Lifestyle

Mężczyźni naszych matek…

Rycząca Trzydziestka
Rycząca Trzydziestka
9 czerwca 2016
Fot. iStock / Geber86
 

W szkole miałam takiego kolegę: miły, inteligentny wysoki, kulturalny i przystojny. Ideał. Zdaniem naszych mam, oczywiście, bo my – dziewczyny – uważałyśmy go wówczas za straszliwego nudziarza. Lubiłyśmy go co prawda, ale żeby się z nim umówić do kina, czy na spacer?! Tylko na zasadach koleżeńskich, żadnych tam maślanych oczu i broń Boże żeby przyniósł którejś kwiatki!

W klasie panowała wówczas moda na wzdychanie do drobnego, eterycznego blondynka W., (dziś zachodzę w głowie na czym polegał ten fenomen, zwłaszcza odkąd na jakimś portalu społecznościowym zobaczyłam go jako łysego pulpeta z tym samym antypatycznym i postmodernistycznym wyrazem twarzy), który od czasu do czasu jedynie zaszczycał którąś z nas odrobiną zainteresowania. Trudno mi powiedzieć, czy to ten jego przerośnięty trzeci migdał i wiecznie lekko uchylone usta tak działały na nasze młodzieńcze, dziewczęce serca, czy raczej owa legendarna już niedostępność.

I ja również podkochiwałam się w nim jako nastolatka, a kiedy przypadkiem padało z moich ust  kilka słów niekłamanego podziwu dla jego romantycznie posępnej i dekadenckiej osobowości (dziś nazwałabym go zblazowanym małolatem), moja mama kwitowała to zawsze jednakowo: „Matko Boska, czy wyście wszystkie powariowały?! To przecież beznadziejny typ. Ja to lubię tego twojego kolegę z klasy, co gra na fortepianie. A wiesz, że dzwonił wczoraj do ciebie?…”. Wołałam wówczas nie wiedzieć. W szkole okazywało się, że pozostałe koleżanki miewały ze swoimi mamami podobnie.

Uwielbienie naszych mam dla owego muzykującego kolegi umiałyśmy umiejętnie wykorzystać… Umawiając się na spacer po lekcjach z W. lub – nie daj Boże – jakimś znajomym licealistą na widok którego szybciej biło nam serce, wystarczyło skłamać bezwstydnie rodzicom, że umówiłyśmy się właśnie z pianistą z klasy. Mamy nie miały obiekcji – przy pianiście, kulturalnym, wysokim i łagodnym, byłyśmy bezpieczne i „zaopiekowane”. Mamy jemu UFAŁY.  W rekordowy letni wieczór, dwie z nas były zatem z nim w kinie, dwie w parku, a trzy w Filharmonii Narodowej. W tym samym czasie, oczywiście.

Szperając ostatnio w pudełku ze zdjęciami mojej mamy, zobaczyłam fotografię przedstawiającą ją jako roześmianą i bardzo młodą dziewczynę w kostiumie kąpielowym na jakiejś nadbałtyckiej plaży. Oprócz mamy, na zdjęciu było jeszcze kilkoro innych młodych ludzi. – To Baśka, wyjechała do Niemiec tuż przed Stanem Wojennym. A to Lidka, muszę się do niej odezwać, też jest już babcią! – objaśniła mi mama. – A to? – spytałam wskazując na chłopaka, który nie pasował mi do reszty tego towarzystwa. Był bardzo wysoki i umięśniony, miał gęste, ciemne włosy i bardzo gęstą brodę. Patrzył w obiektyw aparatu bardzo pochmurnym, ale przyznam intrygującym spojrzeniem. No i na pewno nie był moim ojcem, choć na fotografii obejmował moją mamę w pół…

–  E…–  rozmarzyła się moja mama. – To Zbyszek. Wszystkie się w nim kochałyśmy. Był bardzo przystojny, kawał mężczyzny, popatrz tylko.

– Chodziłaś z nim? – spytałam szybko, próbując wyobrazić sobie moją mamę z jakimś innym facetem niż mój tata. Zrobiło mi się dziwnie niewyraźnie. I ten Zbyszek jakiś taki, obrażony, „nadmuchany”. Dziwny. – No, tak jakby – mama zrobiła dokładnie taką samą minę, jak moja córka przyłapana na wyjadaniu ponad przydziałowej ilości żelków. – Wiesz, on był taki niedostępny. W sumie każdej dawał nadzieję, ale o żadnej nie powiedział nigdy „moja dziewczyna”. Ale przystojny, co?

