Lifestyle

O przemijaniu inaczej. To, jak szybko mija czas najlepiej widzę, gdy patrzę na moje dzieci

Anna Frydrychewicz
Anna Frydrychewicz
2 listopada 2015
Fot. iStock
 

To, jak szybko mija czas najlepiej widzę, gdy patrzę na moje dzieci. Zauważyliście jak bardzo lubimy sobie powtarzać, że się nie starzejemy? Ale dzieci –  to co innego. Chwalimy się tym, z jaką sprawnością osiągają kolejne umiejętności, rosną, dojrzewają. Jednego dnia obserwujemy jak spokojnie leżą w swoich pierwszych łóżeczkach, na palcach podchodzimy by sprawdzić, czy aby wszystko w porządku. Potem nagle nadchodzi moment, w którym zdajemy sobie sprawę z tego, że coraz trudniej nam za nimi nadążyć. A kiedy maluchy wchodzą w świat przedszkolno – szkolnych obowiązków, to on zaczyna wyznaczać nam codzienny rytm. Wtedy właśnie okazuje się, że czas nie płynie już tak łaskawie i dostojnie jak wcześniej, tylko pędzi na łeb na szyje, nieubłaganie. A my tylko próbujemy ze wszystkim zdążyć.

Początek roku szkolnego. Kompletuję brakujące podręczniki, ołówki, kapcie na gumie, worki i okładki na zeszyty. Nie, te nie dobre, pani woli inne. Szukam więc innych. Dobre dwa, trzy tygodnie zajmuje nam „przestawienie się” na poranne wstawanie i w miarę sprawne zjedzenie śniadania. Szybko, szybciutko, bo zaraz dzwonek! Gdzie strój na WF? Został w domu… Niedobrze tak, pierwszy minus w pierwszym tygodniu po wakacjach? Biegnę do domu po granatowe legginsy i białą bluzeczkę. Odruchowo sprawdzam metkę. Czy to możliwe? 126 cm? Już?!
Odrabianie lekcji zajmuje nam o wiele więcej czasu niż w zeszłym roku. Zaczynam też zauważać, że liczenie i zadania z treścią to dziedzina, do której trzeba będzie częściej „przysiąść”. Mama koleżanki mojej córki alarmuje: „Może poszukać korepetycji? Przecież za rok już trzecia klasa!”. Za rok  – to dużo, czy mało?…

Mija wrzesień, kończą się ciepłe dni, nadchodzi październik i Święto edukacji. W pośpiechu ćwiczymy wierszyki. Prasuję białą koszulkę, składam się na klasowe kwiatki i zestaw perfum dla pani wychowawczyni. W drugiej połowie miesiąca cała szkoła żyje jednym tematem: kostiumy na Halloween. Co więc w tym roku? Decyzja może być tylko jedna: czarownica. Ewentualnie Hermiona Granger. Pani zapisuje w dzienniczku, że stroje jutro na 8 rano. Patrzę na zegarek: 17:00. Więc znów decyzja: rzucić wszystko i lecieć do sklepu po gotowy strój, czy zarwać noc i stworzyć coś samemu? Wybieram szycie w nocy, inaczej nie zdążymy odrobić lekcji i doczytać lektury. Rano moja szczęśliwa córka szczerbatym uśmiechem daje mi do zrozumienia, że było warto: naprawdę wspaniała z niej wiedźma!

Bal jest udany, łapiemy infekcję, która zatrzyma nas w domu na kilka listopadowych dni. Ale moje dziecko pociąga nosem przy śniadaniu nie tylko z powodu kataru.  – Mamo, ja nie chce żebyś umarła. No tak, w telewizji mówili dziś o tych, którzy odeszli w ciągu minionego roku. Więc teraz na poważnie. Z siedmiolatką rozmowa o życiu, śmierci i przemijaniu jest zaskakująca i całkiem nieoczywista. Zupełnie inna niż ta, którą pamiętam z zeszłego roku. Obie zalewamy się łzami i przysięgamy sobie miłość do grobowej deski. – To twoja prababcia, to pradziadek – mówię, pokazując zdjęcia z rodzinnego albumu. Śmiejemy się z dawnych strojów, jakoś nam ta listopadowa powaga nie idzie. Więc wychodzimy na spacer zakopać się w jesiennych liściach.
Jak to dobrze, że za chwilę w szkole apel z okazji Święta Niepodległości. Matko Boska! Zapomniałam wydrukować Piłsudzkiego! Pani mnie zabije. Znów biegnę.

