Lifestyle

„Najtrudniej jest stanąć ramię w ramię ze śmiercią i z pokorą oddawać jej tych, po których właśnie przyszła?”. Portrety: Aldona – Siostra śmierci

Poli Ann
Poli Ann
20 marca 2019
Fot. iStock / francescoch
 

Aldona. Ma 40 lat. Dość korpulentna. Rude włosy zawsze w kucyk. Przenikliwe spojrzenie.
Mąż i dwójka dzieci. Nieduże mieszkanie w bloku. Auto dziesięcioletnie. Wakacje co roku nad Bałtykiem w pensjonacie Perła. Bardzo przeciętna polska rodzina. Ale jak Aldona zaczyna opowiadać o pracy to już przeciętna nie jest. Przynajmniej ona, choć wygląda jak miliony Polek.

Jej profesja wzbudza dużą ciekawość. Różne komentarze niestety nie zawsze adekwatne do sytuacji powodują, że od kilku lat nie przyznaje się do tego, gdzie pracuje. Najczęściej mówi, że w biurze. Ma wtedy spokój.

A faktycznie od 10 lat pracuje jako pielęgniarka oddziałowa na oddziale paliatywnym. To bardzo smutny oddział w mniemaniu innych. Z niego się już nie wychodzi samemu – mówią. Ona twierdzi inaczej. To piękny oddział, gdzie pomaga się odejść ludziom godnie, bez bólu albo w mniejszych cierpieniach. Po ludzku i w spokoju.

Są rekordziści, co trafiali tu kilka razy na przykład z ciężkim nowotworem. Dostali kilka porządnych kroplówek albo przetoczono im krew i na chwilę jedną nogą znów trafiali do świata żywych. Ale za którymś razem odchodzili, bo organizm był za słaby i żadna kroplówka lub transfuzja nie była w stanie przedłużyć im życia.

Na oddziale paliatywnym panuje idealna cisza. Słychać tylko maszyny. Ich jednostajny szmer czy pikanie. Niekiedy pikania brak. Czasem szept słabego pacjenta lub szloch, krzyk najbliższych, kiedy po kogoś przychodzi śmierć. Aldona do tej ciszy przywykła. Chyba nie umiałaby już pracować gdzie indziej. Na chirurgii czy intensywnej. Ta cisza stwarza powagę. Powagę sytuacji, bo gdy człowiek umiera, cisza jest czasem najlepszym komentarzem.

Aldona jest silna. Wewnątrz i na zewnątrz. Zresztą musi. To nie jest praca dla słabeuszy. Każde odejście przeżywa. Pamięta każdego pacjenta i jego rodzinę. Historię choroby, dawki leków i salę, w której leżał.

Każdą śmierć odreagowuje w kuchni. Świetnie gotuje. Gdy dzieci i mąż wstają rano, a na stole stoi bogate śniadanie, w piekarniku piecze się ciasto, a na kuchence grzeje się gar zupy i patelnia z jakimś mięsem, to już wiedzą, że znów ktoś zmarł, a Aldona nie mogła spać.

To szalenie wyczerpująca praca. Musi być pielęgniarką, psychologiem i nierzadko księdzem w jednym. Rodziny boją się śmierci, potrzebują rozmowy, czasem ostrego słowa, by stanąć do pionu. Niekiedy po prostu wysłuchania albo przytulenia.

Tuliła dyrektorów, adwokatów, robotników, lekarzy, nauczycieli, policjantów czy księży. Jak matka, która pomaga przejść ich bliskim na drugą stronę. Czasem bardziej pomaga żywym niż zmarłym.

Swoją posturą, przenikliwym spojrzeniem i spokojem wzbudza zaufanie. Czuje także, że pacjenci ją lubią. Uspokaja się im oddech, gdy poprawia im poduszkę, podaje kroplówkę, a oni leżą już w agonii. Niby nic nie czują, nie słyszą, ale na nią zawsze tak reagują. A po śmierci często tylko jej dadzą się umyć i ubrać.