Przyjrzałam się bliżej Zbyszkowi. Jego amatorska uroda nie przekonywała mnie zupełnie. Może jakby go ogolić, ostrzyc jakoś? – Czy ja wiem – powiedziałam więc ostrożnie, nie chcąc zranić matczynych uczuć. Z opresji wyrwała mnie moja córka, siadając między nami i oświadczając: „Kostek się we mnie kocha.”.

– Kostek? – uśmiechnęłam się mimowolnie na wspomnienie miłego i kulturalnego dziewięciolatka o długich rzęsach i spokojnym usposobieniu. – Oj, mamo, ale on mi chce plecak ciągle nosić… I lekcje razem odrabiać… – To źle? – spytałam zdziwiona, zastanawiając się jakie też wymagania dotyczące rycerskich zachowań mogą mieć dzisiejsze trzecioklasistki. – No, ja wolę sama. A, wiesz, Piotrek powiedział, że może zaprosi mnie albo Kasię na mecz, żebyśmy mogły oglądać jak strzela gole i trzymać mu wodę… Poprawiałam mu dzisiaj zadanie w zeszycie.  To lecę pouczyć się wiersza – powiedziała moja córka i zniknęła w swoim pokoju. Spojrzałyśmy na siebie z moją mamą, a potem w milczeniu poskładałyśmy stare fotografie do tekturowego pudełka w gwiazdki. Niedostępność jak widać, nadal jest w cenie.

P.S. Wczoraj mój wysoki i „nudny” kolega z klasy pojawił się w moim życiu ponownie. A raczej pojawił się na ekranie komputera, wysyłając mi zaproszenie na popularnym portalu społecznościowym. I powiem wam jedno: czasem warto posłuchać mamy. 😉


Lifestyle

Żyj i pozwól żyć innym. Nie podcinajmy skrzydeł tym, których kochamy

Rycząca Trzydziestka
Rycząca Trzydziestka
12 czerwca 2016
Fot. iStock / Chepko
 

Był raz sobie człowiek, który lubił mówić innym jak mają żyć. Uważał, że wie to lepiej, bo odniósł wielki sukces. Bogaty i wpływowy, kontrolował swoich najbliższych –  żonę, córkę i syna –  tak jak pracowników swojej wielkiej firmy. Przeżył tak kilkadziesiąt lat, zarządzając swoją rodziną bez szacunku dla emocji, marzeń i planów swoich dzieci i ich matki. Nieraz nie cofnął się przed okrucieństwem, powtarzając, że to wszystko dla ich dobra. Przekonany, że jedynie on wie, co dla nich najlepsze nie zauważył nawet, kiedy żona oddaliła się od niego na tyle, by zacząć prowadzić oddzielne życie. Niedługo po tym jak dowiedział się, że jego syn zrezygnował z opłaconego przez niego, prestiżowego kierunku studiów, a córka kupiła bilet na samolot by spróbować swych sił w obcym kraju, zachorował. Długo leżał w szpitalu, pielęgnowany przez najwspanialszych lekarzy i przyjmując najdroższe leki, ale choroba postępowała bezlitośnie, nie pozostawiając złudzeń: umierał.

Kiedy odchodził, dzieci i była żona zjawiły się przy nim, a na ich twarzach nie było gniewu, tylko żal, że on cierpi. Na ten widok wielka, przezroczysta łza stoczyła się po jego pomarszczonym policzku, a drżący głos przemówił tak:

Jesteście tu dzisiaj litując się nad moim losem, choć ja często nie miałem litości dla was. Przepraszam. Ciebie Żono za to, że nie dotrzymałem słowa. Obiecywałem ci miłość i opiekę, ale nie dałem ci tyle siebie, ile powinienem. Bywałem okrutny, źle pojmowałem moją rolę. Nie stawiałem cię na równi ze mną i nie doceniałem twojej wyrozumiałości i dobroci. Przeżyłaś ze mną trzydzieści kilka lat, choć nie byłaś szczęśliwa. Jesteś kimś wielkodusznym jeżeli teraz trzymasz mnie bez obrzydzenia za rękę.