Na poprawę jesiennego nastroju piszemy list do Mikołaja. Dzięki Bogu, mimo, że wspólnie mamy już 40 lat, ciągle jeszcze wierzymy w to że to on zostawia w nocy prezenty pod choinką. W galerii handlowej niedaleko szkoły choinka nawet już jest. I kolorowe bombki. Może to i dobrze, że już? Mamy teraz prawie dwa miesiące na to, by żyć świąteczną atmosferą, a nie poddawać się deszczowym nastrojom. Niestety i te dwa miesiące mijają szybciej niż wynikało to z mojego kalendarza.

Jeszcze tylko klasowa wigilia i już za chwilę kilka dni wolnego. Kto przyniesie ciasto? Kto owoce?… Jakimś cudem tradycyjny, świąteczny klasowy posiłek ostatecznie składa się z chipsów paprykowych, krakersów i Coca-Coli. Dzieci żegnają się ze sobą i życzą pani „Wesołych Świąt”. Zobaczą się „dopiero” po Nowym Roku. Na święta lekcji nie zadajemy. No to teraz mamy wreszcie trochę czasu dla siebie. Czy na pewno?

Jak co roku obiecuję sobie, że to Boże Narodzenie będzie inne. Że odetchnę, odpocznę. Że wsłuchamy się w siebie, polenimy, powspominamy, na spokojnie powiesimy ozdoby na choince. Że to będzie nasz czas.  Kończy się jak zawsze. Biegamy między jedną rodziną a drugą, zmęczeni i zdenerwowani.

W styczniu wracamy do szkoły. To okres zebrań i podsumowań semestralnych. – Teraz to już z górki! –  oświadcza pani wychowawczyni. I ma rację. Czas styczniowy nie biegnie, on galopuje. Czy stroje karnawałowe gotowe? A te na bal walentynkowy? Naprawdę? To siedmiolatki obchodzą Dzień Zakochanych? W tym roku Wielkanoc w marcu. Trzeba się przygotować na konkurs stroików świątecznych. Czy zeszłoroczne zajączki z filcu będą jeszcze dobre?

W maju rodzice planują Zieloną Szkołę, a mnie robi się słabo. Choć to tylko jeden dzień, jestem przerażona. Naprawdę mam już taką dorosłą córkę? Tak również czuję się, kiedy patrzę na nią, skupioną i uroczystą w dniu rozdaniu świadectw. Dziesięć miesięcy naszego życia właśnie minęło. Bezpowrotnie. Nic się nie da powtórzyć, poprawić.

Do czego zmierzam? Do banalnej, ale ważnej puenty. Czas wcale nam nie ucieka, to my sami narzucamy sobie ten czasowy kierat, bo wydaje nam się, że tak trzeba. Dzieci wcale nie rosną szybciej niż my się starzejemy, one właśnie na nas czekają…

Wczoraj niebo przeciął błysk meteorytu. Jak to dobrze, że ktoś zerejstrował ten widok, inaczej ominęłoby mnie coś wspaniałego.


Lifestyle

Slow jogging – idealna forma ruchu dla tych, którzy ruszać się nie lubią

Ewa Raczyńska
Ewa Raczyńska
2 listopada 2015
Slow jogging - idealna forma ruchu dla tych, którzy ruszać się nie lubią
Fot. iStock – Slow jogging - idealna forma ruchu dla tych, którzy ruszać się nie lubią
 

Myślisz: „W nosie mam cały ten ruch. Moda na aktywność. Też mi coś. Nie ćwiczyłam na wuefie, a teraz mam zacząć. Phi. Wolę być gruba”. Brzmi znajomo? Pora odkryć slow jogging!

