Lifestyle Psychologia Związek

Czy można być jednocześnie inteligentnym i szczęśliwym w związku?

Anna Frydrychewicz
Anna Frydrychewicz
21 sierpnia 2017
Fot. iStock/nautiluz56
 

Podskórnie to już trochę wiemy. Geniuszom w życiu jest w ogóle ciężko. Jeśli twój poziom inteligencji znacznie różni się od poziomu inteligencji twojego ukochanego, możesz mieć problem z odnalezieniem szczęścia w tym związku. A jeśli jesteś singlem, bywa, że długo wzbraniasz się przed miłością. 

Dlaczego inteligentnym rzadziej udają się związki?

1. Inteligentne osoby są bardziej niezależne

Faktem jest, że im jesteśmy inteligentniejsi, tym bardziej cenimy sobie niezależność jako cechę. Boimy się zaangażowania, bo mogłoby ono ukrócić nasz niezależny styl życia. Oczywiście to nieprawda. Poważne, dobre relacje nigdy nie uszkodzą Twojej niezależności. Jeśli twój partner naprawdę cię kocha i szanuje, nigdy nie próbuje kontrolować swojego życia. Miłość nie jest więzieniem.

2. Inteligentni ludzie są bardziej podejrzliwi

Kiedy zbyt często analizujesz, istnieje możliwość, że zaczniesz myśleć o „złych rzeczach”. Odczuwasz niepokój. Jesteś ostrożny, gdy wybierasz partnera, a nawet przyjaciela i dlatego przez długi czas jesteś samotny. Oczywiście, zbytnia naiwność też nie jest wskazana w relacjach z innymi, ale ciągła podejrzliwość może je bardzo skomplikować.

3. Inteligentni ludzie koncentrują się bardziej na swojej karierze

Inteligentne osoby chcą odnieść sukces w życiu, zależy im również na rozwoju osobistym. Czasem jednak poświęcają tym sprawom zbyt wiele czasu. Zazwyczaj właśnie dlatego „ustatkowują się” dość późno.

4. Inteligentni ludzie są często perfekcjonistami 

Wcześniej wspomniana skłonność do ciągłego analizowania często łączy się z perfekcjonizmem. Perfekcjoniści chcą, aby ich życie i – w rzeczywistości ich relacje – były całkowicie bez skazy. To, jak wiadomo jest niemożliwe, więc błędne koło zamyka się bezlitośnie.

I wszystko byłoby jasne, gdyby nie to, że jak napisała Jane Austen, że w miłości wszyscy jesteśmy głupcami…


Na podstawie: psychologytoday.com

 


Lifestyle Psychologia Związek

To ku*ewsko ciężka robota, to bycie razem, bo sama miłość nie wystarczy

Ewa Raczyńska
Ewa Raczyńska
21 sierpnia 2017
Fot. iStock/AleksandarNakic
 

Piękna pogoda, taras nad samym jeziorem. I oni tacy zakochani, tak w siebie wpatrzeni. Ona w długiej białej sukni, on elegancki w garniturze. Mówili sobie, że to prawdziwe szczęście, że się spotkali. Deklarowali, że teraz, po ślubie będzie jeszcze szczęśliwiej. Obiecywali sobie, że zawsze będą dla siebie wsparciem, że będą dla siebie najważniejsi, że ich miłość nigdy nie wygaśnie.

Przysługiwałam się temu stojąc z boku i myśląc, jak będzie wyglądać ich życie za trzy, za pięć, za dziesięć lat? Jak będą na siebie warczeć, wychodzić z domu i trzaskać drzwiami, jak daleko będzie im do tego szczególnego i wyjątkowego dla nich dnia. Jak bardzo teraz wierzą, że ta miłość wszystko przezwycięży. A przecież sama miłość nie wystarczy i to nie jest cynizm. To kwestia własnego doświadczenia, rozmów, obserwacji tych związków, które przetrwały lata i tych, które po latach się rozpadły, a przecież kiedyś też tak sobie przysięgali. Też chcieli wierzyć, że razem i na zawsze i najpiękniej.

Ślub to takie ucieleśnienie mitu o idealnej miłości, mitu, który prędzej czy później sięgnie bruku – i to też nie jest cynizm, tak się po prostu dzieje. I każdy, kto wytrwał w wieloletnim związku, to przyzna.

