Lifestyle

Przeżyli piekło, ze słabości uczynili siłę. Jak DDA walczą o szczęście

Katarzyna Troszczyńska
Katarzyna Troszczyńska
21 sierpnia 2022
fot. axelbueckert/iStock
 

Lęk, niepokój, ból. Strach przed bliskością, a jednocześnie pragnienie jej. Wstyd, poczucie winy. I brak zaufania do siebie, ale też do innych. Takie emocje często towarzyszą Dorosłym Dzieciom Alkoholików.  W tym zaklętym kręgu można tkwić przez lata. Ale można z tej słabości uczynić siłę. Tak przynajmniej twierdzą ci, którym się to udało.

Czujność

Ze wspomnień Magdy: „Mam 10 lat. Stoję w kuchni, wali mi serce. Zdecydowane kroki na schodach, klucz bez problemu trafia w zamek. Serce  zwalnia. Ojciec jest trzeźwy. Gdy wraca pijany, kroki nie mają stałego rytmu, cichną, by za chwilę znów wybrzmieć. Tak, to kroki są zapowiedzią nocy. Tej spokojnej, bez alkoholu. Tej strasznej, gdy dużo wypił. I tej, która jest ciszą przed burzą. Gdy jest tak pijany, że bełkocze, potyka się, pada na łóżko. Nie sprawdzi o czwartej nad ranem zeszytów i nie będzie bił za źle odłożoną książkę. Ale obudzi się niczym tykająca bomba. My, jego rodzina będziemy przemykać między pokojami. I błagać mamę, żeby wyciągnęła ukryte piwo. Wiemy, że tylko to zapobiegnie katastrofie .

Magda : – Gdy trafiłam na terapię, byłam wrakiem człowieka. Wszystkiego się bałam, najchętniej siedziałabym w kącie, nie potrafiłam zawalczyć o sukces. Terapeutka na kolejnym spotkaniu rzuciła: „Ale ty przecież osiągnęłaś sukces!”. Chodziło o to, że mam kochającego męża, dzieci, że „czujność” pomaga mi wyczuwać ludzi. Dlatego jestem świetnym handlowcem, umiem rozmawiać, wiem, kiedy się wycofać, wyczuwam każdą emocję, choć ktoś jej jeszcze nie wypowiedział. Podczas terapii nauczyłam się doceniać tę cechę. Nauczyłam się też ją rozumieć i wyłączać, kiedy nie jest mi potrzebna.

Odpowiedzialność

Ze wspomnień Alicji: „Mam 12 lat. O ósmej w sobotę targam siatkę z zakupami. Potykam się, ląduje w  zaspie śniegu, z torby wypadają rzeczy: mleko, woda, sok pomidorowy, warzywa, świeża wołowina. Zbieram wszystko w pośpiechu. Zaraz obudzi się mama. Już dzwonili z jej biura dlaczego kolejny dzień nie pojawia się w pracy. Powiedziałam, że to był nagły wypadek. Szpital.  Będzie już dobrze, musi być. Zamknę jej kilkudniowy ciąg. Sok pomidorowy uśmierzy ból głowy. Rosół jest najlepszy na kaca. Muszę działać szybko. Popołudniu wraca ojciec z delegacji. Zabije matkę jeśli będzie pijana. Nie dopuszczę do tego. Zostanę z nią w domu, żeby jej pilnować. Mam dziś ważną klasówkę”

Alicja: – Gdy jesteś DDA wydaje ci się, że musisz być za wszystko odpowiedzialna. Za projekt w pracy, za remont w domu, za to, jak dogadali się twoi współpracownicy, rodzina. Za wszystko. Nawet za rzeczy, które w ogóle nie powinny cię obchodzić. Przed oczami mam taką scenę. Idę na wywiad do znanego psychoterapeuty. Po spotkaniu zbieram rzeczy do torby. On też mówi, że się zbiera. Mój kontrolujący wzrok pada na lampę. „Ale chyba wyłączy pan lampę?”. On: A pani jest DDA?  Oniemiałam.  „Tylko DDA tak bardzo zauważają takie rzeczy” mruknął. Potem wytłumaczył: jego lampa w ogóle nie powinna mnie obchodzić.  To nie moja sprawa, co z nią zrobi. Wyłączy, nie wyłączy.  DDA czują się odpowiedzialni za życie innych. Terapia uczy odpuszczać tych innych, pozwala skupić się na sobie. Kiedy zrozumiałam, że nie jestem odpowiedzialna za cały świat, poczułam niewyobrażalną ulgę.

