Lifestyle

Matka dorosłych córek, co zrobiłam nie tak jak trzeba…

Poli Ann
Poli Ann
16 kwietnia 2021
Matka dorosłych córek
Fot. iStock
 

Magdalena stoi przy oknie. Na parapecie stoją piękne storczyki, o które tak namiętnie dba. Delikatna firanka kładzie się jej lekko na ramieniu, a kobieta stoi z filiżanką mocnej herbaty i wpatruje się w plac zabaw, na którym jak zwykle panuje rozgardiasz. Dzieci krzyczą, skaczą i biegają.

Dziewczynka z kitką zjeżdża ze zjeżdżalni, chłopiec w zielonej koszulce huśta się wysoko, a jakaś grupka dziesięciolatków skacze na zmianę na skakance. Wokół piaskownicy wianuszek mam. Nawet kilku tatusiów się znajdzie, co to wielkie budowle ambitnie budują bardziej dla swoich latorośli niż z. Magdalena bierze kosmyk włosów za ucho, upija łyk herbaty. Wzdycha. Boże kiedy to było? Ze dwadzieścia kilka lat temu, kiedy sama spędzała po parę godzin na tym podwórku. Kasia miała pięć lat, Justyna musiała zatem siedem. Całe dnie chciały tam przesiadywać. Najpierw w piaskownicy, potem na drabinkach i bujaczkach. A gdy mama już nie była im potrzebna, siedziały na ławkach ze swoimi rówieśniczkami i chichotały, szeptały, wymieniały sekreciki. Jak ten czas zleciał. Dziś to młode, dorosłe kobiety. Kiedy one tak urosły, pokończyły szkoły?

Katarzyna dzisiaj jest freelancerką, czy jak to tam zwał. Robi genialne zdjęcia, pracuje kiedy chce i jak chce. Nie jest związana żadną długotrwałą umową. Ma partnera. O ślubie ani myśli. Dzieci także nie mieszczą się w jej planach. Mieszkanie wynajmują i ani im się śni brać kredyt. Żyją z dnia na dzień. Czasem na walizkach, bo sporo podróżują. Kasia za nic w świecie nie chce stabilizacji.

– Mamo nie chcę być utyrana po łokcie jak ty.  Pracować od do. Nie mieć własnego życia. Czekać na męża i oddychać jego powietrzem. Wszystko poświęcać dla innych, a w weekend myśleć, że rosół, kurczak i pranie są najważniejsze – tak jej kiedyś powiedziała. Szczerze, do bólu. I zabolało fakt. Bo rodzina była dla Magdaleny całym życiem i sensem istnienia. Nie pomyślała nawet, że ma prawo zrobić coś dla siebie. Była matką i żoną, przede wszystkim. Taka była jej rola. Wydawało się jej, że jest szczęśliwa… I dziewczynki też.

Starsza córka, Justyna. Pierworodna. Taka zdolna. Dziś dr. nauk medycznych, specjalizacja ortodoncja. Ma swoje trzy gabinety. Jest świetna w swoim fachu. W mieście i poza nim ma renomę. Zatrudnia kilkanaście osób, a sama pracuje od rana do wieczora. Pół roku temu się rozwiodła. Ach, taka szkoda. Piotr był przecież taki cudowny. Wpatrzony w nią jak w obrazek, spokojny, czuły. Introwertyczny informatyk, z dobrej rodziny. Przystojny, mądry. Czego chcieć więcej?

– Mamo rozwodzimy się –  oznajmiła jej Justyna kilkanaście miesięcy temu. – Mamy inne priorytety. Piotr chce kucharki, sprzątaczki, opiekunki do dzieci. Ja chcę wyjechać na to szkolenie do Stanów. To moja jedyna szansa, muszę ją wykorzystać. Nie będę się poświęcać tak jak ty. Nie będę siedzieć z nosem przyklejonym do szyby i czekać z obiadem jak Piotr raczy wrócić z pracy. Chcę się rozwijać, a nie perorować z teściową o tym, jak się robi gołąbki.

– Kulinarnie też można się rozwijać…- próbowała wtrącić matka.

