Lifestyle

Pomyśl sobie: „co takiego daje mi narzekanie”. A może przyłączysz się dzisiaj do naszego Dnia Bez Narzekania?

Ewa Raczyńska
Ewa Raczyńska
6 lipca 2017
Fot. iStock
 

Jestem z przyjaciółmi pod namiotem, nad morzem. Tradycyjnie jeździmy na rozpoczęcie wakacji, ale w tym roku jest trochę inaczej. Mniej turystów, mniej ludzi. W piekarni, gdzie zawsze czeka się na pieczywo, wchodzimy bez kolejki, a bułki leżą w koszach. – Pogoda nie nastraja do urlopowania – mówi pani z piekarni. – Wczoraj trzy rodziny wyjeżdżały, bo od tygodnia czekali na pogodę i nic z tego. A przecież wakacje, to nie tylko plaża i opalanie się. Eh… my to tylko narzekać potrafimy – skwitowała.

Smutna konkluzja, przyznaję, ale też do bólu prawdziwa. Bo my narzekać potrafimy na wszystko, nawet na rzeczy, na które nikt inny narzekać by nie potrafił. Więc uwaga, ogłaszam dzisiaj Dzień Bez Narzekania. Wiecie, o ile życie może być przyjemniejsze, kiedy odpuścimy wszystkie swoje „ale”.

Zobaczcie na ile rzeczy narzekamy, na które kompletnie nie mamy wpływu, a nasze narzekanie niczego tu nie zmieni.

Narzekamy na pogodę, a przecież zupełnie nie od nas zależy, czy będzie świecić słońce, czy padać deszcze, a gdyby tak przyjąć, że jest jak jest i korzystać z tego, co mamy?

Narzekamy na sąsiadów – którzy hałasują, albo na dzień dobry nam nie odpowiadają. Ale przecież to ich problem nie nasz, czemu mamy czuć się źle z tym, że ktoś jest taki jak jest? Że pani w sklepie z nosem na kwintę nas obsługuje, że woźny w szkole naszych dzieci burczy i nigdy się nie uśmiecha. Przecież to im, nie nam żyje się z tym raz lepiej raz gorzej, a czasami za tymi nastrojami kryje się jakaś historia, której nie znamy, a oceniamy, bo ktoś się nie uśmiecha.

Narzekamy na pracę – tu jesteśmy mistrzami i to niezmiennie mnie dziwi. I już nie będę pisać, że pracę można zmienić, bo zaraz znajdą się ci, co narzekać będą, że pracy nie ma. Ale można by pomyśleć, co dobrego daje nam praca? Zamiast zwlekać się z łóżka z niechęcią myśląc, że trzeba do pracy, odwrócić swoje myślenie i dojść do wniosku: „idę, bo dzięki temu zarobię na wakacje”. Nie brzmi inaczej i motywacja się nie zmienia?

A skoro o wakacjach mowa, to narzekamy też na brak pieniędzy, a przecież na wszystko można spojrzeć z inne perspektywy. Zamiast myśleć: „na nic mi nie starcza”, pomyśleć: „cieszę się, że starcza mi na tyle”.

Zastanawia mnie fenomen narzekania. Skąd się w nas bierze potrzeba umniejszania własnego szczęścia i dobrego życia. Jakby ktoś nam wyrył tuż przed narodzeniem: „nie masz prawa się cieszyć, zawsze musisz na coś narzekać”. Spotykam córki znajomych, pytam, co słychać i słyszę: „Aaaa nic ciekawego”, nie odpuszczam i drążę dalej: „A jak w szkole”, „Beznadziejnie, trzeba się uczyć”. Ręce mi opadły. Dziewczyny, które mają trochę więcej niż 10 lat, są mądre, świetnie się uczą, jeżdżą z rodzicami na wakacje nie mają nic ciekawego do powiedzenia? Pomyślałam, jak będzie wyglądać ich życie z takim nastawieniem?

Zdecydowanie wolę tych, którzy mówią: „Jest świetnie”, bo wtedy uśmiecham się na samą myśl, że ktoś lubi swoje życie, że czerpie z niego radość i zauważa rzeczy, które zwyczajnie na co dzień go cieszą.

