Lifestyle

„Ona tak histerycznie szuka tej miłości… Nic się nie zmieniło, każdy jej potrzebuje”

Ewa Raczyńska
Ewa Raczyńska
22 lipca 2016
"Ona tak histerycznie szuka tej miłości... Nic się nie zmieniło, każdy jej potrzebuje"
Fot. iStock / Lise Gagne
 

Lubię tę kawiarnię. Jestem w takim wieku, że co mam robić. Wchodzę, siadam przy stoliku dla dwóch osób i obserwuję. Widzę te kobiety, które przychodzą tu na randki, o różnych godzinach, z różnymi mężczyznami.

To stało się trochę moim nałogiem. Te obserwacje. Myślałem już jakiś czas temu, żeby komuś o tym opowiedzieć. „Mój” stolik, to ten po prawej stronie baru. Widać z niego właściwie cały lokal, jak ktoś wchodzi i wychodzi. Z kim rozmawia, w jakim jest nastroju. Czy się spieszy czy nie.

Nazwałem ją Ola, bo przypomina mi moją dawną miłość

Bywa, że jest tu codziennie. Pewna siebie, wysoka blondynka, wchodzi i wzrokiem obejmuje wszystkie stoliki. Mruży oczy. Podchodzi do stolika, przy którym siedzi mężczyzna. Widać, że się nie znają, bo on wstaje, podaje jej rękę. Przedstawiają się sobie. Ona macha ręką na kelnerkę zamawia wodę. Wiadomo – zawsze można szybko wypić i wyjść, powiedzieć, że gdzieś się spieszy, że już musi lecieć.

Siedzi spięta, próbuje opanować nerwowe stukanie nogą. To oznaka zniecierpliwienia. Jakby cały czas się gdzieś spieszyła. Usta ściśnięte, zerka co chwilę w telefon, na zegarek. Zaczynają rozmawiać. Co jakiś czas wybucha głośnym śmiechem, na tyle sztucznym, że każdy by się na nim poznał.

On to zawsze wysoki brunet, w skrojonym garniturze. To pora lunchu, pewnie ma przerwę w pracy, ona też. Więc spotykają się na szybką randkę. Nazywam to „rozpoznaniem”. Po jej minie od razu widać, czy on się jej spodobał, czy ją zainteresował. Jeśli pochyla się lekko do przodu, to znaczy, że zaczyna go uważniej słuchać. Gdy odchylona na krześle siedzi, to mam ochotę podejść do faceta i powiedzieć: „Nic z tego nie będzie”.

Skąd wiem, że się jej spodobał? Bo nie przychodzi przez jakiś czas. Po takim maratonie, kiedy codziennie jest tu z innym facetem, znika właśnie z jednym z tych, których słuchała uważniej. Z którym wyszła, nie zakończyła spotkaniem z telefonem w ręce pokazując, że już musi lecieć. Bywa, że nie widzę jej nawet z miesiąc, wtedy sobie myślę: „W końcu się jej udało, ktoś zapanował nad jej nerwowością, uspokoił ją, może się zakochała i już nie stuka nogą przy każdym spotkaniu”. Najdłużej nie było jej ponad sześć tygodni. Aż pewnego dnia – wchodzi. Żal mi się jej zrobiło… Ona tak histerycznie szuka tej miłości. Jakby miała się zjawić w określonym czasie, spełnić jej wszystkie wymagania i już, po sprawie.

