Lifestyle

Nie chce ci się i szukasz wymówki? Daj spokój, przecież samo się nie zrobi

Żaklina Kańczucka
Żaklina Kańczucka
7 października 2016
Fot. iStock / Massonstock
 

Nie chce ci się? Znamy to dobrze i rozumiemy jeszcze lepiej. Są dni, kiedy nie chce się pracować, brakuje sił by zwlec się z łóżka i pójść z psem na długi spacer. Bo jak niby się zmobilizować, gdy pogoda nie dopisuje, ciśnienie leci na łeb i szyję, a dziesiąta kawa przestała robić na tobie wrażenie?

Wymówki są fajne… przez chwilę

Wyszukiwanie sobie usprawiedliwienia przed zrobieniem czegoś niechcianego, męczącego, nudnego, jest częste. Szkoda tracić czasu na robienie czegoś, co cię nie kręci, skoro w danej chwili jest milion innych, ciekawszych rzeczy. Tak przecież bywa i w pracy, gdy siedzisz przy biurku, gapisz się w okno a sterta papierów wcale od tego nie maleje. I wiesz, że musisz, ale czujesz, że masz to na tę chwilę głęboko w nosie. Jakże przyjemniej jest zamieszać łyżeczką w kawie i popatrzeć na milionowy liść spadający z drzewa.

Dopóki przytrafia się to raz na jakiś czas, opcja”za chwilę” jest zazwyczaj akceptowalna. Bo za chwilę ogarniesz papiery, posprzątasz dom, wyjdziesz z psem. Każda z nas ma momenty bez „powera” i w porządku, raz kiedyś, nie zawsze. Ale gdy każdego dnia wymyślasz coraz mniej sensowne wymówki i nowe, odległe terminy, to oznacza, że masz problem. Bo bywa, że każdy odwlekany problem, czy zadanie, z niewinnej rzeczy przeistacza się nagle w zawał zobowiązań do wykonania. I to z terminem „na wczoraj”!

Prokrastynacja — słowo klucz do (nie)szczęścia

Jeśli do tej pory to sformułowanie było ci obce, czas zapoznać się z nim bliżej. Prokrastynacja, to po prostu skłonność do odkładania realizacji obowiązków. Czyli jeśli wyznajesz zasadę „co masz zrobić jutro, zrób pojutrze, to będziesz miała dwa dni wolnego” to jest właśnie o tobie. Chwilowa przyjemność z podarowania sobie wolnej chwili i przełożenie na inny termin jakiegoś obowiązku to zwyczajna słabość twojej woli. Po chwilowej uldze, że czegoś nie musisz póki co robić, pojawia się strach, lęk, nerwowość. Bo przecież to nie zostało zrobione, a czas nagli jeszcze bardziej. Wyszukiwanie coraz to innych wymówek oznacza jedynie, że lenistwo wygrywa z twoją silną wolą, a ty tak naprawdę, zamiast zyskiwać, tracisz czas, profity i zdrowie. Stres pod wpływem presji czasu odbija się na psychice, na zdrowiu, nie wyrabiając się z terminem, możesz stracić pieniądze za zlecenie, oraz sympatię znajomego, któremu po raz któryś obiecałaś załatwienie sprawy. Niestety, przesunięcie obowiązku nie oznacza, że znudzony oczekiwaniem sam się wypełni.

Prokrastynacja napędzana jest niezliczonymi wymówkami 

Fot. iStock / rogistok

Fot. iStock / rogistok

1. Napisałabym teraz ten raport/upiekłabym ciasto, ale… nie wiem jak się za to zabrać?!

A więc teraz tego nie zrobisz, bo się pogubiłaś już na samym początku. Chcąc zyskać na czasie, zostawiasz to „na później”, czyli do momentu aż dowiesz się jak to ogarnąć. Niestety, przekładanie na nic się nie zdaje, lepiej od razu zasięgnąć rady i wziąć byka za rogi. Pewnie się okaże, że nie taki diabeł straszny, jak go malują, a ty na drugi raz ze spokojem podejdziesz do takiej konfrontacji.

2. Zdałabym egzamin na prawo jazdy, ale jestem beznadziejna za „kółkiem”

O tym się przekonujesz po pierwszym oblanym egzaminie, czy podejściu do innego zadania, które jawi się tobie jako niewykonalne. Nie chcesz przerabiać tego po raz drugi, więc zawczasu wymyślasz sobie wymówkę, przekładając niełatwą decyzję na długie niespełnienie. Nawet nie znając dobrze swoich możliwości, zaczynasz się zastanawiać i stresować, że nie dasz rady, przedwcześnie rysując przykre konsekwencje ewentualnej porażki. A największą porażką nie jest niepodołanie zadaniu, ale niepodjęcie się go.

