Lifestyle Psychologia

Po czym poznasz fałszywego przyjaciela? Mity o przyjaźni, w które ciągle wierzymy

Ewa Raczyńska
Ewa Raczyńska
12 lutego 2016
Fot. iStock / Martin Cvetković
 

Przyjaźń cenniejsza niż miłość. Przyjacielowi ufamy, wierzymy, że nigdy nas nie okłamie, że zawsze możemy na niego liczyć. Przyjaciel to ktoś, do kogo możemy zadzwonić w nocy i wiemy, że będzie dla nas. To taka osoba, która idzie gdzieś obok nas – niekoniecznie blisko, niekoniecznie krok w krok, ale my wiemy, że gdzieś tam jest.

Posiadanie przyjaciela to największy skarb. Pytanie, jak nie trafić na tego fałszywego? Nosimy w sobie przekonania na temat przyjaźni. Chcemy wierzyć, że opiera się ona na kilu podstawowych filarach – niestety często złudnych.

FAŁSZ: Przyjaciel, to każdy kto chętnie spędza z nami czas 

„Tak bardzo się cieszę, że mogę do ciebie wpaść”, „Pojedziemy razem do kina?”, „Wyskoczymy na kolację”, „Zapisałam nas na siłownię”. Uważam, że przyjaciel to ktoś z kim spędzamy weekendy, wspólnie wieczory, planujemy razem wakacje, ktoś kto świetnie czuje się w naszym towarzystwie i o nie zabiega nieustannie. Bo przecież przyjaźń można mierzyć ilością spędzanego wspólnie czasu

PRAWDA: Przyjaciel lubi nasze towarzystwo, to jasne, ale przyjaźń nie polega na tym, by być ze sobą nierozłączni. Prawdziwy przyjaciel spędza z nami czas, ale go nie zawłaszcza.

FAŁSZ: Przyjaciel to każdy, kto zwierza się nam ze swoim tajemnic

„Jeszcze nigdy nikomu tego nie mówiłam”, „Jesteś pierwszą osobą, której w ogóle się zwierzam”, „Tylko proszę – nikomu nie mów, co ci teraz powiem, obiecaj”. Myślimy, gdy ktoś nam powierza swoje sekrety – ufa i o swoich problemach, wątpliwościach i trudnych doświadczeniach mówi tylko nam. Pytanie, czy aby na pewno?

PRAWDA: Przyjaciel nam się zwierza, bo nie boi się oceny, zaszufladkowania, nie chce się nam przypodobać. Przyjaciel nie prosi: „Nie mów tego nikomu”, bo to oczywiste, że może ci ufać.

FAŁSZ: Przyjaciel to każdy, kto skłania nas do zwierzeń

„Pamiętaj, że mi możesz zaufać”, „Co się wydarzyło, coś się stało”, „Dlaczego nie mówisz mi wszystkiego?”. Fałszywy przyjaciel będzie nakłaniał cię do zwierzeń, dopytywał o twoje uczucia, o problemy. Wyczuje słabszy moment, kiedy będziesz potrzebowała się komuś zwierzyć.

PRAWDA: Przyjaciel nie naciska, nie dopytuje. On cierpliwie czeka, kiedy czuje, że coś jest nie tak, mówi: „Pamiętaj, jestem tuż obok, jak będziesz chciała – mów”. I ty wiesz, że on ciebie rozumie, że jest. Ta pewność pozwala ci się otworzyć i zaufać.

FAŁSZ: Przyjaciel to każdy, kto mówi, że możemy zawsze na niego liczyć

„Pamiętaj – dzwoń o którejkolwiek, nawet w nocy” – słyszysz, ale kiedy dzwonisz, czy może kawa, bo masz kiepski nastrój pada: „Wiesz co, dzisiaj nie mogę, ale zadzwonię i pogadamy”. I telefonu nie ma, tylko późno SMS, że przeprasza, kocha i na pewno jutro zadzwoni. A dla ciebie jutro to już inny dzień. Inne emocje. Ale fałszywy przyjaciel stwarza iluzję, że się martwi i że zawsze jest tuż obok.