Stojąc tam, podczas ślubu, obserwując ich wzruszenie, myślałam o tym, że szkoda, że nie wiedzą dzisiaj tego wszystkiego, co ja wiem, co wiedzą inne żony i stojący koło nich mężowie. Myślałam, jak cyniczna mimo wszystko jestem myśląc: „poczekajcie kilka lat, nic nie będzie takie jak dziś”.

Gdyby ta stojąca przed ślubną przysięgą miłość wiedziała to, co wie ta, która o ślubie prawie nie pamięta? Może ustrzeglibyśmy się wielu błędów, może łatwiej byłoby nam rozwiązywać konflikty, może w końcu dojrzalej wchodzilibyśmy w kolejne odsłony aktów małżeństwa, rozumiejąc, że wiele rzeczy jest zwyczajnie naturalnych i każdy przez to przechodzi…

Gdybym dzisiaj to ja brała ślub, chciałabym, żeby ktoś mi głośno powiedział, że:

Miłość w małżeństwie nie wystarczy

Ona łączy nas na początku, ale choćbyśmy nie wiem, jak się zarzekali – sama nie wystarczy. Bo nagle okazuje się, że oczekujemy czegoś więcej – bezpieczeństwa, spokoju, wsparcia, wspólnych pasji, tego, żeby on umiał przykręcić kontakt, a ona patrzyła na niego z pożądaniem. Wchodzimy w związek pełni nadziei, że znaleźliśmy kogoś, kogo kochamy, kto kocha nas i że to wystarczy, nic więcej nie będzie nam potrzeba. A to nieprawda. Będziemy potrzebować o wiele więcej niż tylko miłości, związek składa się z kompromisów, z oczekiwań, z potrzeb każdego z nas. Na to powinniśmy być otwarci zawsze i uważni na wszystkie braki, które się pojawią, by je komunikować, by o nich rozmawiać, by je wywrzeszczeć w kolejnej kłótni, kiedy on mówi, że nie wie o co ci chodzi, a ty masz serdecznie dość upominania się choćby o odrobinę czułości!

Pewnego dnia pomyślę, że już nie chcę z nim być

On też tak pomyśli. Może nie tego samego dnia, może innego. Ale taki dzień (przynajmniej jeden) nadejdzie. Taki dzień, kiedy chce się wyjść, trzasnąć drzwiami i już nigdy nie wracać. Spakować walizkę i uciec na koniec świata, byle dalej od niego, czy od niej. Tego nikt nam nie mówi, kiedy on klęczy, a my mówimy „tak”. Wiemy, że będą kłótnie, w końcu kłóciliśmy się bez ślubu, a jednak. Wiele się zmienia. We wspólnym życiu pojawiają się dzieci, praca, która bywa ważniejsza niż my, przyjaciele, stres, frustracja. Wspólne życie na full time nie jest sielanką, a już na pewno nie przez cały czas. Bo miewamy siebie dosyć, bo marzymy, by wyjechać gdzieś samemu, odciąć się do szarej rzeczywistości, która przytłacza i nawet miłość nie jest w stanie jej podkoloryzować.

Przez chwilę będę pewna, że bez niego byłabym szczęśliwsza

On stanie się winny wszystkich zmarnowanych szans, braku rozwoju, podjęcia takiej, a nie innej decyzji. Bo ktoś winny musi być. I nim nie zrozumie się, że to my sami jesteśmy odpowiedzialni za to, jakąś ścieżkę wybieramy, to tkwi w nas głębokie przekonanie, że gdyby nie ten związek, nie ten mężczyzna, czy ta kobieta, to bylibyśmy w zupełnie innym miejscu w naszym życiu. Że bylibyśmy szczęśliwi, bo jesteśmy przekonani, że to związek nas ogranicza, że zamknięci jesteśmy w klatce. Tylko tylko, że ta klatka jest sumą naszych własnych strachów, przekonań, uprzedzeń i braku wiary w siebie, a nie winą tej drugiej osoby.