3. Napisałabym to, ale jak mogę się skupić w tym hałasie?!

Przy czym mowa nie jest o próbach orkiestry dętej pod oknem, ale o przychodzącym mailu, szeleście odkurzacza u sąsiadów, czy muchy fruwającej w pokoju obok. Niemożność skupienia się na zadaniu to jedna z najczęstszych wymówek, i to takich, które zmywają z ciebie cień winy za niewykonane zadanie, bo to tobie ktoś przeszkadza, a nie że się nie chce, czy nie potrafisz. Zamiast tego, zajmujesz się czymś przyjemnym lub mało istotnym z punktu zalegającego zadania, ale w twojej ocenie przecież nie siedzisz bezproduktywnie. Jednak to tylko twoja ocena, fakty pozostają nieugięte.

4. Poukładam te rzeczy jutro. Dla mnie to pestka, szkoda teraz czasu na pierdołę

Takie to proste, że zrobisz to jutro, prawda? Skoro proste i nie wymaga znacznego wysiłku, nie powinno być problemem przesunięcie w czasie. Niestety, jeśli zostawisz sobie na „jutro” pięć prostych i szybkich obowiązków, to zamiast po 5 minut każdego dnia, zje ci to długie godziny następnym razem — o ile znów nie zechcesz tego przełożyć na bardziej dogodny czas. To gra niewarta świeczki, o wiele lepsza jest systematyczność.

5. Nie lubię sprzątać, to posprzątam kiedy indziej

Tymczasem „ziarnko do ziarnka i zbierze się miarka”. Kwadrans wieczorem na grubsze ogarnięcie bałaganu w domu albo dziennego raportu w pracy sprawi, że za kilka dni nie potkniesz się o rosnący bałagan zarówno w domu, jak i papierach. Ale gdy zaległości skumulują się wybitnie, raczej mało prawdopodobne, by ktoś umiał/zechciał pomóc ci się odgruzować z tego armagedonu, który sobie zafundowałaś.

Jeśli znasz to z autopsji, nadszedł czas zapomnieć o wymówkach i zmienić przyzwyczajenia. Byle nie od jutra!


źródło: charaktery.eu


Lifestyle

Przekleństwo bycia idealną. Byłam tam. Naprawdę nie warto dążyć do perfekcyjności

Listy do redakcji
Listy do redakcji
7 października 2016
Fot. iStock/Antonuk
 

Myślisz sobie: „wcale nie chcę być idealna” i sama nie wiesz, kiedy wpadasz w pułapkę perfekcyjności.

Ja wpadłam. Choć zarzekałam się, że nigdy, że ideały nie istnieją, że przecież bycie perfekcyjnym nikomu nie wychodzi na dobre. Słuchałam mądrzejszych ode mnie, przytakiwałam im, a sama pogrążałam się coraz bardziej… Gdzie mnie to doprowadziło?

Jestem taka jak ty. Z mniejszymi i większymi problemami. Ze zwykłym dzieciństwem, zwykłymi rodzicami. Rodzeństwem. Starszą siostrą, młodszym bratem. I z wiecznym poczuciem, że to oni są lepsi ode mnie. Bo siostra studiowała, brat mega zdolny, tylko ja jakaś taka – nijaka, na mnie nikt nie zwracał uwagi, nikt nie mówił o mnie z dumą, nie chwalił się mną…

A ja? Ja chciałam być najlepsza. Najlepsza we wszystkim, żeby choć raz ktoś popatrzył na mnie z podziwem, powiedział: „Wow, jestem pod wrażeniem”.

Presja jaką zaczęłam sobie sama narzucać omal mnie nie zabiła. Na studiach budziłam się z bólem brzucha, że za mało się uczyłam, karałam się brakiem śniadania, za to, że zasnęłam i nie zdążyłam czegoś przeczytać. Każdą najmniejszą porażkę, każde: „Nie wiem Pani tego?” przyjmowałam jak policzek, jak potwierdzenie tego, że nic nie jestem warta.

