Lifestyle

„Przecież to border, dziewczyno. To pat.”. O życiu z partnerem z Borderline

Małgorzata Ohme
Małgorzata Ohme
1 marca 2016
Fot. Picjumbo / >a href=”https://picjumbo.com/man-with-a-bouquet-of-roses/”target=”blank”>Victor Hanacek / CC0 Public Domain
 

„Było tak: kocham cię, chcę z tobą żyć, jesteś najwspanialsza. A potem: żenuje mnie to, co robisz. Jesteś manipulantką. Nie wiem, co czuję, nie pytaj mnie, co będzie. I tak w kółko. Mój świat podzielił się na dwa: ten czas, gdy było spokojnie, czule, namiętnie, wyjątkowo, najlepiej, jak nigdy dotąd. I ten czas, gdy było najgorzej, awantury non stop, dewaluowanie mnie na każdym kroku, bez litości, bez granic, bez serca. Czasami mówiłam mu, że jest ich dwóch: Piękny i Bestia. Dwóch bez kontaktu ze sobą, dwa antagonizmy, dwie wykluczające się osobowości. A jednak. To niezwykłe, że można mieścić w sobie taką zmienność i taką sprzeczność. Pewna terapeutka powiedziała kiedyś, że oni żyją jak w westernie, obsadzają siebie i innych w dwóch rolach: dobrego i złego. Bo to rozszczepienie obrazu dotyczy także innych ludzi. Raz jesteś wspaniała, raz beznadziejna. Kocham cię, a za chwilę jestem tobą rozczarowany. Będziemy razem, nie będziemy. Chcę dziecka, nie chcę. Chcę ślubu, nienawidzę ślubów. Wiesz co jest najgorsze? Że za kazdym razem jest to bardzo autentyczne, bo oni wierzą tak samo w obie wizje. A kiedy pytam, dlaczego wciąż wszystko się zmienia, odpowiada, że życie takie jest. Jak karuzela.

Nie jest. Dzisiaj to wiem, ale wciąż za tym tęsknię. Udało mi się przerwać to piekło, sama nie wiem jak, bo potem nie wierzyłam już, że tym razem nie wrócę. Taki człowiek jest jak narkotyk, silnie uzależniający. Przez ciągłą huśtawkę wyostrza wszystkie doświadczenia. Jesteś ekstremalnie szczęśliwa i ekstremalnie cierpisz. I wciąż nie wiesz, co się zdarzy.

Pamiętam nasz wyjazd do Wenecji. Cudowny przedłużony majowy weekend. Tulił mnie do siebie, spacerowaliśmy uliczkami tego pięknego miasta, a on jak najlepszy przewodnik opowiadał mi o zabytkach, poetach, malarzach. To było jak film, a ja dostałam najlepszą główną rolę. W pewnym momencie obwiązał mi sznurkiem palec i powiedział, że jestem jego i że się ze mną ożeni (do dziś mam ten czerwony sznurek w pudełku z pamiątkami). Kochaliśmy się jak wariaci, a ja wierzyłam, że to jest miłość mojego życia, nagroda za trudne dzieciństwo, za nieprzespane noce, gdy rodzice pili, za wujka, który się do mnie dobierał, za nauczyciela fizyki, który mnie poniżał, za pierwszego chłopaka, który nie uszanował, za kilka lat pustki. Był moim wyczekanym marzeniem, ściskałam ten sznurek jak najcenniejszy dar.

Już w drodze na lotnisko zamilkł. Nie odzywał się do mnie, obrażony za jakąś błahostkę (wspomniałam coś o byłym chłopaku, który wysłał mi sms z prośbą o przepis na ciasto drożdżowe). Wyciągał mi wszystkie wady, oskarżał o nieuczciwość, mówił, że nie można mi ufać. Wspomniał o moich powalonych rodzicach, dziedzictwie patologii, która na mnie ciąży. I zniknął na tydzień. Byłam zrozpaczona, czułam się winna, bo trafiło na DDA czyli idealnie uderzał w moje słabe strony. Pisałam: „Przepraszam”. „Chyba niczego złego nie zrobiłam”. „Jeśli uważasz, że coś zrobiłam, daj znać”. „Porozmawiajmy proszę”. „Proszę”. Proszę. Proszę.

