Lifestyle Psychologia

Nic nie muszę, poza tym co naprawdę muszę

Agata Sliwowski
Agata Sliwowski
23 marca 2016
Fot.Unsplash/Llywelyn Nys / CCO
 

Muszę, muszę, muszę. Muszę to, muszę tamto… Nie wiem jak w waszej głowie, ale w mojej owo muszę zamieszkuje już od lat. Wprowadziło się jak byłam dzieckiem i teraz, choć od miesięcy czynszu nie płaci, mieszka sobie dalej jakby nigdy nic. Muszę posprzątać, muszę ugotować, muszę zrobić zakupy, zapłacić rachunki, zdać egzamin, muszę wstać o 5:40 bo przecież do pracy iść muszę. Ta kategoria „muszę” jest przy tym w miarę jeszcze z rzeczywistością skorelowana. Pewne rzeczy faktycznie muszę, abym mogła jakoś do przodu brnąć. Jest jednak i inna kategoria „muszę”, która nie wiem, czy poza self-torturą czemuś innemu jeszcze służy: muszę się zakochać, muszę mieć faceta, muszę wyjść za mąż, muszę sprawić by mnie pokochał, muszę wyeliminować tę drugą kobietę z jego życia. Oto „muszę”, które jak się dobrze przyjrzeć, wcale na takie prawdziwe „muszę” nie wygląda, siłę oddziaływania ma jednak tak wielką, że czasem do pracy nie pójdziemy, bo akurat z bólu musimy wyć, że ten on nie nas kocha, albo że w ogóle go jeszcze nie ma, a przecież już najwyższy czas by był.

Nie wiem, czy mężczyźni też tak muszą, ale kobiety muszą i już. W self-torturze jesteśmy mistrzyniami. Potrafimy poświęcić jej całą swoją życiową energię i moc. Jedno małe „muszę” potrafimy zamienić w potwora z pełnym dostępem do naszego serca, duszy, całej naszej wrażliwości. Na dodatek, poprzez niekończące się rozmowy z innymi zmuszonymi kobietami, dajemy mu dodatkową moc, sankcjonujemy jego istnienie. Nic więc dziwnego, że po jakimś czasie dochodzimy do przekonania, że problem, który zaczął się od „muszę” teraz jest tlenem bez którego nie potrafimy żyć.

Łapię się na tym nie raz, że jak zwariowany chomik w kołowrocie biegnę coraz szybciej. Celu brak, bo kto w kołowrocie był ten wie, że jest to w gruncie rzeczy pusty bieg. Pędzę jednak jak szalona, a czego nie zrobię, zaraz następna sprawa domaga się załatwienia. W zasadzie życie całe mogłabym spędzić w taki sposób. Pewnie przyszłoby mi wtedy z wyczerpania umrzeć. Z tego fizycznego i z tego w głowie.

Życie tymczasem nie na tym polega…

Nie ma w życiu nic takiego co by nakazywało nam żyć w wiecznym przymusie i biegu. Fakt. Potworzyliśmy sobie różne warianty, które rzekomo mają pomóc zorganizować nam życie. Są to etapy, przez które każdy z nas przechodzi. Na początku zaliczamy każdy etap który nam podsuwają, bo za młodzi jesteśmy by decydować za siebie. Idziemy więc do przedszkola, do szkoły jednej, drugiej. Potem już trochę rozumu własnego mamy, ale mamy też rozwiązania gotowe, serwowane na talerzu. I tak znajdujemy sobie pierwszą miłość, marzymy o rodzinie, więc przyjmujemy oświadczyny. Albo i nie. Czasami sprawy nie idą zgodnie z planem.

Tylko z czyim planem ja się pytam? Kto powiedział, że chłopca mieć musimy zaraz po maturze, i że ślub na studiach to logiczna rzecz? Kto powiedział, że musimy mieć dzieci, że się w ogóle żenić musimy? No kto? A jednak wszystko co w życiu robimy podporządkowane jest temu społecznemu modelowi, który kiedyś tam ludzkość wypracowała i który na szczęście, ewoluuje. Ludzie, którzy z systemu wypadli, nazywani często zbuntowanymi, to po prostu ci, którzy spojrzeli w innym niż reszta kierunku i zobaczyli inne drzwi. Zaintrygowani weszli do alternatywnej rzeczywistości, w której nie ma tradycyjnego „muszę.” W której jest inaczej.

