Lifestyle

Nie kłóćmy się o poglądy – te podziały będą zawsze. Kłóćmy się o to, że każdy ma prawo je wyrażać

Katarzyna Troszczyńska
Katarzyna Troszczyńska
9 stycznia 2016
Fot. Archiwum prywatne
 

Większość moich znajomych dziennikarzy była dzisiaj na manifestacji „Wolne media” organizowanej dzisiaj  przez Komitet Obrony Demokracji. W ten sposób dajemy wyraz poparcia dla dziennikarzy, jeszcze, publicznych mediów.

„Co was to obchodzi, robicie kobiecy portal psychologiczny” powiedziała dzisiaj bliska mi osoba. Tak, robimy. Jesteśmy wolne, niezależne, piszemy co czujemy, opisujemy rzeczywistość. Na tym polega dziennikarstwo. I każdy kto pisze, pracuje w telewizji i w radiu marzy o pracy, gdzie jest wolny. Może krytykować rząd, prezydenta, decyzje polityczne, może krytykować też opozycję.  Ale jest wolny. A nie drży, że zaraz go zwolnią za poglądy. Za to kim jest.

Dziennikarze powinni być odważni. W opisywaniu świata, mówieniu o rzeczach trudnych. Czy to są tematy psychologiczne, społeczne, czy polityczne. Na tym polega ta praca. Na tym powinna polegać ta praca. Masz otwarty umysł, wyłapujesz z rzeczywistości rzeczy, których być może nie zauważy nikt inny, opisujesz je. Dzięki tobie inni ludzie coś widzą, rozumieją. Niezależnie od branży.

Bardzo boję się, że tej wolności zabraknie. Już i tak często jej brakuje, bo wielu wspaniałych dziennikarzy ulega presji swoich wydawców. Piszą pod linijkę, wszystko wygląda jak zmielona jedna papka.

Ale są media, które powinny być poza tym. To powinna być siła. Media publiczne szczególnie powinny być takie.

„Nie macie na to żadnego wpływu” powtarza bliska mi osoba. Uśmiecham się. Jako kobiety pracujące w portalu, które ideą jest budowanie siły wewnętrznej i poczucia wpływu mogą uwierzyć, że wpływu nie mają.

Nie kłóćmy się o poglądy – te podziały będą zawsze.  Kłóćmy się o to, że każdy ma prawo je wyrażać. I być wolny. I takich mediów pragnąć.


Lifestyle

„Hej,byłam bulimiczką, byłam na dnie. Ale dziś mam wszystko. A ty co robisz ze swoim cierpieniem?”

Katarzyna Troszczyńska
Katarzyna Troszczyńska
9 stycznia 2016
Fot. Archiwum prywatne
 

To nie jest historia o kobiecie, byłej bulimiczce, która odważyła powiedzieć o swoim problemie głośno, walczy z systemem, pisze otwarty list do Ministerstwie Zdrowia. To historia dziewczyny, która pokonała chorobę i dziś pomaga innym kobietom. To historia o sile woli, odwadze i o tym, że każdy z nas ma wpływ na swoje życie. I każdy może je zmienić – nawet jeśli jest na dnie.

No i jeszcze o miłości, która pomaga przetrwać. „Romantyczna historia, którą mogłabym sprzedać do Hollywood – uśmiecha się Anna Gruszczyńska, trzydziestolatka, autorka bloga wilczoglodna.pl i książki „Wilczogłodna. Jak wyjść z kompulsywnego jedzenia i nie zwariować”.

Katarzyna Troszczyńska: Dużo kobiet do ciebie pisze?

Anna Gruszczyńska: Bardzo, szczególnie po moim liście. Wczoraj dostałam 100 maili.

Co w nich było?

Historie są różne, ale jest jeden wspólny mianownik – poczucie braku sprawstwa w życiu, smutek, zaburzenia odżywiania. Piszą dziewczyny z anoreksją, z bulimią, najstarsza kobieta, z którą korespondowałam, ma 57 lat i od kilkunastu wymiotuje.

Po co właściwie ten list?

Gdy zakładałam bloga „wilczogłodna” byłam  przekonana, że będę miała małą grupę odbiorców, z którymi będę się dzielić swoimi doświadczeniami, pomagać im. Odbiór mnie kompletnie zaskoczył. Codziennie mam kilka tysięcy wejść. Gdy zaczęłam korespondować z tymi dziewczynami i kobietami, okazało się, że my jesteśmy wciąż hen hen daleko z edukacją. Te dziewczyny są leczone tak, jak ja 15 lat temu. Nic się u nas nie zmieniło. Zdążyliśmy wejść do Unii, ale jeśli chodzi o leczenie takich zaburzeń, to wciąż tkwimy w średniowieczu.