Monika – jakoś pasuje mi do niej te imię

Umawia się o stałej godzinie. Zawsze jest pierwsza. Choć pięć minut przed spotkaniem. Uważnie patrzy na każdego, kto wchodzi. Co trzy minuty poprawia włosy, co chwilę usta błyszczykiem maluje. Zamawia herbatę, ale w ogóle jej nie pije. Prostuje plecy, kiedy wchodzi facet, z którym ma randkę. Skąd wiem, że to randka? Raczej nie flirtuje się z kimś podczas zawodowych rozmów. Poza tym, ona przychodzi zawsze koło 17-tej. Czasami, żeby sprawdzić, co u niej, przychodzę tu na popołudniową kawę. No więc prostuje plecy. Uśmiecha się niepewnie. Wstaje, kiedy on odwzajemnia jej uśmiech. Podanie ręki, czasami ktoś się odważy na buziaka w policzek, czasami całują w rękę – tak, tacy też się jeszcze trafiają, dla niej szarmanccy. Monika ma cudowny uśmiech. Zastanawiam się dlaczego dziewczyna z takim uśmiechem szuka miłości. Przecież ta prędzej czy później do niej przyjdzie. Ale ona się umawia z różnymi mężczyznami. Oni przy niej, nie wiem, jak to nazwać – mężnieją. Są tacy pewni siebie, żartują, dużo mówią, podczas gdy ona tylko słucha, zachęca do opowiadania. Może jest za dobra dla nich? Może naiwna? Nie wiem. Bywa, że trzy razy nawet spotyka się z tym samym facetem, zawsze o tej samej porze. A później przez jakiś czas przychodzi sama. Taka smutna, zamyślona. Miesza wolno herbatę, zerka w telefon i wzdycha… Szkoda mi wtedy jej, myślę sobie: „Uśmiechnij się”, ale ona tym swoim promiennym uśmiechem obdarza tylko facetów, z którymi się spotyka. Może gdyby uśmiechnęła się do kogoś ot tak… Może tak przegapia swoją wielką miłość. Widzę jak trze na palcu ślad po obrączce.

Jest jeszcze Olga. Szczerze – kiedyś w jakiś erotycznym filmie była Olga

A ona jest taka trochę. Wyzywająca, z dużym dekoltem, czerwoną szminką na ustach. Zawsze w obcisłych spodniach. Łapie się na tym, że myślę, czy tym razem jej pękną na pupie… Jak ona się w nie wciska… Buty na obcasie oczywiście. Nie ma dla niej granicy fizyczności. Każdego faceta całuje w policzek, jak wychodzą, pozwala się obejmować. Rozmawiając dotyka jego ręki, kiedy wstaje do toalety ręką zawsze dotyka jego ramienia. Wiesz, ja myślę, że ona właściwie szuka tylko seksu. Nie miłości. Jest uśmiechnięta, ciągle coś opowiada, gestykuluje, faceci są w nią wpatrzeni jak w obrazek. Trochę na początku onieśmieleni, ale jak już się z nią oswoją, to chyba sami wyczuwają co w trawie, a raczej w tych obcisłych spodniach piszczy.

Bywa, że przychodzi raz w tygodniu. Czasami nie mam jej dłużej. Raz tylko widziałem ją samą. To było takie dziwne, jak przyszła, usiadła przy barze, zamówiła kawę. Tylko wtedy zobaczyłem zmęczenie na jej twarzy… Ale chwilę później usiadł jakiś klient obok niej, zaczepiła go i zaczęła tę swoją podsycaną erotyzmem zabawę – wyszli już razem.

Pytasz, ile mają lat? Dla mnie to młódki, ale to dziewczyny dobrze po 30-tce. Chyba bliżej im do 40-tki. Lubię te kobiety. Bo są dojrzałe, świadome siebie. One zupełnie inaczej poruszają się niż młodsze od nich. Mają w sobie zdecydowanie więcej kobiecości. O każdej z nich układam sobie historię. Czy mają dzieci? Ola – myślę, że jedno, córkę. Dlatego umawia się w trakcie pracy. Monika? Jest po jakimś nieszczęśliwym małżeństwie… Ktoś jej zrobił krzywdę, tak czuję. Olga – żyje romansami, przecież nie jestem ślepy, a wzrok mam wyjątkowo dobry. Widzę czasami obrączki na palcach facetów, z którymi się widuje. Z którymi wsiada do swojego czerwonego auta – nie wiem, co to za marka. Wolę obserwować ludzi niż przedmioty…

Łączy je jedno – każda szuka kogoś, kto przy niej będzie, kto zaśnie obok. Kto uspokoi ich obawy, lęki. Stary jestem, ale pamiętam, jak to było. Miłość się nie zmienia. Każdy jej potrzebuje. Nawet Olga, która udaje, że to tylko seks.