Na początku człowiek ma po prostu wrażenie, że odnalazł wolność…

Ja, dla przykładu, po raz pierwszy w tej nowej rzeczywistości powiedziałam na głos zdanie: nie chcę mieć dzieci. Do tej pory powtarzałam za wszystkim jak oszalała: dwójkę chcę mieć, chłopca i dziewczynkę. I mówiąc to czułam, że coś mnie ściska w żołądku. W alternatywnym świecie, powiedziałam: dzieci mieć nie chcę. Kropka. Nie chcę bo nie. I usłyszałam huk. To kamień spadł mi z serca, a ja uwierzyć nie mogłam w ten błogi stan w jakim znalazłam się niemalże natychmiast. Mózg szybko zareagował. Egoistką jesteś mi powiedział. Tak, jestem! Odparło moje nowe, alternatywne wcielenie. Trochę się jeszcze przekomarzali, ale nie za długo. Ostatecznie alternatywny pogląd wziął górę, a ja dostałam swój spokój. Teraz, kiedy pytana odpowiadam grzecznie na pytania o dziecko, obrzucana jestem różnymi spojrzeniami. Patrzą na mnie inne kobiety jak na wybryk natury, do tego biedny jakiś taki. Cóż, kiedy taki jest mój wybór. Wybór, który daje mi spokój, bo w temacie w którym nic nie muszę, już dawno przestałam czuć jakikolwiek dyskomfort.

Przykład, który podałam jest może nieco skrajny. Nie trzeba aż tak rewolucjonizować życia, jeśli nie jest się na to gotowym. Co jednak warto zrobić, to przyjrzeć się temu swojemu wewnętrznemu dialogowi, który ciągle nam szepta jak sufler w teatrze, kolejne życiowe „muszę.” Często bowiem, jest to „muszę” przez zewnętrzny świat narzucone. Nie zawsze więc nam służyć musi. Poddajemy się jednak takiej self-torturze, bo najczęściej jest na tyle głośna, że zakłóca nasz wewnętrzny głos. Jedyne co słyszymy to: „muszę to, muszę tamto.” Mylnie bierzemy taki rozkaz za prawdziwy i jak eksperymentalny gryzoń, rzucamy się w kołowrót powinności.

Jeżeli jednak damy sobie szansę i poświęcimy chwilę na to by w ciszy usiąść i wsłuchać się w siebie, możemy usłyszeć takie przekazy o jakich filozofom się nie śniło. A już na pewnie nie nam, spętanym przez cudze myśli i koncepty. Czy warto? A cóż to za głupie pytanie? Dotrzeć do siebie jest zawsze warto. Poznać, odkryć tę istotę, która jak mały dobry duszek pokornie siedzi pod cieżką kołdrą pogmatwanych społecznych i kulturowych komplikacji. Siedzi i czeka na odkrycie. Jak skarb. Przedrzeć się do niego przez dżunglę gęstego muszę, to taka wyprawa po zaginioną arkę. Warta jednak każdej przygody. No i nagroda przejść może nasze oczekiwania.

Systemu nie obalimy eliminując niektóre „muszę” z naszego życia. Świat dalej będzie istniał. Będziemy dalej kochać i płakać, radować się i smucić. Możemy to jednak robić na zasadach, które dla nas samych są lepsze. Które nie dręczą nas swoją zasadniczością i surowością i które dają nam opcję dojrzenia do wszystkiego w życiu. Tak byśmy mogli podejmować decyzje wtedy, kiedy jesteśmy na nie gotowi, kiedy nasze pragnienia są naszymi pragnieniami i nasze życie ma piękną harmonię. Prawda bowiem jest taka, że nic nie musimy, poza tym co naprawdę musimy.


