Lifestyle

Poniedziałkowy dół…? Kolejki do Maćka Stuhra! Aktor rozdawał kwiaty z okazji poniedziałku!

Redakcja
Redakcja
2 czerwca 2016
Poniedziałkowy dół...? Kolejki do Maćka Stuhra! Aktor rozdawał kwiaty z okazji poniedziałku!
Fot. Materiały prasowe
 

Maciej Stuhr będąc gościem imprezy świętowania poniedziałkowego poranka starał się umilić warszawiakom ten „najcięższy moment tygodnia” nie tylko rozdając paniom kwiaty, ale też odpowiadając na pytania, w czym sam szuka motywacji do działania i źródła uśmiechu.

Okazuje się, że jego metodą na stres jest sport. Treningi do trithlonu – biegi, pływanie oraz jazdy na rowerze, wymagają ogromnej samodyscypliny, zwłaszcza po całym dniu pracy. Taki wysiłek fizyczny działa odstresowująco i zdejmuje odpowiedzialność za dietę. Daje również siłę do pozytywnego myślenia. A bez tego ani rusz.

W trakcie spotkania „Mam moc” odbyła się również premiera piosenki „Poniedziałkowy dół”, którą aktor sam napisał i zaśpiewał z londyńskim zespołem Stay Strong Brothers. Piosenka, która jest jednym z trzech nagranych utworów w przewrotny sposób udowadnia, że każda okazja – poniedziałkowy poranek, korek, a nawet oczekiwanie na piątek może stanowić powód do radości! Akcja elementem kampanii marki ACTIMEL.

Fot. Materiały prasowe

Fot. Materiały prasowe

Z niecierpliwością czekamy na „Autobus z horroru” oraz „Piątello”, a teraz zapraszamy na „Poniedziałkowego doła”, bo choć zaraz złapiemy weekendowy nastrój, po nim wróci „przeklęty poniedziałek” – tego akurat możemy być pewni!

Fot. Materiały prasowe

Fot. Materiały prasowe

PS: Kup sobie kwiatka – działa cuda! Więc kup sobie kwiatka :).

 


Lifestyle

„Hej, mam na imię Maks, mam 11 miesięcy. Uratuj mi życie, proszę”

Katarzyna Troszczyńska
Katarzyna Troszczyńska
2 czerwca 2016
Maks Świerkowski
Fot. Archiwum prywatne
 

Historia miała być taka. Miałem przyjść na świat latem 2015 roku. Nie, nie sam, razem z moim bratem bliźniakiem Aleksem. Mama rodziłaby nas przez cesarskie cięcie. Ile by leżała? Kilka dni? Potem trafilibyśmy do domu na warszawskim Powiślu, 60 metrów kwadratowych. Nasz pokój byłby niewielki. Dwa łóżeczka, kanapa. Czasem leżelibyśmy na kanapie, a piesek Ricola wtulałby się w nasze nogi. Albo właziłby na głowę, a mama krzyczałaby: „Złaź!”

Miałbym szczęśliwie i dobre dzieciństwo, bo moi rodzice bardzo się kochają i bardzo chcieli mieć dzieci. Na wakacje jeździłbym do Zakopanego, do babci Zosi. Odwiedzałbym też babcię Bogusię. Miałbym pewnie z czasem swoje małe problemy. Pokłóciłbym się z bratem, wkurzyłbym mamę. Ale rósłbym jak wiele innych dzieci. Przede wszystkim jednak nie czułbym bólu.

Fot. Archiwum prywatne

Fot. Archiwum prywatne

Jak historia wygląda? Mam 11 miesięcy i o bólu już wiem wszystko. Nie wiem za to nic o normalności, o budzeniu się w swoim łóżku, jedzeniu śniadań. No dobra, tych papek, bo przecież nie mamy z Aleksem jeszcze nawet zębów. Budzę się przez siedem dni w tygodniu z daleka od rodziców. Pierwsze piętro. Oddział Intensywnej Terapii numer Jeden. Centrum Zdrowia Dziecka w Warszawie. Numer Dwa jest dla dzieci po operacjach. Leżą tam kilka dni, czasem troszkę dłużej. U nas na oddziale są tacy co leżą ponad rok. Na przykład Zosia, ma rok i trzy miesiące. Całe swoje życie spędziła tutaj. Jej mama nazywa ją Zosią Maleńką Wojowniczką. Zosia ma trójkę rodzeństwa. Mimo to jej mama jest na oddziale kilka razy w tygodniu.Czyta Zosi książeczki, opowiada bajki i historie z życia. Mama jej musi o tym opowiadać. Moja też musi opowiadać. Choć miałem kilka wspaniałych miesięcy, kiedy mieszkałem z rodzicami i Aleksem. Byliśmy wtedy w Zakopanym. Pamiętam góry. Mama opowiada mi też, że już w wieku trzech miesięcy byłem ciekawy świat, dużo się śmiałem, Ricola mnie uwielbiała, a ja uwielbiałem takiego misia.