Lifestyle

7 sygnałów, że znalazłaś swoją bratnią duszę

Agnieszka Sierotnik
Agnieszka Sierotnik
23 lipca 2016
fot. iStock/BraunS
 

Kiedyś usłyszałam, że bratnie dusze to takie, które już przed narodzeniem są sobie pisane, tylko jedna czasem spada na Ziemię krócej od drugiej. Wśród siedmiu miliardów ludzi potrafią się odnaleźć i niezależnie od tego, jakie przeszkody stoją na ich drodze – będą razem. To piękna teoria, ale skąd mamy wiedzieć, że właśnie poznaliśmy drugą część swojej duszy?

1. Uzupełniacie się

Ponoć przeciwieństwa się przyciągają. I chociaż zdania na ten temat są podzielone, prawda jest taka, że w przypadku bratnich dusz te przeciwieństwa to po prostu uzupełnianie swoich braków. Takie yin i yang, które prowadzą do idealnej harmonii w waszym życiu, dzięki której potraficie pokonać każdą przeszkodę. Nikt nie jest perfekcyjny, ale kiedy ty uwielbiasz gotować, a on uwielbia porządek w domu nie zapanuje chaos związany z twoim artystycznym nieładem. Jedno z was może być introwertykiem, podczas gdy drugie ma charakter ekstrawertyczny. Osobno może nie jesteście idealni, ale razem tworzycie tandem nie do zdarcia.

2. Wierzycie we wspólne szczęście

Oboje jesteście przekonani, że macie ogromne szczęście. W końcu nie każdy spotyka na swojej drodze kogoś, z kim tak doskonale się rozumie, kto potrafi wyciągnąć cię z najgłębszego dołka, czasem ryzykując też swoje własne poczucie bezpieczeństwa. Oboje myślicie, jakie to ogromne szczęście, że udało wam się znaleźć tak dopasowaną drugą połówkę. No dobra, może wam się wydawać to zbyt sielankowy obraz związku, ale czasami naprawdę warto widzieć własne szczęście, nie zasłaniać się problemami, które istnieją gdzieś do koła. Żeby zbudować wspólne życie, najpierw trzeba przecież uwierzyć, że ma to sens, ale przede wszystkim, że wspólnie możecie być naprawdę szczęśliwi. Jeśli myślisz, że jesteś w związku z najdoskonalszą w swoim odczuciu osobą na Ziemi, całkowicie to wystarczy. Cała reszta jest tylko dodatkiem.

3. Kiedyś już się spotkaliście

Ile razy zdarzyło się, że rozmawiając z kimś o pewnym wydarzeniu czy miejscu zamieszkania, okazywało się, iż byliście o tym samej porze w tym samym miejscu, zupełnie siebie nie zauważając? Może ci się to wydawać strasznie głupie, ale mówi się, że bratnie dusze krzyżują swoje drogi znacznie wcześniej niż nam się wydaje. Ja sama jestem tego doskonałym przykładem – przed tym, gdy wpadłam w objęcia mojego faceta, który jest także bratnią duszą, byliśmy na kilku tych samych wydarzeniach sportowych, nie spotykając się. Ta teoria często jest też używana przy tworzeniu komedii romantycznych – bohaterowie mijają się na ulicy, a kilka miesięcy, a może nawet lat później – boom! Okazuje się, że ktoś z kim chcą spędzić resztę życia mieszkał na ulicy obok.

4. Jesteście razem w najtrudniejszych momentach

Polegacie na sobie i zawsze wiecie, że druga połowa pomoże wam z każdym problemem, tym bardziej i mniej błahym. Niezależnie od czasu, który spędziliście razem, przeszliście już trudną sytuację. I broń Boże wcale nie sprawiło to, że się rozstaliście, ale wręcz przeciwnie – staliście się jeszcze silniej zespojoną parą. Nie ma mowy o ucieczce i samotnym walczeniu z przeciwnościami losu. Mówi się, że przyjaciół poznaje się w biedzie, tak samo jest z partnerami życiowymi. Dopiero kiedy spotka was coś złego, będziecie mogli bardzo łatwo się zorientować, jak silna łączy was więź. Jeżeli trzymacie się razem i wspieracie, choćby walił się świat, jesteście dwiema połówkami jednego jabłka.