Lifestyle Psychologia

Myślisz sobie: Co ty wiesz o kobiecości? Jesteś jeszcze taka młodziutka, z tą swoją jasną cerą i piegami na wiosnę. Tak niewiele poznałaś

Anna Frydrychewicz
Anna Frydrychewicz
23 marca 2016
 

Mam siedemnaście lat i jestem kobietą. Myślisz sobie: Co ty wiesz o kobiecości? Dzieciak z ciebie. Nawet paznokcie pomalowałaś dla zabawy: każdy na inny kolor. Jesteś jeszcze taka młodziutka, taka dziewczęca z tą swoją jasną cerą i piegami na wiosnę. Tak niewiele poznałaś, tyle odpowiedzi przed tobą.

Nie wydawaj wyroków, przyjrzyj mi się. Jestem kobietą. Bo kobiecość to stan duszy.

Lato

Idę po plaży, biegnę właściwie. Piasek łaskocze mnie w stopy, słońce ogrzewa. I ta beztroska wakacyjna, poczucie swobody. Tyle przede mną.

„ Kwiatku!  – krzyczy mama, gdzieś daleko – Idę już do domu, słabo się poczułam. Nie biegaj zbyt długo”. Macham do niej wesoło, zamaszyście. Zaraz wrócę, tylko jeszcze pobiegnę chwilę, dalej przed siebie. Nieważne gdzie.

Miłość? Nie zawracaj mi głowy. No dobrze, fajny ten Kacper ze szkoły. Zgrywa takiego niedostępnego trochę. Ale woli dziewczyny z maturalnej. Ciuchy? Kocham przeglądać z mamą katalogi różnych sklepów. Siadamy sobie z laptopem na kolanach i wybieramy sukienki, bluzki, bransoletki. I pijemy czekoladę. Moja mama jest piękna.

Pójdę na studia. Pewnie, pójdę, ale jeszcze nie wiem co chcę robić w życiu. Trochę projektuję, szyję różne szmacianki dla młodszej siostry, Gabrysi, a czasem sukienkę dla mamy. Lubię się uczyć. Kocham moje przyjaciółki i te momenty, kiedy śmiejemy się ze strasznych głupot. I bardzo lubię muzykę. I taniec współczesny kocham.

Jesień

Mama jest chora. Badania, szpitale. Diagnozy. Boję się. Boję się na nią spojrzeć, tak jakby moje spojrzenie mogło jeszcze pogorszyć jej stan. Mama umrze, tak powiedział lekarz. Nie umiem w to uwierzyć. Nie może być tak bardzo chora, przecież w wakacje biegała ze mną po tej plaży. Nie umiem też płakać tak, żeby mama nie widziała. Nakładam na twarz podkład, jak maskę i śmieję się głośno. Tata mówi, że zbyt głośno.

Jak się postaram, to na pewno znajdę jakiś sposób, żeby wyzdrowiała. Słyszy się teraz tyle o tym, jak ktoś był bardzo chory, a potem nagle choroba się cofnęła i wszystko jest znowu dobrze. Dlaczego u nas miałoby być inaczej?

Tłumaczę Gabrysi, że mama jest chora. – To daj jej witaminę C i ten syrop malinowy na gorączkę, który mi dajecie, jak jestem przeziębiona – odpowiada. Przytulam ją mocno. Jest ciepła i ładnie pachnie, lepiej mi jak się tak w nią mocno wtulę.

Szkoła? Nie zawracaj mi głowy. Nie umiem teraz skupić się na nauce. Nie, nie zawalam, nigdy nie zawalam. Ale to już nie jest najważniejsze.

Zima

Tata coraz częściej wyjeżdża do Holandii. Dobrze się rozwija ta jego firma. Mama jest uśmiechnięta kiedy pyta – Czym się tak martwisz? Czasem myślę, że nie wie, że jest chora.

