Lifestyle Psychologia

„Nie mam już piersi, nie mam męża, mam syna i siłę w sobie”. O samotnym pokonywaniu raka

Listy do redakcji
Listy do redakcji
9 maja 2016
Fot. Pexels/gratisography.com / CCO
 

Dla mnie słowa te kojarzą się przede wszystkim z pokonaniem choroby, przejściem przez piekło, horror z którym przez rok walczyłam, by odnaleźć w życiu sens i by po tym czasie powiedzieć sobie i innym-  ja pokonałam kryzys, najgorsze za mną więc i TY potrafisz.

Łącznie 3,5 roku małżeństwa z czego może połowa szczęśliwych i radosnych chwil. Najpiękniejszym dla mnie momentem było przyjście na świat mojego dziecka, w tym czasie mój mąż zaczął imprezować.

Zaczęło się od kumpli, później kumpelki, następnie wychodził w soboty, a wracał w niedziele, a ja zajmowałam się malutkim dzieckiem i czekałam, jak przystało na dobrą żonę, na męża. Z czasem zaczęło być coraz gorzej. Do imprez doszło granie w maszyny. Mój małżonek zmienił się nie do poznania. Siedział tylko w domu nieobecny i zamyślony, pragnący tylko uciec i grać. Wiele razy z malutkim dzieckiem szukałam go po kasynach i zawsze znajdowałam. Na początku wracał z nami do domu, a później mówił, że w tak ważnym momencie mu przeszkodziliśmy. Nawet nie chcę wiedzieć, ile tam kasy przegrał, ciągle łudząc się, że to on rozbije maszyny i wyciągnie stamtąd fortunę…

Z czasem było coraz gorzej w domu, ciągłe kłótnie, nerwy, stresy i popychania mnie na oczach dwuletniego dziecka, które ciągle z płaczem budziło się w nocy. Były zdrady, kłamstwa, oszustwa, wykradanie pieniędzy itd. Aż któregoś dnia, kiedy mój małżonek napluł na mnie i uderzył na oczach dziecka, wyrzuciłam go z domu. On wrócił do mamusi i dwa tygodnie później miał nową panienkę. Pragnęłam swojej rodziny bo zawsze o niej marzyłam, robiłam wszystko by ją utrzymać a w zamian byłam poniżana, żadnego szacunku i obwinianie mnie o wszystko.

Trzy miesiące później sprawa rozwodowa, na którą nie dotarłam.  Powód- tydzień przed rozwodem dostałam swoją diagnozę

Rak piersi

Od razu zaczęłam walkę, bo najważniejsze dla mnie było wyzdrowieć dziecka. A eks dowiedziawszy się w sądzie o mojej chorobie, chcą uniknąć kontaktu ze mną, zgodził się na rozwód z jego winy i kwotę alimentów na dziecko. A niby tak nas kochał.

Walczyłam rok.  Chemia, operacja, naświetlania i kolejna operacja usunięcia piersi

Przeszłam koszmar, każdego wieczoru patrzyłam jak maluch śpi i płakałam bojąc się o niego i o siebie samą, bo ja miałam i mam tylko jego a on tylko mnie. Chemia wyniszcza ciało, a jeszcze bardziej psychikę. Organizm się szybko regeneruje, a dusza potrzebuje bardzo dużo czasu, by znowu wejść na właściwy tor myślenia i nie popaść w depresję. Wtedy zaczęłam się obwiniać o rozpad mojej rodziny, małżeństwa i błagałam błagałam byłego, żeby dał nam szansę, a on bawił się moimi uczuciami przez 10 miesięcy obiecując to, że będziemy razem a żyjąc z inną kobietą.

Nie potrafiłam sobie z tym poradzić, to zrozumieć. Mimo że cała rodzina i znajomi byli ze mną w tym trudnym dla mnie okresie, mi strasznie brakowało ciepła tej najbliższej osoby, przytulenia się i wypłakania, rozmowy. Może brzmi to dość prozaicznie, ale wtedy nie widziałam jego winy tylko obwiniałam siebie. Zaliczyłam czterech psychologów i żaden nie potrafił mi pomóc. Dopiero z czasem kiedy zdrowiałam, wszystko zaczynało być dobrze i stawałam się silniejsza emocjonalnie docierało powoli do mnie, że tak naprawdę wszystko co mam zawdzięczam tylko sobie.

Dopiero z czasem zrozumiałam jak ważny w moim życiu i mojego dziecka jest spokój. Obiecałam sobie, że koniec ze łzami, bo ja chcę się uśmiechać, cieszyć się tym, że jestem i moje dziecko jesteśmy zdrowi, cieszyć się życiem i z niego korzystać.