Strach

Ze wspomnień Marcina: „Mam 14 lat, jemy rodzinną kolację. Ojciec jest nachlany. Plącze mu się głos. Do tego wszystkiego się czepia. Wyśmiewa matkę, młodszego brata, niby żarciki, ale tylko jego bawią. Staram się nie reagować, być niewidzianym. Nagle coś mówi do mnie. Znów się śmieje, ja się nie śmieję. Wszystko toczy się tak szybko, nagle wyrywa mi łyżkę, podnosi się i zaczyna mnie szarpać. Matka staje w mojej obronie, obrywa. Odruchowo odpycham ojca i już wiem, co mnie czeka. Zwali mnie na ziemię i będzie kopał. Te ułamki sekund, które dzielą mnie od tego są jednym wielkim strachem, zwierzęcym strachem, bo wiem, że nie mam gdzie uciec”.

Marcin:– Gdy byłem mały moczyłem się, czym powodowałem jeszcze większą furię ojca. I pogardę. Bałem się też duchów. Nawet, gdy już zamieszkałem ze swoją dziewczyną, bałem się być sam w tej starej kamienicy. Bo trzeszczała podłoga, coś w nocy skrzypiało. Nie chodziło tylko o mieszkanie, byłem prostu nieustannie poddenerwowany, waliło mi serce.  Ten strach sprawiał, że nawet na urlopie nie potrafiłem się zrelaksować. W końcu trafiłem na SOR przekonany, że mam zawał. W życiu bym tam nie pojechał gdyby nie moja partnerka. Zrobiono badania, odesłano do domu. Z sercem było okej.

Zaczęły się pielgrzymki po przychodniach, bo fizycznie czułem się coraz gorzej. W końcu wylądowałem u psychiatry. „Pana organizm przyzwyczaił się do wojny” zawyrokował. Minęły lata zanim nauczyłem się wyciągać dobre rzeczy ze strachu. Zobaczyłem, że może gorzej radzę sobie, gdy jest spokój (wtedy czuję lęk), ale mam nieprawdopodobną zdolność działania w kryzysie, mogę dużo więcej znieść niż inni, otwiera mi się jakaś klapka w mózgu. Później zacząłem robić tak ze wszystkim, co mi przeszkadzało, a co było dziedzictwem alkoholowego domu. Dziś już dom pamiętam przez mgłę, mam swój, dobry– choć nie raz chciałem uciec przed dobrą miłością żony i nie rozumiałem dlaczego zawsze przy mnie jest.


Lifestyle

Czy faceta można nauczyć mówić: „Kocham cię”? Tak! Nawet papugę można, tylko – po co?!

Iwona Zgliczyńska
Iwona Zgliczyńska
21 sierpnia 2022
fot. Szymon Szcześniak
 
Jest taki piękny dzień – dzień wyznawania miłości. Zastanawiałyśmy się, czy naprawdę warto mówić bliskiej osobie „kocham cię”? Dlaczego to jest takie ważne? A może pod tym głodem „pięknych słówek” kryje się głębsza sprawa… „Czy naprawdę chodzi o te konkretne słowa? Bo przecież one mogą być zwykłym pustym frazesem. Może tak naprawdę chodzi o to, że chcesz czuć się kochana? I wtedy to jest większy temat – dlaczego w tej relacji nie masz takiego poczucia? Niestety najprawdopodobniej żadne słowa ci tej dziury nie zalepią. Nawet KOCHAM CIĘ powtarzane co pół godziny” –  twierdzi Katarzyna Kucewicz, psycholożka.

Dlaczego tak ważne jest mówienie tych dwóch słów?

