Lifestyle

Poszłam. Żeby nie było, że dam sobie wmówić opinię innych. Obejrzałam „Smoleńsk” i…

Michalina Grzesiak
Michalina Grzesiak
12 września 2016
recenzja filmu Smoleńsk
Fot. Screen z YouTube Trailer filmu “Smoleńsk”
 

Szefowa MEN uważa, że uczniowie powinni obejrzeć „Smoleńsk”.

Kiedy docierają do mnie takie rewelacje staram się zachować ogromny dystans. Od informacji do manipulacji bardzo krótka droga, a ja niejednokrotnie wpadłam już w farbowany przekaz i dzieliłam koloryzowane informacje wśród własnych znajomych. Wynikało to głównie z nieświadomości i braku zapału do weryfikacji treści. Tym razem postawiłam na głęboki research, kupiłam bilet do kina, poznałam postać reżysera, przekrój pracy. Z zaciekawieniem czekałam na start czegoś, czym internet  żywi się od kilku dni w memowych igrzyskach. Będąc rodzicem świadomym chciałam przekonać się, czy diabeł taki straszny, jak go malują i czy szefowa MEN, Anna Zalewska, pospolicie spadła z krzesła wymyślając szkolne wycieczki do kina na  „Smoleńsk”, czy może ja jestem totalnym ignorantem i powinnam się o patriotyzmie jeszcze wiele nauczyć.

„Kaczora wykończyły Ruskie”

Nie miałam nawet szansy na zbudowanie własnej opinii, na wyciągnięcie wniosków, na doczytanie didaskaliów w tej przepastnej książce, bo tak oto zanim dobiłam do środkowej karteczki, reżyser Antoni Krauze, odkrył  przede mną jedynie słuszną prawdę już na okładce, zupełnie jak ekshibicjonista w szarym prochowcu w okolicach Kępy Potockiej. Późniejszy maraton propagandy rozpędził się jak pendolino. Z całej ponad dwugodzinnej historii wyciągnęłam kilka „istotnych” informacji, które po starannym praniu mózgu miały wynieść mnie z kina już jako człowieka oświeconego, a na pewno nawróconego.

I tak: przed lądowaniem polskiego tupolewa do pasa doleciała rosyjska maszyna, dokonała zrzutu sama nie wiem czego, z fabuły nie da się nic wywnioskować. Transport  mgły, brzóz, skórek od banana, czegoś na pewno. Tusk rozmawiał z Putinem na molo w Sopocie po niemiecku, organizując ostatnią wybuchową logistykę i ustawiając ludzi z generatorami mgły w lesie smoleńskim, a kapitanowi Protasiukowi na sam koniec psuje się w kokpicie wielki czerwony guzik. Mało tego. Zaraz po katastrofie, w której zginęło dziewięćdziesiąt sześć osób, rosyjski urzędnik łazi po gruzowisku wśród szczątek samolotu i ludzi, i odrzuca przychodzące połączenia na działających telefonach komórkowych ofiar. Obecność kilku Azjatów skandujących w tłumie niezadowolenie z tytułu grzebania pary prezydenckiej na Wawelu, rozruszała publiczność tak, że ta nie powstrzymała się przed głośnymi komentarzami w kierunku: „A ci co tu robią?” i „Chyba zabłądzili”.  Niestety, chcąc na siłę zachować powagę, czując się wręcz w obowiązku zadumy w obliczu poważnej sytuacji, jakiej doświadczaliśmy sześć lat temu, nie sposób było nie parsknąć śmiechem co drugą scenę i złapać się za łeb w cuglach farsy.