PRAWDA: Przyjaciel nie musi mówić, że na nim możemy polegać. Jest uważny, słucha i pamięta ważne dla ciebie rzeczy.

FAŁSZ: Przyjaciel to każdy, kto prosi o naszą pomoc

„Kochana, mogę podrzucić ci dzieci?”, „Pomożesz mi? Mam gości, nie wyrobię się”. Gdy pytasz: „Pomóc ci”, zawsze usłyszysz, że oczywiście i że dzięki, ze zapytałaś. Fałszywy przyjaciel dużo bierze, ale mało daje. Raczej sam z siebie nie zaproponuje pomocy, kiedy wie, że jej potrzebujesz w zwykłym, codziennym życiu. Dla niego przyjaźń jest ponad przeciętność. On mówi, że im owszem pomoże, ale tylko mówi.

PRAWDA: Przyjaciel pyta, jak może pomóc, a my nie mamy problemu, by od niego tę pomoc wziąć. Wiemy, że branie i dawanie w tej przyjaźni się równoważy.

FAŁSZ: Przyjaciel to każdy, kto chce nam dobrze doradzić

Podobno dobrymi radami jest piekło wybrukowane. „Myślę, że powinnaś zrobić tak”, „Uważam, ze powinnaś powiedzieć to i to”, „Musisz zadecydować, wybrać”, „Musisz być inna, zmienić się”. Ktoś kto chce cię nieustannie zmieniać, decydować o twoich wyborach i decyzjach, może być twoim przyjacielem?

PRAWDA: Przyjaciel powie: „I co chcesz z tym zrobić? Masz jakiś pomysł?”. Wesprze cię w twoich decyzjach. Zdarza się, że powie: „Nie rozumiem, ale to ty decydujesz”. I będzie z tobą.

Gdyby nie fałszywi przyjaciele przyjaźń byłaby łatwiejsza. Nie balibyśmy się rozczarowań, tego, że ktoś nas wykorzysta, że nas skrzywdzi i zostawi. A przecież tej przyjaźni potrzebujemy, tej pewności, że gdzieś obok nas jest ktoś, na kim zawsze możemy polegać, kto nas nie zawiedzie, a co ważniejsze – my nie zawiedziemy jego.


Lifestyle Psychologia

Ja cię kocham, a ty śpisz… Gdy dzielisz życie z jego depresją

Listy do redakcji
Listy do redakcji
12 lutego 2016
Fot. Unsplash / Oscar Keys / CC0 Public Domain
 

Ona jest. Codziennie. Zawsze i od zawsze – chociaż kiedyś tego nie wiedziałaś. To były prawie piękne chwile, momentami wspaniałe. Dzisiaj nie zostały już nawet te momenty.

Mam trzydzieści lat, dzieci, pracę. Łóżko dzielę z mężem i jego depresją – od ośmiu. Właściwie, to dzielę je tylko z jego depresją, jego już chyba nie ma…

Na półce mam poradnik, w nim opasły rozdział dla bliskich osób chorych na depresję. Śmieję się i płaczę.

Rok pierwszy i drugi

Taka miłość się nie zdarza. Taka ckliwa historia ze szkolnej ławki. Może coś w tym jest. Skoro nadal jestem tutaj – ani o pół kroku do przodu, ani o krok do tyłu. Miłość wybucha nagle. Depresja przychodzi powoli, po cichu, ledwie się tli. Nic dziwnego, że ginie na chwile w płomieniu, nie sposób jej dostrzec. Gdzie ten cały teatr? Smutek, łóżko, ciemność i demony?

Problemy. Każdego by przecież przyćmiły. Na szczęście macie siebie – a raczej on ma ciebie. „Na dobre i na złe…” pamiętasz?