Ciebie odsyłali od psychologa do psychologa?

Tak. Rodzice zabrali mnie do lekarki rodzinnej, która znała mnie od dziecka. Potraktowała mnie jak osobę, która wymiotuje, bo jest chora, bo się czymś zatruła. Zapisała mi więc elektrolity i dziękuję, do widzenia. A mój problem był natury psychicznej. Potem przez całe liceum chodziłam do różnych psychologów. Oni analizowali, co się dzieje w moim życiu i w końcu dochodzili do wniosku, że to jest wina dzieciństwa. Tego, że mama jest taka, że tata nieobecny. Tylko, że nic z tego nie wynikało. Dochodziłam do przyczyny mojego stanu, ale nie wiedziałam, co robić dalej, bo zrozumienie przyczyny to dopiero pierwszy krok w terapii. A tak wracałam do domu i robiłam to, co zawsze, czyli się objadałam. To tak, jakby powiedzieć choremu na raka: ma pan raka, bo pan pali.

Dlaczego zaczęłaś się objadać?

Trudno powiedzieć. Zawsze byłam inna niż moja rodzina – najpierw chciałam być artystką, potem chciałam podróżować. A wszyscy mi mówili, że moje pomysły są głupie. Słyszałam: „Zejdź, dziecko na ziemię, któregoś dnia wbijesz się w garsonkę i pójdziesz do pracy”. Chciałam się zrealizować, a ciągle słyszałam, że nie można, że się nie da.

Fot. Archiwum prywatne

Fot. Archiwum prywatne

Pewnie dużo osób to słyszało…

Pewnie tak. To podcina skrzydła, nie uczy odwagi. Ja, żeby coś w życiu robić, zaczęłam się objadać.  Wpadłam w błędne koło. Ale to załatwiało wiele moich spraw. Oto pojawił się problem. Konkretny, namacalny. A że nim się zajmowałam, wokół niego toczyło się moje życie, to nie musiałam myśleć, że moje marzenia są głupie, bezsensowne i że się nie da ich zrealizować. Miałam coś, czym mogłam się zająć – swoją chorobę. Gdy rozmawiam z innymi dziewczynami, to one też o tym mówią. O tej ucieczce, ujściu energii, która nie może wydostać się w inny sposób.

Nie szukałaś profesjonalnej pomocy?

Ostatni psycholog, u którego byłam, powiedział wprost, że nie wie, co ze mną zrobić. Trafiłam też do psychiatry i tej wizyty nie zapomnę do końca życia. Poczułam się jak śmieć. Pamiętam obrzydzenie trzech pielęgniarek, które siedziały w gabinecie tego psychiatry.

Trzech?

To była paranoja. Dopiero na trzeciej wizycie psychiatra zapytał mnie, co jem i jak często wymiotuje. Powiedziałam, że wymiotuję dziesięć razy dziennie. Zapadła cisza. Pielęgniarki spojrzały na siebie zszokowane, zobaczyłam ich miny. Ktoś, kto wymiotuje, bardzo się tego wstydzi. To krępujące, trudne. A zobaczenie, że kogoś to brzydzi, dodatkowo potęguje poczucie wyobcowania.

W końcu psychiatra zapisał mi leki na zahamowanie apetytu i depresję. Ale ja nie miałam depresji, więc leki nie zadziałały. Przestałam szukać pomocy. Potem, na studiach, trafiłam do pewnej poradni. Poznałam chłopaka, chciałam zmienić swoje życie. Jakaś pani mi powiedziała, że, niestety, nie mogę się tam leczyć, bo przyjmują tylko licealistów. Potem ktoś mi wyznaczył wizytę za półtora roku. Już nie poszłam. To był rok 2003.

Takie rzeczy dzieją się do dzisiaj. Może mniej w dużych miastach, ale w małych tak. Totalna ignorancja. Jedna anorektyczka usłyszała na wstępie od lekarza: „Mogłaby pani statystować w filmie o Oświęcimiu”.

Żeby wymiotować dziesięć razy dziennie, musiałaś ciągle jeść…

No tak. Tak właśnie wyglądało moje życie. Uczyłam się dobrze, miałam przestrzeń na to, by się objadać.

Nikt z twoich znajomych nie wiedział?