– To zamówię sobie catering. Mamo świat się nie kończy na pierogach, wywiadówce i koszuli taty. Powiedz mi, gdzie ty byłaś? Co zrobiłaś dla siebie? Trwała u pani Halinki się nie liczy. Wiecznie zmęczona, uwieszona na ojcu, przejęta moją klasówką i pracą domową Kasi.

-To źle? – Magdalena zrobiła wielkie oczy. Przecież tak trzeba. Matka to matka. Żona też ma zobowiązania. Kiedy miała myśleć o sobie jak w domu było zawsze coś do roboty? – Chciałam wam stworzyć przytulny dom…- i zaczęła łkać.

Justyna spojrzała na smutne oczy matki. Rety, jak ona się posunęła. Dziś pięćdziesięciolatki wyglądają jak trzydziestki. A ona? Poszarzała, smutna, z dwoma tylko koleżankami, z ojcem na cmentarzu, niewiedząca, co zrobić z życiem.

– Mamo, wiem, że się starałaś, ale dzięki temu wiem, że tak nie chcę żyć. Nie muszę mieć dzieci, by czuć się spełnioną. Ani męża. Mam swoje plany, pasje, marzenia. Życie jest takie krótkie. Nie chcę być taka smutna jak ty… – i spojrzała na matkę z bólem w oczach, i żalem. Tak to był żal. Całe mnóstwo żalu. Magdalena długo jeszcze pamiętała ten wzrok. W sumie pamięta go do dziś. I właśnie teraz stojąc przy oknie zastanawia się, gdzie popełniła błąd? Dlaczego jej dziewczyny, tak wypieszczone, nakarmione, wychuchane są pełne pretensji, nie chcą zakładać rodzin, spełniać się w roli matki ani żony? Przecież tak się starała. Całe swoje życie podporządkowała właśnie im i mężowi. Dlaczego były takie egoistyczne i skupiały się tylko na swoich potrzebach? Czy tego je uczyła? Przecież matka i żona powinna się poświęcać, powinna robić wszystko, by jej rodzina była szczęśliwa nawet własnym kosztem…

Magdalena zatopiła się we własnych myślach. Herbata już wystygła. Dzieci nadal biegały po podwórku. Jej dziewczynka już nie. Były dorosłe.

Nie rozumiała, na czym polegał jej błąd. Dorastała na innych wzorcach. Robiła wszystko, co w jej mocy, by były szczęśliwe. Tak ją uczono. Nie wyobrażała sobie, że może i ma prawo funkcjonować inaczej. Nie dla rodziny, lecz z rodziną.

Dziś kobiety chcą być niezależne, wolne, samodzielne. Ich widnokrąg nie kończy się na schabowym, a rodzenie dzieci nie jest jedynym celem w życiu. Potrafią od my odróżnić ja. Nie chcą same siebie skazywać na totalne poświęcenie innym. Poświecenie, gdzie nie ma miejsca dla nich samych. I gdzie zmęczenie jest głównym makijażem. Kasia i Justyna solennie obiecały sobie, że nie chcą żyć jak ich matka. Że chcą mieć swoją przestrzeń, w której będą czuły się szczęśliwe. Nawet same ze sobą, niezależne od drugiego człowieka.

Magdalena usiadła przy stole nakrytym śnieżnobiałą haftowaną serwetą. Na środku pysznił się piękny, rozłożysty storczyk. W oddali zapikał jej telefon. To Kasia. Zapraszała ją na swoją wystawę. Jak cudownie. Magdalena tak dawno nigdzie nie była. Zawsze wychodziła z mężem, a gdy ten zmarł, siedziała w domu. Kto to słyszał, by po mieście wrażeń szukać? Była wdową.  

Sęk w tym, że nie musi się umartwiać do końca swoich dni. Teraz w końcu ma czas dla siebie. Może to zrozumie i pojmie, że kochając wszystkich dookoła nie kochała samej siebie i że jej córki po prostu nie chcą popełniać tego samego błędu.