– Jakby to było wczoraj.

Psychoterapeutka pisze w poradniku: „Nigdy nie mów: Nie przejmuj się!”
Ma rację, prawie. Nie mów jemu. Bo sobie to mówisz codziennie przed lustrem. Nie przejmuj, się jakoś to poukładasz. Nie przejmuj się, dasz jeszcze trochę radę i będzie lepiej. Nie przejmuj się, w ogóle się nie przejmuj. Przecież on jest chory, a ty próbujesz mu pomóc. Nie przejmuj się, trzeba czasu… (Ale to jeszcze nie dzieje się dziś).

Dziecko zawsze jest trudnym etapem dla mężczyzny. Gdyby jeszcze życie się jakoś układało, to wszystko byłoby inaczej. Przecież wiesz o tym. Kto tak nie ma? Tworzycie piękna rodzinę, bo macie siebie. Dobry związek, dużo rozmawiacie (rok pierwszy). Choć tak naprawdę ty mówisz, tylko ty (zobaczysz to za 3 lata). Tworzysz mu warunki, żeby jeszcze lepiej czuł się w roli ojca, docenił swój skarb.

On w ogóle nie wstaje do dziecka – zabawne prawda? Zabawne, że facet nie ma takiego instynktu, on tego w ogóle nie słyszy, nie słyszy… Śpi jak zabity. Każdy czasem nie ma siły czy humoru. „Czasem jest codziennie”.

Paskudne te czasy. Jakby pogoda nie mogła być zawsze piękna.

Rok trzeci i czwarty

Kryzysy przychodzą i odchodzą. Czytasz gazetę. Kryzys po dziecku, to naturalna konsekwencja powiększenia rodziny. Nowa sytuacja, nowe role. Czas i rozmowa układają wszystko. U ciebie tylko czas. Drugie dziecko, to dopiero wyzwanie. Przecież ta wiadomość spłynęła na niego jak grom z jasnego nieba. Na ciebie też, no ale cóż, wiesz, że on jest inny. Jest mu trudniej.

Dzisiaj zaczyna się ucieczka, a kończy udawanie. Nagle zostajesz z tym całkiem sama. Nie, tak naprawdę za dwa lata uświadomisz sobie, że sama byłaś przez ten cały czas, ale dopiero teraz nie mogłaś już udawać, że jest inaczej. Dawałaś radę. Zadaniowo przez życie, zadaniowo przez miłość – dopóki można było odbić kartę, czy to ważne kto ją odbijał? Zresztą już wiesz dobrze, że kryzysy mijają, a życie toczy się dalej. Przecież macie taką piękną rodzinę, wszyscy to wiedzą, głupia.

Psychoterapeutka pisze w poradniku: „Nigdy nie mów: Uśmiechnij się!”
I nie mówisz. Ani jemu, ani sobie. Już nie. Odkąd wiesz, odkąd pierwszy raz nakryłaś ją pod wasza kołdrą. Po co marnować słowa dopóki ona jest.  (Ale teraz się uspokój, to dopiero się wydarzy za rok…)

No, a teraz uśmiechnij się i do przodu! Głowa do góry!

Rok piąty

Nie masz rodziny. Masz dzieci.

Teraz bardzo wyraźnie widzisz tę różnicę. Dużo płaczesz. Jesteś już pewna, że ją znasz. To depresja. Wszystko się zgadza. Ucieczki, wycofanie, a nawet złość. Codziennie rano budzisz się i na nią patrzysz. Jesteś wściekła. Nienawidzisz jej, za wszystko co zrobiła. Nienawidzisz siebie. Bo jak można kochać kogoś, kogo nie ma? I jak można nienawidzić kogoś, kogo się kocha?