Przecież to, co tu przede mną postawiono, dostałoby w Stanach Złotą Malinę, kosze malin, wywroty,  w Polsce zdeklasuje konkurencję w wyścigu o Węża, o całe syczące stada. Wór totalnego nieporozumienia, jakiemu poddałam się w słusznym celu, wypełnił się po ostatni sznurek kreacją dziennikarki, głównej postaci filmu, która przed oczami niemalże pustej sali kinowej snuła się jak ociosany, drewniany kloc ze starannie umalowanymi ustami. Uśmiech przyklejony do twarzy był irytujący, że aż czasem przerażający, a smoleńska Nina powinna z rozbiegu przyjąć tytuł stalkera roku smoleńskich rodzin.  Postać została tak starannie popsuta, że nawet poważnie wypowiadane przez nią zdania kończyły się ocieraniem łez przez kinowe ławy, a każda kolejna mina dawała cień podejrzeń, że bohaterka jest po prostu upośledzona psychicznie.  Koniec tego i tak długiego babola rozłożył publiczność na części pierwsze. Widok alegorycznego spotkania ofiar z 1940 roku z tymi z 2010, uśmiana po pachy Pierwsza Dama poklepująca po plecach polskiego żołnierza i cala polska delegacja witająca się ze sobą nad wykopanym grobem jak po meczu siatkówki, wdeptała zebranych na sali widzów w ziemię. Zero wszystkiego – obiektywizmu, dobrego smaku, kunsztu, rozsądku, a przede wszystkim – zero szacunku do dramatu tamtego dnia, którego ja, jako obywatel Polski, domagałabym się po filmie o takim tytule. W gębie pozostał mi jedynie niesmak. Do auta wracałam rozchwiana emocjonalnie nie wiedząc do końca, czy w pierwszej kolejności opanować śmiech, zażenowanie, kosmiczne rozczarowanie, a może walnąć po prostu pięćdziesiątkę wódki na kołatanie serca.

Po premierze „Smoleńska” minister Anna Zalewska powiedziała, że film powinni zobaczyć polscy uczniowie. Ale oficjalnej rekomendacji Ministerstwa Edukacji Narodowej nie będzie.”

Bogu dzięki. Jako matka dwójki nie wyobrażam sobie obecności własnych dzieci na tak zorganizowanej hucpie. Nie chodzi tu jedynie o to, w co się wierzy, a w co nie, nie polemizuję z oczywistym przekonaniem zdrowo myślących ludzi, że rozmawiać o katastrofie wręcz trzeba, uczyć o niej też, ale w takim propagandowym sosie moje dzieci taplać się nie będą. Może uda mi się doczekać produkcji, która ugryzie temat obiektywnie, zostawiając uchylone drzwi do dalszej dyskusji i wyciągania wniosków, ale na pewno nie wyrażę zgody na od początku do końca grane na jedno kopyto nuty, czując się czasami jak programowany właśnie mieszkaniec dyktatury totalitarnej.  Film zakwalifikowany do filmów patriotycznych w moim odczuciu jest materiałem mocno propagandowym i groteskowym.

Abstrahując od powyższych

Wysyłanie młodzieży w ramach rozszerzonej edukacji szkolnej na Smoleńsk, nie ma najmniejszego sensu z trzech głównych powodów. Produkcja nie ma wartości historycznych, bowiem nadal nie wyjaśniono przyczyn katastrofy, a budowanie tez i stwierdzeń na podstawie wróżenia z fusów, objawień prezesa i osobistych frustracji wielu, jest nieprofesjonalne i niepoważne. „Smoleńsk” nie ma wartości estetycznych, a gra aktorska niektórych osób powinna być ukarana pracami społecznymi albo grzywną i ostatecznie – ponad cały tragizm wydarzeń z kwietnia i szacunek, jakiego zabrakło w każdej jednej sekundzie, wybija się brak wartości moralnych, który ostatecznie kładzie „Smoleńsk” na łopatki, a pomysł podzielenia się nim z młodzieżą jest najprościej w świecie niepoważny. Jako Polka o IQ większym od słonego paluszka zastanawiam się, jakim prawem próbuje mi się wmawiać wersje pod płaszczem ustawodawczym? Idąc dalej, w czyim imieniu chcecie zepsuć mi dzieci? We własnym? W imieniu kraju? Jak każdy chcę poznać prawdę, pochylić głowę nad losem ofiar, mieć możliwość i czas na zadumę. Ale nie tak.

Od Syna mojego  i Córki, od domu i poglądów – wara.


Lifestyle

Cienka granica grubych spraw. Gdzie kończy się body positive?