Jestem od nikogo niezależna i robię to ja co mamy z synkiem ochotę.

A eks ??… wyrzuciłam go całkowicie ze swego życia, głowy i serca. Nie chce nawet kontaktu z dzieckiem, więc pozbawiłam go praw. Trochę spadł mu też poziom życia- kobieta go zostawiła, a sam imprezki z alkoholem i używkami, maszyny, długi w paru bankach i wyrok w zawieszeniu o niepłaceniu alimentów. Życie jest nieobliczalnie, nigdy nie wiadomo co nas może nas spotkać, dlatego trzeba brać to co nam oferuje.

Zrozumiałam to, choć potrzebowałam na to wiele czasu, ale przeszłam kryzys który tak naprawdę mnie umocnił, bo teraz wiem że potrafię wiele więcej znieść dla siebie i mojego dziecka. Dalej marzę o rodzinie, dzieciach, mężu i domu z ogrodem i kominkiem… kto wie?… może kiedyś to marzenie się spełni a jeśli nie, to też będzie okej.
Wiem też że skoro mi się udało, to Tobie też się uda. Trzymam kciuki.

autorka: Justyna B.

Lifestyle Psychologia

Konturowanie stóp… Internet szaleje przed latem

Hanna Szczygieł
Hanna Szczygieł
9 maja 2016
Fot. Screen z Instagram / liveglam.co
 

Konturowanie twarzy nikogo nie dziwi, konturowanie nóg wzbudziło pewne kontrowersje, ale zyskało również grono zwolenniczek (no bo umówmy, się która z nas w imię zgrabnych i smukłych nóg, nie nagięłaby nieco zasad – przecież to tylko odrobina make upu) – ale na internetowe salony wkroczyło właśnie konturowanie stóp… i tu pojawiło się zadziwienie.

Film z instrukcją konturowania stóp ma w tej chwili blisko 12 tysięcy komentarzy. A my pytamy, czy „smuklejsze” stopy to już urodowa przesada czy doskonały trik ,jeśli walczymy z kompleksem? Co sądzicie?

 


Źródło: wizaz.pl, Instagram


Lifestyle Psychologia

Dajcie wy mi wszyscy święty spokój. O potrzebie samotności

Ewa Raczyńska
Ewa Raczyńska
9 maja 2016
Fot. Unsplash / CC0 Public Domain

„A idźcie wy wszyscy w cholerę” – mam ochotę czasami powiedzieć. Wyłączyć telefon, zamknąć drzwi od domu. W takich chwilach z utęsknieniem czekam na moment, kiedy wyprowadzę się w Bieszczady, wszyscy będą mieć do mnie daleko, a ja będę upajać się ciszą i spokojem.

Miewacie takie momenty, kiedy ludzkość was wk*rwia? Wrażenie, że nagle wokół was jest o 100% więcej ludzi i wszyscy gadają, krzyczą, coś od was chcą – powiedzieć, zrobić, wymagać?

A wy wtedy najchętniej byście się zaszyli gdzie w kącie w fotelu, nakryli głowę kocem i udawali, że was wcale tam nie ma. Że zniknęliście, staliście się przezroczyści.

Ja jestem z tych, którzy czasami mają serdecznie dosyć ludzi i kochają swoją samotność – oczywiście taką, jaką uda się wypracować. Bo, żeby być całkowicie samemu, to też sztuka przy dwójce dzieci, psie i dwóch kotach. I telefonie, który raczej ciężko wyłączyć ze względu na pracę.

Przyjaciółka do mnie mówi: „Ja tego zupełnie nie rozumiem, jak można chcieć być samemu, nie nudzisz się? Masz coś robić? Ja to wolę pogadać”. To znaczy tak mówiła kilka lat temu, a kilka tygodni wcześniej powiedziała: „Tak, rozumiem twoją potrzebę samotności, sama o niej właśnie marzę”. Jak widać do każdego przychodzi to na różnym etapie.

A ja kocham być sama. Uwielbiam ten moment ciszy i spokoju, ten brak bodźców z zewnątrz. Natłoku słów, zdarzeń. Ci, którzy mnie znają wiedzą, że znikam co jakiś czas. Przepadam, jak kamień w wodę. Na mailach, czatach i telefonie funkcjonuję jedynie zawodowo ograniczając kontakt z ludźmi.

