Lifestyle Psychologia

Nie wszystko w moim życiu wyszło tak, jak sobie to wymarzyłam i wy to też wiecie. Mamo, tato, dziękuję wam za…

Rycząca Trzydziestka
Rycząca Trzydziestka
31 marca 2016
Fot. iStock / Courtney Keating
 

Wiosna przyszła. Wszystko, co drobne wyległo na powierzchnię ziemi. Stoimy sobie z moim synem tak od ładnych kilku minut i patrzymy na te mrówki. Chodzą sobie, mrówka z mrówką, dobrze znanymi, wydeptanymi szlakami. – Dzidzia –  mówi mój syn o jednej z mrówek. –  To mama – wskazuje na inną. – A to? – łapie mnie za rękę pytająco. – Tata – odpowiadam bezwiednie. Przecież wiadomo, wszystko, co po ziemi chodzi musiało mieć mamę i tatę. Ale nie wszystko może być swoim rodzicom tak wdzięczne jak ja.

Mamo, Tato, dziękuję:

Za to, że nigdy nie dawaliście mi gotowych rozwiązań, ale prawie zawsze powtarzaliście: pomyśl, wierzę, że sama świetnie sobie poradzisz. Proste, a jednocześnie takie trudne. Wiem, bo teraz sama mam dzieci.  Chciałabym umieć, tak jak wy, pozwalać im częściej próbować swych sił.

Za to, że nigdy nie złamaliście mnie ani jednym słowem. Budowaliście mnie za to słowami miłości, wsparcia i życzliwości. Zabrałam je w sobie, kiedy już poszłam hen w życie czasem zbyt krętą drogą. Teraz, gdy upadam, te słowa miłości podnoszą mnie z kolan, z wiarą, że za chwilę już będzie dobrze, że zaraz wszystko sobie poukładam.

Za rozmowy w kuchni nocą, przy kubku herbaty (mamo) i niedzielnym wspólnym obiedzie (tato). W moim domu ta herbata i ten niedzielny obiad to momenty ważne, kiedy czujemy naprawdę, że jesteśmy razem i jest nam ze sobą dobrze. Albo kiedy czujemy, że żeby było dobrze, trzeba właśnie tej rozmowy i dwóch kubków.

Za miłość bezwarunkową i akceptację. Bo dzięki wam umiem ich szukać w relacji z najbliższym mi człowiekiem. I dzięki wam rozumiem, że i ja i on na nie zasłużyliśmy. Bezwarunkowo nie stawiam warunków w miłości, kocham po prostu za „nic”. Akceptuję bo i mnie akceptowano.

Za to, że nie udawaliście przede mną, kiedy wasze małżeństwo zaczęło się rozpadać. I za to, że nie odpuściliście, że walczyliście o siebie, gdy inni mówili, to nie ma sensu. Wy widzieliście sens, nie wyrzuciliście tej miłości, tych wspólnych lat do śmieci. Kocham patrzeć tato na to, jak odgarniasz mamie jasne kosmyki włosów z czoła.

Za to, że nie chcieliście być dla mnie autorytetem, byliście nim, po prostu. Bez pompy i sztuczności, swoim przykładem sprawialiście, że nigdy nie przestałam was szanować. Byliście i jesteście ważni.

Za to, że kiedy nadszedł moment, wybiegłam od was w życie, wierząc, że ono jest dobre, a ludzie potrafią być najwspanialsi, jeśli tylko umie się ich odnaleźć. I że najwięcej zależy ode mnie.

I jeszcze, dziękuję wam za wyprawy w góry, a nie na Majorkę, kiedy Majorka była szczytem marzeń. Dzięki tym wyprawom kocham góry bezkrytycznie, a o Majorce myślę z dystansem, lekko nonszalancko.  Żyję tu i teraz, ale nie odpuszczam marzeń. Kiedyś je zrealizuję, kiedyś znajdę swoją Majorkę.

Nie wszystko w moim życiu wyszło tak, jak sobie to wymarzyłam w dzieciństwie. Ale to nie znaczy, że wyszło źle. I wy to też wiecie, i za to też Was kocham.


Lifestyle Psychologia

Nie ograniczaj, naucz mądrze wybierać. Dlaczego boisz się zaufać swojemu dziecku?