Ciebie Córeczko przepraszam za to, że próbowałem zniszczyć twoje marzenia. Dziś jestem dumny z tego, że jesteś taką silną kobietą, ale wiem, że to nie moja zasługa. Wybacz mi, że nie akceptowałem twoich wyborów, nie szanowałem bliskich ci osób. Wybacz, że nigdy nie byłem ojcem, jakiego pragnęłaś mieć. Jeśli jesteś dzisiaj tu przy mnie, to dowód, jak wielkie masz serce.

Synu, przepraszam Cię za to, że próbowałem zmienić cię w kogoś podobnego do mnie. Jesteś kimś o wiele lepszym. Jestem dumny z tego, że idziesz własną drogą. Wszystko co masz, zawdzięczasz sobie, swojej ciężkiej pracy, nie ma w tym żadnej mojej zasługi. Jeśli jesteś dzisiaj tutaj, to dowód wielkiej siły twego charakteru.

Wybaczcie mi.

Żona pogłaskała go po bladej, schorowanej twarzy i powiedziała łagodnie: Pokochałam chłopaka o szczerym sercu i dobrej duszy. Czas zmienił cię w twardego gracza, a nasze drogi rozeszły się. Popełniłeś błędy, za które teraz dziś nie mam do ciebie żalu. Dziękuję ci za to, że kiedyś mieliśmy wspólne marzenia. Dziękuję ci za nasze cudowne dzieci.

Córka wzięła ojca za rękę i przemówiła tak: Tato, były momenty, w których nienawidziłam ciebie i twoich decyzji. W myślach nazywałam cię potworem. Ale nigdy nie przestawałam cię kochać, choć długo nie umiałam znaleźć w sobie wybaczenia. Dziś pogodziłam w sobie naszą przeszłość, żyję z czystą kartą: jestem spokojna i mam przy swoim boku kogoś, z kim chcę zbudować szczęśliwą rodzinę.

Syn spojrzał głęboko w oczy swojego ojca i powiedział: Tato, choć nigdy się nie rozumieliśmy, długo starałem się być najlepszym synem, takim jakiego mnie sobie wymyśliłeś. Gdy zrozumiałem, że nie muszę stale zabiegać o twoją miłość i akceptację, że jestem „kimś” i bez twojego przyzwolenia, stałem się mężczyzną. Dziś patrzę na ciebie i twoją chorobę i myślę tylko o tym, że tracę ojca, którego dane mi było na chwilę odzyskać. Wybaczyłem ci już dawno.

Śmierć nadeszła niedługo potem i zostawiła po sobie żal, że ta rozmowa wydarzyła się tak późno.

Nie mówcie, że to zbyt naiwne, nie osądzajcie tego człowieka źle. To oczywiste, że śmierć i choroba zmieniają perspektywę. Ale skoro najbliżsi mu wybaczyli, to znaczy, że na to zasłużył. Żyjmy tak, by być szczęśliwymi i nie krzywdzić innych. Nie podcinajmy skrzydeł tym, których kochamy, pozostawiajmy im wolność. Miejmy przebaczenie w sercu dla tych, którzy go pragną. Szkoda czasu na nienawiść.


Lifestyle

Świat zwariował: jeśli „nie zrobisz oka” nie wyjdziesz z domu

Rycząca Trzydziestka
Rycząca Trzydziestka
8 czerwca 2016
Fot. Screen z Instagram / Alicia Keys

Pod warzywniakiem na rogu spotkałam dziś moją sąsiadkę. Poznałam ją w zasadzie tylko po psie, który sterczał dość smętnie na samym końcu bardzo długiej smyczy. Sama sąsiadka była powiem nie do poznania: na głowie kaptur, czoło zasłonięte wielką grzywą, a na nosie wielkie ciemne okulary, choć słońca ani widu. Prawie po omacku wybierała pomidory malinowe i dwa banany.  