Nie. Może komuś mówiłam, ale wtedy byłyśmy egzaltowanymi nastolatkami, każdy miał swoje problemy. Ty masz anoreksję, ja bulimię, ktoś się w kimś zakochał, kogoś porzucił. Co z tego?

Niektórzy uważają, że to wydumany problem?

Ludzie nie wiedzą, ile osób ma z tym problem, bo chorzy się z tym kryją. To jest tabu. Dziewczyny, które do mnie piszą, mieszkają z rodzicami, chłopakiem, koleżankami, ale nikt nie wie o ich problemie. Tak samo było u mnie.

Jak twoi rodzice się dowiedzieli?

Na początku usłyszeli, że wymiotuję. Nie byłam wprawiona, potem można to robić po cichu. Nauczyłam się kamuflować. Na studiach wynajmowałam mieszkanie z pięcioma osobami, mieliśmy wspólną łazienkę, a nikt nie wiedział. Nawet mój chłopak. Świat się dowiedział dopiero, gdy wyszłam ze swoim projektem „wilczogłodna”. Wszyscy byli w szoku.

Co mówili?

Przede wszystkim przepraszali, że nie widzieli, że nie pomogli, że byłam z tym sama. Jedna z koleżanek mi napisała: „Boże, tak mi przykro, to moja wina, byłam nieuważna”. Ale to nieprawda, na tamtym etapie każdy mógł stać z uchem przy łazience, a i tak, by nie usłyszał, że wymiotuję. Ta choroba zżera człowieka w ciszy.

Fot. Archiwum prywatne

Fot. Archiwum prywatne

Co się stało, że w końcu z tego wyszłaś?

Poznałam mojego obecnego chłopaka, wyjechałam do niego do Belgii i musiałam dać sobie radę w nowej rzeczywistości. Wcześniej moje życie podporządkowałam bulimii. Skończyłam uczelnię artystyczną, nie poszłam do pracy…

Czyli jednak spełniłaś swoje marzenie.

Tak, ale czułam rozczarowanie rodziców, że spełniłam ich marzeń i nie zostałam lekarką. Miałam to gdzieś w tyle głowy, ale poszłam za głosem serca. Po ukończeniu ASP otworzyłam działalność gospodarczą – robiłam artystyczną biżuterię i sprzedawałam ją na allegro. Zarabiałam właściwie tylko tyle, żeby się jakoś utrzymać. Każdą wolną chwilę przeznaczałam na obżeranie się i picie alkoholu.

Jak wyglądał wtedy twój dzień?

Budziłam się rano, zazwyczaj z kacem. Myślę, że nie przekroczyłam progu uzależnienia od alkoholu, ale uważałam, że życie jest tak beznadziejne, że trzeba się napić. A że byłam artystką, znałam bohemę krakowską, to chodziliśmy się upijać do modnych knajp. Rano odbębniałam swoją robotę.

Co jadałaś?

Nie pamiętam. Nie miałam żadnych stałych pór posiłków, jadłam co było, a jak nic nie było, to nie jadłam. A potem leciałam do sklepu i kupowałam słodycze. Wymiotowałam codziennie przez 15 lat.  I to nie raz, dwa, ale co najmniej trzy. Ludzie nie zdają sobie z tego sprawy, ale jak sięgam pamięcią, to dni, gdy się nie obżerałam, mogę policzyć na palcach jednej ręki. Dziś czuję, jakby to był sen. Nie miałam na nic energii i siły. Uciekałam w ten sposób przed samą sobą, bo gdybym miała energie i siłę, to musiałabym się zmierzyć z prawdą, a ja tego nie chciałam.

Z jaką prawdą?

Taką, że niczego nie osiągnęłam, nie mam pieniędzy, oszczędności, poważnych związków. Nie mam nic, nic nie potrafię, jestem nikim. Nie chciałam sobie tego uświadamiać, więc się objadałam albo piłam. Gdy pojawiał się w mojej głowie głosik: „Przestań, co ty robisz?”, to piłam piwo, głosik cichł i mogłam objadać się dalej.

Wydobył cię z tego stanu kryzys życiowy czy miłość?

Na początku poznałam mojego chłopaka, Toona, który jest Belgiem. To był akurat dobry moment, zaczęłam biegać, chciałam rozwinąć działalność firmy. Poznałam go na krakowskiej ulicy, zapytał mnie o drogę na Wawel, potem wziął mój numer telefonu. Spotkaliśmy się w Krakowie kilka razy, potem on wyjechał, a ja myślałam, że to koniec tej znajomości. Ale on wciąż pisał, zapraszał mnie do siebie. W końcu przyjaciółka powiedziała: „Co ci szkodzi, pojedź, zobaczysz Belgię”. Pojechałam, a po paru dniach wróciłam tylko po to, żeby spakować swoje rzeczy i wymówić mieszkanie. Przeniosłam się do niego, tak po prostu. Czasem się wie, że to jest ta miłość i nie ma co się zastanawiać, zwlekać. Zawsze śmieje się, że historię swojej miłości sprzedam do Hollywood.