Rycząca Trzydziestka
Rycząca Trzydziestka
5 kwietnia 2016
Nie ograniczaj, naucz mądrze wybierać. Dlaczego boisz się zaufać swojemu dziecku?
Fot. iStock / Christopher Ames
 

„Przestań mnie ograniczać” – wykrzyczał dziś w sklepie jeden mąż, który wyraźnie miał czegoś dość, do swojej żony, budząc przy tym zainteresowanie największych osiedlowych plotkarek. I moje też. Żona próbowała jeszcze jakoś załagodzić sytuację, tłumaczyć, że nie zgadza się na zakup ciasteczek maślanych dla „jego dobra”, bo ostatnio trochę przytył i „ona po prostu o niego dba”. Nie pomogło, wyszedł. Ciasteczka ewidentnie stanowiły tu element przepełniającą przysłowiową czarę goryczy.

Bo my od dziecka kochamy wolność. Ale swoją, osobistą. Trudno nam znieść, kiedy ktoś wkracza na nasz teren, żeby zaprowadzić tu swoje porządki. I nieważne, jakie przyświecają mu intencje. Za to w stosunku do innych? W związku czy w stosunku do dzieci lubimy nakładać ograniczenia, kontrolować. Dużo gorzej idzie nam wspieranie, dodawanie siły i motywowanie.

Mam znajomą, która wychowuje samotnie nastoletnią córkę. Samotnie, bo mimo, że mąż jest, to ciałem i duchem tak bardzo nieobecny (wiecie jak to jest kiedy „ktoś w tym domu musi zarabiać”), że trudno mówić o wspólnym podejmowaniu decyzji wychowawczych. Matka i córka od roku regularnie drą ze sobą koty, a głównym punktem zapalnym jest fakt, że szesnastolatce niewiele wolno. Na urodziny do znajomych z klasy? Tylko do 20-tej i tylko do tych, których rodziców mama zna osobiście. Wakacyjna praca w kawiarni na osiedlu? Zdecydowane „nie”. „Przecież niczego ci nie brakuje, masz spore kieszonkowe, a jak potrzebujesz zrobić jakiś większy wydatek, to zawsze ci dokładam”. „Ale ja chcę sama, mamo, chcę zobaczyć jak to jest… Chcę spróbować pracy. Inni już dawno próbowali.” „Widocznie ich rodzice nie potrafią o nich zadbać”.

Koronny argument na wszystkie próby logicznego uzasadnienia? „Póki mieszkasz w tym domu, stosujesz się do moich zasad”. Rozumiem. Władza rodzicielska musi zostać zaznaczona – w tym domu obowiązują zasady rodziców, w tym jedna podstawowa: zasada ograniczonego zaufania. Tylko, że kiedyś trzeba będzie opuścić to „bezpieczne” gniazdko i zacząć żyć po swojemu. Po swojemu czyli jak? Według tego, co mówili rodzice? A oni są w stanie przygotować nas „zaocznie” na każdą życiową okoliczność?

– Dlaczego jej bardziej nie zaufasz? – pytam moją znajomą, bo wiem, że jej córka jest odpowiedzialną i jak na swój, młody wiek dojrzałą osobą. Jeszcze nigdy nie zrobiła niczego głupiego i ufam, że to kwestia jej rozsądku, a nie nakładanych na nią co chwila ograniczeń. Bo przecież, kurcze blade, nie ma takiej siły, która zatrzyma nastolatka, kiedy on sobie postanowi, że coś zrobi. Zwłaszcza jeśli to „coś” jest na przekór rodzicom. – To złudzenie, utopia – mówię. – Chcesz kontrolować dorastającego człowieka i sprawiasz, że się od ciebie odwraca, oddala się od ciebie.

– Kiedy to takie trudne – pada cicha i bardzo prawdziwa odpowiedź, odsłaniając całą słabość matki: wieczny (mniej lub bardziej natężony) strach o swoje dziecko. I ja rozumiem ten strach, bo sama jestem matką. Ale rozumiem też potrzebę wolności, bo byłam nastolatką i jestem córką. I wtedy słyszę jeszcze bardziej ciche: „Boję się, że już nic mi nie zostanie, kiedy ona weźmie odpowiedzialność za siebie”.  Acha. To tu jest jeszcze jeden problem: potrzeba kontrolowania córki bierze się ze strachu przed pustką, utratą celu w życiu. Mając kontrolę (lub wrażenie, że ją ma) nad jakąś sytuacją, moja znajoma czuje się spełniona życiowo, potrzebna, ważna. Jakże to iluzoryczne i jak łatwo jej to odebrać.