Usłyszę jedne z najgorszych rzeczy o sobie

Obok „kocham” pojawi się, że na niego nigdy nie można liczyć, że jest wiecznym dzieciakiem, egoistą. A ona dowie się, że mendzi, jęczy, że jest nudna z tymi swoimi ciągłymi pretensjami, że się zmieniła (na gorsze), że można szału dostać z tą jej wieczną potrzebą kontroli. To nie jest łatwe, gdy rani cię ktoś, kogo kochasz, gdy mówi ci rzeczy, których ty nawet o sobie nie pomyślisz. I można się obrażać, ale można też coś z tym zrobić. Posłuchać i spojrzeć trochę krytyczniej na siebie, bez porównywania, po czyjej stronie wina jest większa, czy kto od kogo jest lepszy. Związek to nie rywalizacja, lepiej szybko zdać sobie z tego sprawę.

Związek się zmienia, ewoluuje

Przyjmujemy to, co nam dane i koniec. Przecież nic się nie powinno się zmienić, nikt nam tego nie mówił. Związek to związek. Nad czym tu się zastanawiać, zwłaszcza gdy już kilka lat jesteśmy po ślubie. To nieprawda! To nieprawda, że zawsze będzie tak samo. Będzie różnie, inaczej. Bo my się zmieniamy, bo dojrzewamy, bo zmieniają się nasze priorytety, potrzeby. Musimy podążać za tym, za drugim człowiekiem, który też się zmienia. Musimy słuchać, być uważnymi, zmieniać się, iść na kompromisy, walczyć o to, co dla nas ważne. Jasne, że można usiąść na kanapie i gapić się wspólnie w telewizor. Ale czy o takim życiu razem myśleliście w dniu ślubu?

Choćbyśmy nie wiem, jak się zarzekali, pokusa zdrady zawsze się pojawi

Niektórzy uważają to za naturalne… Każdy z nas kilka lub kilkanaście lat temu się zastrzegał, że tylko ten jeden, ta jedyna. Że już żadna kobieta czy facet nie zawrócą nam w głowie, tak jak ten, kogo bierzemy za żonę czy męża. Po latach wiemy, że to, za przeproszeniem – gówno prawda. Zawsze pojawi się ktoś. Ktoś, kto dosadnie pokaże nam braki w naszym związku, kto da nam to, czego w małżeństwie nie doświadczamy. Nie mówię, że każdy zdradza – każdy staje przed taką pokusą. Warto się nad tym pochylić, zobaczyć, skąd się bierze, co dla nas oznacza, a nie chować głowy w piasek i udawać, że nic się nie dzieje. Bo jednak się dzieje.

Seks jest niezwykle istotny

Choć przyjdzie czas, kiedy będzie się nam wydawało inaczej, bo już nie będzie tak atrakcyjnie, namiętnie, zaskakująco. Seks, tak jak wszystko w związku, się zmienia i wymaga pracy, wysiłku, by był, by się wam chciało, byście byli otwarci na siebie, na swoje propozycje, na zabawę. Nikt nas tego nie uczy. Na początku seks jest nieodzowną podstawą związku, a później zostaje zepchnięty gdzieś na daleki koniec, bo dzieci, bo zmęczenie, bo fajny film, bo moje ciało nie jest już tak atrakcyjne. Uważajcie, żebyście z seksu nie zrezygnowali, by dojrzewał razem z wami i był coraz lepszy. Tak samo jak wy.

To ku*ewsko ciężka robota, to bycie razem

Kiedy za kilka, a nawet kilkanaście lat ktoś wam powie: „Ale fajna z was para”, tylko wy będziecie wiedzieć, jak wielką robotę wykonaliście, by być w takim punkcie, by widać było, że się lubicie, że lubicie spędzać ze sobą czas, że pomimo wzlotów i upadków nadal jesteście razem. Że dziś dla was już nic nie jest czarno-białe, że niczego nie możecie być pewnie, bo wystarczy małe zawahanie, nuta niepewności, żeby to, co tak ciężko budowaliście, zaczęło się rozsypywać. Nigdy nie będziecie tak bardzo pewni swojej miłości, jak w dniu ślubu. Ale to jest wartość – ta wiedza. Bo nic nie zobowiązuje tak bardzo jak świadomość, świadomość, że do pełni szczęścia w związku potrzeba pracy, potrzeba setek kłótni, awantur, krzyków, otwartości na zmiany i uważności na siebie i tę drugą osobę.

