub po prostu nie czuli roli rodzica. Wtedy uciekamy przed prawdziwym uczuciem w życiu dorosłym, dojrzałymi relacjami, przed konfrontacją tego co dla nas niewygodne. Małe dziecko w nas tupie i krzyczy, i chce uciekać byle jak najdalej na oślep.

Jest nas „ucieczkowiczów” bardzo wielu. Mamy program i pomysł na każdą sytuację. Ciężko nam wytrwać, wysłuchać, odpuścić i dać sobie i partnerowi szansę. W zamian pojawia się bunt, krzyk i zamknięcie się w sobie. Nie umiemy wybaczyć partnerowi ani sobie. Idziemy w kolejny związek i znowu to samo. To może jednak z kimś porozmawiać?

Przyjaciele i rodzina dadzą nam wiele porad ze swojego poziomu. Poziomu ran, doświadczeń, żalu. A przecież każdy z nas jest inny. Ma inną swoją historię i misję. Inne oczy, które patrzą na ten świat. Dlatego nie sugerujmy się poradami najbliższych, tylko zapytajmy siebie, czego my chcemy? Co my czujemy w tej sytuacji? Dlaczego tak na nią reagujemy i co ona nam przypomina? Z dzieciństwa?

Każde obojętne przejście obok tematu nie rozwiązuje go i nie oznacza, że nie będzie istnieć. Trzeba z tym popracować i to nie tylko samemu. Z terapeutą, coachem. Zobaczyć co zrobić, aby wytrwać w związku, nie rezygnować tak szybko. Popatrzeć na siebie z dystansu i zobaczyć też partnera, a nie analizować jego zachowanie i winy. To często nie o mężczyzn tu chodzi, a to co mamy w sobie nieprzepracowane MY Kobiety. Mężczyznę nie określa to co mówi, a to co robi. Może mówić różne rzeczy, jednak jego czyny są dowodem czy mu zależy. My kobiety jednak bardziej czepiamy się słów i analizujemy niż widzimy co nasz partner dla nas robi.

Dlatego najpierw porozmawiajmy same ze sobą o co nam chodzi, a potem może znajdźmy właściwy czas i przestrzeń aby porozmawiać z partnerem o tym co nas boli i co można zrobić, jak zmienić? Wiadomo, że nie każda odpowiedź może być miła, ale może spróbujmy złapać do tego dystans, a nie brać do siebie. Emocje nie są dobrym doradcą.

Natomiast czasem cisza i rozstanie na jakiś czas, pobycie samemu może być zbawienne i stać się solidnym fundamentem w związku. Więc „uciekaj skoro świt, bo potem będzie wstyd i nie wybaczy nikt chłodu ust, braku słów” niech nie będzie waszą dewizą. A odwaga i otwartość serca na siebie i partnera, aby budować piękny i trwały związek.

***


Lifestyle

„Bądź posłuszna i cnotliwa”. Dziewczyny, same pozwalamy, by tak do nas i o nas mówili!

Agnieszka W Sioła
Agnieszka W Sioła
16 lipca 2021
fot. nadia_bormotova/iStock

Czytam kolejne komentarze pod moimi felietonami. Czytam komentarze na forach kobiecych i na profilach moich koleżanek. I zalewa mnie fala żalu i wściekłości, kiedy kobiety mówią, że nienawidzą swoich ciał, że nienawidzą seksu, bo jest to dla nich tylko akt „pocierania skóry o skórę”.

Jak nie dano im możliwości doświadczania przyjemności i rozkoszy. Jak zamyka im się usta i muszą przemilczeć wiele cierpienia w domu, wykorzystywania i przemocy. Jak wmawia im się inną rzeczywistość, niezgodną z ich pragnieniami i potrzebami. Że w tym świecie nie wiedzą jak być sobą, bo wokół nakazy i zakazy, gdzie ciągle trzeba się do czegoś lub do kogoś dostosowywać. No i ostatni hit sezonu – jak być cnotliwą? Dalej – jak być posłuszną? Dalej – naucz się, jak nigdy nie robić tego więcej? I moje ulubione „Kobiety opamiętajcie się!”.

Czy świat się uwziął na nas? Na nas, na Kobiety? Nawet patrząc na religie, edukację, wszędzie gdzieś chcą nas karać, jesteśmy winne grzechowi, kuszeniu, nieczystości i całemu innemu stekowi bzdur. Nie chcę wchodzić w analizę, dlaczego to właśnie Kobieta jest grzechem i dlaczego tak wiele ciężaru i odpowiedzialności za całe zło ma na nas spoczywać. Ale może właśnie dlatego, że mamy niezwykłą moc tworzenia, odporności na wiele czynników, to że jesteśmy multizadaniowe, wielokolorowe, wielowymiarowe, żyjemy dłużej, jesteśmy bardziej odporne na choroby, stres, umiemy kochać, dawać miłość, ciepło i zrozumienie. Kobieta jest cudem samym w sobie. Daje życie, uczy, jest ostoją, ale też potrafi zamknąć się jak skała, gdy ktoś ją zrani. Ciężko wybacza.

Skoro tak jesteśmy wspaniałe, lojalne i o tak cudownych kształtach, tak bardzo utalentowane i mądre, to dlaczego siebie tak niszczymy, nienawidzimy swoje ciała, nie potrafimy patrzeć na siebie z miłością? Dlaczego siebie nie akceptujemy?