Prosiłam jeszcze nie raz. Wiesz, to takie uczucie, że chcesz przede wszystkim sprawiedliwości. Chcesz zrozumieć, bo przecież wiesz, że nie zrobiłaś niczego złego. On zrozumie. On się zmieni. Przecież człowiek jest z natury dobry. Potrzebuje mnie. Pomogę mu. Uratuję. Misja. Mówię ci, jaka ja czułam się święta wtedy. Do nieba bez pardonu bym poszła. Myślałam „Ludzie się mylą w stosunku do niego. Są zawistni. Zazdroszczą mu. Przecież on jest tylko zagubiony, a że bywa opryskliwy? Arogancki? Chamski? Nie radzi sobie z emocjami. Boi się.”.

Potem zabrał się za moich znajomych. Przyjaciółki oszołomki, stare, zgorzkniałe prukwy, które nastawiają mnie przeciwko. Lubił tylko moją matkę. Bo ona tak jak ja wciąż mu nadskakiwała. Kamil to, Kamil tamto. Był w centrum, a o to chodziło. Powoli ograniczał moje życie tylko do jego osoby, ale to też nie było takie oczywiste, bo nie chciał ze mną być blisko. Cztery lata błagałam, by się wprowadził, ale to już oznaczało zależność, zobowiązanie. Brrr, nienawidził tego. Jego życie to wolność i miłość, jedno i drugie chodzące swoimi ścieżkami, bez powiązań. „Nigdy nie zamkniesz mnie w klatce!” – krzyczał, gdy po tygodniu mieszkania u mnie, nie miał argumentu, by wrócić do siebie. Było nam dobrze, byłam wspaniała, ale bliskość parzy. Jego strach przed bliskością był porażający. Przyciąganie – odpychanie.

Nie miał zbyt wielu przyjaciół. Chyba nikogo. Bo kto by wytrzymał te ciągłe nieoczekiwane ataki? Bycie z nim to stała czujność, kiedy nadchodzi moment Bestii. A nawet pewność, że po dobrych dniach nadejdą złe. Za wszystko zapłacisz. Za każdą piękną chwilę, za pierścionek ze sznurka, za Wenecję, za każde kocham. To takie piekło w raju.

Gdy zaczęłam obojętnieć, wiesz to taka obojętność wynikająca ze zmęczenia. Byłam wykończona nim, tym związkiem, ciągłym lękiem, niepewnością. Wtedy on nagle się uaktywniał. Zrozumiałam ten mechanizm, gdy wyłączyłam telefon, a on dzwonił z piętnaście razy i wysyłał smsy, że tęskni, czy coś się stało, kocha, przeprasza. Gdy nauczyłam się nie odpowiadać, przyjeżdżał pod dom albo wysyłał kwiaty. Odrzucenie było jak magnes, jak kawałek kiełbasy dla wygłodniałego psa. Zamieniałam się w królową lodu, a to było takie nie moje. Grałam w tę grę, by dotknąć tej iluzji, że jest dobrze, że szaleje za mną, że zrobi wszystko, bym nie odeszła. Dla mnie to były te małe chwile triumfu, wzruszenie łapiące mnie za gardło, że jednak potrafi, umie, że kocha.