Psychoterapeutka pisze w poradniku: „Nigdy nie mów: Ogarnij się!”
I ty tego nie mówisz. Krzyczysz. Całe twoje ciało krzyczy i błaga. Najpierw po cichu, potem na głos. Ze łzami w oczach. I wiesz, że ci nie wolno. Że to nic nie da. Będzie gorzej. Jesteś potworem. Od kiedy? Ciężko powiedzieć. W poradniku nie napisali, czy jesteś potworem, gdy zaczynasz krzyczeć po trzech czy ośmiu latach. A może po ośmiu, już tylko nie masz siły albo masz serce z kamienia? Nie wiadomo. Więc na wszelki wypadek przyjmujesz, że jesteś potworem. Bo tylko potwór krzyczy „Ogarnij się” do kogoś, kto zmaga się lub nie zmaga, a żyje z chorobą.

To twoja wina. Nawet nie potrafisz powiedzieć już „kocham” (i nie tłumacz się, że dziś stoi przed tobą obcy człowiek), nie umiesz też powiedzieć „nie kocham” (bo to ciągle on, te sam). „W zdrowiu i chorobie…” – wiesz, że musisz dać radę.

Jeszcze wiele się może zdarzyć.

Rok szósty i siódmy

Nie masz siły. Żyjesz między jedną awantura a drugą. Między kolejnymi porzuconymi blistrami tabletek, których jednak nie będzie brał. Wiesz, że już nic nie możesz zrobić. Prosisz, błagasz, grozisz. Ale kogo chcesz przekonać, że odejdziesz? Przecież sama w to nie wierzysz, nie chcesz, nie potrafisz… nie mogłabyś.

Psychoterapeutka pisze w poradniku: „Nigdy nie mów: Nie załamuj się będzie dobrze!”
Tak. Kłamstwo zawsze ma krótkie nogi. Nie będzie. Nie wierzysz. Słuchasz tej porady i nawet nie czytasz, co napisała dalej.

Pewnego dnia stoisz przed lustrem i wiesz, że musisz coś wreszcie (znowu) zrobić. Musicie porozmawiać. Coś się musi zmienić (tym razem). A potem wypuszczasz z siebie powietrze. Nie będzie rozmowy, nic z niej znowu nie wyniknie. Wiesz tylko, że jutro znowu będziesz musiała wstać (gdy on nie wstanie), iść do pracy (o którą on nie dba) i tam wytrzymać, bez zapuchniętych oczu i bólu głowy. I będziesz musiała być dla dzieci – tak, ta TY, której nie cierpisz – krzycząca, drażliwa matka, którą nigdy nie chciałaś być (i którą kiedyś nie byłaś).

Rzucasz piorunami. I nie nienawidzisz was za to ( to śmieszne, tylko teraz jesteście znów „wy”). Za to kim się przez niego stałaś.

Rok ósmy

Pewnego dnia budzisz się z ogromnym bólem – nie serca, ono woli  już nie czuć, tak jest prościej –  z bólem, jakbyś dźwigała na plecach cały świat.

Psychoterapeutka pisze w poradniku: „Pomagaj decydować, w niektórych sprawach”
Nie ma decyzji, której nie musiałabyś podejmować sama. Nie ma winy, której nie musiałabyś brać na swoje barki. Nie ma odpowiedzialności, którą mogłabyś z kimś dzielić. Jeśli jeszcze raz usłyszysz „nie wiem”…

Kolejny rok? Już go nie napiszesz. Nie chcesz dobrnąć do jego końca. Nie jesteś ciekawa tej opowieści. Takie love story bez love i bez happy endu. Bo jedną nogą sama się przykułaś do swojego życia, a za drugą ktoś kurczowo cię trzyma – jednocześnie demonstrując, że powinnaś ją mocno i szybko wyrwać.