– Najważniejsze jest okazywanie miłości tak zwyczajnie, na co dzień. Nie tylko od święta. Nie tylko w Walentynki. Nie tylko w dniu Wyznawania Miłości. Nie każdy lubi też robić to za pomocą słów. Jedni  wolą przytulić się, inni dać prezent lub wykonać drobną przysługę albo poświęcić czas ukochanemu. Gary Chapman w „Pięciu językach miłości” tłumaczył, że ponieważ ludzie są różni, to w różny sposób chcą okazywać swoje uczucia i każdy z nich jest tak samo dobry. Ale żeby to miało moc, powinno być powiedziane lub wykonane szczerze, z głębi serca. A jeśli ktoś ma jeszcze wątpliwości, dlaczego warto mówić miłe słowa ukochanej osobie, to do sprawy można podejść jeszcze z poziomu biologii, ponieważ badania dowodzą, że w organizmie bliskiej osoby obdarowywanej czułym gestem lub słowem, rośnie poziom hormonów szczęścia. Człowiek, który czuje się chciany, kochany, zauważony, ma lepszy nastrój, podnosi mu się samoocena i łatwiej mu pokonywać trudności dnia codziennego.

Czy dla dzieci „Kocham cię” jest istotne?

– Dzieci potrzebują słyszeć potwierdzenie akceptacji rodzica, ponieważ dopiero uczą się od dorosłych różnych zachowań. Jeśli nauczymy dziecko okazywać emocje i mówić miłe słowa, to ono będzie bardziej otwarte w tych kwestiach w dorosłym związku.

Jeśli rodzice potrafią okazywać dziecku czułość i nazywają uczucia wobec niego, to ono na tej podstawie buduje obraz siebie. A fundamentem samooceny dorosłego już człowieka są właśnie takie zasłyszane komunikaty wspierające. Jeśli więc byliśmy dziećmi, które czuły się kochane i zauważane, to mieliśmy większe szanse na zbudowanie prawidłowego obrazu siebie, czyli – inaczej mówiąc – poczucia własnej wartości, które stało się potem naszym wyposażeniem na drogę w dorosły świat. Dziecko, które czuje, że jest warte miłości, łatwiej nawiązuje relacje, wchodzi w związki, radzi sobie z porażkami oraz krytyką.

Nie wystarczy tylko kochać dzieci? Naprawdę trzeba im to mówić?

– Wiadomo, że szczera miłość to podstawa wszystkiego, ale dla dzieci słowa też są ważne, ponieważ one sporo kodują także tą drogą. Poza tym zauważ, że czasem nawet dorośli ludzie mają problem z interpretacją różnych czynów partnera. Przykład? Kobieta nie dostrzega, że mąż pozmywał naczynia, by ona mogła odpocząć. Partner bierze za normalne, że ukochana przygotowała mu pachnącą kąpiel. Dzieci mogą mieć jeszcze większy problem z interpretacją miłych gestów. Dlatego ważne, żeby rodzice wykonywania gestów potrafili też nazywać swoje uczucia i intencje. A gama jest naprawdę szeroka.

A jeśli mój mąż nie lubi wyznań?

– Jeżeli twój partner ma trudność z mówieniem „Kocham cię”, to dobrze, byś otwarcie powiedziała mu, że chcesz usłyszeć te słowa, że masz taką ważną potrzebę. Wprost, konkretnie, ale jednak bez pretensji. Warto też zastanowić się, dlaczego zależy ci na takich deklaracjach? Czy naprawdę chodzi o te konkretne słowa? Bo przecież one mogą być zwykłym pustym frazesem. Może tak naprawdę chodzi o to, że CHCESZ CZUĆ SIĘ KOCHANA. I wtedy to jest większy temat, dlaczego nie masz w związku takiego poczucia? Bo najprawdopodobniej żadne słowa ci tej dziury nie zalepią. Nawet „kocham cię” powtarzane co pół godziny.

Czy my możemy facetów nauczyć mówić „Kocham cię”?