Jak pani Helena. Piękna kobieta. Alabastrowa cera z siateczką drobnych zmarszczek. Kształtny nosek, wąskie malinowe usta. Drobne, smukłe ciało. Kiedyś musiała być posągową pięknością. Na oddział trafiła sama, bez bliskich. Przywiozła ją karetka, którą zawiadomiła sąsiadka. Córka pani Heleny zjawiła się dopiero po tygodniu. Opalona, w modnych okularach przeciwsłonecznych i zwiewnej kolorowej sukni. Wróciła z urlopu. Wcześniej nie dała rady wpaść. A mama przecież i tak nic już nie słyszy, i nie czuje, a opiekę całodobową ma, więc nie było potrzeby przerywać wakacji. Wtedy w Aldonie aż się gotuje. Taki bliski pacjenta to typ niereformowalny. Wtedy tylko żal jej chorego, bo wie, że gdy przyjdzie śmierć będzie najprawdopodobniej sam. Dlatego też przy nich czuwa. Na nocnym dyżurze nigdy nie śpi. Jest gotowa, by podać choremu dłoń, pogłaskać po czole, pożegnać. Tak było z panią Heleną. Aldona doskonale wyczuła, że śmierć nadeszła. Chwyciła chorą za dłoń i głaskała nadgarstek. Gdy usłyszała westchnienie, wiedziała, że to już. Zrobiła jej palcem krzyżyk na czole. Poprawiła kołdrę, odłączyła aparaturę, delikatnie odkleiła plaster i wyjęła wenflon. Powiedziała, do zobaczenia pani Helu i wpisała godzinę zgonu na karcie. Córka zjawiła się po kilku godzinach zalana łzami. Szlochała teatralnie i krzyczała na matkę, gdy nie mogła jej umyć. Aldona wiedziała o co chodzi. Pacjenci po śmierci, niby pozbawieni duszy, wyczuwali ludzi wokół. Tylko wybranym pozwalali się umyć i ubrać. Można było z łatwością zginać im łokcie i kolana. Pani Helena była sztywna w obecności córki. Gdy ta wyszła, a zjawiła się Aldona, jej ciało stało się elastyczne i miękkie. Pani Helena wybrała sama.

Inni mają więcej szczęścia. Jak pan Waldemar. Kiedyś chłop jak dąb, przystojny i ponoć bardzo zabawny, dziś skurczony, i słaby ostatkiem sił walczy z tym, co chodzi wspak. Nigdy nie jest sam. Dzieci i starsze wnuki ustaliły grafik, i kolejno przy nim siedzą. Dzień i noc. Non stop. Rozmawiają z nim, opowiadają, co się aktualnie dzieje, a wnuk z maturalnej klasy czyta mu na głos swoją lekturę albo piekli się z uśmiechem nad zadaniem z matematyki. Cała rodzina składa się na kosmetyki, pieluchy i plastry przeciwodleżynowe. Przy tacie nigdy się nie kłócą. Chcą, by miał spokojną podróż na tamten świat. Pan Waldemar odchodzi przy ukochanym wnuku, a młody chłopak staje na wysokości zadania. Nie w głowie mu fejsbuk czy instagram. Nawet z dziewczyną zerwał, która o te dyżury w szpitalu była zazdrosna i kazała mu wybierać.

Chłopak zagryza wargi. Oczy mu się szklą. Wstrzymuje oddech. Podświadomie wie, że dziadek odchodzi. Inaczej nabiera powietrza, by w końcu wydać z siebie to ostatnie tchnienie. A on trzyma dziadka mocno za rękę i bezszelestnie połyka płynące po policzku łzy. Nie wie nawet, że egzamin dojrzałości właśnie ma za sobą. Nieważne zadania, interpretacje czy wypracowanie. Był z dziadkiem w jego ostatniej chwili. Zapewnił mu bezpieczeństwo i spokój. Tego szkoła nie uczy.

Takie momenty Aldona ceni najbardziej. Gdy ktoś godnie odchodzi. Gdy przeżywszy swoje życie umiera w spokoju, z bliskimi. Otoczony miłością. Gdy wszystkie zwady odłożone są na bok, bo wtedy przecież już się nie liczą.

Kiedyś syn jednej z pacjentek, ceniony profesor nomen omen, zapytał się jej, czy ona w tym przybytku śmierci pracuje za karę. Zatkało ją, że człowiek tak wykształcony nie jest w stanie pojąć jej misji ani wagi wykonywanej pracy. Cóż to za umiejętność cieszyć się z przyjścia człowieka na świat? Żadna filozofia. To piękne wydarzenie, ale czyż nie wiele trudniej jest stanąć ramię w ramię ze śmiercią i z pokorą oddawać jej tych, po których właśnie przyszła?