Psychoterapeutka pisze w poradniku: „Wspieraj i wzmacniaj.”
Nie rozumiesz. Kogo? Dlaczego nie napisali kogo? Siebie czy jego? Dziś już z trudem podnosisz się z kolan, jak masz unieść kogoś jeszcze? Tego nie napisali. Ale wsparcie i zrozumienie jest najważniejsze (wytłuszczonym drukiem, ozdobna literą, jest i ramka). To chyba wszystko twoja wina, może gdybyś wytrzymała dłużej, zamiast wybuchać po pięciu latach, jakoś by się udało. Może brakowało tylko paru miesięcy, roku? To tak niewiele, przecież tyle razem przeszliście.

Nawet nie możesz tego skończyć. Możesz utrzymywać dom, wycierać nosy z katarów. Pamiętać o urodzinach jego babci i sama kupować sobie prezenty na Dzień Matki. Jednego nie jesteś w stanie – wziąć odpowiedzialności za ten koniec. To za wiele. Więc jesteś… już nic nie robi różnicy.

Jak się można zarazić?

Najłatwiej w codziennym życiu. Przez każdy kubek… niezaparzonej dla kogoś kawy. Przez każdy uścisk dłoni albo pocałunek na pożegnanie, którego w ogóle nie było.


Lifestyle Psychologia

Im dłużej będziesz przyglądać się sobie, tym piękniejszego łabędzia zobaczysz. Teraz tylko rozwiń skrzydła…

Agata Sliwowski
Agata Sliwowski
12 lutego 2016
Fot. iStock/ilyaska

Był czas kiedy byłam jak szarobura mysz. Wierzyłam święcie, że kurą jestem i jak wszystkie kury primo: latać nie potrafię, secundo: miejsce moje w kurniku się znajduje. Żyłam tak sobie z innymi kurami gdacząc o głupotkach, skubiąc trawkę, nieistotna i niezauważalna. Czasami do koguta sobie wzdychnęłam, ale też nie za często i broń boże nie ostentacyjnie, bo przecież wiadomo… nie taki kogut głupi, żeby na byle kurę rzucić wyłupiastym okiem. Życie to było płaskie, bez podniebnych uniesień, w pewnym sensie błogie, bo całkowicie nieświadome.

Aż przez przypadek, dnia pewnego, wyszłam tym kurzym krokiem z kurnika i nagle patrzę i oczom nie wierzę! I kiedy już miałam kurzy móżdżek zgubić z tego zachwytu niewyjaśnionego, stara bezdomna kura, która od lat żyła poza kurnikiem, podeszła do mnie, zmierzyła mnie wzrokiem, po czym gdaknęła skrzekliwym gdakiem: łabędzi się nie widzialo? Hę?

Najpierw spać po nocach nie mogłam, tak mi te łabędzie w głowę zaszły. Potem zaczęłam wykradać się z kurnika, by godzinami siedzieć w ukryciu i podziwiać najpiękniejsze z ptaków. Aż dnia pewnego wpadłam, wydało się wszystko i oto znalazłam się w łabędzim kręgu. Tresowana latami przez najbardziej kurze z kur oczekiwałam najgorszego. Choć z drugiej strony pomyślałam: jak mnie te boskie ptaki zadziobią, to przynajmniej z pięknego dzioba zginę. Łabędzie tymczasem, wyciągnęły swoje białe, długie szyje jeszcze bardziej, po czym z łagodnym uśmiechem mi się przyjrzały:

– Drogie kączatko – tak mi powiedziały – cóż to ci się takiego złego przydarzyło, że prawie jak zmokła kura wyglądasz? Ech! – westchnęły, po czym zajęły się moją pielęgnacją. Nie minęło wiele czasu, a pióra moje wybielały, szyja mi wysmuklała, nabrałam gracji i klasy, na miarę ptaka, którym się stałam.