Zdradzał mnie kilkakrotnie. Najpierw kłamał i zaprzeczał, a potem gdy trzymałam wydruk maili, zamieniał się w ofiarę. Wracał jak siuch z glutami pod nosem, błagając o wybaczenie. Siedział na mojej wycieraczce w płaszczu i czapce nasuniętej na oczy. Jestem chujem, jestem nikim, zasługujesz na kogoś lepszego. Zrobię wszystko. Z czasem zaczęłam cieszyć się tymi zdradami, bo po nich był najlepszym człowiekiem na ziemi. Ja ratowniczka dostawałam złoty medal, a obchody mojej wspaniałości obchodziliśmy na jakiejś wyspie typu Rhodos. Po którymś razie powiedział „zróbmy sobie dziecko”, a ja uznałam, że to będzie gwóźdź do trumny. Nie będzie miał wyjścia, wszystko się ułoży. Jak nie dla mnie, to dla dziecka. Kochałam go bardzo i tak samo pragnęłam tego dziecka, jak się go bałam. Nie udało się. Poroniłam w drugim miesiącu, zaraz po tym, jak powiedział swoim rodzicom. Jego żałoba zabrała miejsce mojej. Ledwo stojąc na nogach, skakałam wokół niego, by pomóc mu sobie z tym poradzić.

Domyślasz się, że wypomniał mi to w którejś awanturze. „Co z ciebie za kobieta, jeśli nie płakałaś po swoim dziecku?!”. Nie płakałam? Ja nie płakałam?! Ja wyłam za tym dzieckiem, częścią jego, jedynym świadkiem tego związku, dowodem na miłość, nadzieją, ale przecież nigdy nie zapytał, jak się czuję. Nie dostałam od niego ani milimetra wsparcia.

Temat dziecka wyrósł jak mur między nami. Chyba coś we mnie umarło wtedy. Paradoks polega na tym, że to utracone dziecko zakamieniowało moje uczucia do niego, uratowało mnie. Zalałam się żalem. Czułam ból w każdej części siebie, za to, co mi zabrano. Za wszystko, czego mi nie dał. Za nic, w którym żyłam.

Nikt nie rozumiał, dlaczego nie odchodzę. Przyjaciele mówili, że powinnam się leczyć. Przypadkowi słuchacze, że to nie jest miłość, że on mnie tylko wykorzystuje. Nikt nie rozumie osoby z borderline, jeśli z nią nie żył kiedyś. To też jest miłość, ale chyba najtrudniejsza z możliwych. „Borderline” (zaburzenie osobowości na pograniczu) padło na pierwszym spotkaniu grupy wsparcia kobiet, na które poszłam. Ala, koleżanka z grupy, zaśmiała się szyderczo. „Przecież to border, dziewczyno. To pat”.

A więc zrozumiałam, że tak będzie zawsze. Moje życie z nim nigdy się nie zmieni. Będę latać na tej paralotni, aż mi łeb pęknie. Bo ja jestem za słaba, by nauczyć się tym sterować. Na pewno są kobiety, może mniej wrażliwe, delikatne, może nie dzieci alkoholików dławiące się własnym poczuciem winy – które to uniosą. Jakaś cześć mnie im zazdrości, bo ja za te momenty uniesień mogłabym w tym piekle zamieszkać. Może.

Pytasz, czy bym wróciła… Nie umiem odpowiedzieć ci na to pytanie niestety. To jest jak z uzależnieniem, chorym jest się do końca życia.”

Wysłuchała: Małgorzata Ohme


Lifestyle

Chcesz by twoja córka była pewną siebie kobietą? Nigdy nie mów jej tych 5 rzeczy

Anna Frydrychewicz
Anna Frydrychewicz
1 marca 2016
Fot. iStock / gradyreese
 

Nic nie ukształtuje nas lepiej niż mądre wsparcie ze strony rodziców i świadomość, że jesteśmy akceptowani przez tych, których kochamy. Jeśli chcesz wychować swoją córkę na mądrą i świadomą swej wartości kobietę, pracuj nad tym od jej najmłodszych lat. Twoja obecność to jedno, ale równie ważne są słowa jakie do niej kierujesz. Są momenty, kiedy zamiast motywować łamią i krzywdzą boleśnie. Czy twoja córka ma lat 5, 15 czy 20, nigdy nie mów jej:

1. „Nie potrafisz podjąć właściwej decyzji”

Umacniaj ją w przekonaniu, że umie zadecydować sama co jest dla niej dobre – to możliwe także w przypadku małego dziecka (niech na początek decyduje o kolorze koszulki, którą założy albo o tym jakimi klockami będzie się bawić). Pokazuj jej zawsze, że ma wybór i że zanim podejmie się decyzje, warto się zastanowić. Jeśli wybierze źle, naucz ją, że wszyscy popełniamy błędy i wspieraj ją. Nie porównuj swojej córki do siebie słowami „Ja w twoim wieku…” Z reguły idealizujesz.  Nie porównuj jej w ogóle. Jesteś dużo starsza i zdecydowanie bogatsza w życiowe doświadczenie.