Agnieszka Sierotnik
Agnieszka Sierotnik
12 września 2016
Cienka granica grubych spraw. Gdzie kończy się body positive?
Screen Instagram informoverload
 

Największym i niezmiennym atakiem na ruch body positive i całą branżę plus size jest zarzut o promowanie otyłości i niezdrowego trybu życia. Niezależnie od tego, jak bardzo wszystkie modelki, blogerki czy aktywistki starają się wspierać kobiety na całym świecie w procesie zaakceptowania swojego ciała i pokochania swojego odbicia w lustrze, zawsze znajdzie się choć jedna osoba, która zniszczy ich pracę.

Ze skrajności w skrajność 

Na wybiegach królują dziewczyny w rozmiarze 34. W reklamach mamy do czynienia z genialnym użyciem Photoshopa, a do tego ciuchy w mniejszych rozmiarach są po prostu tańsze. Wściekłość dziewczyn w rozmiarze 42+ jest zdecydowanie uzasadniona. Kompleksy bardzo chętnie zadomawiają się w kolejnych umysłach. Może właśnie dlatego tak bardzo cieszę się, gdy widzę modelkę plus size w kampanii reklamowej (niekoniecznie środków odchudzających), a kolejna akcja społeczna o samoakceptacji cieszy się ogromną popularnością. Dziewczyny na całym świecie odwalają kawał dobrej roboty, walcząc z chłopięcą sylwetką w świecie mody, a co za tym idzie w świadomości nastolatek, które wpadają w anoreksję, żeby wyglądać jak Anja Rubik. Tylko co z tego, skoro gdzieś na odległym biegunie pojawia się kobieta, która chce ważyć 450 kilogramów? Jasne, to jej życie. Niech robi co chce. Wspomniałam jednak, że zarabia na tym i uważa się za kwintesencję body positive?

Monica – dziewczyna potrzebująca ratownika

Monica Riley mieszka w Teksasie. Jest fotomodelką, szczęśliwą w swoim związku kobietą planującą dziecko. Ot, normalna amerykańska dwudziestosiedmiolatka. Pewnie by tak było, gdyby nie fakt, że Monica chce zostać najgrubszą kobietą na świecie. Co więcej, jest na najlepszej drodze ku sukcesowi! Aktualnie waży 315 kilogramów, a w spełnieniu jej marzenia pomaga jej chłopak. Tak, wiem, każdy ma swoje życie i każdy może sobie z nim robić, co chce. Doskonale to rozumiem i jestem tego samego zdania. Jednak, kiedy ktoś świadomie robi sobie krzywdę, a inni ją pochwalają… czy można stać obok bezczynnie? Riley na swoim tyciu zarabia niemałe pieniądze. Jej fotomodeling polega na wrzucaniu do sieci zdjęć i filmów, na których możemy obserwować, jak pochłania ogromne ilości jedzenia. Co więcej, mężczyźni z całego świata wysyłają jej pieniądze na zakup kolejnych porcji żywności, żeby przez przypadek nie zaczęła chudnąć!

Kompleksy mieszające w psychice

Okej, niech Monica robi, co chce. To jej życie i patrząc na to, że ma przy sobie faceta, który ją w tym wspiera, a przy okazji tysiące ludzi na całym świecie finansujących jej plan, raczej nic się nie zmieni. Problemem w tym całym zamieszaniu są te młode dziewczyny szukające akceptacji. Oczywiście są takie, które zaakceptują swój wygląd bez większego problemu. Będą też niestety te, które wpadną w ogromne kompleksy prowadzące do zaburzeń odżywiania. A jak wiadomo z tej spirali bardzo ciężko się wykręcić. Czytając historię Monici zastanawiałam się, do której grupy ona należy i co siedzie w jej głowie. „Lubię grubą siebie. Mogę być jeszcze grubsza, a przy tym popularna, więc dlaczego nie?”. Czy bardziej: „Ja siebie nie akceptuję, ale skoro inni mnie akceptują, będę spełniać ich życzenia”. Nie wiem, czy któraś z tych opcji jest poprawna. Obawiam się jednak, że któraś z większych dziewczyn czytających tę historię może sobie pomyśleć: „po co mam chudnąć, skoro mogę być grubsza i bogata?”.