I choć życie odtąd wiodłam iście łabędzie, to o kurach nie zapomniałam…

… Zwłaszcza, że teraz to już sama pewna do końca nie byłam czy aby przypadkiem więcej kaczątek wśród kur, przez straszny jakiś przypadek, nie żyje. Poszłam nawet dnia pewnego do starej kurzej wioski. Zaszłam na rynek przed kurzy ratusz i oto co zaobserwowałam… kury i owszem, wszędobylskie były. Latały po kurniku jak właścicielki, rzecz jasna. Wzrok, którym mnie obrzucały jasno przy tym do mnie przemawiał: nawet z nimi nie zaczynaj kochana, bo z rozkoszą cię zadziobią. Te w czapeczkach z moherku na najbardziej zawzięte wyglądały. Dzioby powykrzywiały im się jak klasycznym hejterkom, co rusz wpadały w poślizg na zalegających wszędzie kurzych odchodach. Nawet to zabawne było, tak sobie pomyślałam w duchu. Inne kury też wyraźnie agendy swoje różne miały, bo obłęd w jakim funkcjonowały jednak miał jakiś tam rytm.

Kiedy zatem tak sobie na wszystko z rozbawieniem spoglądałam tak nagle zobaczyłam jedno, drugie, trzecie, dziesiąte kaczątko, a wszystkie one jedną misję miały: być kurą nad kury, taką kurą na piątkę! Najbardziej jednak w zdumienie mnie wprawiły … no tak, wcale się bowiem nie pomyliłam, dorosłe łabędzie w mentalnej skórze rasowej kury. Oczy przetarłam, wierzyć mi się nie chciało! Toż to łabędzie prawdziwe były! Czemu więc tak się kamuflowały? Czemu kury z precyzją i uporem udawały? Czemu? No czemu? Skoro tuż za bramą kurnika, o sto kroków oddalona, rozciąga się łabędzia kraina?

Podeszłam więc czym prędzej do jednej łabędzicy i mówię jej, tłumaczę…

… cóż, kiedy ona uparcie patrzy na mnie…. jak kura! Co więcej te w moherkach zaczynają dziobami szybciej kłapać… myślę więc sobie… nic nie zdziałam. Pora dyla dać z tego kurnika. Rozpostarłam więc skrzydła, jak zwykłam to czynic do lotu, i z gracją łabędzia kurnik opuściłam. Sama też przed sobą następnie przyznałam, że choć z bólem serca, to jednak nie zmuszę łabędzia do tego, żeby był łabędziem.

Morał z tej bajki wymyślonej jest taki: każdy z nas łabędzia w sobie nosi i każdy z nas łabędzi ma potencjał. To co powstrzymuje nas od transformacji to kurza świadomość. Bezpieczna, swojska, znajoma, nie wymagająca żadnego wysiłku. Kurnik daje reguły, gotowe łatwo wdrażalne, które jakoś tam życie kurom organizują. Wyjście poza granice kurzej świadomości, to wyjście ku łabędziej wolności. Niepewnej, nieznanej, nieodgadnionej. W tym sensie zatem, odrobinę strasznej i wymagającej. Choć przecież i takiej, w której każdy ptak to byt indywidualny, realizujący swoją łabędziość. Każdy kto z kurnika wyszedł i podjął trud bycia łabędziem wie tak naprawdę ile zyskał i zarazem jak niewiele stracił. Kura jednak tego nie wie. Z jej perspektywy łatwo i wygodnie jest być kurą po prostu. Łabędziem zostać to sprawa trudna, mozolna, wymagająca nadkurzego wysiłku. No może. Z kurzego punktu widzenia tak to właśnie wygląda.

Odkładając jednak kurzą logikę na bok tyle mogę rzec: jakże łatwo jest być łabędziem! I jak piękny jest to los!


Zobacz także

Wolisz góry czy plażę? Ten wybór ujawni twoją osobowość

„Mam 27 lat, nie chcę umierać. Kocham moje życie”. Poruszający list młodej kobiety, która umiera na raka

10 nie zawsze oczywistych powodów, dla których czasami warto zrezygnować z alkoholu