– Oczywiście, że tak! Przecież nawet papugę można tego nauczyć. Pytanie tylko – po co? Czy my chcemy coś takiego uzyskać od partnera, co zostało u niego wyproszone lub wytresowane za pomocą manipulacji lub kar? Jeżeli to nie wynika z jego serca, jeśli coś nie jest prawdziwą intencją, to chyba nie jest nam potrzebne…

Dlatego myślę, żeby nie iść tym tropem. Lepiej znaleźć jakąś wspólną płaszczyznę, byśmy oboje dobrze się czuli, okazując sobie wzajemnie gesty lub wypowiadając słowa, które płyną naturalnie z naszego serca.

Czyli jeśli mąż umyje samochód lub okna i powie, że to z okazji dnia okazywania miłości, a mnie się to bardziej podoba od kwiatów, to jest idealnie?

– Idealnie!


Lifestyle

Czy mam krzyczeć na dzieci i wbrew ich woli (na siłę!) kazać im nocować u taty? One boją się ojca!

Listy do redakcji
Listy do redakcji
20 sierpnia 2022
Kompleks Elektry
Fot. iStock/Kompleks Elektry – Kompleks Elektry

List do redakcji: Wiedząc, że zajmuje się pani problemami osób, które nigdy nie są nagłaśniane, odważyłam się do pani napisać. Sytuacja, która spotkała mnie razem z dziećmi jest już patowa. Nie wierzę, że ktokolwiek oprócz mojej rodziny zechce mi pomóc. Gdyby nie moja mama, tata i brat, nie wiem, co by ze mną było. Staram się trzymać wysoko głowę. W pracy wiele osób mnie podziwia. Pytają: „Jakim cudem ty ciągle się uśmiechasz?”. A ja po prostu świetnie udaję. Bo już ledwie podpieram się nosem. Nie pamiętam, kiedy pojechałam z córkami na wycieczkę. Połowę swojego urlopu spędzam w sądach, bo co miesiąc muszę być na jakiejś rozprawie. Nie wierzę w polskie sądy i nie wierzę w to, że ktoś bierze tam pod uwagę dobro dzieci. Dzieci, które naprawdę nie chcą widywać się ze swoim ojcem. Dlaczego nikt nie traktuje serio tego, co one mówią otwarcie?

Jestem samotną mamą dwóch dziewczynek w wieku przedszkolnym. Były mąż ma dwa wyroki karne i problemem alkoholowy. W mojej opinii ma też cechy typowego psychopaty i czarusia. Potrafi zrobić dobre pierwsze wrażenie, ale po roku zwalniają go z każdej pracy. Psuć między nami zaczęło się bardzo szybko. Po dziesięciu miesiącach sielankowego narzeczeństwa wzięliśmy ślub, ale już na poprawinach wybuchła karczemna awantura. Powód był tak błahy, że nie umiałam wyjść z osłupienia. Mąż krzyczał, że nieodpowiednio został podany rosół gościom. To mnie zastanowiło, bo jak można się tak pieklić o takie drobiazgi?

Potem z miesiąca na miesiąc i z roku na rok było gorzej. Odebranie prawa jazdy za jazdę po promilach. Weekendowe pijaństwo. Wyzwanie mnie od szmat i nienormalnych. W domu przepychanki i złośliwości. Nie interesowanie się dziećmi. Chodzenie w taki sposób, by trącać mnie barkiem albo deptać mi palcach.

Odjechał ze mną na masce

To ja zawsze płaciłam za wakacje. To ja utrzymywałam nasz dom. On mówił, że zbiera na lepszy samochód dla rodziny, a potem kupował sobie rower za 10 tysięcy złotych. Po trzech latach postanowiłam przeprowadzić się do mamy, do innego miasta. Mąż przyjeżdżał do nas tylko na weekendy. Kiedy ja dzwoniłam do niego w tygodniu, zawsze był z kolegami na piwie. Po czterech latach stwierdziłam, że taki związek naprawdę nie ma już sensu i zaczęło się… On teraz nie umie pogodzić się z tym, że od niego odeszłam. A odeszłam przede wszystkim dlatego, że chciałam chronić dzieci.