Lifestyle

Gabriela, Wanda, Agnieszka, Łucja, Tosia. Jedyne czego pragną to zniknąć… GWAŁT

Poli Ann
Poli Ann
21 marca 2019
 

G abriela,
W anda,
A gnieszka,
Ł ucja,
T osia,

Gabriela
W
A
Ł
T

Najpiękniejsza w całej wsi. W domu bieda aż piszczy. Posagu nie będzie żadnego. Tylko ta jej uroda niesamowita może dać jej męża, bo chłopaki w kolejce do niej stoją. Każdy marzy, by w jego kuchni i sypialni rządziła ona. Jest robotna, gospodarna i bogato obdarowana przez naturę. Warkocz do talii. Gruby w kolorze lnu. Biust pięknie kontrastuje z cienką talią. Biodra słuszne. Będzie szybko rodzić. Taka kobieta to skarb.

Ten dzień był gorący. Żniwa. Ciężka robota w polu. Gdy zaczęło się ściemniać wracała do domu. Powoli, zmęczona. Ojciec chyba w polu jeszcze robił. Matka na pewno w kuchni się krzątała. Szła zamyślona. O czym myślała? Nie pamięta. Nie pamięta też kiedy poczuła mocne szarpnięcie. Najpierw nie wiedziała co to i kto to. Zaciągnął ją za stodołę na początku wsi. Nikt nie widział. A ona ze zmęczenia i strachu nawet nie pisnęła. Rzucił ją na ziemię. Słyszała jego sapanie, czuła drażniący zapach potu, potem zabolało. Tak bardzo, jakby ktoś ją ciął. Od środka. Czuła pchnięcia, mocne, nieregularne. Zastygła w bólu. Zamknęła oczy. Nie broniła się. Nie wiedziała, co się dzieje. Potem jeszcze ten skowyt. I wycedzone przez zęby, jezdeś moja.

Nie wie, ile leżała na ziemi. Nie wie, kto to był. Pamięta tylko, że był silny, duży i ciężki. Że bolało i krew z niej ciekła.

Na czworakach doczołgała się do chałupy. Matka czekała. Ojciec też. Dał jeszcze w twarz, że się po nocach puszcza. Matka umyła. Położyła do łóżka. Nic nie wyjaśniła. Wiedziała, co się stało. Gabriela jedynie instynktownie czuła, że coś złego. Że to krzywda nie tylko z tego wieczoru. Że przekreśli szansę na dobre zamążpójście, bo kto będzie chciał taką, co z chłopami po nocach używa. Nikt nie wysłucha. Matka zbyt słaba, by ją bronić, będzie tylko ukradkiem ocierać łzy nad tym, jak szybko komuś niewinnemu można zniszczyć życie.

G
Wanda
A
Ł
T

Rok 1943. Wojna trwa już 4 lata. Jest coraz trudniej. Ludzie znikają. Łapanki na ulicach. Dokoła strach, głód i płacz. Płacze każdy. Dorośli wycieńczeni niepewnością jutra. Matki i żony tracące synów, i mężów. Osierocone, błąkające się po ulicach dzieci.

Latem, gdy świeci słońce, gdy jest ciepło, można na chwilę zamknąć oczy i przy odrobinie szczęścia zapomnieć o codziennym koszmarze. Kiedy nadchodzi szara, zimna, ciemna jesień jest najtrudniej. Wszechobecny strach potęguje jej brzydotę. Godzina policyjna każe się ludziom zamykać w domach. Tylko tam, choć chłodno i głodno mają swoje małe światy, w których żyjąc szeptem mogą na chwilę być sobą.