 


Lifestyle

Nie kocham go, ale boję się odejść

Poli Ann
Poli Ann
20 kwietnia 2021
Nie kocham go, ale boję się odejść
Fot. iStock
 

Agnieszka nawet nie potrafi dziś powiedzieć, dlaczego się w nim zakochała. Chyba imponował jej tym, że na wszystko i wszystkich patrzył z góry. Miał takie mocne spojrzenie i szerokie bary. Chciała się w nich chować przed światem. Zwrócił na nią uwagę, bo jako jedyna wyszła z imprezy pionie.

– Nie lubię pijanych dziewczyn – stwierdził. A ona poczuła się taka wyjątkowa, bo w końcu ją zauważył.

– Picie jest dla mężczyzn. Żadna dobrze prowadząca się dziewczyna nie upija się do pozycji poziomej – rety jak jej to imponowało. Przecież to racja. Dziewczynom nie wypada pić skoro nie umieją się zachować. Wtedy Agnieszka była tymi mądrościami zachwycona. Nie wychwyciła niuansów, że facetom jednak wolno pić w każdej ilości. Czuła, że Marcin to mężczyzna, jakiego potrzebuje i który się nią zaopiekuje.

I faktycznie tak było. Zaopiekował się nią, zabierał do restauracji, mówił co ma jeść, czego nie. Sam kupował jej ubrania i buty, bo przecież lepiej wiedział, w czym ona mu się podoba. Nie pozwalał się jej malować.
– Malują się tylko łatwe dziewczyny, które chcą zwrócić siebie uwagę – mawiał. A ona przecież nie musi. Podoba mu się naturalna. Początkowo Agnieszka była pod wrażeniem jego postawy. Nie przeszkadzał jej też fakt, że Marcin ma z inną kobietą dziecko i sądzi się z nią o opiekę nad pierwszym dzieckiem. I bardzo nieładnie się o niej wyraża. No cóż, to zła kobieta była…

Agnieszka zajmowała się więc małym i ciągana po sądach zeznawała na korzyść Marcina. Wpadła po uszy ku rozpaczy matki, która zapinając jej sukienkę ślubną jeszcze  chwilę przed ceremonią mówiła:Córeczko, możesz jeszcze wszystko odwołać”. A Agnieszka, choć już wtedy miała mieszane uczucia, uniosła się dumą. Na pewno dobrze wybrała, będzie szczęśliwa w tym małżeństwie choćby miała to szczęście sobie narysować.

Po ślubie Marcin stał się labilny. Raz nosił ją na rękach, raz blokował karty bankomatowe,  tak bez powodu. Nie pozwalał pracować, innym razem wyzywał ją od leni. Pił z kolegami. Jej spotkać się z koleżankami nie bardzo  było można. Bywał czuły, innym razem brutalny. Nie jeden raz ją popchnął, obrzucił stekiem wyzwisk, poniżył, wyśmiał. Nie przyznała się nikomu. Było jej wstyd. Wyszłoby, że mama miała rację. Wolała więc nie widywać rodziny, by rodzicielka nie widziała jej siniaków i smutnych oczu. Nauczyła się świetnie udawać. Miała całą kolekcję przyklejanych uśmiechów. Gdy zaszła w ciążę nie wiedziała, czy płakać, czy się cieszyć. Dziecka pragnęła, ale wiedziała, że będzie jeszcze bardziej zależna od męża. I była. Choć stała się szczęśliwą matką musiała tańczyć jak on jej zagra. Da dostęp do karty czy nie? Będzie dziś miły czy będzie się czepiał? Wróci pijany czy trzeźwy? Zmęczona po nieprzespanych nocach musiała szybko nauczyć się dostosować do jego humoru. Istny rollercoaster. Miesiąc miodowy przeplatany obelgami i prześmiewczymi komentarzami. To, że jest beznadziejna i nic nie potrafi usłyszała tyle razy, że aż w końcu w to uwierzyła. Wytatuował ją tymi słowami. Zaprojektował zależną od siebie kobietę, której wmówił, że bez niego nie jest w stanie oddychać.

Agnieszka dziś brzydzi się jego widoku, ale jednocześnie panicznie boi jego ataków złości. Nie odchodzi, bo jest przekonana, że bez jego pieniędzy sobie nie poradzi, że w sądzie przedstawi ją z najgorszej strony i zabierze jej dziecko. W trakcie kłótni słyszała to od niego tyle razy, że trzęsie się na samą myśl o swoim odejściu. Ma wrażenie, że on zna jej myśli na wylot, że steruje nią a ona chodzi tak, jak on sobie zażyczy. Już wielokrotnie usłyszała od mamy:

– Co on ma ci jeszcze zrobić, byś od niego odeszła?