Nie, nie pytam już dlaczego. Szukam sposobu by być z nią jak najmocniej. Czasem kładę się tuż obok i czekam aż położy swoją rękę na mojej głowie. Oglądamy dużo zdjęć, takich starych, czarno-białych. Dużo rozmawiamy, a wieczorem,zapisuję wszystko, co chciałabym zapamiętać.

Przyjaciółki? Są, wspierają, ale wiesz przecież, że nie zrozumieją. One zostały tam, po tamtej stronie. Nie umiem ci tego lepiej wytłumaczyć, ale nie potrafię już z nimi mówić o wszystkim.

– Mamo, a kto będzie moją mamą, kiedy umrzesz? – Gabi wskakuje mamie na łózko, choć wie, że nie wolno. Dusi mnie w gardle. Słowa „ kiedy umrzesz” wypowiedziane przez trzylatkę odzierają mnie z resztek złudzeń. Skoro i ona to wie, to musi być prawda.

Wiosna

Przenosimy mamę do hospicjum. Kiedyś tak bałam się tego słowa „hospicjum”. Znaczy ono tyle, co śmierć, prawda? Powoli oswajam się z tym miejscem, poznaję lekarzy i innych pacjentów. Lekcje odrabiam przy łóżku mamy. Wiesz, jaka ona jest mądra?

Mama odchodzi. Jestem z nią, cały czas. Wyłapuję ten jeden, ostatni wspólny moment. I niby jestem na to gotowa, niby wiem, a jednak w środku, wewnątrz chciałabym zatrzymać ją ze wszystkich sił, nie wypuścić bladej ręki, która tak niedawno głaskała mnie po głowie. Chce mi się krzyczeć.

Mamo, przecież ja ciągle nie wiem wszystkiego. Nie powiedziałaś mi jak się robi tę ulubioną szarlotkę Gabrysi i czy na katar lepsze te francuskie kropelki czy maść pod nosek. Mamo, jak mam teraz rozmawiać o Tobie z tatą? Gdzie ja cię teraz znajdę, mamo?

Łapię się na tym, że nie chcę płakać przy niej, żeby się nie martwiła. Ale ona już nie słyszy, nie widzi. Wybiegam na korytarz. –  Płacz, dziecko, płacz – mówi tata, który płacze cały czas. A potem dodaje: Boże, jak ty wydoroślałaś.

Lubię siedzieć na plaży i przesypywać piasek między palcami dłoni. Mam marzenia, plany. Wiem dokąd biegnę. Lubię się śmiać i słuchać muzyki. Lubię taniec współczesny. Mam młodszą siostrę  Mam 17 lat i jestem kobietą, bo poznałam tajemnicę życia.


Lifestyle Psychologia

Każdy z nas potrzebuje odrobiny przestrzeni tylko dla siebie, nawet gdy kocha całym sobą

Anna Frydrychewicz
Anna Frydrychewicz
23 marca 2016
Każdy z nas potrzebuje odrobiny przestrzeni tylko dla siebie, nawet gdy kocha całym sobą
Fot. Pixabay / Unsplash / CC0 Public Domain

„Musimy porozmawiać „ – mówi On. – Potrzebuję więcej przestrzeni”. – „Co ja takiego zrobiłam źle” – myśli Ona i zaczyna analizować swój związek. Bo nagle, jak to w wielu relacjach bywa, prośba o odrobinę autonomii wywołuje panikę i przeświadczenie, że za chwilę „nie będziemy już razem”. Zbyt często, w miłości czy przyjaźni, chcemy „mieć kogoś” w całości, to znaczy razem z jego wolnym czasem, z jego znajomymi, z jego myślami i marzeniami. A przecież każdy z nas potrzebuje odrobiny przestrzeni tylko dla siebie. To naturalne.