Do takiego świata Wanda szybkim krokiem wraca po pracy. Pracuje jako kelnerka w jednej z restauracji. Restauracji tylko dla Niemców i ewentualnie dopuszczonych volksdeutschów. Nie lubi tej pracy, ale dzięki niej pomaga mamie. Ma dostęp do jedzenia, co dla małego brata, chorowitego Jasia, jest kluczowe. Wanda zdobywa też jedzenie dla sąsiadów. Trochę handluje. Jest cicha i uczynna. Maturę zrobiła w ’39. Na studia nie zdążyła pójść. Marzyła o polonistyce. Niewysoka, bardzo drobna. Włosy zawsze gładko uczesane w kok nad karkiem lub splecione w warkocz. Podoba się Niemcom, a że zna niemiecki i rozumie ich szepty,  obsługuje ich z opuszczoną głową lub wzrokiem skierowanym na bok. Szczególnie namolny jest Hans. Z urody typowy nordyk. Z zachowania cham. Żąda, by tylko ona go obsługiwała. Daje jej sute napiwki. Wanda najpierw odmawia. Ale gdy pewnego razu musi zdobyć leki dla brata i zapłacić za nie sporą sumę, z wypiekami na twarzy chowa zwitek banknotów do fartuszka. Pieniądze ją parzą, ale dumą Jasia nie wyleczy.

Wraca do domu szybko. Do mamy i brata. W ręku siatka z chlebem i mięsem. Nagle zatrzymuje się przy niej czarne auto. Szofer otwiera drzwi. Hans zaprasza do środka. Wanda przyspiesza. Boi się. Zaczyna biec. Gubi siatkę z jedzeniem. Z młodym, wysportowanym i wykarmionym mężczyzną nie ma szans. On siłą zaciąga ją do samochodu. Dłonią trzyma za usta, by ją uciszyć. Ma skórzane rękawiczki. Czuje jak Wanda gryzie go w palce. To go podnieca jeszcze bardziej. Już w aucie szybko rozpina jej płaszcz. Guziki spadają na podłogę. Rozrywa bluzkę. Widok drobnych, aksamitnych, młodych piersi sprawia, że nie jest w stanie się opanować. Każe szoferowi jechać w boczną ulicę i wysiąść na papierosa. Na tylnym siedzeniu jest sporo miejsca. Rozdziera jej pończochy. Jedyne. Bezcenne. Te, które cerowała tyle razy. Jest brutalny. Chce ją posiąść. Nie słyszy jej krzyków. Nie czuje jej paznokci, które drapią jego twarz. Tyle o niej marzył. Kończy po paru minutach. Dla Wandy niemal wieczność. Bezwładnie leży, gdy on wciąga spodnie. Ma na tyle litości, że z auta wypchnie ją dopiero pod domem.

Wanda nie przyznaje się matce. Dziś nie przyniosła jedzenia i to się liczy. Jaś osłabiony, nie będzie jadł kolacji. Dziewczyna myje się potajemnie w łazience. Poszarpane pończochy ceruje w nocy, gdy matka śpi. Nazajutrz idzie do pracy. Hans zachowuje się jak zwykle. Jest głośny. Komplementuje. Daje pieniądze. Tylko patrzy jakoś tak dziko. Jak na zdobycz.

Banknoty parzą bardziej niż zwykle. Nie wyrzuca ich. Jaś nad ranem dostał gorączki. Wanda musi dalej grać w tę grę.

Nikomu nie powie, dlaczego po wojnie nienawidzi restauracji, a w samochodzie jeździ tylko z przodu. Dlaczego nie znosi blondynów ani komplementów na głos. Dlaczego nie kupuje bluzek z guzikami. Swoją bolesną tajemnicę i wstyd zabierze do grobu. Jak większość kobiet.

G
W
Agnieszka
Ł
T

Siedzi na brzegu wanny. Łazienka z sino-różowym kolorze. Żarówka na gołym kablu, bo lamp nigdzie nie było. Na podłodze stare linoleum. W kącie pralka Frania, cudem zdobyta.

Agnieszka powinna być szczęśliwa. Wyrwała się ze wsi do miasta. Skończyła zawodówkę. Poznała Romka. Zakochała się szybko. Chciała uciec ze swoich stron. Dusiła się. Wzięli ślub. Rodzice męża po znajomości załatwili mieszkanie i pracę dla niej. Marzenie. Inni czekają na mieszkanie latami. A oni pół roku. Praca też niezła. Ma dostęp do różnych towarów. Nie stoi w kolejkach. Dziewczyny na sklepie w porządku. Dogadują się. Nawet szefowa znośna.

Okres miodowy w małżeństwie trwa rok. Agnieszka najpierw jest zachwycona chłopakiem z miasta. Co z tego, że nie przepada za tym jak ją całuje. Seks jej też nie smakuje. Nie tak to sobie wyobrażała. Mimo to wychodzi za niego. Ma z nim jakieś perspektywy. Koleżanki ze wsi zazdroszczą.