Tak wiem, terroryzm dbania o siebie może skutecznie zniechęcić. Już tak mamy, że jak ktoś nam coś każe, to my robimy dokładnie odwrotnie. Jednak moda na zdrowie ma swoje plusy, odkrywa sposoby, gdzie argumenty w stylu: „Nie będę się ruszać, bo stawy nie wytrzymają mojej wagi”, „Sport nie dla mnie, mam problem z ciśnieniem” nie mają zupełnie znaczenia.

Ktoś może jeszcze powiedzieć: „Niby dlaczego mamy się zamęczać, pocić, robić coś, co nie sprawia nam przyjemności. W końcu jak już mam chwilę dla siebie, to chcę ją spędzić na czymś, co mnie zrelaksuje, odpręży i będzie miłe. A wysiłek fizyczny na pewno tym nie jest”.

Okey, rozumiem, że ktoś może nie lubić się ruszać. Brzydzi się każdą formą aktywności. Woli zalec na kanapie z książką, przed telewizorem, a na poprawę nastroju także z tabliczką czekolady. I oczywiście ma do tego pełne prawo. Jedno mnie zastanawia – skąd taka niechęć do zadbania o siebie. Boisz się, że nie podołasz, że lepiej z góry się poddać, niż spróbować i rozczarować się sobą, że po raz kolejny się nie udało?

Więc może warto obniżyć poprzeczkę. Nie stawiać sobie zbyt wysokich wymagań i skupić się na przyjemności. Moda na zdrowie to odkrycie formy ruchu zwanej „slow joggingiem”.

Slow jogging

Mogłoby się zdawać, że obecnie to raczej mało popularna aktywności. Bo gdzie w czasie szaleństwa biegowego, podawanymi na Facebooku nowymi życiówkami na coraz dłuższych dystansach, stawianiu sobie coraz większych wyzwań biegowych jest miejsce na człapanie nogami?

Tak, bo slow jogging to człapanie, bo wolniej już się nie da. To ciągnięcie nogi za nogą w tempie często wolniejszym niż energiczny spacer.

Slow jogging - idealna forma ruchu dla tych, którzy ruszać się nie lubią

Fot. Pixabay / skeeze / CC0 Public Domain

Kto się odważył taka formę ruchu zaproponować? Otóż ktoś, kto zrozumiał, że każda aktywność pozytywnie wpływa na nasz organizm i umysł. Do uprawiania „slow joggingu” zachęca Japończyk Hiroaki Tanaka, który biegał maratony w wieku 50. lat, a zawodowo zajmuje się wpływem uprawiania sportu na zdrowie i samopoczucie człowieka.

To właśnie on stwierdził, że bieganie, które wolniejsze bywa od spaceru, jest najlepszą formą aktywności dla tych, którzy chcą zadbać o swoje zdrowie. „Slow jogging”, to bieganie z uśmiechem. Ktoś mógłby się obruszyć: „Jasne, bieganie i uśmiech, kiedy jedyne o czym marzę, to wrócić do domu i usiąść”. Ale właśnie chodzi o to, żeby zmienić nasze nastawienie. Sport nie musi się nam kojarzyć z wyrzeczeniami, z wypluwaniem płuc, zmęczeniem, ciężkimi nogami i wylewaniem hektolitrów potu. Naprawdę może być przyjemnością. Wystarczy posłuchać rad i się do nich dostosować.

Na czym polega slow jogging?

Slow jogging to bieganie w tempie od 3 do 5 kilometrów na godzinę, gdzie spacerując pokonujemy do sześciu kilometrów w ciągu godziny. „To co to za bieganie?” można by spytać. Fakt, mało ma to wspólnego z pokonywaniem długich maratońskich dystansów. Tyle, że taka aktywność to po pierwsze skuteczna walka z nadciśnieniem, cukrzycą, chorobami serca, współczesnymi chorobami spowodowanymi stylem życia spędzanym w samochodach i za biurkiem. Ruch daje nam młodość, a uprawianie „slow joggingu” jest na to doskonałym dowodem. Już 30 minut truchtu pięć razy w tygodniu powoduje obniżenie ciśnienia, poprawia krążenie krwi. To też świetny sposób do pozbycia się zbędnych kilogramów.

Pokonując wolnym truchtem około 3 kilometry spalamy tyle samo kalorii, co spacerując przez 7 kilometrów.