Agnieszka nie potrafi powiedzieć. Czeka. Sama nie wie na co. Może na trzęsienie ziemi – kolejne wymiociny w kuchni,  siniaki, przymuszony seks? Na coś, co spowoduje, że przyparta do muru będzie musiała zawalczyć o siebie i dziecko. Dziś nie jest jeszcze gotowa. Potrzebuje kopa, mocnego, by w końcu zareagować, a nie biernie czekać aż on wyssie z niej całą radość życia, której jej już tak niewiele zostało…


Lifestyle

Iluzje uzależnionych. O systemie dumy i kontroli

Poli Ann
Poli Ann
14 kwietnia 2021
Fot. iStock / OcusFocus

Każdy powód jest dobry, by sięgnąć po kieliszek. Alkoholik/alkoholiczka zawsze znajdzie pretekst, wymówkę czy usprawiedliwienie. Zwał jak zwał. Takie życie, co poradzić? Nic. W sumie, po prostu trzeba się napić. Tyle.

„To tylko jeden kieliszek, najwyżej dwa”
„Do kolacji, na trawienie”
„Na rozluźnienie”
„Jako nagroda”
„Tylko do smaku”
„Nalali mi, to nie wypada odmówić”
„Awans to pić jest mus”
„Nie chciałem/chciałam pić. Zmusili mnie”
„Dziś ostatni raz. Od jutra biorę się za siebie”
„Wszyscy przecież piją”

I te pe, i te de.

Brzmi znajomo?

Może sama/sam to komuś mówisz albo słyszysz od bliskiej Ci osoby. I myślisz sobie najpierw – racja, przecież to nic wielkiego. Raptem kilka kieliszków. Nikt się nie zatacza. Co najwyżej zamawia taxi i wraca do domu. Elegancko, na szpilkach i garsonce lub markowym garniturze i drogich butach. Następnego dnia budzi się z potężnym bólem głowy, który uśmierza małym piwem. A wieczorem lub kolejnego dnia – znów nadarza się okazja, by się
napić.
W rzeczywistości każdy powód jest dobry, by sięgnąć po kieliszek. Alkoholik/alkoholiczka zawsze znajdzie pretekst, wymówkę czy usprawiedliwienie. Zwał jak zwał. Takie życie, co poradzić? Nic. W sumie, po prostu trzeba się napić. Tyle.

Prawdy i mity

Mitem jest, że od alkoholu uzależniają się tylko i wyłącznie DDA oraz ich rodzina. Można wspomnieć tu nawet o skłonnościach genetycznych, jednak nie oznacza to, że każdy kto z alkoholikiem jest spokrewniony, popadnie w nałóg. Psychologowie podkreślają, że dużą rolę odgrywa tu osobowość. Ludzie, którzy nie radzą sobie z emocjami oraz mają niskie poczucie własnej wartości znacznie częściej się uzależniają. Nie muszą wcale mieć przykładu alkoholizmu w swoim otoczeniu. Mocny trunek pomaga im się uspokoić, zapomnieć o problemie i daje natychmiastowy efekt (w przeciwieństwie na przykład do ćwiczeń fizycznych). Ponadto dodaje im animuszu, kompleksy chowane są głęboko w podświadomości i łatwiej jest się z nimi uporać.