5. Znacie swoje wady

W pierwszym okresie zakochania patrzymy na świat przez różowe okulary, nie zauważając wad i złych nawyków drugiej osoby. Dopiero w momencie, kiedy opadają pierwsze pyły miłosnych podbojów okazuje się, że jemu nie pasuje twoje bałaganiarstwo, a tobie jego pesymizm. Co wtedy? Na pewno są tacy, którzy od razu by się poddali. Wy jednak wyciągacie wnioski ze swoich wzajemnych wad i potraficie przekształcić je w zalety. Czy to możliwe? Dla bratnich dusz niemożliwe nie istnieje! I tak oto uparty jak osioł facet może wykształcić u ciebie trzymanie się swojego planu, nazbyt zorganizowana ty możesz go nauczyć płacenia rachunków na czas, a jeżeli trafił ci się artysta – na pewno sprawi, że poczujesz się jego muzą, nawet jeżeli będziesz musiała ogarniać za niego większość przyziemnych spraw, na pewno nie będziesz miała problemu z prezentami dla rodziny czy bliskich.

6. Potraficie razem robić… nic

Przypadłością XXI wieku jest ciągłego robienia czegoś w swoim towarzystwie. Czasem na siłę staramy się zająć rozmową, konkretną czynnością, a jak już nie mamy na nic pomysłu – twarz w telefon i nie ma nas przez dobre kilkadziesiąt minut. Jak diabeł święconej wody unikamy milczenia czy zwyczajnego siedzenia obok i nicnierobienia. Spokojnie, jeżeli znalazłaś swoją drugą połówkę, ten lęk nie jest ci znany. Możesz czuć się w jego towarzystwie swobodnie i komfortowo, wiedząc, że jesteś we właściwym miejscu, o właściwej porze i przede wszystkim – z właściwym facetem. To cudowne uczucie, które powoduje u nas pewność siebie i chęć bycia, ot tak, po prostu. Nagle nie musisz niczego udawać, silić się na wyszukane teksty i wiedzę o historii starożytnej Grecji.

7. Po prostu to wiesz

W tym nie ma żadnej filozofii. Czujesz, że to właśnie ten jedyny, który spadał na Ziemię dłużej lub krócej od ciebie. Coś w środku mówi ci, że pora przestać się bać i po prostu zaufać, pozwalając sobie na szczęście i kroczenie obok kogoś, kto jest twoim dopełnieniem. Tego nie da się wytłumaczyć, tak po prostu musi być.


Lifestyle

Zadbać o siebie, wyjechać na chwilę, zakochać na krótko, ale intensywnie

Anika Zadylak
Anika Zadylak
22 lipca 2016
Fot. iStock / knape

Ktoś mi kiedyś powiedział, że porażka i upadek świadczą o tym, że próbujesz. Jasne, wszystko pięknie, tylko w końcu zabraknie sił na kolejną bitwę, i co wtedy? A może ty się bijesz niepotrzebnie? Bo nie umiesz odpuścić, dać sobie pocierpieć i zwariować. Nie umiesz pozwolić sobie pomyśleć, że może niekoniecznie wszystko jest twoją winą, a nawet jeśli coś sknociłaś, to znasz kogoś idealnego? Nikt nie zna. Starasz się, nie śpisz, chodzisz, prosisz i nic. Głową muru nie przebijesz – udajesz, że nie znasz tego powiedzenia. Robisz wszystko i spadasz w dół. W najlepszym przypadku stoisz w miejscu.

Każdego ranka udajesz, że otwierasz oczy. Każdego dnia przekonujesz innych, że oddychasz. Za każdym razem, gdy stawiasz kolejny krok, usiłujesz komuś udowodnić, że dokądś zmierzasz. Uśmiechasz się, bo wszyscy mówią, że tak lżej znieść to, co się dzieje. Patrzysz w lustro i usilnie wmawiasz sobie, że to odbicie to nadal ty. Wierzysz w niemożliwe, bo w coś trzeba wierzyć. Myślisz, że masz przyjaciół i rodzinę, żeby nagle się rozczarować. I że wszystko jest nie tak, bo zresztą to prawda.