Każdy kto naprawdę kocha przechodzi przez tę drogę, by na jej końcu, kiedy obrączki się zgubią, pękną albo grawer się zetrze powiedzieć: „Cholera, to był fajny związek, byliśmy świetną parą, szczęśliwą”. A jeśli kiedykolwiek ktokolwiek zwątpi w miłość, powinien sobie przypomnieć ten dzień, dzień ślubu i wszystko to, w co się wtedy wierzyło i jak się kochało!

P.S. Błażej i Ilona – jeszcze raz wszystkiego pięknego!


Lifestyle Psychologia Związek

Nie mówcie mi, że życie się kończy po 40-tce! Wreszcie możemy żyć, jak chcemy

Małgorzata Ohme
Małgorzata Ohme
21 sierpnia 2017
Fot. iStock/gpointstudio

Ciekawe, im bliżej jestem czterdziestki, tym częściej słyszę, że kobieta powinna to, tamto siamto przed czterdziestką, bo potem już będzie za późno. Oczywiście, ci bardziej dyplomatyczni, zaznaczają, że nie chodzi konkretnie o tę datę, nie, że 16 maja będzie apokalipsa. Ale to jakby przełomowy moment w życiu kobiety, a później tylko starzenie, apatia, a na Florydzie to można chwilę dłużej zachować młodość, bo słońce świeci i ludzie są uśmiechnięci, ale tu w Polsce to w sumie lepiej wyjechać, założyć agroturystykę i sobie już głowy niczym nie zawracać. Szczególnie dotyczy to kobiet, bo…wiadomo.

Zawsze mnie to dziwi. Nie na smutno, ale na śmiesznie. Uwiera jak sztywna metka w nowym ubraniu, bo to myślenie tak prostackie, w przypadku mężczyzn – szowinistyczne, i także generalnie chamskie. Ale trudno mi to zlekceważyć i przejść obojętnie, bo co rusz taki komunikat słyszę.

Moja przyjaciółka, lat 36, samodzielna, mądra, szalona M.. Wraca ze spotkania z facetem i opowiada, że usłyszała, że ma kilka lat, by się ogarnąć, zacząć uprawiać sport (to akurat wspieram), przestać palić, pić, zacząć jeść zdrowo (wszystko w porządku), bo… będzie starą laską. Starą laską lub starą lampucerą, jak określał mój były kobiety dojrzałe, ale bez umiaru w makijażu i zabiegach medycyny estetycznej. – Nie musisz się jeszcze strzykać- mawiał – powiem ci kiedy. Nie powiedział, bo już go nie ma. Ale wyraźnie sugerował, że jeszcze kilka lat spokoju mam.

Taka randka moja kiedyś. Facet, starszy sporo, biznesmen wysokiego szczebla. – Jeśli niewiele zgromadziłaś do 40-tki – zaczyna – to już nie masz szans na jakąś serio karierę. Zazwyczaj ludzie mają w tym wieku apogeum wzrostu swojej efektywności. Pomijając słowa, które już wzbudzają moją odrazę „apogeum”, „kariera, „wzrosty” plus „efektywność” (moje ulubione!), odebrałam to jako przytyk. – Ależ to nie do ciebie – uspokajał – mówię to jako ogólny trend (trend też fajne słowo), ty już masz karierę. Hehe. Wcale nie czułam wtedy, żebym jakąś karierę miała, a moje konta wołały o pomoc. Miałam jednak jeszcze te cztery lata, by złapać swój tramwaj do sukcesu.

Biegamy z przyjaciółką i ona mi opowiada o pewnym facecie, który ją męczy, niby kocha, normalka. I on jej tłumaczy: – Wiesz kochana, ty musisz się wyrobić z życiem do 40-tki, bo potem będzie ci trudno (taka nuteczka troski w głosie się pojawia). Tobie się tylko wydaje, że czas jest z gumy. Wy, kobiety macie znacznie bardziej na bakier z mijającym czasem. To niemal cytat. Plus interpretacja, iż chodzi o to, że się starzejemy, że „rynek” pęka w szwach od kobiet młodszych i szukających, że potem nie jest łatwo się z kimś związać, a co dopiero (dla chętnych) mieć dziecko. To już pies pogrzebany. Cyk cyk cyk. Ten biologiczny zegar jak cykanie koników polnych.