To czas kiedy (o ile mogę) leżę na kanapie gapiąc się w sufit. Puszczam moją kochana muzyką, ale po cichutku, i przeplatam ją z ciszą. To stan wyczyszczenia głowy z nadmiaru informacji i emocji. Porządkowania wszystkiego, co wydarzyło się przez ostatni czas. Nie nachalne, na zasadzie – a dzisiaj musisz myśleć o tym i o tamtym i sobie to poukładać. To się dzieje bezwiednie zupełnie. Czuję się naprawdę z dnia na dzień lżejsza. I spokojniejsza. Czas płynie wolniej, co powoduje, że nagle z wieloma rzeczami zdążam. Że wychodzę z permanentnego niedoczasu. W takiej samotności jestem nawet w stanie zrobić porządek ze swoimi ubraniami, a to naprawdę graniczy w moim przypadku z cudem.

Bo taki mały cud zdarza się, kiedy daję sobie przyzwolenie na skupienie się na sobie. Na zwolnieniu, Kiedy dociera do mnie, że ludzie czy tego chcę czy nie i pewnie oni sami tego nie chcą, kradną mi masę czasu. Że nie zdaję sobie sprawy ile energii oddaję na zewnątrz, którą mogłabym spożytkować w jakiś zdecydowanie bardziej sensowny sposób niż prowadzić z kimś dyskusję, która nie bardzo w ogóle ma sens, kiedy się głębiej nad nią zastanowić.

W takiej ciszy i samotności lepiej pracuję, skupiam się na zdecydowanie mniejszej ilości rzeczy. Kto powiedział, że wielozadaniowość to zaleta. To przekleństwo. Bo prowadzi do frustracji – no za diabła nie da się zrobić tysiąca rzeczy świetnie. Gdzieś coś zawalimy. Wiec odpuszczam sobie, wyznaczam sobie priorytety i tylko one są dla mnie ważne, resztę zostawiam za drzwiami, nawet nie wpuszczam do domu.

I w samotności te priorytety nazywam, czuję na czym chcę się skupić, a na co nie chcę marnować danego sobie czasu. Przestaję być rozdrażnioną i zniecierpliwioną mamą, która MUSI na wszystko znaleźć czas. Nie musi i nie na wszystko, jak się okazuje.

Mam takie poczucie pułapki, w którą sami się pakujemy. Facebook, Instagram, What’s up, Messanger – ułatwia nam kontakt z ludźmi, ale mi też zabiera przestrzeń dla mnie samej, dla mojej samotności. Włażę w to cała. Z kumplem gadam na zielono, z kumpelą na niebiesko, a jeszcze sprawdzam i wysyłam gratulacje do znajomej, co to właśnie dziecko urodziła. RETY, no idzie dostać kociokwiku. Wszędzie ludzie, nawet do kibla za mną chodzą. Mam poczucie osaczenia, jak jeszcze zadzwoni pani ze szkoły, żebym wpadła w czymś pomóc, to najchętniej uciekłabym, gdzie pieprz rośnie od ludzi, od mówienia, wyjaśniania, tłumaczenia.

W mojej samotności mogę:

– nabrać dystansu do wielu rzeczy, sytuacji i ludzi,

– odpocząć od nadmiaru bodźców, wyciszyć się,

– uśmiechnąć się do siebie, bo w końcu mam czas siebie zauważyć,

– zrobić rachunek sumienia, co z tego, co chciałam zrobić i co mi się udało,

– nabrać siły na dalszy czas,

– zauważyć potrzebę zmiany, wyjścia poza swój własny komfort,

– poznać i nazwać to, co mnie frustruje,

– odpocząć, nawet jak pracuję, to ograniczenie otoczenia sprawia, że nawet praca staje się przyjemnością (inna sprawa, że swoją lubię),

– porobić, co lubię – pogotować, pobiegać, pogadać z dzieciakami,

– pomalować paznokcie u nóg – ostatnio zdałam sobie sprawę, że nawet na to brak mi czasu,  samotność mi na to właśnie pozwala.

Kocham moją samotność, to ograniczenie ludzi wokół, ale nie przeciwko nim, ale dla samej siebie. I przebieram już nogami na myśl o wakacjach w Bieszczadach. Łażeniu po szlakach, po których chodzi mniej ludzi, o oglądaniu w ciszy wschodu słońca z którejś z połonin. Wyciszeniu siebie, nabraniu głęboko powietrza i zatrzymaniu się bez udziału ludzi.

Ale póki to nastąpi, czeka mnie ekstremalnie intensywny tydzień, z dużą ilością ludzi wokół. Pewnie za tydzień wyłączę się ze wszystkich przekaźników wiadomości i zaszyję się w samotności, choćby tej stworzonej we własnym domu.


Zobacz także

Za co kochamy Jurka Owsiaka. W końcu nie tylko za WOŚP!

Pewność siebie? Nic prostszego, wystarczy nie popełniać tych kilku błędów

Nie ma złej pory na czytanie książek, a jesienne wieczory zachęcają do lektury wyjątkowo