Choroba braku miłości

Szefowa MONAR’u, Jolanta Koczurowska, na podstawie swoich wieloletnich obserwacji stwierdziła, że alkoholikami zostają osoby, które nie doznały ciepła od drugiego człowieka. Alkoholizm określiła mianem choroby braku miłości. Osoba, wiecznie odrzucana w dzieciństwie, dla której rodzice nie mieli czasu, którą krytykowali, wyśmiewali i której potrzeb nie traktowali poważnie, bardzo łaknie uwagi, czuje się gorsza, jest sfrustrowana, nienawidzi siebie za to, że inni jej nie kochają. Nie umie sobie poradzić z ogromem emocji, jakie tej sytuacji towarzyszą. Nie wie, jak odreagować. Alkohol wydaje się być jednym z najszybszych sposobów radzenia sobie z tak olbrzymim stresem i jeśli taka osoba na niego natrafi, może szybko popaść w nałóg. Czy uzależnia się od razu? Nie, ale zauważa spokój, jaki osiąga po spożyciu. Czuje się pewniej, na miejscu złości pojawia się bagatelizacja problemu i radość, której wcześniej nie był stanie doświadczyć. Dlatego zaczyna traktować alkohol jako pocieszyciela i chusteczkę na otarcie łez, będąc jednocześnie silnie przekonanym o tym, że to chwilowe działanie, nad którym całkowicie panuje.

Świat iluzji

Osoba uzależniona zaczyna żyć w swoim własnym świecie – świecie iluzji, gdzie sama projektuje sobie swoją rzeczywistość wypełnioną procentami lub innymi substancjami uzależniającymi. Wszystko kręci się wokół picia (ćpania, seksu, brania leków itp.) i znalezieniu do tego pretekstu, a im mniej ta okazja zależna od niego (w jego mniemaniu oczywiście) tym większe przyzwolenie na to, czego tyle razy obiecywał sobie już nie robić.

Współczesny uzależniony to bardzo często osoba wykształcona, z pozycją zawodową, niekoniecznie samotna. Matka, ojciec. Córka, przyjaciółka. Czyjś brat lub kumpel. Osoby zdrowe szukają innych rozwiązań. Czytają książki, uprawiają sport, gotują, medytują, robią na drutach, majsterkują. Znajdują taką aktywność, która pozwoli im zapomnieć o troskach, daje satysfakcję oraz uspokaja, jednocześnie nie zostawiając wyrzutów sumienia ani przeświadczenia o swojej beznadziejności.
Chory, bo alkoholizm to choroba, nie potrafi znaleźć zamiennika. Wydaje mu się, że ukojenie da mu jedynie ta substancja (alkohol, narkotyk, papieros, lek itp.), która urasta do roli nadrzędnej w jego życiu. Staje się celem w samym sobie. Alkoholik nie zawsze pije na umór i nie wpada w tak zwane ciągi. Alkohol spożywa codziennie lub kilka razy w tygodniu. Tworzy otoczkę, w której wnętrzu czuje się bezpiecznie. Alkohol uprzyjemnia mu ten stan. Jest tylko drobnym dodatkiem. „Och, to nic wielkiego. Tu piwo, tam drink, wino czy tequila. Innym razem rum czy whisky. Życie trzeba smakować.” – szybko znajduje usprawiedliwienie pędząc w kolejny dzień, pełen stresu, który
będzie trzeba jakoś zredukować. A jeśli do tego dochodzą ukryte negatywne emocje, które, choć są niewidoczne, kierują taką osobę w niebezpieczne rejony. Dziś to będzie tylko lampka koniaku. Jutro dwie…

Duma

Gdy delikatnie w głowie osoby uzależnionej zaświeci się czerwona lampka to od razu ją zgasi wyraźnym obruszeniem włączając tryb – „duma”. Przecież on/ona kontroluje to picie. Pije, bo chce, a nie musi. Nie trzeba robić afery! Nie jest brudnym pijakiem. Wie, co robi i w każdej chwili może przestać. Umie się bez tego obejść. Po prostu pojawiają się okazje i nie zawsze można odmówić, prawda? Dumnie obraca się na pięcie myląc swoje oburzenie z mechanizmami obronnymi.