Towarzyszył mi nieustanny strach. Obawa, że ktoś mnie zdemaskuje, że zauważy, że nie jestem taka świetna, jakby się wydawało na pierwszy rzut oka. Uśmiechałam się, byłam towarzyska, w nocy uczyłam się, żeby innym pomóc na egzaminach i cały czas czekałam na to, aż ktoś powie: „Jesteś ideałem”. Ale nawet jak ktoś mówił, że podziwia, że kocha, że uwielbia, to było dla mnie za mało. Musiałam jeszcze i bardziej, być coraz lepsza. Nie mogłam mieć słabości. A w środku byłam przestraszoną dziewczynką, która bała się wsiąść do pociągu, autobusu, która dygotała przed najmniejszym sprawdzianem jej jakichkolwiek umiejętności, żeby się nie upokorzyć, żeby nie polec na najbardziej błahych sprawach. Kiedy obiecywałam koleżance ciasto na imprezę – robiłam je pięć razy, aż było takie, jakie moim zdaniem być powinno, choć cztery poprzednie były równie smaczne. Gdy mówiono: „Jeny jakie pyszne”, odpowiadałam z uśmiechem: „Daj spokój, prościzna, to nic takiego”, bo jak miałam się przyznać, że zamierałam, gdy oni do buzi wkładali pierwszy kęs… Nigdy nie byłam dość dobra. Powtarzałam jak mantrę: „Pierś do przodu, plecy proste, uśmiech na twarz, 10 oddechów. Nie maż się, kim jesteś, żeby się nad sobą użalać”.

Nikomu nie mówiłam, że źle sypiam, że budzę się w nocy z napadami paniki, że w głowie ciągle odtwarzam, co muszę zrobić, o czym nie zapomnieć. Nie mówiłam, bo nie mogłam okazywać słabości. Hej, przecież jestem tą świetną dziewczyną z imprezy, tą koleżanką, która zawsze pomoże, tą córką, która nie stwarza żadnych problemów – byłam przezroczysta.

Biegałam. Chodziłam na fitness. Zapisałam się na francuski. Miałam nieustanną potrzebę udowadniania sobie, że mogę więcej. Udowadniania innym, że można być idealnym. Wymiotowałam całą noc przed rozmową w sprawie mojej wymarzonej pracy.  Bałam się mężczyzn, bałam się ludzi. Miałam wielu znajomych, ale nigdy żadnych bliskich relacji. Nie mogłam pozwolić nikomu się do siebie zbliżyć, bo co jakby odkryli prawdę na mój temat. Gdyby zobaczyli, że mój uśmiech jest okupiony ogromną pracą, że wcale nie przychodzi mi wszystko łatwo. Ktoś mówił: „Jak ty to robisz, jak to ogarniasz”, a ja chciałam uciec, bo co ogarniałam? Co takiego robiłam? Zamykałam się w nocy w sypialni i z przerażeniem myślałam o kolejnym dniu? Ile jeszcze tak dam radę, kiedy to się skończy? Gdzie jest granica, której nie umiałam sobie postawić, gdzie czas na błędy, na które sobie nie pozwalałam. Nawet wyjazd na wakacje był kontrolowany, wyjazd na narty rozłożony na czynniki pierwsze. Byłam przewodnikiem, organizatorem życia znajomych. Gdy ktoś pytał: „A miłość?”, na miłość przyjdzie czas, kiedyś…

Było coraz gorzej. Paraliżował mnie nieustanny strach. Pewnego wieczoru siedziałam z garścią tabletek uspokajających. Jedyne o czym marzyłam, to żeby zakończyć to wszystko. Tę farsę. Że wolę umrzeć, niż przyznać się, że już nie umiem, nie potrafię, że jestem nikim, a wszystko to, co wokół siebie buduję jest kłamstwem. Nie wiem, czemu wtedy tego nie zrobiłam. Choć inni mnie podziwiali dla siebie byłam nadal mało wartym człowiekiem. Bo dlaczego nie wpadłam szybciej niż koleżanka z pracy na oryginalny pomysł rozwoju naszego działu. Dlaczego nie wspinam się na skałkach, jak Beata, dlaczego nie mam dzieci jak Asia – to dopiero sprawdzian.

Znikałam na kilka dni, na tydzień. W pracy dawałam zwolnienie. Leżałam cały dzień w dresach. Nie sprzątałam. Nie odbierałam telefonów mówiąc, że wyjeżdżam gdzieś daleko, że boli mnie gardło, że mam gorączkę. Nigdy nikomu nie sprawiałam problemów, więc nikt nie pomyślał, żeby zacząć się martwić. W końcu zawsze dawałam sobie radę. Tyle, że po takim tygodniu trudno było mi wrócić. Ubrać się, wymalować, wyjść z domu. Nienawidziłam ludzi. Nienawidziłam, że dla nich musiałam być idealna…

„Coś się dzieje?” – spytała znajoma… Tak bardzo chciałam jej powiedzieć, że dzieje się wszystko, że boję się wyjść z domu, że boję się odebrać telefon, wsiąść do samochodu, boję się z nią rozmawiać, bo mogę pęknąć lada moment. „Nie, wszystko w porządku” – uśmiechnęłam się. Po południu położyła mi na biurku wizytówkę. „Martwię się, zadzwoń do niego”. Po policzkach płynęły mi łzy, nie mogłam ich zatrzymać. „Moja mama zasłabła. Muszę wyjść” i uciekłam z pracy. Zadzwoniłam do terapeuty….