– Zapalenie spojówek? – pytam życzliwie i współczująco zarazem. – Nie – odpowiada mi wściekły głos. – Nie umalowałam się… Prosta i jednak dość oczywista odpowiedz zbija mnie z nóg. Zaraz, zaraz… Gorączkowo, ale najdyskretniej jak się da wkładam sobie palec w oko. Czy ja maznęłam rano tuszem rzęsy? Aj, nie! Wchodzę szybko do pachnącej koperkiem i bobem budki, żeby zapłacić za trzy ogórki gruntowe i mimochodem przeglądam się w szybie chłodziarki. Moja twarz na tle jogurtów owocowych i innych produktów mlecznych nie wygląda jakoś specjalnie tragicznie… Skąd więc ta nagła panika?

Wracam do domu i wchodzę do łazienki, staję przed lustrem. Dobrze znam ten widok, patrzę na siebie, nieumalowaną, „naturalną”. Moje odbicie, ten obraz różni się znacznie od zdjęć gwiazd i celebrytek publikujących swoje zdjęcia na portalach społecznościowych i przekonujących, że występują na nich zupełnie „saute”. Nawet jeśli rzeczywiście nie kapie z nich podkład i tusz do rzęs, to ich pozy, miny tylko naśladują naturalność i luz. W rzeczywistości to kolejny „fake”.  Ale kilka dni temu wpadł mi w oko artykuł dotyczący piosenkarki Alicii Keys. Alicia zapoczątkowała właśnie  ruch #NoMakeUp, który namawia kobiety do bycia naturalnymi. W założeniu sprzeciwia się narzucanym nam trendom, dążeniu do coraz bardziej wyśrubowanych ideałów.

Patrzyłam sobie na zdjęcia Alicii: przedstawiały normalną, sympatyczną, piegowatą dziewczynę. Myślałam sobie wtedy, że ta normalna, fajna dziewczyna stała się mi jeszcze bliższa niż wtedy, kiedy słucham jej emocjonalnych piosenek. W otwartym liście piosenkarka napisała: „Mamy prawo do powiedzenia NIE”. W natłoku codziennych spraw, kobiety, które łączą na raz wiele życiowych ról – realizują się zawodowo, wychowują dzieci, są przykładnymi żonami, mają prawo do przystopowania jeśli tego potrzebują. Mają prawo zatrzymać się na chwilę i przestać uszczęśliwiać wszystkich dookoła i zastanowić się czy tak na prawdę same są szczęśliwe.”

Jak tu jej nie kochać, jak się z nią nie zgodzić? Jak dalece zwariował świat, skoro moja, bardzo piękna i młoda sąsiadka, chowa się przed nim za kapturem i wielkimi okularami, wychodząc po dwa pomidory malinowe? Pal licho sąsiadkę! Moja reakcja też nie była lepsza. Spanikowałam. Co właściwie zmieniłoby się, gdybym tego dnia umalowała rzęsy? Za ogórki zapłacić i tak trzeba…  

Nie taki przykład chciałabym dać mojej córce, która w swoim pamiętniku ciągle jeszcze rysuje nieskazitelnie piękne i uśmiechnięte królewny z niesamowicie długimi rzęsami. Chciałabym jej powiedzieć kiedy trochę podrośnie, że naturalny wygląd jest naprawdę fajny, bo:

Świadczy o tym, że akceptujesz siebie taką, jaką jesteś

Z wystającymi (lub nie) kośćmi policzkowymi, z tymi fajnymi piegami na nosie i nawet „poduszeczkami” pod oczami. Z naturalnym, jasnym kolorem rzęs, gęstych, ale nie tak długich jak u pani w reklamie tuszu, „którego jesteś warta”. Masz do siebie dystans, nie czujesz presji idealnego wyglądu.

To prawdziwa Ty

Taka jaką widzisz się ty sama co rano i wieczorem, kiedy idziesz spać. Ta autentyczność to w dzisiejszym świecie, pełnym sztucznych uśmiechów, sztucznych piersi i nienaturalnych kształtów prawdziwa perełka.

Uczy cię pewności siebie wynikającej z tego, jaka jesteś, a nie jak wyglądasz

Dla ciebie naprawdę liczy się wnętrze i łatwiej ci także docenić to wnętrze u innych. To coś, co jest twoją siłą napędową, co pomoże ci zmagać się ze swoimi słabościami i być dumną ze swoich sukcesów i zalet.

Makijaż to fajna rzecz: możesz go zrobić, albo nie i naprawdę niewiele się zmieni. Wybór należy do ciebie.