Cienka granica grubych spraw

Przy okazji każdego artykułu, posta czy vloga o akceptacji swojego ciała i modelingu plus size pojawia się to samo zdanie. „To promocja otyłości!” Promocją otyłości jest Monica Riley, nie kampanie społeczne takie jak #IamAllWoman czy sklepy z kolekcjami plus size. Jako dziewczyna nosząca rozmiar 44/46 doskonale znam te spojrzenia i hejt mniej lub bardziej znajomych ludzi. To właśnie do tego są potrzebne akcje, w których każda z nas może zobaczyć kobietę podobną do siebie, nie wygładzoną w programie uchodzącym za cud XXI wieku. Plus size ponoć rozpoczyna się od rozmiaru 42, ale pozytywny stosunek do swojego ciała nie powinien mieć rozmiaru. Granica między akceptacją siebie a niehumanitarnym traktowaniem jest jednak zdecydowanie zbyt cienka.

Najpierw zdrowie, potem waga

W całym założeniu tego ruchu chodzi o skończenie promowania niezdrowego trybu życia, niezdrowej sylwetki, wagi niszczącej życie. Miałam szczęście poznać kilka dziewczyn, które działają w polskiej branży plus size. Od każdej z nich usłyszałam, że po prostu chcą być szczęśliwe i chcą pokazać dziewczynom w większych rozmiarach, że to naprawdę możliwe. Można się ładnie i modnie ubrać, iść na siłownię, jeździć rowerem do pracy. Być dobrą dla samej siebie. Wszystko to jest jednak napędzane dbałością o swoje dobre samopoczucie i zdrowie. Nie ma mowy, że czując się źle w swoim ciele czy mając problemy ze zdrowiem, nie skierują swoich kroków na siłownię, basen czy do dietetyka. Tak na dobrą sprawę, większość z modelek plus size ciągle jest pod opieką trenera i dietetyka. Monica stoi po drugiej stronie barykady. Nie dba o siebie, ani o swoje zdrowie. Dba o fantazje seksualne swoich widzów i swojego partnera. W żadnym momencie nie jest to body positive. To po prostu brak szacunku do samej siebie.


Lifestyle

Seks tylko dla przyjemności? Wcale nie. 9 powodów, by uprawiać go jeszcze częściej!

Żaklina Kańczucka
Żaklina Kańczucka
12 września 2016
Fot. iStock / KatarzynaBialasiewicz

Jeśli jesteś w obozie zwolenników teorii, że seks nie służy do niczego więcej niż prokreacji, sprawiania przyjemności i budowania więzi między partnerami, zainteresują cię pewne fakty. Badacze biorą pod lupę różne rzeczy, tym razem zajęli się zależnościami seksu i stanu zdrowia osób czynnie go uprawiających. Wnioski są bardzo ciekawe, ponieważ seks wpływa nie tylko na zdrowie fizyczne, ale i psychiczne.

Seks jest najlepszym lekarstwem na wiele problemów

Aktywność seksualna wspiera układ immunologiczny

Badania wskazują, że regularne współżycie doskonale wspiera układ odpornościowy. Różnicę na plus czyni już seks dwa razy w tygodniu. Nawet wtedy poziom immunoglobuliny typu IgA we krwi wzrasta o 30%. Lekarka Yvonne K. Fulbright, ekspert zdrowia seksualnego doszła do wniosków, że ludzie aktywni seksualnie rzadziej korzystają ze zwolnień z powodu choroby. Badacze problemu wykonali doświadczenia polegające na eksponowaniu osób aktywnych i nieaktywnych seksualnie na wirusy często występujących chorób przenoszonych drogą kropelkową. Jednak seks to zdrowie, więc zamiast preparatów wzmacniających odporność, pora zawczasu wskoczyć z partnerem do łóżka ;).

Seks wzmacnia serce

Nie tylko w sferze uczuciowej. Ma on niebagatelne znaczenie w przypadku osób narażonych na przejście zawału serca. Systematyczność współżycia wpływa na obniżenie ciśnienia krwi. Tym samym przekłada się nie tylko na profilaktykę nadciśnienia, ale i zawału, także przez regulację poziomu estrogenu i testosteronu. Badania opublikowane w American Journal of Cardiology świadczą o tym, że mężczyźni kochający się ze swymi partnerkami minimum dwa razy w tygodniu są o 50 procent mniej narażeni na poważne choroby układu krążenia.