2. „Dziewczynki się tak nie zachowują”

„Tak” oznacza więc automatycznie „jak chłopiec”. Dziewczynki nie plują, nie biją się z kolegami, nie brudzą ubranek, nie odpowiadają niegrzecznie, nie okazują skrajnych emocji, nie mówią co myślą… Ależ skąd! To są zachowania, na które stereotypowo „przymykamy oko” w stosunku do chłopców, ale nie wybaczamy ich dziewczynkom. Bądź konsekwentna. Niech wyznacznikiem tego co wolno, a co nie będą normy społeczne a nie płeć!

Ważne! Powiedz swojej córce: Mów zawsze szczerze co myślisz i czujesz, mając świadomość, że czasem możesz kogoś zranić. My, kobiety mamy z tym duży problem – często wydaje nam się, że jesteśmy odpowiedzialne za dobre samopoczucie i emocje innych.

3.”Nie oczekuj zbyt wiele”

Od życia, pierwszego chłopaka, przyjaciół. „Przyjmij wszystko, co zechcą ci dać  z wdzięcznością” – to chcesz przekazać swojej córce? Nie. Ucz ją, że zasługuje na wszystko co najlepsze: szczere uczucia, lojalność i szacunek. Niech sama decyduje, kto jest jej wrogiem, a kto przyjacielem. Niech odróżnia znajomości, które są wartościowe od tych, które przynoszą jej cierpienie. I niech będzie na tyle silna by nie uzależniać się emocjonalnie od innych.

4. „Nie zaprzątaj sobie tym swojej ślicznej główki”

Inaczej mówiąc: „Dziewczynki nie myślą o takich sprawach, nie martwią się”. Idąc dalej – myślą tylko o tej swojej ślicznej główce. I o ciuchach. Nie, dziewczynki takie nie są! Chcą się rozwijać, dowiadywać, uczyć. Nie są tylko „grzeczne i ładne”. Mogą wiele. To my, dorośli kształtujemy w ten sposób nasze córki, nie pokazując im świata i możliwości jakie niesie, tego, jak bardzo jest interesujący. Stroimy je, czeszemy, zwracamy uwagę na to, jak ładnie wyglądają wpajając im tym samym, że wygląd to podstawa.

5. „Jesteś dla niego za dobra”

Wiem, starasz się chronić swoją córkę jak umiesz najlepiej. Ale przecież, kiedy się zakocha i tak cię nie posłucha. Więc jeśli masz wątpliwości co do jej wyboru, bądź blisko, ale nie krytykuj.  Staraj się mieć z nią takie relacje, by sama mówiła ci o tym, co czuje. “Kobieta musi choć raz czy dwa w życiu pokochać złego faceta, żeby potem potrafiła docenić tego właściwego” – powiedziała  Marjorie Kinnan. Pewnych rzeczy po prostu nie da się uniknąć. Nie nauczysz swojej córki dobrej miłości chroniąc ją przed złymi doświadczeniami.

Słowa mają znaczenie. Używaj ich mądrze, a swojej córkę przekonuj każdego dnia, że ma w tobie wsparcie i akceptację. I że jest w stanie osiągnąć bardzo dużo. Najwięcej zależy od niej samej.