Widziałam siebie, jak siadam w tym fotelu. Jak boli mnie od napięcia każdy mięsień karku, jak ze stresu nie umiem opanować uśmiechu, który wszyscy odczytywali jako niezwykłą swobodę.

„Dlaczego pani do mnie przyszła” – usłyszałam i nie mogłam nic powiedzieć, nie byłam w stanie wykrztusić z siebie słowa. „Potrzebuje pani pomocy?”. Płakałam. Płakałam przez godzinę, a ten płacz przynosił mi ulgę coraz bardziej. Płakałam przed obcym człowiekiem, który mnie nie zna, miałam gdzieś, jak mnie oceni, ten jeden raz chciałam być słaba, chciałam, by ktoś zobaczył, że nie mam siły, że jestem zmęczona, że nie daję sobie z niczym rady.

Bycie idealnym to przekleństwo. Ja wiem, zarzekacie się, że wy nie, a jednak nie umiecie odpuścić. Położyć się na kanapie i nic nie robić. Nie potraficie powiedzieć: „Mam dość, nie dam rady”. Nie, my – idealne zawsze damy radę, kosztem siebie, kosztem najbliższych, ale po to, żeby innym udowodnić, że możemy. W imię czego? Po co?

Moi rodzice nie wiedzą, że idealna chciałam być dla nich, nikt o tym nie wie. Nadal nie umiem o tym rozmawiać, ale umiem powiedzieć: „Nie dzisiaj, nie chcę, muszę odpocząć”. I wiecie? Świat się nie zwalił? Ludzie się ode mnie nie odsunęli. Nikt nie powiedział: „Ty? Ty nie dasz rady? Jesteś słaba?”. Nie dowierzałam, czekałam, aż ktoś wytknie mi moje słabości, ale nic takiego się nie stało.

Muszę jeszcze pozwolić sobie na miłość, miłość do siebie tak, by pokochał mnie ktoś inny taką, jaką jestem naprawdę. Szukam siebie. Patrzę w lustro i zaczynam się uśmiechać do swoich piegów, do krzywo położonej kreski na oku, zaczynam śmiać się z siebie. Kocham ten śmiech. Bycie idealnym to przekleństwo, to piekło, które same sobie tworzymy. Odpuść. Naucz się odpuszczać sobie i powiedz głośno: „Nie jestem idealna” i uwierz, że nie ma w tym nic złego.


Lifestyle

Urocze, pełne ciepła obrazki pokazujące czym jest miłość i zobowiązanie do dzielenia ze sobą życia. Musicie je zobaczyć!

Anna Frydrychewicz
Anna Frydrychewicz
7 października 2016
Urocze, pełne ciepła obrazki pokazujące czym jest miłość i zobowiązanie do dzielenia ze sobą życia. Musicie je zobaczyć!
Fot. Screen/Facebook/PhotoZone

Miłości nie da się dobrze opisać, trzeba ją poczuć i zobaczyć: w gestach i spojrzeniach, w doświadczeniu wspólnego życia. Miłość nie jest obietnicą, ani deklaracją, za miłością stoją, czasem bardzo oczywiste, czyny. Obejrzyjcie te obrazki i uśmiechnijcie się na chwilę nad Waszą miłością. Niech będzie do nich podobna!

Miłość jest…

Pewnością, że ON będzie z tobą w słabości i w chorobie tak długo, aż nie poczujesz się lepiej

Gwarancją ciepła w chłodne noce

Pewnością, że gdy cały świat stanie przeciw tobie, ON będzie po twojej stronie

Gotowością, by, gdy jest ci źle, czuwać przy tobie w nocy, aż zaśniesz

I wreszcie, przeprowadzoną wiele lat pózniej, rozmową o wszystkich tych rzeczach, które robiliście wspólnie, śmiechem i wzruszeniem nad życiem we dwoje


Zródło: Facebook/PhotoZone


Zobacz także

15 prostych rzeczy, które warto zrobić dla swojej duszy. Akcja „Bądź aktywna jesienią”, zadanie #4

Hanna Bakuła: „Dlatego dziewczyny: założyć najkrótsze mini świata, szpilki, pomalować usta, udawać niemowę i mamy powodzenie jak w banku”

Praca, nauka, miłość i zabawa. Jak pomieścić szkolną rzeczywistość w swoim „M”. Akcja „Rodzic wraca do szkoły”