Fot. Archiwum prywatne

Fot. Archiwum prywatne

Zosia nie widziała drzewa ani chmury…

Widziała za to rybki, ale nie na żywo. Na naszym poprzednim oddziale (przenieśli nas) na suficie jakiś dorosły namalował piękne, kolorowe rybki. Całe akwarium. Żeby było nam wesoło. I żebyśmy mieli chociaż namiastkę normalności. Tyle, że my często nie znamy innego świata. Normalność to dla nas respiratory do których wszyscy jesteśmy podłączeni, to sieć kabli, którymi oplecione są nasze ciała. Ja mam takie do mierzenia tętna, rytmu serca, no i te kable z wkłucia centralnego. Dożylnie podają mi kroplówki, antybiotyki, nawet jedzenie, a raczej tłuszcze i witaminy. Przez specjalną sondę dostaję też mleko.

Fot. Archiwum prywatne

Fot. Archiwum prywatne

Całymi dniami leżymy. Nie raczkujemy, nie chodzimy, dostajemy leki uspokajające, żeby nie rzucać się po łóżeczku. Lekarze mówią: „Dziecko z respiratorem musi współpracować”. No cokolwiek to znaczy nie byłem na spacerze od października, nie pamiętam zapachu powietrza. Gdy mama chce mnie podnieść, przytulić, ponosić pielęgniarki muszą jej pomóc opanować te kable. Żeby się nie zaplątały, żeby coś nie wypadło. Ryzyko jest naprawdę duże. Pielęgniarki są cudowne. W naszym pokoju czteroosobowym są dwie. Od października mam nieustanne zakażenia. A muszę się wyleczyć. Mam na to tylko trzy miesiące. Do września. To wtedy lecimy z mamą do Stanów, do doktora Jeffreya Fearon’a, jednego z najlepszych specjalistów od zespołu Crouzona. Tak, to choroba, którą mam. To rzadka wada genetyczna. Jedna na 25 000 urodzin. Polega na tym, że czaszka nie rozrasta się prawidłowo. Mózg rośnie, a czaszka się nie powiększa. Do tej pory nie zrosło mi się ciemiączko. Gdy mama mnie przytula, widzi mój mózg. Jeśli lekarze mi nie pomogą – umrę. Uduszę się. Być może niedługo, choć nie chcę w to wierzyć.

Już miałem umrzeć kilka razy…

Najpierw w Olsztynie. Mama tam trafiła po wizytach u iluś specjalistów, nie domykałem powiek, martwiła się o moje oczy. Któryś z lekarzy: „On ma też problemy z oddechem”. W Olsztynie mieli mi zrobić operację czaszki, wcześniej jednak zamontować w mojej tchawicy taką rurkę, żeby łatwiej mi się oddychało. Okazało się, że to nie jest takie proste. Do problemów z nierosnącą i zdeformowaną czaszką doszła wiadomość, że mam wrodzoną wadę tchawicy, do tego problemy z układem pokarmowym.

Fot. Archiwum prywatne

Fot. Archiwum prywatne

„Dziecko nie rokuje, nie będziemy operować, za duże ryzyko”

…usłyszeli rodzice.

Mama płakała, ale nie chciała się poddać. Zaczęła szukać innych placówek na świecie, które decydują się na takie operacje. No i znalazła doktora Fearon’a. Po przejrzeniu wszystkich badań doktor odpisał: „Zrobimy operację, mam wiele takich przypadków, proszę się nie martwić”.