Idea bardzo wolnego biegania polega na tym, by się nie męczyć. Często gryzie się to z naszą wizją sportu. Jak to uprawiać sport i się nie męczyć? Właśnie tak.

  1. Biegamy bardzo wolno, by następnego dnia nie mieć zakwasów, które często skutecznie zniechęcają nas do kontynuacji ruchu.
  2. 2. Biegamy wolno, by nie mieć zadyszki, by móc w czasie ruchu uśmiechać się.
  3. 3. Biegamy wolno, by nie doprowadzić do kontuzji, obciążeń stawów.

Slow jogging – zalety

Dzięki uprawianiu „slow joggingu” stawiamy stopy w naturalny sposób, tak jak podczas spaceru. I wcale nie musimy biegać szybciej i szybciej. Wystarczy, że codziennie znajdziemy choćby 30 minut na wolne przetruchtanie kilku kilometrów. Idealnie byłoby znaleźć te minuty pięć razy w tygodniu. Ale jeśli trudno nam to zrobić, można ograniczyć się do trzech razy. Możemy podbiec do sklepu, potruchtać wychodząc z psem lub wolno dobiec do przystanku autobusowego. Każdy przejaw tej aktywności jest dobry.

I nie ma co się wstydzić, jeśli wyprzedzi nas osoba spacerująca z kijkami do nordic walking. Jakie to ma znaczenie? Można się do niej szeroko uśmiechnąć i dalej powoli przesuwać stopa za stopą. Wrócić do domu szczęśliwszym, z poczuciem, że zrobiłem coś dla siebie. Bo przecież zasługujemy na to, żeby o siebie dbać, by dawać sobie codziennie mały prezent. Nie musi to być od razu weekend w spa, czy trening pod okiem specjalisty. Wystarczy wyjść i potruchtać. Mój znajomy ostatnio napisał, że „slow jogging” to wolność, dlatego to jego ukochana forma ruchu. I ja przyznaję mu rację. Slow jogging – bez przymusu, bez nastawienia na wynik, dla siebie, dla własnej przyjemności, bez ciśnienia i presji. Wyjdź i potruchtaj. Tylko pamiętaj: biegnij tak wolno, by nie złapać zadyszki! I uśmiechaj się! Choćby do siebie.


Lifestyle

„Żyjemy na bombie. My, idealna rodzina, kochające się małżeństwo”. Karolina nie pije już osiem miesięcy, to dopiero początek

Katarzyna Troszczyńska
Katarzyna Troszczyńska
1 listopada 2015
iStock

Największą wartością jest moja rodzina. To nie masochizm. Zakochałem się w mojej żonie, kocham ją.  Alkoholizm to choroba – mówi Piotr. 37 lat. Tata ośmioletniej Poli. Mąż Karoliny.

W niedzielne popołudnie spacer po warszawskich Powązkach. Ładni są. Ona: ciemne włosy do ucha. Sukienka, adidasy. On: wysoki, lekki zarost. Pomiędzy nimi dziewczynka. Ciemne włosy, szary, fantazyjny sweter. Bardzo podobna do mamy. Rodzina. 1 listopada 2015.

Najgorsze wspomnienie Piotra.  Miał wyjechać w delegację, spotkanie w Pradze jednak odwołano. Nie zadzwonił do Karoliny, że wraca. Do domu wszedł po 23. Ona spała na kanapie, wyglądała jak szmaciana lalka. Obok  dwie puste butelki po winie, w kuchni otwarta butelka wódki,  niedopałki, brudne talerze, resztki jedzenia. Sześcioletnia wtedy Pola w sypialni. Nieprzebrana w pidżamę, wtulona w misia Jadźka.

Piotr zaczął szarpać Karolinę „Poj**ało cię?! Kąpałaś ją? Jak mogłaś ty nieodpowiedzialna debilko” krzyczał.  Ale była nieprzytomna.  Następnego dnia  nic nie pamiętała. Szefowa dużego działu w dużej firmie. Wykształcenie wyższe, języki, ambicje, świetna matka. Taka, która na przedstawienie szyje dla córki sukienkę, siada w pierwszym rzędzie i nigdy się nie spóźnia. Rodzina. Listopad 2013.