Agnieszka siedzi na brzegu wanny. Zapłakana. Nie pierwszy raz. Znów przyszedł po kieliszku. Znów śmierdzący i spocony obudził ją w nocy. Zawsze tak samo. Wie, że lubi spać na brzuchu, więc wchodzi w nią od tyłu. Tak po prostu. Bo jest napalony, a żona ma słuchać męża. Bez niego gniłaby na wsi, doiła krowy i harowała w polu. A tu ma luksusy o jakich mogła tylko marzyć.

Agnieszka to rozumie. Już nie walczy z mężem. Poddaje się. Na szczęście po kilku minutach jest zawsze po wszystkim. A jak parę razy westchnie, to i po dwóch.

Kto by jej uwierzył? Przecież Pana Boga złapała za nogi wychodząc za Romka. Mama płakała w kościele na ślubie ze wzruszenia. Tata też ukradkiem ocierał łzy. Takie szczęście. Chociaż jej będzie lepiej.

Jak ma wrócić do rodziców? Rozwód? Co ludzie powiedzą? Ślub kościelny mają. Toż to grzech.

Wanna jest jej jedynym powiernikiem. Tyle łez już po niej spływało. Z kroplami krwi nierzadko.

Agnieszka nie ma odwagi odejść. Nie przyzna się przed samą sobą, że mąż ją gwałci. Choć ciało krzyczy z rozpaczy, bo jest krzywdzone.

Agnieszka łyka łzy w milczeniu. Wmawia sobie, że tak pewnie mają wszystkie żony. Zaciska zęby. Nie jest świadoma, że za pół wieku kobieta będzie mogła walczyć o swoją godność i sprawiedliwość. Ona jest tym pokoleniem, które nie ma prawa sprzeciwu i walki o siebie. I cierpi do końca w samotności.

G
W
A
Łucja
T

Samotna matka trójki dzieci. Pracuje na dwóch etatach. Dobrze, że najstarsza córka jest taka dojrzała. Opiekuje się bliźniakami. Odbiera ze szkoły, pomaga im w lekcjach, gotuje obiady, sprząta. Za swoje lekcje bierze się gdy chłopcy idą spać. Kuje po nocach. Chce się dostać na medycynę. Dużo nauki przed nią.

Łucja pracuje,by odłożyć trochę grosza. Bo jak Karolinka dostanie się na uniwersytet to będzie musiała wysyłać jej pieniądze na utrzymanie. Pracuje więc z rana na kuchni w przedszkolu, a popołudniu jako sprzątaczka w pobliskiej szkole. Wraca do domu po dwudziestej, gdy chłopcy już śpią lub leżą w łóżkach. Prawie ich nie widuje. Tylko na przerwie jak kończą lekcje, a ona zaczyna pracę.

Z córką pogada chwilę gdy ta odgrzewa jej obiad. Potem Karolina idzie się uczyć, a Łucja pada zmęczona. Nawet na serial nie ma siły.

Tego dnia bardzo boli ją głowa. Dziewczyny z pracy każą jej iść do domu szybciej. Widzą, że jest bladosina. Wraca więc i cieszy się, że chłopców zobaczy. Jest już ciemno. Po nowym roku przybywa co prawda dnia, ale po minucie. Mija pierwszą klatkę ośmioklatkowego bloku. Mieszka w ostatniej. Idzie powoli. Ból rozrywa czaszkę. Czuje nagle silne uderzenie w plecy. Nie wie, co się dzieje. Nie wie też, że szedł za nią od kilkuset metrów i upatrzył na ofiarę. Ciągnie ją za włosy do trzeciej klatki. Bez problemu otwiera drzwi, chyba zamek był zepsuty. Wpycha do piwnicy. Tam przygotował już miejsce. Łucja przytomnieje, gdy wkłada jej rękę pod spódnice. Zapomina o bólu. Szarpie się. Krzyczy, wierzga. Nie wie jak i w co go uderzyła, ale słyszy jak zawył i przeklął. Wyrywa mu się. Ktoś na szczęście wchodzi do piwnicy. Nieświadomie ją ratuje. Widzi młodego chłopaka w ciemnej kurtce z kapturem na głowie i krzyczącą kobietę koło 40-tki.