Moja przyjaciółka coach powiedziałaby: „spytaj, co im daje narzekanie, jakie korzyści czerpią z tego, że narzekają”. Więc może warto siebie spytać – dlaczego tak lubię narzekać? Może dlatego, że lubimy, gdy inni nas żałują, gdy mówią: „Stary, przerąbane, miałeś na urlopie odpocząć, a tymczasem lało i lało”. Nie jest tak, że łatwiej o empatię drugiego człowieka, gdy jest nam źle?

A może żyjemy przekonaniem, że jak powiemy, że jest dobrze, to coś się wywróci, nie uda, to jak zapeszanie pozytywnej rzeczywistości.

Ja nie lubię narzekać, choć jasne, że mi się zdarza. Ale gdy już słyszę, jak mendzę, że jestem zmęczona, że nie daje rady, że wszystko jest do dupy, wrzucam sobie na luz. Idę szybciej spać, wyłączam telefon, odmawiam, kiedy czuję, że ktoś nadużywa mojej pomocy. I dzień, może dwa później znowu uśmiecham się do swojego życia. Co prawda mało kto mnie pyta, co słychać. Ale jakie to ma znaczenie, skoro mi jest dobrze.

Spróbujcie nie narzekać. Przez jeden dzień myśleć o tym, co pozytywne, zamiast skupiać się na negatywach. Zobaczycie, że życie nabierze innych kolorów. Polecam!


Lifestyle

Jesteś introwertykiem? 6 rzeczy, z których powinnaś być dumna

Redakcja
Redakcja
6 lipca 2017
Fot. iStock / lolostock
 

Introwertyk postrzegany jest, jako osoba zamknięta w sobie, bardzo nieśmiała, z trudnością odnajdująca się w społeczeństwie. Taki stereotyp jest krzywdzący dla kogoś, kto może nie narzuca otoczeniu swojej osoby, ale również ma wiele do zaoferowania. Introwertyk swojej energii nie kieruje w stronę świata, ale raczej angażuje ją w sobie.

Z boku wygląda na osobę zamkniętą w sobie i niełatwą do zrozumienia, jednak dusza introwertyka zasługuje na bliższe poznanie.

6 rzeczy, z których introwertycy powinni być dumni

1. Mają twórcze umysły

Osoby, które cechuje zamiłowanie do samotnego przebywania oraz do regularności trybu życia, mają otwarte głowy na własne pomysły i dobrze korzystają z tego potencjału. Wyobraźnia pobudza kreatywność i pozwala na stworzenie bardziej kolorowego świata i ciekawszych pomysłów. Ekstrawertycy, czyli ich przeciwieństwa, mają tendencję do rozmieniania się na drobne, bo oddają swoją energię na zewnątrz.

2. Introwertycy mają zdolność szerokiego myślenia

Introwertycy są podatni na rozwój innowacyjnych pomysłów, nie mają potrzeby chodzić utartymi przez innych ścieżkami. Nie lubią  powielać cudzych pomysłów, chętnie zagłębiają wiedzę i dzięki temu poszerzają swoje horyzonty.

3. Potrafią zrozumieć innych

Wbrew pozorom, wycofana osoba może być świetnym terapeutą. Okazuje się, że umiejętność zrozumienia uczuć innych czyni z introwertyków osoby pełne empatii i współczucia. Ta podwyższona wrażliwość pozwala łatwiej zrozumieć drugiego człowieka w sytuacji jeden na jeden. Introwertycy, starając się wczuć w sytuację innych, potrafi czytać między wierszami oraz interpretować to, co na pierwszy rzut oka wydaje się bardzo oczywiste. Introwertycy nie przepadają za działaniem w grupach, za to podczas indywidualnych spotkań mogą pokazać spektrum swoich możliwości.

4. Są świetnymi obserwatorami

Są świetnymi obserwatorami tego, co nie zostało powiedziane w rozmowie, ale pokazane poprzez postawę. Zauważają więcej, bo więcej słuchają, niż mówią. Poza tym sami radzą sobie w trudnych sytuacjach, będąc w dzieciństwie narażonymi na przytyki oraz niezrozumienie ze strony rówieśników, przez co opracowali sobie strategię radzenia sobie ze stresem w życiu.