Dużo było takich sytuacji? Ona pijana? Sama z dzieckiem?

Nie. Pewnie dlatego, że większość czasu spędzaliśmy razem. Ale myślę, że była często po alkoholu, na rauszu. Potem – gdy już zapisała się na terapię – mówiła, że codzienność ją boli. Że nie potrafi poradzić sobie ze schematycznością dnia, z tym, że wszystkie poranki i wieczory są takie same. Że nie potrafi poradzić sobie ze stresem i bólem. Kurczę, ale to nie jest dobre pytanie do partnera alkoholika. Bo my nigdy nie wiemy, ile ktoś pił. I jak często. Bardziej poruszamy się w przestrzeni: ogarniał – nie ogarniał. Pamiętał – nie pamiętał. Karola długo nie piła tak, żeby nie pamiętać.

Była z tobą nieszczęśliwa?

Mówiła, że nigdy nie była tak szczęśliwa. Bezpieczna. Że dałem jej wszystko to, czego nigdy nie miała – spokój i miłość.

Dużo osób pomyśli  zatem jaki, k…. może mieć ból szczęśliwa mężatka, szefowa w dużej firmie?

Ja też zadawałem sobie to pytanie. Jaki ona może mieć ból. Pracujemy, mamy  dziecko, mieszkanie, kota, przyjaciół. Jeździmy na wakacje, uprawiamy seks. Nie tłumaczę alkoholizmu, ale pewnie jest pewien typ osób, który wewnętrzne napięcie łagodzi używkami. Karolina w dzieciństwie była bita, ojciec zniknął z ich życia, gdy ona miała 16 lat.

Zawsze była pełna sprzeczności. Delikatna i nad – ambitna. Radosna, za chwilę smutna. Pełna energii, a za chwilę lewitująca. Ale pierwsze lata naszego związku były szczęściem. Na pierwszej randce ją pocałowałem, tydzień później się oświadczyłem. Dwa lata później wzięliśmy ślub. Przez chwilę nie miałem wątpliwości, ona też. Czasem dziwię się, ale ludzie naprawdę mają wątpliwości przed ślubem. Po co więc się pobierają? Mają też wątpliwości, czy chcą z kimś być. Po co więc są?

Piła, gdy się poznaliście?

Właśnie nie. Nie często. Choć rzeczywiście lubiła się bawić. I  nie potrafiła przestać. Pamiętam takie zdarzenie. Wesele naszych przyjaciół, leje się wódka. Pijemy wszyscy, ale Karolina nie umie spuścić z tonu.  Poczuć tej granicy, którą czuje normalny człowiek. Więc częściej „dzień po” boli ją  głowa. Częściej ląduje z głową w toalecie. Ale to nie było nagminne.

Bywało, że po alkoholu dostawała odlotu. Najpierw haj, zabawa, super seks, potem awantury. Szukała napięcia. Przerabialiśmy to milion razy. „Testuje cię, chcę sprawdzić czy ktoś mnie w życiu naprawdę kocha” tłumaczyła się. Dość długo grałem w tę grę. Bo ludzie w ogóle w nią grają często. Testują się w związkach, sprawdzają, ile ta druga strona jest w stanie znieść. Byłem w stanie znieść sporo. Bo ją kochałem. Bo poza tymi momentami szaleństwa była dobra, świadoma, czuła? Bo umiała przepraszać i tłumaczyć dlaczego coś zrobiła.

Co znosiłeś?

Sceny zazdrości o jakąś dziewczynę, prowokowanie zazdrości przez dłuższe rozmowy z kolegami, SMS-owanie, śmiech z nimi, taniec. „Po co to robisz?” pytałem.

To było tym bardziej dziwne, że Karolina już wtedy, 10 lat temu, pracowała, zarabiała, była niezależna. Jakby były w niej dwie dziewczyny.

Co było potem?