Przeniosłam się do Belgii i dopiero tam zaczęła się moja walka o przetrwanie. Emigrantka, z dyplomem ASP, bez znajomości języka. Co miałam tam robić? Zaczęłam pracować jako sprzątaczka. To był dla mnie szok. Świat pokazał mi, że ja nie jestem nie wiadomo kim, właścicielką firmy, artystką. Prawda jest taka, że nie mam nic i dopiero muszę udowodnić swoją wartość. I nie wystarczy, że – jak do tej pory – popracuje sobie dziennie pół godziny.

Każdy człowiek jest ważny, ale ja uważałam się za kogoś wyjątkowego, tylko dlatego, że jestem. Przyjazd do Belgii pokazał mi, że w życiu na wszystko trzeba sobie zapracować. Toon też miał wpływ na to, że się zmieniłam.

Fot. Archiwum prywatne

Fot. Archiwum prywatne

Nauczył cię konsekwencji? Napisałaś, że rodzice cię jej nie nauczyli, że mama zawsze miała w szafie rozmiar 36, choć nosiła 40 i nie chciała wyrzucić tamtych rzeczy, bo wierzyła, że schudnie. Ale nie chudła….

Tak, on jest konsekwentny. Jak sobie coś postanowi, potrafi to osiągnąć. Jest oszczędny, wydaje 70 procent pensji, a resztę odkłada. I co by się nie działo, trzyma się tego. Pamiętam, jak kiedyś pojechaliśmy do Pragi. Mieliśmy tam ustalony limit wydatków na każdy dzień. Któregoś wieczoru wracaliśmy do hotelu, a ja byłam już potwornie zmęczona i bolały mnie nogi. Mówię: „Weźmy taksówkę”, a on na to: „Nie, wykorzystaliśmy już dzisiejszy budżet, idziemy z buta.”. Wtedy to mi się wydawało ekstremalne, byłam na niego zła. Potem zrozumiałam, że to jest jego zasada, może mi się nie podobać, ale nie wolno mi jej złamać.

Zazdrościłaś mu, bo ty swoje zasady łamałaś?

Moje były płynne. Mój chłopak mi imponował. Tak samo było ze sprzątaniem – nie chciałam tego robić, ale Toony przekonywał: „Idź, rób to tak długo, aż będziesz mogła zrobić coś innego. Teraz sprzątasz, za chwilę to się zmieni”. Miał rację, po dwóch miesiącach zaczęłam pracować w barze. Nie znosiłam tego, stresowałam się. A Toony znów mnie pocieszał: „Dzięki tej pracy jesteś niezależna, możesz uczyć się spokojnie języka. Jak poznasz język, to postawisz kolejny krok, ale nie jesteś w stanie biegać, zanim nie nauczysz się chodzić. I zobaczyłam, że takie myślenie działa. Nauczyłam się niderlandzkiego i mogłam pójść wyżej w hierarchii społecznej. W końcu dostałam pracę w swoim zawodzie. Za tym poszły inne zmiany. Nagle zrozumiałam, że mogę odżywiać się zdrowo, mogę trenować do maratonu i mogę go przebiec…

I co, twój problem tak po prostu zniknął? Ludzie latami próbują się zmienić.

Zachłysnęłam się poczuciem, że gdy robisz coś konsekwentnie, to możesz osiągnąć każdy cel. Pomyślałam, że na tej samej zasadzie mogę wyjść z bulimii, że to nie jest chmura gradowa wpływająca na moje życie, nie mająca początku i końca, tylko po prostu konkretny problem, który mogę rozwiązać.

Pierwszy krok?

Świadomość, że mam na to wpływ. Tak jak mogłam nauczyć się nowego języka, znaleźć pracę, co kiedyś wydawało mi się niemożliwe. To było najważniejsze. Jeśli nie masz wiary, to nic się nie uda.

Fot. Archiwum prywatne

Fot. Archiwum prywatne

W Belgii zdarzały ci się epizody, że wracałaś do choroby?