Zastanawiam się, dlaczego sąd do tej pory nie zakazał mu kontaktów z dziewczynkami. Pierwszy wyrok karny wobec byłego męża zapadł, po tym, jak on szarpał moją mamę i wyłamał jej bark. Drugi, kiedy wrzucił siłą dziecko do samochodu i nie przypinając córki pasami, starał się odjechać z naszej posesji. Wtedy ja stanęłam mu przed maską i zaczęłam krzyczeć: „Przypnij dziecko w foteliku”. A on, nie czekając chwili, ruszył i jechał tak kilkadziesiąt metrów ze mną uczepioną maski samochodu. To jest jakieś szaleństwo. Ja przecież jestem osobą wykształconą, skończyłam studia, pracuję w urzędzie gminy na cenionym stanowisku. Nikt nie wierzy, że w domu muszę zmagać się z takimi sytuacjami. Były mąż to jest naprawdę agresywny człowiek, zwykły psychopata, który karmi się tym, że ktoś cierpi.

Kara dla samotnej matki

Uważam, że razem z dziećmi jesteśmy ofiarami wtórnej wiktymizacji. Moim błędem podczas rozprawy rozwodowej było to, że zgodziłam się na to, że on będzie mógł zabierać córki do siebie co dwa tygodnie na weekend i spędzać z nimi dwa tygodnie wakacji. Już wtedy powinnam walczyć, ale moja naiwność, że będzie dobrze, wzięła górę. Chciałam, by ten koszmar dzielenia majątku i zabierania nam z domu 15-letnich szafek, na których dzieci miały poukładane książki, skończył się. Zgodziłam się i teraz muszę za to płacić.

Niedawno sąd nakazał mi zapłacić za wyraźną niechęć dzieci do spotkań z ojcem 1000 zł za każdy kontakt, który się nie obył. Daje to w sumie aktualnie kwotę 18 tysięcy złotych. Jak mam to zrobić przy moich miesięcznych zarobkach, które wynoszą niewiele ponad 3 tysiące złotych? Jednocześnie w opinii OZSS, czyli Opiniodawczego Zespołu Specjalistów Sądowych (składającego się ze specjalistów z zakresu psychologii, pedagogiki, pediatrii), zostało wyraźnie napisane: „Dzieci kategorycznie odmówiły spotkania z ojcem”. Przyniosłam też opinię z przedszkola oraz z zajęć baletowych moich córek. Wszędzie było napisane, że dziewczynki współpracują, że nie sprawiają kłopotów wychowawczych.

 

Zastanawiam się więc, jakim cudem te opinie nie zostały wzięte pod uwagę? Czy w Polsce liczy się tylko prawo ojca do zasądzonych przymusowych spotkań z dziećmi?

W końcu sąd wyznaczył kuratora i wtedy mąż próbował odebrać z domu dzieci w jego asyście. Jak zwykle działy się dantejskie sceny. Dziewczynki krzyczały i chowały się za szafę. Kuratorka próbowała przede wszystkim mnie dyscyplinować, mówiąc: „Nie widzę, by one bały się ojca. Niech pani do nich jakoś przemówi. Czy pani ma nad nimi jakąś kontrolę?” Wtedy zaniemówiłam, zwłaszcza że mąż wezwał policję i awantura przybrała na sile.

 

Ja się dziś pytam: „Kobiety, czy ja mam nakrzyczeć na dzieci i wbrew ich woli kazać im zanocować u taty? Jeśli słyszę od córek w tej kwestii wyraźne „nie”, jeśli widzę ich łzy i strach, to ufam, że mają powód. Nie znają własnego ojca i boją się go.

Ja też się go boję, bo jest nieobliczalny. A co dopiero dziecko? One pamiętają, jak tata zabierał je do siebie na siłę. Teraz podrosły i już się buntują!

 

W takich sytuacjach najbardziej właśnie cierpią dzieci. Nie dość, że po rozwodzie obniżył się ich standard życia, to jeszcze sąd uczy je, że ich zdanie w ogóle nie jest brane pod uwagę. Co będzie skutkiem? Moje dzieci będą wchodzić w dorosłe życie z traumatycznymi doświadczeniami i jakąś chorą koniecznością poddaństwa. One najzwyczajniej w świecie boją się jechać do taty. Boją się nawet wychodzić swobodnie z przedszkola i cały czas rozglądają się, czy nie ma gdzieś taty w pobliżu.