Pobraliśmy się, urodziła się Pola. To był czas szczęścia. W naszym życiu nie było alkoholu, zresztą Karolina uspokoiła się.  Nie było scen zazdrości, awantur. Ja odetchnąłem z ulgą. Ok, doszliśmy do momentu pełni. Znamy się, rozumiemy. Ona wie, że ją kocham, że nie myślę o zdradzie, że to między nami jest wyjątkowe. Prowadziliśmy wtedy dość nudne życie. Mieszkaliśmy na peryferiach miasta, ja dużo pracowałem. Widywaliśmy się właściwie tylko wieczorami. Gdy Pola miała dwa lata, Karolina wróciła do pracy. Moim zdaniem wtedy zaczęła pić. Na początku tylko w weekendy – na odstresowanie. Też piłem trochę. Tylko, że gdy otwieraliśmy wino – ja wypijałem kieliszek, ona całą resztę. „Jest mi tak błogo” mówiła. Po alkoholu była bardziej otwarta, mieliśmy lepszy seks, było fajniej. Ona spotykała się też z koleżankami – wino, nieodłączny kompan spotkań. Ale nigdy nie pomyślałem, że z tego mogą być jakieś problemy.

Kiedy zauważyłeś, że są?

Na przykład kiedyś piła tylko wino. Nie lubiła żadnego innego alkoholu. W lodówce stało piwo, w barku whisky. Jeśli nie miała wina nie jechała do sklepu, nie sięgała też po inny alkohol. Ale nagle zaczęła sięgać. „Jednak smakuje mi ta whisky” mówiła. I wypijała trzy drinki po kolacji, jak już Pola spała. Albo „dobre to piwo”. Zauważyłem, że Karolina z alkoholem odpoczywa – wino na plażę, po plaży, przed kolacją. Wino na stres – po pracy wpadała, otwierała butelkę i duszkiem wypijała kilka łyków. Miała powód, inaczej pretekst – w firmie redukcje, non stop stres. Nie potrafiła też bez alkoholu się bawić. Na każdej imprezie musiały być trunki. Nawet, jeśli była z nami Pola. Wtedy zaczęłam się czepiać. Jeśli ludzie oboje w związku piją latami mogą nie zauważać problemu. Ja jednak nie piłem. I nie uważałem, że to normalne, że ktoś codziennie po pracy musi się napić. Czy że na każdej imprezie, nawet ją są dzieci musi się napić.

Alkoholizm rozwija się miesiącami, latami. Dopiero potem to składasz. Na przykład kontrolujesz kogoś, czepiasz się i widzisz, że on zaczyna to swoje picie ukrywać. U nas momentem przełomowym było to, że sięgnąłem po szklankę, nalałem sobie whisky z barku spróbowałem i…. to była woda. Oniemiałem. „Zwariowałeś!” krzyczała, gdy pytałem co się stało z whisky. To już taka gadka jak z wariatem. Ktoś wmawia ci, że nie pił,  a ty sam nalałeś wody do butelki. Potem dowiedziałem się, że to alkoholowa klasyka. Podobnie jak butelki znajdowane w szafce na bieliznę, w jej torebce, pod łóżkiem.  Argumentem Karoli było to, że ona się nie upija. Prawda jest jednak taka, że była na rauszu. Że pachniało od niej alkoholem, że zasypiała na kanapie, że miała zmienne nastroje. Potem zacząłem znajdować butelki w jej aucie. Kiedyś przyparta do muru wyznała, że wychodzi po aferach z szefem do samochodu i pije. Żeby było łatwiej. „To kilka łyków” darła się.  I jej ukochane słowo: „Mam nad tym kontrolę”. Bo zostawia samochód potem pod pracą, bo je normalny obiad i alkohol znika. Boże, ten taniec zaprzeczań alkoholika to jest kuriozum.

Chciałeś odejść?

Nie. Ale zaczynałem mieć dość. Bo Karolina się  broniła: „Ach, rozumiem, gdybym spowodowała wypadek, gdyby dziecku coś się stało, gdyby”. No i awantury: jesteś nudny, nie umiesz się bawić, wymyślać. Teraz graliśmy w grę: „Szczęśliwa rodzina”. W domu już nie było alkoholu, ale ja czułem, że Karo pije. Umiejętności partnera osoby pijącej. Możesz być śledczym, detektywem. Uczysz się rozpoznawać tempo mówienia. Jak mówi wolniej – dowód na to, że piła, jest zrelaksowana. Patrzysz na gesty – są bardziej teatralne – piła, bo się otwiera. Ruchy – zbyt luźne, piła. Wrzeszczałem, ona wrzeszczała.