Oczywiście, wciąż byłam chora. Jak tam przyjechałam, obiecałam sobie, że nie będę tego robić, ale wiadomo, że takie postanowienie można roztrzaskać o kant stołu. Za tym musi iść coś więcej – plan, konstrukcja, szkielet na którym budujesz nowe życie.

Ale jak to zrobić? To chyba nie chodzi tylko o twoją chorobę. Jak postępować, gdy walczysz z uzależnieniem, złym nawykiem.

Napisałam o tym całą książkę, prowadzę blog na ten temat. Nie da się tego powiedzieć w jednym zdaniu. Ale na pewno musisz mieć świadomość, że nadejdzie trudny moment i silna wola niczego nie załatwi, bo to trochę dzieje się bez niej. Możesz nagle poczuć silny głód, potrzebę najedzenia się. Ja w takich momentach wychodziłam z domu. Bez pieniędzy, żeby sobie nic nie kupować. Dzwoniłam do koleżanki, spacerowałam. Robiłam coś, żeby odwrócić uwagę od tego wilka, który mnie atakował.

Poradziłaś sobie bez terapii?

Tak. Moją najlepszą terapią był zdrowy rozsądek, którego nauczyłam się od swojego chłopaka.

On wiedział o twojej chorobie?

Powiedziałam mu o niej, choć na początku mówiłam, że choroba jest za mną, w co zresztą wierzyłam. Jak przeprowadziłam się do Belgii, byłam w euforii, że sobie poradziłam, wreszcie jestem szczęśliwa, mam kontrolę. Ale kiedy się skonfrontowałam z codziennością, bo zaczęłam mieć nawroty, to szczerze o tym mówiłam. Dziś wiem, że Toon nie spał po nocach, bardzo się przejmował.

Był dla ciebie wsparciem?

To w sumie trudne, bo niewiele osób wie, jak pomagać. Toon myślał, że to jest sprawa, którą da się załatwić silną wolą. Często to działało odwrotnie. Gdy mówiłam mu, że wymiotowałam, on mnie dobijał, bo mówił: „Czuję się zawiedziony, przecież obiecałaś, miałaś tego więcej nie robić”. Wiem, że nie robił tego tego złośliwie, po prostu nie wiedział. Dlatego ja teraz edukuję też bliskich osób chorych, żeby nie mówili: zawiodłem się, obiecałaś, weź się w garść. To trochę jak z depresją. Trzeba dużej delikatności.

Teraz ty pomagasz innym. Z ofiary do mentorki. Jak to się robi?

Na pomysł pomagania innym wpadłam w październiku 2014 roku. Pracowałam już w swoim zawodzie, czułam moc i satysfakcję, ale jednocześnie wiedziałam to, co już czułam we wczesnej młodości – że nie wyobrażam sobie pracy na etat, w korporacji. Pomyślałam wtedy: „Co jeszcze mogę zrobić?”. I nagle olśniło mnie, że mogę zrobić użytek ze swojej choroby, napisać książkę o bulimii. Zrozumiałam, że ona jest gotowa w mojej głowie i tylko czeka na spisanie. Miałam już tę siłę, że wiedziałam, że myśl plus działanie równa się efekt. Pisałam tę książkę w pociągu, w drodze do pracy, wykorzystywałam każdą wolną chwilę. Ciągle coś poprawiałam, zmieniałam. Potem, mimo że była skończona, wciąż coś dopisywałam. Wtedy mój chłopak powiedział: „Weź załóż bloga, bo będziesz tak pisać aż do śmierci”. Założyłam najpierw profil na Facebooku, a potem w marcu 2015 roku powstał blog.

Zaczęło się więc od tego, że po prostu w pewnym momencie, wyobraziłam sobie, jak to ma wyglądać. Że jest książka, prowadzę bloga, pomagam innym kobietom. I to się stało. Jest dokładnie tak, jak chciałam. Tak było wcześniej z innymi sprawami. Wyobrażałam sobie, że wyjdę z bulimii i tak się stało, że przebiegnę maraton i tak się stało. Tak jak wiedziałam, że będę szczęśliwa z Tonym i mogę rzucić wszystko i przyjechać do obcego kraju. Myślę, że ta wiara i intuicja nas nie zawodzi, tylko my rzadko jej słuchamy.

Fot. Archiwum prywatne

Fot. Archiwum prywatne

Masz poczucie, że twoje życie się zmieniło? Napisałaś na swoim blogu, że tyle rzeczy zrobiłaś w ostatnim roku. Pewnie wcześniej były lata, gdy nie robiłaś nic.