5. Introwertycy lubią samotność, ale są dobrymi partnerami

Introwertycy nie mają wielkiej potrzeby stymulacji społecznej i doskonale czują się poza grupą, funkcjonując samodzielnie. Nie oznacza to jednak, że nie wchodzą oni w stałe związki. Samotność dla nich jest ważna, bo pozwala im się czuć dobrze na własnych zasadach, ale w momencie, gdy angażują się w związek, starają się robić wszystko, aby to połączenie było głębokie i trwałe.

6. Małymi krokami pokonują daleki dystans

Nie wolno wątpić w to, że introwertyk ma wielkie szanse na osiągnięcie sukcesu w życiu. Spokojny i skryty charakter nie powinien być lekceważony. Mahatma Gandhi powiedział „w łagodny sposób można wstrząsnąć światem” i tacy ludzie potrafią to robić doskonale.

źródło: www.psychologytoday.com


Lifestyle

„Ja tam byłam. Byłam w tym zawieszeniu między tym, jaka być powinnam a jaka chcę być. Dzisiaj zmieniam swoje życie”

Ewa Raczyńska
Ewa Raczyńska
5 lipca 2017
Fot. iStock/swissmediavision

Na pytanie , co takiego się stało że założyłaś profil na Facebooku usłyszysz odpowiedź: forma terapii w stylu stań na nogi sama , bo nikt inny za ciebie tego nie zrobi albo leż i płacz, bo tak łatwiej . Gdy pojawia się w tobie dużo pytań, wątpliwości, z którymi nie dajesz sobie rady, lądujesz na terapii. Co najzabawniejsze nie wybrałam się tam dla siebie przecież ze mną wszystko było ok. Tyle, że podczas terapii zaczynasz nazywać rzeczy po imieniu i głośno mówisz, co o sobie myślisz, czego w swoim życiu chcesz. Okazuje się, że to nie jest łatwe, bo nie jesteś dla siebie ważna nie ma „mnie”, jest on i jedno pytanie zadawane w różnym kontekście: jaka mam być, aby uratować małżeństwo to wyreżyserowane życie, tę bajkę po tytułem: „Mama, tata, dzieci i pies”.

Miałam 16 lat, gdy poznałam swojego męża. Czy to była miłość? Nie wiem, na pewno z czasem w „coś” się przerodziło. Bo jak można kochać drugiego człowieka, kiedy nie kocha się i nie akceptuje samej siebie . Zresztą u mnie to był okres buntu, on miał cierpliwość i wiedział jak ze mną postępować Wychowywał mnie mój tata, który był mi najbliższą osobą, pozwalał mi na wiele – zdecydowanie zbyt wiele. „Urok” rozbitej rodziny, rodzeństwo z mamą, ja z tatą i chłopakiem. Gdy miałam miałam 19 lat tata zginął w wypadku, a we mnie pojawiła się ogromna pustka, która potrzebowała zapełnienia przez kogoś, kto da mi poczucie bezpieczeństwa. Z moim wówczas chłopakiem tworzyliśmy świetny duet, sprostaliśmy lekcji szybkiego dorastania. Patrząc z perspektywy, to był dobry czas dla mnie i dla niego. Tyle, że czas ucieka ..

Wyrosłam z tej małej dziewczynki, stawałam się kobietą. Chciałam mieć dzieci, lepić pierogi, odrabiać z nimi lekcje, grać w piłkę, stworzyć coś swojego, za czym tęskniłam na co byłam już gotowa.

Wzięliśmy ślub, po którym bajka się skończyła, tak jak ostrzegali co niektórzy. Ja jednak myślałam: „co się może zmienić?”. Znasz człowieka, mieszkacie razem, sporo wspólnie przeżyliście – śmierć taty, moje szybkie dorastanie. Przecież jeśli ma się zmienić, to tylko na lepsze. Tymczasem okazuje się, że papierek zmienia wszystko, on odsuwa się ode mnie, od domu, a ja szukam winy w sobie. Pytam, jaka mam być, żebyś mnie kochał, żebyś chciał być blisko mnie, jaka mam być, co robię źle? Może lepiej by było, gdybym była ładniejsza, szczuplejsza, gotowała obiad z dwóch dań, itd.?