Łucja w dzikim pędzie ucieka. Odpycha przerażonego lokatora z piwnicy. Wypada z klatki. Biegnie do domu. Roztrzęsiona. Zapłakana. Córka znów staje na wysokości zadania. Wie, że trzeba reagować. Matka się wstydzi. Nie chce na policję. Bliźniaki mają po 10 lat, mogą zostać sami. Córka siłą wyprowadza ją z mieszkania. Na osiedlu jest mały komisariat. Zgłoszą.

Przesłuchanie jest bolesne. Dużo pytań. Czuje się jak przestępca, a nie jak ofiara. Monitoringu w bloku jeszcze nie mają. Znajdą świadka zdarzenia. Może coś ustalą. Ale jak nie zgwałcił to jaki to gwałt. Uciekła przecież. Za napaść mogą ukarać co najwyżej, bo dowodów nie ma. Ani śladów pobicia, ran, nasienia, krwi.

Łucja jak wiele kobiet żałuje, że zgłosiła się na policję. Sprawcy nie znaleziono. Nie wiadomo kto to był. A że krzywdy nie zrobił w sumie żadnej to nie ma szkodliwości czynu. Nic się nie stało.

A jednak się stało. Łucja nosi przy sobie od tej pory gaz łzawiący. Wraca inną drogą, nie przy klatkach. Czasem prosi, by koleżanka ją odprowadziła. Wstydzi się. Nie przyznała nikomu. Czuje się winna. Co zrobiła nie tak, że to ją chciał upolować? Przestała się malować. Chodzi tylko w spodniach. Gdy widzi idącego mężczyznę, zaczyna biec. Ucieka. Boi się. A przecież nic się nie stało.

G
W
A
Ł
Tosia

Studentka. Śliczna, przebojowa, wygadana. Na fejsie ma 358 znajomych. Wysportowana. Biega cztery razy w tygodniu. Ma duży krąg przyjaciół. Razem chodzą do kina, na pizzę i imprezy. Tańczą i piją do rana. Są piękni i młodzi. Szybka regeneracja i o 9 są już na uczelni.

Tego wieczoru opijają obronione licencjaty. Dostała 5. Jest przeszczęśliwa. Na fejsie 200 lajków, 153 komentarzy. Świat należy do niej.

Pije sporo. Tańczy. Rzuca się w oczy. Właśnie leci jej ulubiona piosenka. Pamięta początek „Shape of you”, potem nic. Dziura. Budzi się w akademiku. Zaspała na zajęcia. Ma chyba mocnego kaca, bo głowa pęka i wszystko boli. Spała w ubraniu. Współlokatorek nie ma. W łazience odkrywa krew na bieliźnie. Smużki na udach po wewnętrznej stronie. Pewnie okres. Po chwili uświadamia sobie, że to niemożliwe. Miesiączkę miała tydzień temu. Uczyła się do egzaminu i bardzo bolał ją brzuch. Dopiero jak weszła pod gorący prysznic to minęło.

Nic nie pamięta. To dziwne. Nigdy nie pije tak, żeby urwał jej się film. Krocze też boli. Szczypie.

Jeszcze się nie domyśla. Jeszcze wierzy, że nic się nie stało. Gdy za chwilę ją oświeci, siada przerażona na podłodze. I tak siedzi zastygła do powrotu dziewczyn. Dziewczyny pamiętają trochę. Wyszła z Krystianem, słaniała się na nogach. Mówił, że ją odprowadzi. To był ich znajomy. Kolega z roku.

Reagują błyskawicznie. Kinga studiuje prawo.  Jakieś pojęcie ma. A Kaśka miała zrobić wczoraj badanie moczu i zapomniała. Ma pojemniczek. Delikatnie wyparzoną łyżeczką zeskrobują wydzielinę z bielizny Tosi. Robią zdjęcia jej ud. Nie pozwalają się podmyć. Biorą ubera i jadą na policję. Razem z Tosią. Najpierw mówią za nią. Jak z karabinu. Z niej uszło całe życie. Potem Tosia przesłuchiwana jest sama. Czuje się bardzo niekomfortowo. Łańcuch pytań ją dusi. Może kusiła, namawiała? Była przecież po drinku. Była zalotna, frywolna, wysyłała sygnały?Jak była ubrana, pomalowana? Mini i mocny makijaż? No to działa na płeć przeciwną. Chyba była tego świadoma? Czy znała chłopaka, czy byli parą? Czy ma wielu przyjaciół? Jakie utrzymuje z nimi stosunki? Czy jest aktywna seksualnie? Zmęczony policjant po czterdziestce zadaje pytania bez jakichkolwiek emocji. Jakby pytał o godzinę. Czasem westchnie, coś mruczy pod nosem. Kolejna naiwna, co to życie ją zaskoczyło. Było siedzieć w domu, a nie z gołą dupą po dyskotekach latać.