Nie robiłam kompletnie nic przez 30 lat. Dziś mam poczucie, że jestem tą osobą, którą byłam, gdy miałam 15 lat, przed chorobą. Wróciłam do tego momentu. Kiedy miałam 15 lat, byłam idealistką, wierzyłam, że mogę zrobić wszystko. Wtedy otoczenie mówiło mi: „to głupie, dziecinne” i przestałam w to wierzyć. Teraz wróciłam do tej beztroskiej, idealistycznej wizji, wierzę w siebie. Wiem, że mogę zrobić to, co zaplanuję, mam poczucie sprawstwa.

Widzisz, ja teraz chętnie bym sobie poszła na jedno piwo z koleżanką, to jest takie fajne, czujesz potem luz. Ale odsuwam od siebie tę myśl, bo wiem, że ten rausz jest na chwilę. Dziś staram się sięgnąć myślami dalej, poza pierwszy kieliszek czy kompulsywny kęs. Wiem, że to jest pięć minut przyjemności, a potem ogromne konsekwencje, z którymi będę musiała się mierzyć. Ta chwila nie jest tego warta. I tak jest ze wszystkim, gdy chcemy osiągnąć cel. Potrzeba mocy, by powiedzieć sobie: muszę być twarda, muszę wytrwać, tylko wtedy dostanę nagrodę. Inaczej będę cały czas w tym samym punkcie – nieszczęśliwa.

Palacz może odstawić papierosy, alkoholik może rzucić alkohol. Ale ty przecież musisz jeść…

Jedzenie traktuje jako paliwo dla ciała. Nie chce, żeby było na pierwszym miejscu. Mam bazę na której się opieram – to są stałe pory posiłków. Ostatni posiłek jem przed 18.00, nie jem między posiłkami. Mój spokój, abstynencja są dla mnie najważniejsze. Ważniejsze niż miłość, praca, relacje. Bo kiedy nie ma abstynencji, nie ma nic, bo wpadam w błędne koło. Moja abstynencja od kompulsywnego jedzenia, moje postanowienie, że kończę z tym, co jest dla mnie złe. To jest ta podstawa, na której stoję.

Gdy pokazałam sobie, że mam na to wpływ, to pojęłam, że mam wpływ na bardzo dużo innych rzeczy. Kiedyś miałam poczucie, że podróżuję na pięknym statku, a wokół jest mnóstwo dobra, tylko ja nie potrafię do niego dotrzeć, bo nie trzymam steru. Gdy złapałam ster, dostałam wszystko. I z całego serca życzę tego każdemu człowiekowi, który z czymś się zmaga.


Lifestyle

Ratujesz, cierpisz, walczysz. Czy nie jesteś kobietą kochającą za bardzo?

Ewa Raczyńska
Ewa Raczyńska
9 stycznia 2016
Fot. iStock / Fetty Wap – Trap Queen

Kobiety kochają za bardzo. Kochają tak mocno, że zatracają siebie, zapominają o własnych potrzebach. Szukają miłości, która istnieje tylko w bajkach. To bliskość mężczyzny nadaje sens ich życiu. Czy tak musi być?

Ewa Raczyńska: Jakie kobiety kochają za bardzo?

Eugenia Herzyk: Przede wszystkim takie, które potwornie boją się samotności. Samotność kojarzy im się z dezintegracją, unicestwieniem, a i ich wielka potrzeba bycia z kimś powoduje, że gdy już stworzą związek, to kurczowo go się trzymają. Wizja bycia samej jest dla nich równoznaczna z tak dużym przerażeniem i cierpieniem, że gotowe są przesuwać granice w związku, przekierować całą uwagę na potrzeby mężczyzny, tak by on czuł się szczęśliwy. Karmią tym swoją nadzieję, że mężczyzna ich nie opuści. Ale możliwy jest inny scenariusz. Za bardzo kochać mogą też samodzielne i niezależne materialnie kobiety – singielki. Dla nich mężczyzna jest kimś, poprzez którego pożądanie definiują swoją kobiecość, lub też spełnieniem marzeń o bezwarunkowej miłości.

Skąd się biorą u kobiet tendencje do kochania za bardzo?

Z ich własnych deficytów, najczęściej wyniesionych z dzieciństwa, a bywa że wzmocnionych w życiu dorosłym. Kochanie za bardzo przez kobiety w związkach przemocowych bardzo często bazuje na ich deficycie bezpieczeństwa materialnego. Takie kobiety są z mężczyzną który się nad nimi znęca, tylko dlatego, bo nie wierzą, że materialnie same sobie poradzą. Są też kobiety, dla których mężczyzna staje się filarem bezpieczeństwa emocjonalnego – potrzebują partnera, na którego zawsze mogą liczyć.