A więc drodzy Panowie (i Panie), zanim z waszych ust wypłyną kolejne złote myśli, uporządkujmy:

  1. Nic nam się kobietom nie kończy po 40-tce, mamy nawet menstruację nadal. Wiele natomiast pojawia się nowego. Możemy: balangować, podróżować, wspinać po szczeblach (niech już będzie) kariery, pić wino wieczorem, oglądać zachody słońca (można zarwać nockę, bo bachorki śpią smacznie nawet do 9-tej). Można wyjść sobie do kina bez zamawiania niani (dzieci zostają same w domu). Można nie mieć dzieci i się tym za bardzo nie przejmować (jest jeszcze czas!). Można też nie chcieć mieć dzieci. Można jechać na wakacje samemu albo w bardzo długą podróż. Można przez chwilę nie pracować i nie myśleć, że ktoś coś nam sprzed nosa sprząta. Można już nie asystować komuś (prezesowi, mężowi, matce), być autonomicznym w związku, mieć samodzielne stanowisko, umieć powiedzieć matce i teściowej „nie”. Ma się czas na nowe pasje, np. warsztaty zielarstwa, choćby z tego powodu, że zapach ziół nas uspokaja. A tak w ogóle można być dużo bardziej spokojnym, bo czas, choć już wiemy że nie jest z gumy, nie musi tak zapier….
  2. Możemy nadal mieć dzieci (tak tak wiemy, że ryzyko jest większe, ale ryzyko nie oznacza niemożności!). Możemy mieć nie tylko jedno, ale nawet kilkoro. Możemy zacząć nowy związek i z miłości do swojego mężczyzny i z miłości do życia chcieć mieć wspólne dziecko. Mamy siłę je wychować i wyposażyć na życie. Mamy dla niego CZAS (ten sam, co nie jest z gumy) i UWAGĘ. I mniej nam się spieszy, bo rozumiemy już, że nie ma nic trwalszego, nic lepszego, nic piękniejszego niż malutki człowiek.
  3. Możemy chodzić na randki jak gówniary, być na Tinderze albo innym czymś, możemy flirtować, zakładać kolorowe sukienki, trampki, śmiać się głośno i bawić. A jak ktoś nie lubi kobiet dojrzałych, po prostu nie musi się umawiać. Jego sprawa, a już na pewno nie nasza. A że mniej chętnych (wcale tego nie czuję!), to w sumie lepiej. Stawiamy na jakość.
  4. Możemy w ogóle nie chcieć mieć związku na całe życie, dlatego czas tu nie gra roli. Rozumiemy, że miłość nie musi być na zawsze. Doceniamy momenty, spotkania, rozmowy. A starzenie się nie straszy. Jest daleko na horyzoncie jak zachodzące słońce, i wiemy, że nas czeka podobnie jak każdego człowieka, ale rozumiemy też że to przywilej, bo życie jest nieprzewidywalne, umierają wokół nas młodzi ludzie, nie rozumiemy dlaczego, ale tak jest.
  5. Możemy wreszcie żyć jak chcemy. Nawet nie wiecie jaka to ulga mieć (lub prawie) mieć 40 lat! To jest ta świadomość cudowna, że jesteś dla siebie najważniejsza i że nic nie musisz (w uproszczeniu). Jak to napisała mi wczoraj moja cudowna przyjaciółka (blisko 40-tki) „muszę wreszcie oddać sobie to, co mi zabrano w życiu”. To jest czas dla nas, dla asertywności, dla pychy i bezczelności nawet. Tego, że mam odwagę powiedzieć ściemniaczowi „Stary, nie marnuj mojego czasu” i nie dlatego, jak sugerujecie, że mi się gdzieś spieszy, ale po prostu moje życie jest cenne.
  6. Moja obecność w życiu jest cenna. Tu stawiam kropkę.

A teraz sorry muszę lecieć zjeść prawdziwe belgijskie frytki, aby mi dupa urosła i nie musicie mnie uświadamiać, że około 40-tki metabolizm się znacznie spowalnia, wiem to! 🙂


Zobacz także

A gdyby tak przez tydzień mówić, co naprawdę myślę i czuję? Obowiązkowe tematy (nie)wypowiedziane…

Finał akcji Mocne Strony Kobiety 2019

Gratulujesz mi odwagi? Błąd. Od dziś już nigdy nie będę sama. Moja samotność się skończyła

Gratulujesz mi odwagi? Błąd. Od dziś już nigdy nie będę sama. Moja samotność się skończyła