Dlatego, że ktoś nam kiedyś powiedział, że jest grzech, że jest piekło i niebo. Wmówił, że ponieważ jesteśmy dziewczynkami, mamy być posłuszne i grzeczne, stać z tyłu, nie wychylać się i nie zabierać pierwsze głosu, nie rzucać się w oczy, być pokorne, „bo pokorne cielę dwie matki ssie”, wierne, czekające, kochające, poporządkowane. Jak też, aby nie patrzeć zbyt długo w lustro bo nam się diabeł pokaże, że mamy uważać co jemy, jak siedzimy i trzymamy nogi, że mamy nie patrzeć w oczy, bo to jest zaproszenie…

Wmawia się dziewczynkom, że mają być tymi słabymi i posłusznymi. Mamy to wdrukowane przez rodzinę, przyjaciół, w końcu szkołę i kościół, media. Każda z tych instancji wie lepiej, co dla nas dobre. Jak mamy żyć, jak mamy wyglądać, czyli czy mamy być grube, czy chude, ile mamy mieć zmarszczek, jaki jest idealny kształt waginy, jakie powinny być piersi? Co powinnyśmy jeść, jak i kiedy rodzić, czy mamy zarabiać pieniądze, a jeśli tak, to ile? A potem to wszystko jest od nas wymagane lub nam zakazywane.

Partner chce dużych, ciężkich piersi i zadzierżystego tyłka. Koniecznie głębokie wcięcie w talii i długie nogi. A nie każda z nas chce być lalką i modelką. Pamiętam, jak jeden z moich ex robił mi awantury, że mam nogi za grube w kostkach i powinnam je zasłaniać. Najlepiej skarpetką. Potem, że mam mało jędrny tyłek. Tutaj trzeba by ileś strzykaw kwasu wtłoczyć, no ale efekt na zbyt krótki czas i za droga inwestycja. Ocenił, że nie opłaca się. Potem było, że przecież jestem taka nieogarnięta, to jak ja te 40 lat przeżyłam i co zrobiłam, że zaszłam tak daleko? Pewnie przez łóżko zdobyłam to, co mam. No w sumie stwierdził, że to on zrobił ze mnie Człowieka. Żeby było jasne nie jesteśmy już razem. Nie dało się tych głupot dalej słuchać.

Ale Dziewczyny, powiedzmy wprost, my same sobie pozwalamy na to, aby tego słuchać, przytakujemy, mimo, że w środku nie zgadzamy się, siedzimy cicho i zastanawiamy się, kiedy to minie. Nie minie. Jeśli zmian nie zaczniemy od siebie, od stanięcia w swojej prawdzie, w swojej mocy, to nadal będziemy tu, gdzie jesteśmy. A przecież to nasze dusze wybierają sobie płeć, ciało, życie, rodziców. I najczęściej rodzimy się niepokorne, które chcą doświadczać wszystkiego i skosztować wszystkich kolorów życia. Gdzieś potem dajemy się upupić, wejść w schematy, które nam nie służą, bo tak pragnie rodzina i społeczeństwo. Taki jest kanon.

Ale zapytajcie się siebie. Tak przed lustrem, patrząc sobie prosto w oczy. Czy ja tego chcę? Czy to jest moje? Czy po to tutaj jestem? Trudne pytania, prawda? Możecie zacząć od prostszego pytania. Czy ta sukienka mi się podoba i czy ją chcę? My się zawsze pytamy o opinię innych. Jak w tym wyglądam? Czy Tobie się to podoba? Sama się na tym łapię. To NAM ma się podobać i to my się w tym mamy dobrze czuć. Chcemy stojące i ciężkie cycki i zadzierżysty tyłek. Proszę. Ale zróbcie to dla siebie. Nie dlatego, że partnerowi się podoba. Bo nawet jak to zrobimy, to jego nie zatrzymamy. Pójdzie do innej, z większym lub mniejszym. I fajnie. Nie trzymajmy go. Podobno miłość to ta, która pozwoli odejść.

To, co chcę powiedzieć to, że żyjemy w świecie schematów, utartych mód, oczekiwań wymagań wobec kobiet. Ten bagaż ciągniemy od pokoleń. Każda z kobiet naszych rodów została doświadczona, bo ktoś dał na to przyzwolenie, że tak można. Wykorzystywać, zamykać nam usta, mówić, co mamy robić, obligować do rodzenia lub nie, mówić kiedy jesteśmy ponętne i sexy, a kiedy zaczyna się czas że jesteśmy stare, a jak stare to na pewno będziemy samotne i smutne. Mówią jak mamy żyć, czy jesteśmy mądre czy głupie i po co nam to wszystko. Przecież najlepiej siedzieć w domu i czekać jak Penelopa.

Takie teksty mówią ludzie, którzy czują się wobec nas słabsi, którzy nie wiedzą co z nami zrobić i jak z nami żyć. Ludzie którzy są karłami swojego życia, niskiego poczucia własnej wartości, którzy sami byli upokorzeni, a teraz projektują to na nas. Jest coś takiego jak słowo „NIE”. Jak sprzeciwienie się i rozpoczęcie życia w byciu w zgodzie ze sobą, a nie czyimiś fantazjami na nasz temat. Czyjąś wizją naszego życia. My same odpowiadamy za siebie. Nie nasi rodzice, partnerzy, władza czy religia. Absolutem i wszechświatem jesteśmy same dla siebie, bo nikt nas tak nie zna i czuje, jak my same. Czy warto się zmieniać za wszelką cenę?

Warto dla siebie. Warto powiedzieć NIE i iść za głosem serca i duszy. To, jak patrzymy na świat, takim on jest. Nasze dusze chcą wolności i miłości, a nie kolejnych ograniczeń. Czy cnotliwości? Niech każda z Was sama sobie wybierze. Róbcie i decydujcie o tym, czego Wy chcecie. Kobieta ma zawsze głos, a te niepokorne zmieniają oblicze Ziemi. Tej Ziemi😉