Lifestyle

Auto w garażu, własne mieszkanie, a w lodówce… pasztet. Tak się żyje z kredytem w obcej walucie

Żaklina Kańczucka
Żaklina Kańczucka
1 marca 2016
Fot. iStock / prudkov

Własne mieszkanie lub dom, wygodne auto i wakacje, najlepiej za granicą. Pięknie się żyje, gdy żyje się wygodnie i na bogato. Gorzej gdy to, czym możemy się pochwalić, jest zdobyte w mniej  nobilitujący sposób niż pracą własnych rąk. Kredyt? Nic dziwnego, mało kogo stać na zakup dóbr “luksusowych”, czyli skromnego M2 z własnych oszczędności. Życie z kredytem? To już mniej radosne, ale przecież chciałaś, to masz!

– Kredyt mieszkaniowy? Nawet mi o nim nie przypominaj! – usłyszałam od  niej, ambitnej trzydziestolatki z niewielkiej miejscowości – Kredyt musiał być, choć wcale o nim nie marzyłam, ale wolę jeść pasztet, niż nabijać kabzę prywaciarzowi.

Ma niewielkie, ładne mieszkanie, ona sama ładna, zadbana, nikt by nie powiedział, że to małe marzenie o własnym kącie zniszczy jej życie. Miało być lekko i przyjemnie. Nie udało się.

Dobre złego początki

Razem z mężem wydreptali sobie kredyt we frankach szwajcarskich na swoje wymarzone 48 m2 w bloku. Szału nie było, ale w ich mieścinie na nic lepszego nie mogli liczyć. Podobnie jak z walutą – na złotówki za biedni, na franki jak znalazł, wzięli, bo nie mieli innej perspektywy. Mieszkanie kątem u rodziców nie wchodziło w rachubę, wynajem też kosztuje, chcieli płacić za własne miejsce na ziemi, choćby mieli jeść przez pół miesiąca chleb z pasztetem.

Życie bywa przewrotne, ich żarty z biedowania stały się rzeczywistością. Frank podrożał dwukrotnie, ich dochody się zmniejszyły – nieszczęścia chodzą parami – jeszcze przez chwilę próbowali żartować. Kiedy ona straciła pracę, i okazało się, że będą mieli dziecko, już trudniej było grać. Za wszelką cenę chcieli być wypłacalni dla banku, choć było cholernie trudno.

– Nikt nie wiedział o naszych problemach, nie chwaliliśmy się, bo niby czym? Ludzie potraktowaliby nas jak idiotów, którzy dali się naciągać na obcą walutę. Albo cwaniaczków, co chcieli się na plecach złotówkowiczów dorobić. A każdy mądry, kto nie był w naszej skórze – wzburza się ona.

Życie “na bogato”, gdy nikt nie widzi

Grudzień. Urodziny mojej siostry. Jak wiele innych rodzinnych spędów.
– Zastanawiałam się długo, czy jakoś się z tego nie wykręcić. Nie dlatego, że nie chciałam z nią spędzić czasu, świętować. Nie mieliśmy pieniędzy na przyzwoity prezent. A raczej musieliśmy wybierać czy wydamy te pieniądze na nią – czy na chleb. Wiem, że niby to nie to jest w życiu ważne, że by zrozumiała. Ale tak bardzo było mi wstyd, gdy wręczałam jej kartkę. W kopercie tylko kartka, bez pieniędzy. Siostra taktownie podziękowała, choć ledwie ukryła zdziwienie.

Po ostatnich urodzinach odechciało im się rodzinnych imprez. Wszyscy już byli, oni spóźnieni, zamiast ruszać auto spod bloku, poszli lekko spóźnieni piechotą. Mama zapytała, a czemu tak? „Bo zdrowiej, mamuś” – powiedziała Ona, i „taniej”- pomyślała gryząc się w język. Upiekła ciasto, z tego co było – smaczne, ale to tylko ciasto.  Nie pasowali tym razem do uroczystości. Wstyd i poczucie beznadziei, a wokół stołu plotki, ploteczki kto, gdzie był lub co nowego do domu kupił. I choć nikt nic nie wiedział i nie patrzył porozumiewawczo – oni czuli to z każdym brzdękiem talerzyka. Nie chcieli litości na pokaz. I do kompletu te pytania: „A wy co tacy milczący…?”.