Ale nadal w to brniesz, nie zatrzymasz się nawet na chwilę. Nie zastanowisz, nie odpoczniesz. Nie zapytasz siebie i innych, czy słusznie tak przesz i dźwigasz niemożliwe. I kompletnie, choć tobie wydaje się, że jest odwrotnie, nie dajesz sobie szansy na zmianę. Na życie. Sama się z tego obdzierasz, ciągle wszystkim coś udowadniając. Siląc się na coś ponad twoje możliwości, wmawiając, że dajesz radę. Pozwalasz sobą pomiatać, nie szanować się, krzywdzić. Nie widzisz drzwi, furtki, która okazuje się być tak niewiarygodnie blisko. I była tam  zawsze! I łatwo przez nią przejść.

Aż któregoś pięknego dnia odpuszczasz. Nie dlatego, że nareszcie coś zrozumiałaś. Po prostu zaczyna ci być wszystko jedno, prawie się poddałaś. Prawie, bo co prawda już leżysz ale jeszcze oddychasz. I tak lewitujesz dobrą chwilę i bardzo powoli zauważasz, że przede wszystkim świat dalej istnieje. A przecież według ciebie, miało się stać inaczej. Obserwujesz, że się nie pali, wszyscy żyją, mają się dobrze. Ty zresztą również. Wcale nie zostałaś sama, wręcz przeciwnie, dostajesz najwięcej od tych, od których się najmniej spodziewałaś. Zaczynasz dostrzegać urok odsłaniania rolet w oknach. I lustro patrzy na ciebie łaskawiej. Zaczynasz myśleć, ale już nie tak, jak przez całe ostatnie lata.

Myślisz, co jeszcze możesz dla siebie zrobić. Tak, dla siebie. Ciągle na baczność, bo mąż i dzieci, bo rodzice i teściowie, bo sąsiedzi. Bo trzeba to zrobić i tamto, temu pomóc, o tego zadbać. A później i tak słyszysz za plecami, że jesteś nie taka, albo już niepotrzebna. I że się do niczego nie nadajesz, do pracy też nie. Więc po co? Nie lepiej być sobą? Skoro i tak jest byle jak? Założyć ulubione choć dziurawe jeansy, rozesłać kilka cv i przypomnieć ludzkości, jaka jesteś dobra. Odciąć się od każdego toksycznego istnienia, życząc wszystkiego dobrego. Przestać tracić siły na bezsensowne bójki i szarpaniny. Zadbać o siebie, wyjechać na chwilę, zakochać na krótko, ale intensywnie. Żeby przypomnieć sobie, że jesteś kobietą. Wrócić i działać ale bez spięcia i oczekiwań. Spać po trzy godziny i budzić się rano przed dzwonkiem. Bo szkoda spać. Życie przecież takie piękne!

Otwórz oczy. Naucz się patrzeć i dostrzegać. I słuchać, używając do tego więcej serca niż ucha. I ciesz się tym, co odkrywasz. Drobnostki, które tworzą piękną ogromną całość.
I śmiej się!

Chociażby z tego, że pytasz kolegę o motywację dla kogoś a on ci odpisuje, jak mój dziś: ” Mowa motywacyjna niekoniecznie . Bo weźmy takie przemówienia Gomułki – stanęliśmy nad przepaścią i zrobiliśmy krok w przód i tak dalej”.

A już niech wam do głowy nie przyjdzie koleżankom w pracy się pożalić, że rozważacie skok z balkonu. Bo możecie usłyszeć, żeby koniecznie po drodze zdjęcia robić!
Udanego weekendu i każdego innego dnia.


Zobacz także

Regulamin akcji „Wielkanoc pachnąca tradycją z babcinymi przepisami oraz dekoracjami”

Kodeks zakazujący miłości, czyli premiera na DVD filmu „Łowca i Królowa Lodu”

Podobają ci się brodaci mężczyźni? Czy wiesz, co zarost o nich mówi?