Wszystko na siłę

W przedszkolu zdarzała się sytuacja, że na „dzień babci” zaproszona została moja teściowa. Po przedstawieniu, podczas którego córka odmówiła mówienia wierszyka (pewnie z emocji i strachu), babcia i tata próbowali ją przytulić. Wszytko na siłę. Oni nie rozumieją, że tak nie można. Wybuchła awantura, bo oni domagali się czułości, a gdy zobaczyli, że dziecko uciekło do mojego taty, absolutnie wściekli się.

Potem pytałam przedszkolankę, czy zgodzą się w sądzie zeznawać. Powiedziała, że nie chcą się mieszać, a ja byłam głupia, że nie wezwałam jej na świadka, bo przecież miałam do tego prawo. Znów wygrała moja naiwność, bo nie chciałam działać agresywnie. Dziś starszej córce zdarzają się moczenia nocne, a młodszej bardzo ciężko się skupić. Chodzę z tymi sprawami do psychologa. Komercyjnie, choć pieniędzy nie mamy wiele. Mam jednak świadomość, że terapia wymaga skupienia, czasu, a przede wszystkim spokoju.

Ojca jednak to nie obchodzi. Liczy się tylko to, by wygrać. Dlatego, kiedy ma wyznaczony dzień na spędzenie czasu z córkami, podjeżdża pod dom mojej mamy i parkuje w odległości około 200 metrów. Nie widzę go nawet z okna. On wysyła mi tylko SMS-a, że już jest, ale czeka najwyżej 6 minut. A ja w tym czasie próbuję namówić dziewczynki, by wyszły z domu. Chociaż pokazać się tacie, przywitać z nim. One jednak tylko krzyczą, że nie chcą. Biegają po całym domu i w końcu chowają się pod łóżko.

W takim momencie zawsze próbuję zadzwonić do byłego męża, by chwilę dłużej poczekał. Ale on nigdy nie odbiera, tylko po 5-6 minutach odjeżdża. Na dowód, że był u nas, robi tylko zdjęcie furtki. A takie podjechanie pod dom i czekanie 6 minut jest już traktowane przez sąd jak nie wydanie ojcu dzieci. Ojcu, który nigdy nie został z córkami sam na sam, nie interesował się ich zdrowiem, edukacją ani rozwojem. Podczas jednej z rozpraw sędzina powiedziała mi, że to dzieje się dlatego, że nie zapraszam byłego męża do środka. A tego nie chce moja mama. Postanowiłam jednak ją namówić, by pozwoliła mu wchodzić do domu. Gdy ona w końcu zgodziła się, to on okazało się, ż on wcale nie jest tym zainteresowany.

Jako samotna matka dwójki chciałabym opowiedzieć historię wielu kobiet w Polsce, które (jak ja!) walczą o byt i możliwość spokojnego bezpiecznego dorastania swoich dzieci. Aktualnie moje córki są traktowane w sądach jak przedmioty, nie podmioty. Historia, która dzieje się w moim domu, osoby wykształconej, pracującej, bardzo dbającej o dziewczynki, jest trudna do zrozumienia. Mężem kieruje okropna chęć zemsty za moją odwagę, że miałam siłę odejść. Takich kobiet jak ja musi być w Polsce więcej. Nikt o nas nie walczy. Potrzeby tatusiów są w sądach na pierwszym miejscu. Nikt nie dba o spokój dzieci, bo ich uczucia są wyrażane w sposób mniej spektakularny. Cichy, choć ze łzami. Chaotyczny, ale bezbronny. Mnie to rozrywa serce.

A.


Zobacz także

Dołączamy do akcji #9milionówserc dla Bartusia!

„Mam 45 lat, 4 dzieci, 2 ręce i tylko 24 godziny w każdej dobie. Czy zechce mi Pan pomóc?”. List otwarty do Jarosława Kaczyńskiego

Lokalny serwis internetowy dla mieszkańców Warszawy i okolic