Dziewczyny mają filmiki z imprezy i zdjęcia. Przekazują je policji. Przypadkiem się nagrało jak Krystian wyprowadza Tosię. Pojemniczek z wydzieliną z bielizny też zostaje na komisariacie. Dziewczyny żądają badania koleżanki. Szczególnie Kinga. Składają zeznania. Późnym wieczorem po chłopaka przychodzi policja. Po 48 godzinach wszystko się wydaje. Kristian najpierw zaprzecza, ale w obliczu wyników badań nie ma szans.

Tosi jest objęta pomocą psychologa. Poczucie winy bardzo powoli przepracowuje na terapii. Nawet jeśli się doskonale bawiła, miała dekolt i krótką spódniczkę nic nie usprawiedliwia zachowania Kristiana. Za podanie tabletki gwałtu i sam gwałt dostaje wyrok. Nie jest bezkarny. Dorosłe życie zacznie od kilkuletniej odsiadki. Tosia na szczęście nic nie pamięta. Mimo to kolorowo nie jest. Co złośliwsi shejtowali jej profil na fejsie, dlatego konto szybko zablokowała. Stara się chodzić z podniesioną głową. Nie czuć wstydu. Ale ciężar świadomości bycia zgwałconą na dyskotece przygniata. Gdyby dorwał ją w ciemnej ulicy jak wraca z biblioteki, może nie wylano by na nią tylu wiader pomyj. A że poszła na imprezę. Świetnie się bawiła i jest bardzo atrakcyjna, to na pewno sobie zasłużyła. Ona w ogóle taka pewna siebie, to jej życie nosa trochę utarło.

Tosia bierze dziekankę. Chce odpocząć od powietrza, które ją truje. Od fałszywych znajomych, którzy w oczy nie mają odwagi powiedzieć tego, co szepczą po kątach lub wypisują w necie. Od okolicy, która wszystko jej przypomina, choć tak naprawdę nic nie pamięta.

Psycholog tłumaczy jej, że nie zrobiła nic złego poza tym, że była zbyt ufna. Oprawca zabrał jej nie tylko ufność i wiarę w drugiego człowieka. Zabrał godność, dobrą opinię i pewność siebie. Zabrał kobiecość w pozytywnym tego słowa znaczeniu. Za tę kobiecość Tosia siebie nienawidzi. Nie lubi swoich piersi,  bioder i pupy.  Włosy zgoliła niemal do zera. Nie być już kobietą.

Nie maluje się już. Nie uprawia sportu. Chodzi niedbale ubrana. Mało je. Nie chce spotykać się z tymi przyjaciółmi, którzy wiernie przy niej zostali. Jedyne czego pragnie to zniknąć. Zniknąć dla świata, który i tak wydał na nią wyrok, nie wysłuchawszy co ma do powiedzenia.

 


Lifestyle

Portrety: Chuda – życie z Hashimoto

Poli Ann
Poli Ann
20 marca 2019
Fot. iStock / yulkapopkova

A ja jestem chuda! Napisz to, podkreśl na czerwono albo i wytłuść czcionką. – mówi. Faktycznie jest szczuplutka. Taką figurę ma się w liceum, a nie po trzydziestce i ciąży. Jednej co prawda, ale jednak.

I napisz, że taka po prostu jestem. Mówi szybko, głośno z uśmiechem. Trochę wariatka, ale pozytywna.

Ważę tyle od 15 roku życia. W ciąży przytyłam 7 kg. Wyniki książkowe, synek mały, ale zdrowy. 10 punktów w skali Apgar.