No więc mama próbowała się nie martwić. Tylko, że ja dostawałem kolejnych zakażeń, i kolejnych. Wciąż też chorowałem. Choćby zapalenie płuc, miałem już kilka razy. Raz nawet przestałem oddychać, to było w grudniu. Lekarze znów usłyszeli: koniec. Ej, jaki koniec, przecież to udowodnione, że dzieci z Zespołem Crouzona są bardzo silne. Jestem silny. Często słyszę: przeżyłeś więcej niż niejeden dorosły. Tak, przeżyłem. Mam, na przykład, non stop zapalenie rogówki. To potworny ból. I wyglądam potwornie. Dzisiaj jeden chłopiec zobaczył moje zdjęcie i powiedział: „Wygląda jak Frankenstein”. Ale jeśli dr Fearon zrobi mi operację będę wyglądał lepiej, dużo lepiej….moje powieki się nie domykają, śpię właściwie z otwartymi oczami. „Wytrzeszcz” mówią. Zresztą gdzieś mam wytrzeszcz. Chcę żyć.

Fot. Archiwum prywatne

Fot. Archiwum prywatne

Mama codziennie wieczorem rozmawia z innymi kobietami, która mają chore dzieci. Czasem powtarza: „Jak to życie jest nieprzewidywalne”. Nigdy nie była chora, nikt w jej rodzinie nie chorował. Aleks jest zdrowy.

Ale mama daje radę, nie współczujcie jej…

Wstaje codziennie rano i biegnie pięć kilometrów. Sport zawsze dobrze na nią działał. Nawet przy pierwszym USG znajomy lekarz powiedział jej: „proszę kupić dwa snowboardy”. Bo rodzice kochają snowboard i chcieli nas go uczyć. Kiedy biegnie, planuje co zrobi w ciągu dnia. Zwyczajna trzydziestolatka z fajnym życiem kiedyś, dziś kobieta zadaniowa. Też z dobrym życiem, bo otoczona wsparciem i miłością.

Gdy się urodziłem i okazało się, że jestem jednak chory wspierali ją przyjaciele, znajomi. Ciągle dzwoniły telefony. Nikt nie mówił: „Boże, koszmar, współczujemy”. Mówili: Zrobić ci sałatkę, obiad? Uprać pieluchy, przynieść pieluchy, zabrać Aleksa na spacer, porwać na piętnastominutową kawę. Każde słowo się liczyło. I choć mama była załamana, wiedziała, że nie jest sama. No i ma tatę. Nie uciekł, kocha ją i nas. Będzie zawsze.

Mama cały dzień kursuje między szpitalem, a domem gdzie jest Aleks, który przecież też potrzebuje miłości i opieki.

On już mówi: „mama”, „tata”, „baba”– ja nie, bo ta rurka w tchawicy zagłusza wszystkie dźwięki.

On jest teraz na etapie chodzenia, wstaje sam, chce biec, nie może, upada. Ja już mówiłem – tylko leżę.

On bawi się klockami, lubi zupę jarzynową i rybę. I kocha książeczki z rysunkami.

Ja nie bawię się niczym, słucham Małego Księcia, którego czyta mi mama. Zawsze wtedy się uspokajam.

Dobra, wszyscy wierzą, że będzie normalnie. Będę spał w łóżeczku jak Aleks. Będę jadł normalnie, oddychał normalnie. Nie uduszę się. Kiedyś przeczytam o sobie w mediach. Powiem: wow, tyle ludzi mi pomogło. Moi rodzice wciąż w to wierzą…

Maks Świerkowski walczy o życie. Do września musi zostać zoperowany, inaczej straci wzrok, a potem umrze. Dzięki operacji w Stanach Zjednoczonych i dalszemu leczeniu ma szansę przeżyć i normalnie się rozwijać. Koszt operacji i leczenia to 1,5 mln złotych. Doktor Jeffrey Fearon jest przekonany – Maks będzie normalnym, zdrowym chłopcem. Pomóżmy mu…

Wesprzyj poprzez przelew bankowy na dedykowane subkonto Fundaji Konrada Gacy Dlaczego?

ING Bank Śląski

Tytuł przelewu: Na MAXA dla MAXA!

Numer konta: 53 1050 1953 1000 0090 3090 3596

Wpłaty zagraniczne: PL53 1050 1953 1000 0090 3090 3596 (swift code: INGBPLPW

Fot. Archiwum prywatne

Fot. Archiwum prywatne


Lifestyle

Kiedy śmiejesz się przez łzy… Sprawdź, co się kryje za twoimi emocjami

Anna Frydrychewicz
Anna Frydrychewicz
2 czerwca 2016
Kiedy śmiejesz się przez łzy... Co się kryje za twoimi emocjami
Fot. Pexels / Snapwiresnaps / CC0 Public Domain

Dobrze jest dać czasem upust swoim emocjom, a przynajmniej – nie tłumić ich w sobie tak mocno, nie udawać szczęścia, gdy łzy napływają nam do oczu. Czasem złość, gniew czy śmiech kryją to, z czego często wolimy nie zdawać sobie sprawy. To nasza taktyka obronna, kiedy brak nam odwagi na bycie szczerym przed sobą samym.  Co kryje się za gwałtownie okazywanymi emocjami, za niekontrolowanymi wybuchami gniewu bądź radości?