Wszystkie te usprawiedliwienia mają na celu samoobronę przed przyznaniem się do tego, że jest się alkoholikiem. Uzależniony, choć nieświadomy jeszcze swojej choroby, broni się na wszystkie możliwe sposoby. Najpierw delikatnie, żartem, uśmiechem, zbyciem. A im ktoś bardziej uparty, tym ostrzejsza obrona. Wyrazy typu alkoholik, choroba, klub AA wywołują złość, frustrację lub nerwowy śmiech. Chory bowiem, schowany w swojej iluzji, nie
przyjmuje do wiadomości bodźców ze świata zewnętrznego. Żyje w swojej bańce. Tam mu dobrze. Inni mu tylko przeszkadzają. Przecież nie ma żadnego problemu. Da radę funkcjonować bez żadnych trunków, a gdy okazuje się, że nie, to nawet sam przed sobą się nie przyzna, iż przekracza to jego możliwości. Neguje, minimalizuje, obwinia innych, usprawiedliwia siebie, koloryzuje i twardo obstaje przy tym, że od jutra rzuci picie. Spirala się nakręca, porusza się coraz szybciej, ale chory wciąż tego nie widzi. Nadal żyje w swojej iluzji mając przekonanie, że to całe otoczenie się sprzeniewierzyło przeciw niemu. Jest tak silnie przekonany o swojej racji, że wciąga w swój świat najbliższych. Niekoniecznie pijąc z nimi, manipulując. Bawiąc się, zrzucając na nich winę za własne picie, uzależniając atmosferę w domu od własnego humoru. Krzywdzi tych, których kocha najbardziej. Wie, że oni nie zrobią mu krzywdy.

Mechanizm działania alkoholika jest na pozór dość skomplikowany. W rzeczywistości sprawa jest dużo prosta. Musi pić, nieważne jakim kosztem. Najważniejsze to zaspokoić niesłabnące łaknienie, spowodowane chęcią stłumienia emocji, z jakimi sobie nie radzi, których nie rozumie i nie potrafi nazwać. Nie jest w stanie także znaleźć środka zastępczego na ukojenie bólu. Każda zaproponowana forma (spacer, medytacja, modlitwa, sport, techniki relaksacji) wydaje mu się śmieszna, tym bardziej, że jest przekonany o swojej silnej woli i umiejętności
zaprzestania picia w każdym momencie.

Co dalej

A jak się ma do tego profilaktyka uzależnień? Ważne jest, by nie tworzyć atmosfery strachu. Najważniejsza jest rozmowa oraz nauczenie osób, przejawiających skłonność do uzależnień, wyrażania swoich emocji, szczególnie negatywnych tj. smutek, bezradność, żal, złość, rozgoryczenie. Istotne jest uświadomienie im, że mają do nich prawo i wcale nie oznacza to ich słabości. Chodzi jednak o to, by wiedzieli, jak postępować, jeśli będą je odczuwać i
znaleźli zdrowy sposób, który pomoże im się ich pozbyć.

Alkoholik nie pokocha siebie od razu, nie wyleje zawartości butelki, jeśli ktoś mu każe. On musi nauczyć się siebie akceptować, ze swoimi wadami i słabościami. Musi zrozumieć swoje postępowanie, nazwać emocje, jakie nim targają, nauczyć się z nimi żyć, wiedzieć jak się kontrolować i – zaakceptować pomoc innych. Musi spojrzeć sobie w twarz i przyznać się do choroby, przed sobą samym, rodziną i na forum grupy wsparcia (jeśli na takie spotkania
chodzi). By móc normalnie funkcjonować często musi pracować z psychologiem, by zrozumieć swoje motywy, pokonać własne demony i na nowo zbudować pewność siebie.

Zdarza się też, że osoba uzależniona potrafi na trzeźwo świetnie funkcjonować tylko w ośrodku leczenia uzależnień. Jest doskonale przygotowana teoretycznie, sprawia mylne wrażenie osoby gotowej na opuszczenie ośrodka, w rzeczywistości jednak poza nim nie jest w stanie pohamować chęci sięgnięcia po kieliszek. Osoby mające silne efekty odstawienia mogą prezentować reakcje i zachowania zagrażające ich zdrowiu i życiu, stąd też ważne, by osoby wspierające chorego wiedziały jak zachować się w takiej sytuacji. Czasem bez hospitalizacji się nie obejdzie.

Wychodzenie na prostą to dla osoby uzależnionej katorżnicza praca, wędrówka bardzo kamienistą drogą, bolesna, z wieloma zakrętami, jednak możliwa. Należy jednak pamiętać, że opuszczenie świata iluzji jest długim procesem i całkowite wyjście stamtąd nie jest możliwe. Alkoholikiem bowiem jest się przez całe życie.