Ale do rzeczy. Dawanie wolności, kiedy całe życie kogoś ograniczaliśmy, musi być trudnym doświadczeniem dla obu stron. Chyba nie od razu wiadomo co z tą wolnością zrobić. I pewnie nie od razu wiadomo jak przestać ograniczać. Ale powolne nakładanie na dziecko odpowiedzialności za samego siebie to przecież w końcu istota wychowania… Nikt nie powiedział, że wychowanie to prosta sprawa.

– Majka – pytam córkę mojej znajomej – o czym ty najbardziej teraz marzysz? Chwila zastanowienia – Chcę żeby mama we mnie uwierzyła. Przestała się bać,  no wiesz, że zrobię coś głupiego – pada.

Mamo, uwierz w córkę. Nie ograniczaj, pokaż jak mądrze wybierać. Nie ograniczaj, naucz mądrze wybierać. Dlaczego boisz się zaufać swojemu dziecku?

Pozwól jej uczyć się życia. A sobie pozwól mieć życie.


Lifestyle Psychologia

Są wydarzenia, które zmieniają wszystko i są decyzje… Takie historie dzieją się tuż za ścianą

Rycząca Trzydziestka
Rycząca Trzydziestka
29 marca 2016
Fot. iStock / prudkov

Ostatni raz widziałam ją dwanaście lat temu. Przyjaciółka z lat dziecięcych: drobna, energiczna brunetka z pieprzykiem na prawym policzku. Śmieszka. Tylko ona potrafiła namówić mnie wagary i tylko jej nauczyciele wybaczali drobne wybryki. Uwielbiałam jej spontaniczność i to, jaka była mądra. Zazdrościłam jej zielonych oczu, długich, miękkich rzęs i zakochanych spojrzeń chłopców ze szkoły. Nasze drogi rozeszły się tuż po liceum, ale ciepłe wspomnienie szalonych, młodzieńczych lat zostało we mnie silne i pokrzepiające. I jeszcze to jej mocne: „ Co jest?!”, kiedy nastoletnie problemy przybijały swoim ciężarem do ziemi. Może nie tyle te słowa, co sposób w jaki je wypowiadała, wyraz jej oczu, żywe, nieudawane zainteresowanie sprawiały, że cokolwiek by się działo, człowiek zaczynał wierzyć, że się ułoży.

Po maturze straciłyśmy kontakt. Różne kierunki studiów, wyjazdy, inne kręgi znajomych. Wiedziałam, że skończyła dwa kierunki, że ma dobrą pracę, w końcu, że wyszła za mąż za przystojnego Pawła. Jak większość naszych koleżanek i kolegów „ułożyła sobie życie”.

Dziesięć miesięcy temu zobaczyłam ją na ławce w parku. Siedziała zamyślona i skulona w tym zamyśleniu, zupełnie jak kiedyś, na szkolnym korytarzu przed klasówką z fizyki. Nie przypomniała beztroskiej, wesołej dziewczyny z moich wspomnień, ale nie wyglądała też jak ta szczęśliwa, pewna siebie kobieta z fejsbukowego zdjęcia. – Hej – powiedziałam tonem  jakim się tego wcale nie mówi, kiedy się kogoś ostatnio widziało dwanaście lat temu. – Hej – poznała mnie od razu. – Nos masz czerwony – rzuciłam najnormalniejszym na świecie tonem. – Wiem – odpowiedziała i chwilę potem ryknęła płaczem. Przechodnie zatrzymywali się przy nas i patrzyli pytająco, ale ja tylko kiwałam głową, że nie wiem, że dziękuję, ale proszę dać nam spokój. Trzymałam ją za rękę i czekałam.

Po kilkunastu minutach szloch ustał. Podniosła głowę i patrzyła przed siebie, swoim zielonym kocim spojrzeniem. Zabójcze ma te rzęsy. Ciągle. „ Co jest?” – spytałam ciepło i łagodnie, z żywym zainteresowaniem, zupełnie tak jak ona wtedy, gdy rzucił mnie ten wredny Maciek z trzeciej „c”.