Strach

Kiedy paraliżuje nas lęk, bardzo często „obrażamy się na cały świat”. Boimy się, więc wszystkich wokół traktujemy jak potencjalnych wrogów. Jesteśmy podejrzliwi, nie wierzymy w dobre intencje nawet najbliższych osób. „Wyżywamy” się na otoczeniu. W ten sposób próbujemy zminimalizować poczucie zagrożenia. Markujemy identyfikacje i rozwiązywanie problemu, zamiast zaatakować ów problem, atakujemy tego, kto akurat znajduje się blisko. Atak ma być również próbą udowodnienia sobie, że panujemy nad sytuacją. W rzeczywistości prawdziwe źródło problemu znika z horyzontu.

Czasem lęki maskujemy również niepohamowaną radością. Z pewnością łatwo odróżnicie szczery, zdrowy śmiech od tego nerwowego, wymuszonego.

Samotność

Jeśli jesteś samotny, bywa, że odczuwasz gniew na samego siebie. Czujesz, że to ty sam doprowadziłeś do sytuacji, w której nie możesz liczyć na wsparcie wielu bliskich. Zbudowałeś wokół siebie mur, ale w głębi duszy czujesz, że nie jesteś w stanie dłużej tak funkcjonować. Miesiące, lata mijają, poczucie tęsknoty za bliskością narasta, ale zamiast „wyjść do ludzi”, bierzesz ich na celownik swojego gniewu i frustracji. Wydaje ci się, że inaczej już po prostu nie umiesz.

Miłość

Gorąca, szczera, ale taka, która pojawiła się wbrew okolicznościom (np. wtedy gdy my lub ta druga osoba pozostaje w związku). Miłość z różnych powodów niemożliwa, odrzucona, niechciana komplikacja. Taka, kiedy oddałbyś wszystko, żeby jej nie czuć. Nie potrafisz się pozbyć tego uczucia, więc koncentrujesz się na jak najbardziej negatywnych emocjach. Obwiniasz siebie i obiekt swoich uczuć, więc choć kochasz szaleńczo – pokazujesz gniew i nienawiść. Uczucia skrajnie przeciwstawne, przerysowane, udawane z taką siłą, żeby tylko nikt nie domyślił się jak jest naprawdę.

Chęć obrony

To bardzo częsta strategia, zwłaszcza wśród osób niepewnych – siebie oraz racji, których bronią. Gdy rzeczowych argumentów brak, zbyt często uciekamy się do agresywnych zachowań. Wtedy już żadne logiczne argumenty nie są potrzebne i właśnie dlatego – paradoksalnie – czujemy się bezpieczniej. Łatwiej jest nam wygrać w słownej batalii na wzajemne krzywdzące zarzuty i wyciąganie zdarzeń z dalekiej przeszłości, niż polemizować z kimś kto prawdopodobnie wcale się nie myli.

Smutek, żal

Sami wiecie, jak bardzo często uśmiech ma za zadanie zamaskować to uczucie, że za chwilę pęknie ci serce. Udajemy z różnych powodów: najczęściej dlatego, żeby nie zranić drugiej osoby, ale także dlatego, że wmówiono nam, że tylko słabi okazują prawdziwe emocje. Więc choćbyś wewnątrz przeżywał osobistą, życiową katastrofę – uśmiechniesz się szeroko. I tylko oczy pozostaną zwierciadłem twojej duszy. Ich wyraz nikogo nie oszuka.

Trzeba naprawdę uważnie obserwować, by zrozumieć, że gniew to tylko maska, która skrywa gorące uczucie. Trzeba chcieć zauważyć, kiedy za perlistym śmiechem kryją się łzy rozpaczy.


Zobacz także

Niezależność emocjonalna – 20 cytatów, które pomogą ci o nią zadbać i o niej pamiętać

Ta mama może być dla wszystkich przykładem! Zobacz ten poruszający list do nowej macochy jej córki

Nie pasujesz tu? Złap dystans, nie przejmuj się tym, co mówią o tobie inni

Nie pasujesz tu? Złap dystans, nie przejmuj się tym, co mówią o tobie inni