Niweluje stres

Seks genialnie rozładowuje napięcie. Oddanie się instynktownym zachowaniom, pozwala skutecznie wyłączyć przesilony mózg i oddalić się od sytuacji stresowej. Ale nie koniecznie najlepszy jest tu szybki numerek w pracowniczej toalecie, ale sekst z osobą, którą kochacie, czujecie bliskość i oddanie. Udany seks wyzwala duże dawki endorfin, czyli hormonu szczęścia, który z marszu poprawia nasze samopoczucie i regeneruje nadszarpnięte nerwy.

Wzmacnia mięśnie i kości

Intensywny i co ważniejsze regularny seks porównywany jest do porządnego treningu cardio. Spala kalorie, przyspiesza tętno, dotlenia organizm. Ruch ciała, a zwłaszcza orgazm wyjątkowo wzmacnia mięśnie dna miednicy. Dla tej części ciała to znakomite ćwiczenie, ale seks ma także pozytywny wpływ na profilaktykę osteoporozy u kobiet.

Działa przeciwbólowo

Niestety, w tym przypadku standardowa wymówka „nie dziś kochanie, boli mnie głowa” traci zupełnie na znaczeniu. Seks i orgazm, dzięki uwalnianiu endorfin, ściąga naszą uwagę daleko od problemów z bolącą nogą czy zębem. Dzięki tej czynności mózg przestaje na moment koncentrować się na sygnałach alarmowych wysyłanych z miejsca bólu, tłumiąc przykre dolegliwości. Przynajmniej tymczasowo.

Działa lepiej niż tabletka na bezsenność

I znów przewija się ten sam schemat seks, orgazm, czyli pozytywne zmęczenie i endorfiny sprawiają, że po wysiłku następuje upragnione rozluźnienie i relaks. Bez skupiania się na przykrych czy stresujących wydarzeniach, łatwiej jest zapaść nam w upragniony sen. Dotleniony organizm lepiej poradzi sobie z tym zadaniem niż w przypadku napięcia i stałego rozmyślania o dręczących problemach.

Seks odmładza

To bardzo dobra wiadomość. Aktywność seksualna i wysiłek z nią związany wpływa doskonale na dotlenienie i kondycję organizmu. Dzięki temu poprawia się stan skóry poprzez lepsze krążenie krwi, a dzięki lepszemu snu lepiej się regenerujemy i jesteśmy mniej zestresowani, co pozytywni wpływa na samopoczucie i wygląd.

Działa antynowotworowo

Niestety, w tym przypadku równouprawnienia nie ma. W tym temacie, na czynnym uprawianiu seksu zyskują głównie mężczyźni, którzy narażeni są na wystąpienie nowotworu prostaty. Według badań ci, którzy uprawiają seks zakończony orgazmem co najmniej 21 razy w ciągu miesiąca rzadko zapadają na nowotwór prostaty. Warto się zastanowić, czy w trosce o dobro swojego mężczyzny, nie uprawiać z nim seksu jeszcze częściej.

Leczy czkawkę

Może czkawka bywa chwilowa i mało uciążliwa, ale nikt specjalnie za nią nie przepada. Gdy nie skutkują metody typu wstrzymywanie oddechu czy jedzenie cukru, warto spróbować seksu. Pomysł ten wyszedł od przypadku pewnego mężczyzny, który cierpiał na długotrwałą czkawkę. Po kilku dniach ów człowiek zaprosił do łóżka żonę. W efekcie, czkawka się skończyła, a tym przypadkiem zainteresowała się medycyna.

W jakikolwiek sposób zechcecie wykorzystać seks do pozbycia się swoich dolegliwości, pamiętajcie, by był on dla obojga partnerów przyjemny i bezpieczny. Marna zamiana, gdy przychodzi zamienić czkawkę na chorobę weneryczną.


źródło: www.msn.com

 


Zobacz także

Do której godziny są czynne sklepy w Sylwestra

Markowe perfumy w Lidlu. Calvin Klein 100 ml za jedyne 99 zł!

Masz konto na Instagramie? Sprawdź, jak na podstawie zdjęć mogą oceniać cię inni

Co widzisz pierwsze na tym obrazku?