Milczący? Bo czym się chwalić? Co było do sprzedania, puścili na aukcjach, zostawili jednak auto, bo on musi czymś dojeżdżać do pracy. Auto było, ale nie było na paliwo do niego, w ruch poszły karty kredytowe. Wstyd od rodziny pożyczać, krótko potem dwie kredytówki były wyczyszczone do zera.

Czyste karty, czyste konto w banku, pusta lodówka.

Aż się rzygać chciało na widok pasztetu i mortadeli przez pół miesiąca. W osiedlowym sklepie zakupy na kreskę, najczęściej chleb, pasztet i margaryna. – Jeszcze tylko dziś i jutro pani Kasiu, pojutrze wypłata, to oddam – tłumaczyła się opuszczając wzrok, bo wiedziała, że to nieprawda.  Dla dziecka na mleko – pożyczone, a żeby starczało na dłużej, czasem rozrabiała je bardziej niż powinna. Mała jeść musiała, oni też, ale zawsze pierwsze było dziecko. “Co dziś na obiad?” – Pytał on. “Zupa nic”- gorzko się śmiała. Życie “na bogato”.

Chciałaś, to masz, proste?

Na spacery pod rękę, na jej twarzy make-up, auto na parkingu, zazdrość sąsiadów. Bo mają coś swojego. Się powodzi, stać na kredyt, regularnie spłacają burżuje. Albo głupcy.

Nie czekała, aż córka skończy pół roku, znalazła pracę na czarno, bo jego pensja nie wystarczała. Bank odmówił wakacji kredytowych, miał do tego prawo, zabrakło innych możliwości. Pracują, auto na chodzie, ale w lodówce dalej światło i ten cholerny pasztet. Lepiej nie będzie, opieka nad córką kosztuje, podobnie jak ich marzenie o swoich 48 m2. Rozmyły się ich plany, żyją z dnia na dzień jak setki innych kredytowiczów.  Cholerne życie zakamuflowane pozorami dobrobytu.

Nie liczą nawet na obietnice przewalutowania ich frankowego przekleństwa z inicjatywy nowej władzy. Nie chodzą na pikiety, nie krzyczą głośno o pomoc, bo zwyczajnie im wstyd. Bo jak się przyznać, że dało się ogłupić bankowi? Miało być znośnie, trzydzieści lat pracy na własny kąt. Wahania kursu owszem, brali pod uwagę, ale jego podwojenie? Absolutnie nie. I nawet nie ma do końca komu wysypać żalu – Przecież nie braliśmy tego cholernego kredytu, żeby przeżreć i przepić go w rok. – ale w tej złości jest więcej smutku niż wrogości.

Chcieli żyć, pracować, zostawić coś dzieciom. Choć teraz ona mówi, że dziecku, swojej córce. Drugie dziecko? – Nie stać nas, a nikt o zdrowych zmysłach nie podejmie ryzyka ponownej utraty pracy. Nie oddam też mieszkania, żeby zdobyć pozorną wolność, bo jeszcze większą głupotą niż wzięcie tych przeklętych pieniędzy od banku, będzie teraz porzucenie lokum, które tak wielkim kosztem spłacaliśmy ostatnie lata.

To prosta i smutna filozofia – spłacaj za wszelką cenę albo zgiń jako przegrana. Nie licz na pomoc kogokolwiek, nie wyciągaj rąk, nie wypowiadaj tego głośno, bo oberwiesz kamieniem od tłumu. Chciałaś kredytu, to masz.

Podobnych historii napisanych „frankiem” jest w Polsce około 953 tysięcy. Mają bardzo różne zakończenia.


Zobacz także

Czy można być szczęśliwym z partnerem, który cię zdominował. „Jej najwyraźniej jest tak dobrze”

Apel do pacjentów: „Naprawdę nadal chcecie Państwo być leczeni w takich warunkach? Nie uważacie, że zasługujecie na coś lepszego?”

Tanio i stylowo - modowe tricki, które nie zrujnują twojego portfela

Tanio i stylowo – modowe triki, które nie zrujnują twojego portfela