Inaczej poczułam się trzy lata temu. W listopadzie. Pamiętam, bo myślałam, że to od pogody albo ze stresu. Byłam mobbingowana przez szefa, który oczekiwał wyników kosztem poświęcenia rodziny i zdrowia. Byłam ciągle zmęczona, senna i poddenerwowana. Libido na minusie. I te lodowate dłonie. Nawet po gorącej kąpieli było mi zimno. Dookoła bliscy mówili, że to z tej chudości. Tłuszczu brak to nie ma co grzać, powtarzała moja pulchna mama doprowadzając mnie do szału. Czemu? Bo do jasnej Anielki znam moje ciało i wiem, że coś było nie halo, ale weź wyjaśnij to tym niechudym, którzy każdą Twoją dolegliwość przypisują niskiej wadze. No para idzie uszami. I nosem!

A jak zauważyłam po ubraniach, że przytyłam i wyraziłam to na forum to już było używanie. Pewnie w uszach albo opuszkach palców, znów śmiali się najbliżsi, ponownie irytując mnie nieziemsko. Bo jak głodny ma się z sytym dogadać? Ja czułam natomiast, że jestem w innym ciele i ono mnie nie słucha. Robi co chce, zmienia formę. Kilka kilo do przodu, potem zjazd. Bez żadnej przyczyny. Potrafiłam się rano nie mieścić w spodnie, które jeszcze poprzedniego dnia zakładałam bez problemu.

Podkreślam uprzejmie, że na wieczór nie zjadłam kilograma chipsów z miską lodów i słoikiem nutelli na deser. No szlag by to trafił. Menopauza? Za wcześnie. Ciąża? Wykluczona. Poszłam więc do lekarza, a ten mi wykład robi o cyklu menstruacyjnym, bo to na pewno od tego. I nie słucha, gdy mu tłumaczę, że ja w trakcie cyklu nie odczuwam żadnych zmian i, że wahania wagi mają miejsce kilka razy w miesiącu, w przeciwieństwie do miesiączki. Spojrzał na mnie pobłażliwie i pomyślał pewnie, że przyszła idiotka, i aferę o trzy kilogramy robi. Dla świętego spokoju dał skierowanie na tsh, a gdy ten wyszedł w normie na poważnie zaczęłam się zastanawiać, czy w jakąś paranoję nie popadam.

Zimno jednak było mi nadal, humor pod psem, obowiązki małżeńskie niewypełnione, włosy przerzedzone, a portki raz wiszą, raz ledwo na tyłek wciskam. Co jest, ja się pytam? W końcu trafiam do endokrynologa i z lekkim zawstydzeniem mówię mu, jak się czuję. I choć nadal jestem chuda to nie wyśmiewa mnie tylko poszerza diagnostykę o kolejne parametry. I jak byk, czarno na białym stoi, że mam przeciwciała antyTPO wystrzelone w kosmos, inne ft3 i ft4 też poza skalą.

Witamy na planecie Hashimoto!!!!

Tyle się o tym słyszy, co druga celebrytka to ma, aż mi się krzyczeć chce: „Mam i ja!”. Owszem nie mam nadwagi, drugiej ciąży nie planuję, ale usłyszeć, że się ma przewlekłe zapalenie tarczycy i, że bez leków się nie da, to uśmiech znika z twarzy.

Tak więc mam hashi. Jesteśmy razem od 3 lat, w bardzo bliskiej relacji. Nazywam tę chorobę czule, żeby się z nią zaprzyjaźnić. Wcinam tabletki co rano, humor nadal zmienny, bo być stabilnym z Hashimoto to jak oczekiwać, że nad polskim morzem zapanują tropikalne upały. Na stałe, podkreślam! Życie z Hashimoto to ciągły spacer na bardzo cienkiej linie, wahania wagi, problemy skórne, biegunki i zaparcia, uczucie zimna lub gorąca. Dwa miesiące stabilizacji, potem góry i doliny. Nudno nie jest. Gdzie tam!

Chuda jestem nadal. W porywach do szczupłej. Tyroksyna podkręca mi metabolizm, a potem nagle zwalnia. Uczę się swojego ciała i tańczę jak hashi mi zagra. Czasem to chocholi taniec.
Nauczyłam się mieć w nosie komentarze innych. Lubię moją wagę piórkową. Wyniki mam w porządku. A czy za dziesięć lat hashi nie podaruje mi w promocji kilkudziesięciu kilogramów, to tego nie wiem. Więc póki co jest nas dwie, chuda i hashi, i nie pozostaje mi nic innego jak żyć sobie w tym duecie, i próbować nie spaść z tej cienkiej liny na mój póki co chudy tyłek.