­– Jestem w ciąży. I wiesz, to nie jest czas na dziecko – powiedziała szybko, rzeczowo i konkretnie. Nie zdziwiłam się. Nie zapytałam „Co teraz?”. Zrozumiałam ją tak,  jak może zrozumieć tylko druga kobieta, która przeżyła te same emocje.  Ja je przeżyłam. Nieplanowana ciąża to nie jest coś, co człowiek przełyka, przetrawia jak wiadomość, że twoja znajoma złapała katar. To wydarzenie, które zmienia wszystko.

– A Paweł co na to? – spytałam zamiast tego, bo wydawało mi się w tej chwili, że przecież go znam. – Załamany – powiedziała cicho. – Nie chcieliśmy tego. Mamy kryzys. Rozwodzimy się.

Acha. Dwoje ludzi podejmuje decyzję o rozstaniu by zaraz potem dowiedzieć się że znowu zostaną rodzicami. Jest źle. Dokładnie tak, by pozwolić sobie na te łzy, przed chwilą wylane.

Nie, nie oceniałam. Nie spytałam: „O czym ty myślałaś?”.  Nie weszłam brutalnie w ich intymność i nie skrytykowałam rażącej nieodpowiedzialności. Bo to przecież się zdarza. Znam dzieci „nie w porę”, takie, które się „zdarzyły”. Znam też kilkoro zaplanowanych „ na zgodę”, o które teraz rodzice prowadzą przed sądem batalie do ostatniej kropli krwi i do ostatniego zdartego z paznokcia tipsa.

Ale w tamtej chwili nie myślałam o tym wszystkim. Miałam przed sobą dramat kobiety, która doskonale rozumie czym jest odpowiedzialność za dziecko. Wiedziałam dobrze, przed jakim dylematem stoi. Słyszałam jej myśli i pytania, które sobie zadaje, jakby nasze głowy połączono ze sobą magiczną sprężynką.

– Kochasz go? – spytałam jeszcze niedyskretnie. – Tak – odpowiedziała po prostu i uśmiechnęła się do mnie delikatnie. To jedno słowo i ten nieśmiały uśmiech zdały się ją trochę pokrzepić. – Pójdę już – ścisnęła mnie mocno, serdecznie i pobiegła gdzieś w parkową zieleń drzew.

Wróciłam do domu, ugotowałam obiad i wtuliłam się w miękkość moich dzieci. Myślałam o mojej dawnej przyjaciółce jeszcze wiele razy i wiele razy stawiałam się w myślach w jej sytuacji. Zostać? Odejść? Zawalczyć, czy udać, że TO nic nie zmienia, bo przecież nic już nas nie łączy. Prócz tej miłości.

Miesiące mijały, a ona nie odpowiadała na moje wiadomości, co zrozumiałam jako naturalną potrzebę w jej sytuacji. Zresztą, nie byłyśmy przez ostatnie lata blisko.

Aż w końcu w zimowy, świąteczny poranek telefon zadźwięczał i odsłonił na ekranie cztery słowa, które powiedziały mi wszystko. ZOSTAŁAM. BUDUJEMY OD NOWA. I znów poczułam się jak w liceum, gdy podziwiałam ją za odważne decyzje. I pożałowałam, że mi tej odwagi w życiu zabrakło.

Potem przyszła wiosna. Usiadłam na tej „naszej” ławce z moją córką. Przymknęłyśmy oczy łapiąc leniwie ciepłe, wiosenne promienie słońca. – Hej – usłyszałam radosny, wesoły głos nad swoją głową. – Stała tuż przede mą roześmiana i piękna, przewiązana kolorową chustą. Delikatnie podtrzymywała wystająca z niej, niemowlęcą głowę.  – To jest Paweł – przedstawiła mi swojego męża. Odeszli chwilę potem, objęci i tacy ładni, jakby ktoś ich narysował. Przytuliłam mocniej moją córkę i zamknęłyśmy oczy. Ciepła, szczęśliwa łza stoczyła mi się po policzku.

Ta historia wydarzyła się naprawdę.