Stałam się taka, jak on chciał, żebym była. Ja, dusza towarzystwa, siedziałam w domu, odsunęłam od znajomych, chyba nie chciałam pokazywać, jak przegrywam, że moja bajka to tylko bańka mydlana, nic więcej. Miałam tylko jego i pracę, ale to i tak było za mało, stwarzałam pozory szczęśliwej rodzinny, uśmiech na co dzień, a w środku wielki krzyk. Zapadałam się w siebie, wpadałam w jakąś taką czarną dziurę, z której nie chciało mi się podnieść, nie chciało mi się spojrzeć w górę, żeby zobaczyć światło.

Założyłam profil na Facebooku „Moje 365 dni”, bo szukałam jakiejkolwiek motywacji do zmiany, do tego, żeby wstać co rano, ubrać się, to miała być moja własna motywacja – jakkolwiek banalna by się nie wydała, to jednak działała. Sama musiałam się zmusić, bo czułam, że się poddaję. Znałam już ten stan i wiedziałam dokąd mnie zaprowadzi . Ktoś zajrzy i pomyśli: kolejna zarozumiała panienka ma się za nie wiadomo kogo, ani piękna ani… Ale mi chodziło o coś zupełnie innego, moja pewność siebie była na zerowym poziomie, jeśli nie niżej. Potrzebowałam tego, żeby się odbić, żeby pokazać też samej sobie, że jestem.

Pamiętam mój pierwszy samotny wyjazd w góry, w totalnej depresji. Zawdzięczam go mamie, wiedziała, co się ze mną dzieje. Miałam trzydzieści parę lat, dostałam pieniądze od mamy z hasłem: zrób cokolwiek, zabaw się, spakuj plecak i wyjedź gdziekolwiek po prosto przed siebie.

Pojechałam w góry bałam się , pierwszy raz sama od początku do końca, tym bardziej że wiedziałam co się będzie działo po powrocie . Ale musiałam jechać i zawalczyć o siebie, nie chciałam się tak łatwo poddać. W trakcie mojego pobytu znalazłam to, po co przyjechałam , nieświadomie, a może jednak z czystą premedytacją. Towarzyszyła mi zupełnie obca osoba, na którą nawrzeszczałam, której powiedziałam wszystko, co mnie bolało, co we mnie siedziało. To przez niego nie mogłam zrobić tego, co chciałam. Był obok, podawał mi chusteczki i słuchał. Siedzieliśmy nad nad wodospadem, a ja robiłam z siebie kompletną histeryczkę. Dwa dni później wróciłam tam sama. Siedziałam bardzo długo, aż w końcu się podniosłam i powiedziałam, że to jeszcze nie dziś, jeszcze nie nadszedł czas.

To był przełom. Od tego czasu zaczęłam się zmieniać, bo wtedy po raz pierwszy wybrałam siebie. Myślę sobie, że dajemy się wepchnąć w schematy, w oczekiwania innych, zupełnie nieświadomie się w to wpasowujemy. Oczekuje się od nas, że porzucimy swoje pasje, marzenia, tylko dlatego, że obok nas jest druga osoba. Kiedy jesteś sobą za głośno się śmiejesz, za wyzywająco się ubierasz. Stajemy się w pewnym momencie własnością drugiego człowieka, na co się godzimy. Kiedy zaczynamy się buntować, nagle coś zgrzyta. Słyszysz pretensje, że wyszłaś sama do koleżanki, że za długo rozmawiałaś przez telefon… Nieświadomie zaczynamy tego unikać, by nie robić problemów, by sytuacja była jednak miła i przyjemna. Znikamy po kawałku, w szczegółach przestając być naprawdę sobą , a to i tak nic nie zmienia, bo problem nie jest w tobie, co dostrzegamy znacznie później.