Kobiety z deficytem poczucia kobiecości zaspokajają go wiążąc się z mężczyzną, dla którego są atrakcyjne, który je wybrał. One absolutnie nie czują swojej kobiecości, kiedy u ich boku nie ma partnera. Dla kobiet z deficytem poczucia kobiecości sposobem na jego zapełnienie może być też macierzyństwo. Takie kobiety kochają za bardzo mężczyznę w nadziei, że dzięki temu osiągną swój cel, w istocie traktując mężczyznę jako dawcę nasienia.

Kochanie za bardzo wynika też z deficytu poczucia własnej wartości. „Ułożenie sobie życia przez kobietę” bardzo często łączone jest ze stworzeniem rodziny, dlatego też częstym kryterium poczucia własnej wartości jest właśnie bycie mężatką. W grę wchodzą tu oczywiście uwarunkowania kulturowe, czy przekazy z domu rodzinnego.

Ostatnim z deficytów prowadzącym kobiety do kochania za bardzo jest deficyt bezwarunkowej miłości.  Kobieta która w dzieciństwie mało takiej miłości zaznała, pragnie jej od mężczyzny. I rzeczywiście stan zakochania może ją przypominać – dla swojego ukochanego jest wyjątkowa, idealna, najważniejsza na świecie. Kochające za bardzo kobiety często tak właśnie definiują miłość. Kiedy zakochanie mija, szukają nowych relacji, nowych związków i znów gotowe są w nich na wszystko.

Kochanie za bardzo to tylko dawanie, uległość wobec mężczyzny?

Nie. Jedne kobiety przyjmują pozycję uległą, czyli „ja się podporządkuję, zrobię wszystko co będziesz chciał, przekieruję się na twoje potrzeby”. Druga postawa kochających za bardzo kobiet to postawa dominująca, kiedy kobieta poprzez kontrolę, ratownictwo, kobiece sposoby manipulacji, szantaż emocjonalny usidla swojego ukochanego. Ratowniczka często jest uważana za kobietę zdolną do wielkiej miłości – przecież tak się poświęca, tyle robi dla mężczyzny. Tymczasem dzięki takiej postawie realizuje swój cel, jakim jest związanie ze sobą partnera ubezwłasnowolnienie go, pozostawienie w pozycji dziecka, posiadanie na własność.

Ale kobiety kochające za bardzo chyba właśnie szukają takich mężczyzn, którymi mogą się zaopiekować?

Bardzo często tak, wiele kochających za bardzo kobiet chętnie tworzy relację z mężczyznami potrzebującymi opieki. Pasują do siebie jak klucz do zamka, mężczyzna w takiej partnerce szuka mamusi, która się o niego zatroszczy, zrzuci z niego ciężar odpowiedzialności za siebie i swoje życie, rozwiąże wszystkie problemy.

Czy taka miłość może być zagrożeniem dla kobiety? Może jej zaszkodzić? W końcu to „tylko” miłość.

Wszystko to, co wybierane nieświadomie, stanowi zagrożenie. Jeśli ktoś nie ma świadomości kryteriów swoich wyborów, to zazwyczaj nie jest gotowy na ich konsekwencje.

Kiedy kobieta świadomie wchodzi w rolę ratowniczki, to zdaje sobie sprawę z ryzyka. Bardzo często bowiem wyratowany przez kobietę, stojący na własnych nogach mężczyzna odchodzi – bo już kobiety nie potrzebuje.

Świadome swoich wyborów ratowniczki to chyba jednak rzadkość…

Niestety, tak. Dlatego zawsze podkreślam, że podstawowym celem psychoterapii jest pogłębienie świadomości. Błędem w psychoterapeutycznej sztuce jest podsuwanie kobietom jedynego dobrego rozwiązania, czy pokazywanie jedynie słusznej drogi. Chodzi o to, by kobiety wchodziły bardziej świadomie w związki, w relacje. By wyzbyły się dziecięcej naiwności, że ten świat jest piękny i bajkowy, a miłość rozwiąże wszystkie problemy.

Jeśli rozumie się mechanizm kochania za bardzo, to łatwiej się przed nim uchronić?

Tak. Trzeba jednak pamiętać, że sama tendencja do kochania za bardzo nie zanika. Ale świadomość występowania tej tendencji powoduje, że kobieta może się uchronić przed zaangażowaniem w kolejny toksyczny dla niej związek.