Przy dziecku?

Tak. Choć długo chroniłem Polę. Może chroniłem też Karolinę. Ale przyszedł moment, że powiedziałem: „Pie**olę, powiem wszystkim, że masz problem z alkoholem, powiem Polce”. To ją zatrzymało. To była jedyna rzecz, której się bała. Że Pola usłyszy: „Twoja mama jest alkoholiczką”.

Nie wiedziała?

Moim zdaniem nie, choć nie mam pewności. Na pewno czuła zapach, pewnie wiedziała, że mama lubi winko. Nie miała jeszcze tej świadomości dziecka pijącego. Karola była przeciętną matką, która robiła odreagować po pracy. Najczęściej wtedy, gdy mała spała. Było kilka przełomowych momentów. Karolina zasnęła na plaży, nie poszła bawić się z Polą, Karolina coś tam. Ale najgorszy był ten listopad 2013, butelki wina koło mojej żony, a moja córka śpiąca w pokoju, nieprzebrana, niewykąpana. Potem milion razy myślałem: a gdyby coś się stało?

To był ten pierwszy moment, gdy nie słuchałem już tych tłumaczeń: że stres, niepokój, napięcie. Miałem to w dupie. Ona naraziła nasze dziecko. I być może naraziła je już wiele razy wcześniej. Wtedy właśnie ją zaszantażowałem – że powiem Poli wprost, że powiem jej rodzicom, że ma się zacząć leczyć.

Zaczęła?

Przestała pić. Zapisała się na terapię. Pamiętam jak wyła, że nie chce skrzywdzić dziecka. Te pierwsze dni były straszne. „Muszę ci o tym mówić” wyznawała. A te wyznania były straszne: że ona nie może oddychać, że trzęsą jej się ręce, że chce jechać na stacje benzynową. Że musi wypić pół wina choć. Wtulała się we mnie, drapała mnie paznokciami, zasypiała tylko po środkach uspokajających. Była wrakiem człowieka. Do tego momentu nie miałem pojęcia, jak ona bardzo jest chora. Przecież wciąż pracowała, wciąż odnosiła sukcesu. Nie znałem takiego alkoholizmu. Alkoholizm to przecież degeneracja, wódka pita litrami, mieszkanie na ulicy. Karolina wciąż była piękna.

Wracała do picia?

Tak. Choć zaprzeczała. Wtedy już wpadłem w obsesję. Kazałem jej chuchać, sprawdzałem ją na każdym kroku. Groziłem, że się wyprowadzę. Nie chciałem jej zostawić, ale wiedziałem, że to jedyna możliwość, żeby ktoś przestał pić. Postawić mu granicę. Jednocześnie wciąż jej powtarzałem, że ją kocham, że może na mnie liczyć, że będę jej wsparciem w leczeniu. Mój jeden warunek: koniec oszukiwania się, że nie ma problemu.

Karolina od ośmiu miesięcy nie pije. Ale wciąż jesteśmy na początku drogi. Alkohol trzymał ją w codzienności. Teraz ona częściej się złości, jest bardziej zmęczona. Nieustannie się ścieramy, żyjemy na bombie. My, idealna rodzina, kochające się małżeństwo. Mnóstwo jest takich rodzin. Pije ona, albo on. Alkohol rozpi**dala rodziny, szczególnie, że jest na niego społeczne przyzwolenie. To nic takiego, to tylko wino, tylko piwo. Gówno prawda. Człowiek, który się musi codziennie napić jest po prostu chory…

Ciągle myślę: „A co będzie jutro?”… I wiem, że nie ma odpowiedzi.


Zobacz także

Szkoła to więcej niż nauka. To miłości, przyjaźnie i siedzenie na parapetach – chociaż „nie wolno”. Akcja #Oh!Szkoło, zadanie #2

5 powodów, dla których warto pić zieloną herbatę. Czy wiesz, że dzięki niej będziesz wyglądać pięknie?

Ty również jesteś zwycięzcą. 7 dowodów na to, że już wygrałeś swoje życie