Być razem to nie do końca być jednym

Wchodząc w związek tracisz wolność – jest w tym stwierdzeniu dużo prawdy. Zaczynasz wypracowywać kompromisy, uczysz się ustępować w pewnych kwestiach, liczysz się ze zdaniem twojej połówki, a najważniejsze decyzje podejmujesz wspólnie z partnerem. Początki związku to praktycznie czas spędzony tylko we dwoje. Dopiero po pewnym czasie znowu zaczynamy dostrzegać, że świat wokół nadal jest ciekawy i fascynujący, próbujemy więc wygospodarować dla siebie trochę miejsca, odrobinę czasu. I, bywa, napotykamy na opór, zaczynają się wyrzuty. „Wolisz pójść na tę wystawę zamiast spędzić ze mną wieczór?”…

To, że kochasz, nie oznacza, że nie masz prawa do czasu dla siebie. To, że chcesz spędzić czas z przyjaciółmi nie oznacza, że kochasz mniej lub mniej prawdziwie. Owszem, razem z twoim partnerem tworzycie tandem, zespół, działacie razem we wspólnej sprawie: sprawie waszej miłości. Ale nadal pozostajecie odrębnymi bytami, niezależnie od tego jak blisko ze sobą jesteście. Jeden plus jeden daje dwa.

Kocham, dlaczego potrzebuję przestrzeni?

Właśnie po to, by kochać dobrze i mądrze. To znaczy, nie uzależniać się od drugiej osoby jako jedynego kierunkowskazu w swoim życiu. Nie zaniedbywać swoich potrzeb, pozostać prawdziwym. Zakochując się i planując wspólne życie, pamiętajmy, że odrobina przestrzeni w związku :

  1. Pozwoli nam zostać indywidualnością, nie tylko częścią całości

Za to kim jesteś pokochał cię twój partner i to jaka jesteś wzbogaca twój związek. Bez względu na to, jak bardzo przypominasz swoją mamę, ojca czy babcię Wandzię jesteś odrębną osobą. Świadomość tej odrębności jest kluczowa dla rozumienia twoich praw i oczekiwań względem twojego partnera, dla poczucia twojej wartości. Sprawia, że jesteś szczęśliwa, bo nie zapominasz o swoich marzeniach.

  1. Pozwoli zaakceptować różnice i lepiej docenić związek

Dystans pomaga zrozumieć, przyjąć do wiadomości, że nie musimy we wszystkim się zgadzać by stworzyć udany związek. Przecież różnice między nami pomagają przyjąć szerszą perspektywę, zrozumieć punkt widzenia drugiej strony, a to dla nas bardzo rozwijające. Z bliska tego nie dostrzeżemy, bo jesteśmy za bardzo skoncentrowani na sobie i na swoich emocjach.

  1. Umocni relację

Przebywanie ze sobą cały czas, prędzej czy później doprowadzi do momentu, w którym odczujemy lekkie znużenie. I nie chodzi tu o znużenie drugą osobą, ale o tę rutynę, o powtarzalność i ciągłe skupienie uwagi na partnerze. Jeśli zbyt mocno przejmujesz się tym, co twój partner zrobi lub powie, jak zareaguje, to jasny znak, że przebywacie ze sobą zbyt często. Stąd już tylko krok do toksycznej relacji.

  1. Nauczy rozwiązywać problemy

Bo spojrzenie z dystansu studzi emocje i daje chwilę spokoju na przemyślenia, analizę sytuacji. W samotności bardziej racjonalnie ocenisz wszystkie „za i przeciw”, łatwiej dojdziesz do budujących wniosków.

„O czym myślisz?” – spytała Ona trzeci raz w ciągu tego wieczora. – ” O niczym” – odpowiedział trzeci raz On, choć to nie była prawda.  Bo zbyt duża bliskość to nie zawsze dobre, szczere relacje w związku.


Zobacz także

„Kim jestem?” – pyta siebie Ewa, ale nie umie znaleźć odpowiedzi. Wie tylko jedno, to nie jest jej życie. Nigdy go nie miała

Są mamy, które nie zasługują na to, by odbierać im dziecko. Możemy je wesprzeć. Dołącz do akcji „Czytamy dla mamy”

„Co drugi to maminsynek. Dwie lewe ręce do wszystkiego. Zero odpowiedzialności.”. Brawo MY! A twój syn „coś” potrafi zrobić SAM?