Podjęłam decyzję o rozwodzie, żeby uwolnić siebie i od niego, chyba nie byłam kimś o kogo by zawalczył, dla kogo by się zmienił , a ja już nie będę inna, jestem po prosu sobą .

To nie była łatwa decyzja, kilka lat do niej dojrzewałam. I dzisiaj nadal żałuję, rozwód uważam za swoją porażkę, bo przecież nie o tym marzyłam i nie tego chciałam. Miała być dwójka dzieci, piękny dom, rodzina… Nie mogę ot tak skreślić połowy mojego życia i powiedzieć, że tego nie było, że było tylko źle. Bo to nieprawda, nikt z nas nie był idealny, musieliśmy nawzajem znosić swoje wady. Między nami zabrakło punktu stycznego, zabrakło czegoś, co lubilibyśmy wspólnie robić, co byłoby naszą wspólną pasją. Kiedy słyszę banał, że przeciwieństwa się przyciągają, to chce mi się krzyczeć: „ludzie obudźcie się”. Jeśli nawet na początku te przeciwieństwa są atrakcyjne, ekscytujące, to jednak za trzy lata będą przeszkadzać. Bo jeśli ty kochasz horrory uwielbiasz podróże, wodę, góry, wspinasz się na każdy kamień, na bosaka chodzisz po kałużach, a on nie podziela kompletnie twoich zainteresowań, to w pewnym momencie można się zupełnie rozminąć. A przecież to tylko pierdoła! Ale z takich pierdół składa się życie , codzienność.

Tyle, że my właśnie w tych pierdołach próbujemy się dostosowywać. Nawet nie wiemy, kiedy przestajemy być sobą, przestajemy myśleć, czego my chcemy, czego potrzebujemy. Nie nazywamy naszych marzeń i pragnień. Ja tam byłam. Byłam w tym zawieszeniu między tym, jaka być powinnam a jaka chcę być. Wiem, gdzie ten stan może zaprowadzić, wiem, że może postawić na skraju wodospadu, z którego jeszcze chwilę wcześniej chciałaś polecieć głową w dół… Chciałam ci tylko powiedzieć, że to można odwrócić, że zawsze można zawalczyć o siebie, że nigdy nie jest za późno zrobić krok w bok i wybrać swoją własną ścieżkę, w trakcie której idziesz na kompromisy, kiedy ty się się na zgadzasz, że masz prawo wyboru i decydowania o sobie. Ja wybrałam. Zmieniam swoje życie od ponad 365 dni i dziś mogę powiedzieć, że tak – jestem szczęśliwym człowiekiem, który zna swoją wartość, nie jestem idealna i nigdy nie będę. Jestem sama i jest mi z tym dobrze .

Nie ma we mnie presji, by kogoś poznać. Czy będę kiedyś mieć dzieci, nie wiem. Czy jeszcze kiedyś pokocham, też nie wiem. Ale wiem że zrobię wszystko, by być szczęśliwa, by korzystać z każdej chwili, zbierać wspomnienia, poznawać nowych ludzi. Już się tego nie boję, jestem otwarta na życie, na doświadczanie nowego. y teraz się tego nie boję, jestem bardziej otwarta na ludzi, na nowe doświadczenia

Zmiana we mnie jest diametralna, zaczynam lubić tę kobietę po drugiej stronie lustra. Jeszcze sporo pracy mnie czeka, ale mam czas, mam mnóstwo czasu.


wysłuchała Ewa Raczyńska 


Zobacz także

Życzę wam obojgu szczęścia, ale nie chcę go stracić. Zróbmy to dla niego: spróbujmy wszystko poukładać

W te wakacje odwieź południe Europy – wcale nie tak oczywiste. Akcja „Kocham podróże, kocham swobodę”. Dzień #7 [22.05]

Madonna: "Nazywano mnie dziwką, wiedźmą. Dzisiaj dziękuję wątpiącym i hejterom". Szczere i wzruszające wyznanie artystki

Madonna: „Nazywano mnie dziwką, wiedźmą. Dzisiaj dziękuję wątpiącym i hejterom”. Szczere i wzruszające wyznanie artystki