Kochanie za bardzo to szukanie okazji do romansów?

Między innymi. Kochanie za bardzo, będące w istocie uzależnieniem od miłości, ma różne wzorce. Jednym z nich jest poświęcenie, rezygnacja z własnych potrzeb i zajmowanie się jedynie zaspokajaniem potrzeb ukochanego. Inne kobiety z kolei poszukują w związkach adrenaliny – często ich burzliwe relacje są serią rozstań i powrotów. Jest jeszcze inny ciekawy wzorzec – wzorzec fantazjowania. O wspólnej przyszłości fantazjują kochanki związane z żonatymi mężczyznami, albo kobiety uwikłane w internetowe romanse. Fantazjują też kobiety po rozstaniu, kompulsywnie śledząc profil byłego na Facebooku.

Czyli kochanie za bardzo można traktować jako zaburzenie, jeśli spojrzymy na nie jak na uzależnienie od miłości?

Uzależnienie to wykształcony w mózgu pewien zaburzony mechanizm regulacji emocji. Istnieją uzależnienia od środków psychoaktywnych, ale też uzależnienia behawioralne, od zachowań. Mechanizm jest ten sam, te same są objawy.

Kwestia nazewnictwa jest bardzo ważna. Jeśli kobietę, która kocha za bardzo porzuca mężczyzna, to ona może swoje cierpienie nazwać dowodem na to, jak wielka jest jej miłość, a może nazwać zespołem abstynencyjnym. Czyli dotkliwym stanem, analogicznym do tego, który występuje u alkoholika po zaprzestaniu picia. Nazwanie problemu po imieniu jest pierwszym krokiem do jego rozwiązania.

Zaczęłam się zastanawiać, czy w ogóle potrafimy kochać normalnie, po prostu? Trudno racjonalizować miłość.

Stare chińskie przysłowie powiada, że w stanie zakochania nie powinno się podejmować żadnych racjonalnych decyzji. Bo to jest stan bardzo piękny, ale też związany z oderwaniem od rzeczywistości. I kiedy ktoś z tą świadomością przeżywa stan zakochania, wie, że przestrzeń na budowanie prawdziwej relacji otworzy się dopiero wtedy, gdy ten stan minie.

Nie deklaruje się poważnego związku na etapie zakochania…

Właśnie, bo rzeczywistość zupełnie nie współbrzmi z tym, co czytamy w książkach, co pokazują w filmach, czy śpiewają w piosenkach. Gdzie miłość spada jak grom z jasnego nieba i kiedy nie ma znaczenia, że ten mężczyzna jest narkomanem, czy seksoholikiem, bo przecież miłość wszystko zwycięży.

Jakie są konsekwencje uzależnienia od miłości?

Kobiety kochające za bardzo trafiają na terapię z powodu swojego cierpienia. Cierpią, bo rozpadł im się związek, bo mąż je zdradził, bo czują się niespełnione w związku, bo lata lecą, a one nie potrafią stworzyć takiego związku, jaki by chciały. Różne są powody tego cierpienia, ale wspólnym ich mianownikiem jest zawsze mężczyzna. Ponieważ dla kochających za bardzo kobiet mężczyzna jest regulatorem ich emocji.

Na terapii zaczynają to dostrzegać, diagnozować swoje uzależnienie od miłości.  Uzależnienie nie jest niczym złym, szkodliwe są straty, które kobiety z powodu swojego uzależnienia ponoszą. Kobieta swoje życie podporządkowuje mężczyźnie, co w efekcie prowadzi do jego zubożenia. Robin Norwood, autorka kultowej już książki „Kobiety, które kochają za bardzo” określiła to nawet bardziej dosadnie – kochanie za bardzo może zabić.

dr_Eugenia_HerzykEugenia Herzyk, psychoterapeutka, założycielka i prezeska Fundacji Kobiece Serca, której statutowym celem jest pomoc kobietom uzależnionym od miłości. W swojej praktyce terapeutycznej specjalizuje się w problematyce uzależnienia od miłości, regulacji emocji oraz świadomych życiowych wyborów. Autorka książek „Nałogowa miłość” oraz „DDD  – Dorosłe Dziewczynki z rodzin Dysfunkcyjnych”


Zobacz także

Emocjonalny post matki opisuje życie wielu z nas. Być mamą to być strażniczką „wszystkiego”, zgadzacie się?

Ludovico Einaudi zagrał na fortepianie, na środku Oceanu Arktycznego! Dlaczego się na to zdecydował?

Cierpisz na lęki lub depresję? Sprawdź swoją tarczycę