Lifestyle Psychologia

Masz doła? Sprawdź, jak go „zakopać”. Wystarczy użyć sześciu łopat

Ewa Raczyńska
Ewa Raczyńska
14 kwietnia 2016
Fot. iStock / knape
 

Przychodzi taki moment, kiedy masz wrażenie, że nad twoją głową zbierają się czarne chmury, które nie wróżą nic dobrego. Są raczej zapowiedzią deszczu, który będzie siąpił, a krople zaczną wpadać nam za kołnierz. Brrrr. Nic przyjemnego i do tego nie ma gdzie się schronić, parasola brak, a każdy dach dziurawy.

Dół. Przychodzi, kiedy jesteśmy przemęczeni, kiedy brak rezultatów naszej pracy, kiedy na nic nie mamy siły. Ktoś trafnie określa ten stan „do d*py”. Brrrrr. Znowu przeszedł mnie dreszcze, bo nie lubię, choć czasami chciałabym się w tym dołku wygodnie ułożyć i tam sobie poleżeć, i żeby wszyscy dali mi święty spokój.

Ale z drugiej strony? No kurczę wiem, że średni to pomysł pogrążyć się w czarnych myślach, w bezsilności i poczuciu bezsensowności. No trzeba złapać tego byka za rogi, a raczej wziąć w ręce porządną łopatę i dół zakopać. Jak to zrobić?

Pierwsza łopata: zaakceptuj swój stan

Nie walcz z nim na siłę. Masz gorszy nastrój? I masz do niego prawo. Naprawdę szkoda tracić energię na walkę z czymś, co do ciebie przyszło i postanowiło chwilę pobyć obok. Powiedz najbliższym, że masz chandrę, że jest ci źle i czujesz się podle. Może mąż kupi ci twoje ulubione lody, albo wino, a dzieci narysują jakiś rysunek, który wywoła twój uśmiech. Kiedy nie walczysz ze swoimi emocjami, łatwiej się z nimi uporać. Przyjdą i pewnie odejdą, jak już je w sobie przetrawisz.

Druga łopata: poproś o pomoc

Jak ci źle, mów o tym i poproś o pomoc. Jeśli nie masz siły zrobić obiadu – powiedz o tym, nie udawaj, że wszystko jest świetnie i że dasz sobie sama radę. Potrzebujesz, żeby ktoś cię przytulił – mów. Musisz pogadać z przyjaciółką, napić się z nią wina – zadzwoń i się umów. Nie odkładaj tego, nawet jak nie chce ci się gadać, ale tylko pobyć w czyimś towarzystwie, to już bardzo dużo. Chandrę łatwiej przegonić w towarzystwie.

Trzecia łopata: wyśpij się

Często to brak snu jest przyczyną spadku naszej formy. Więc, gdy dopada cię dołek odłóż wszystko, co sobie zaplanowałaś, co miałaś zrobić, obojętnie jaki priorytet ważności nadałaś jakimś sprawom. Idź spać. Kąpiel i łóżko o nieprzyzwoicie wczesnej porze. Ranek może przywitać cię zupełnie innym nastawieniem do życia i świata.

Czwarta łopata: wytrop gada

Zastanów się, co jest przyczyną twojego nastroju. Poszukaj w głowie, co go wywołało? Choćby najmniejszy trop może ułatwić ci zakopanie dołu. Bo jak wiemy, z czym się zmagamy, to jest nam zdecydowanie łatwiej. Może się okazać, że kiedy zdamy sobie sprawę, co jest powodem naszego smutku i zniechęcenia – rozśmiejemy się, że taką błahostką nie warto się przejmować. To co nienazwane, zawsze napawa nas strachem, więc nazwij tego potwora.

Piąta łopata: skup się na tym, co przynosi radość

Zrób coś, co sprawi ci przyjemność i cię wyciszy. U mnie zawsze sprawdza się obejrzenie z moimi dzieciakami jakieś bajki, czy filmu. Siadam z nimi na kanapie, oni się do mnie przytulają i tak bezpiecznie i w spokoju spędzamy co najmniej półtorej godziny. To jest coś, co mnie relaksuje, wtedy wyłączam mózg i odpoczywam mając przy sobie najważniejsze osoby. Pomyśl, co sprawia ci przyjemność. Może wyjście na rower? Kąpiel? Coś dobrego do jedzenia? Warto wiedzieć, co może poprawić ci nastrój. Ja też gotuję – jak dla pułku. Trzy ciasta, dwie zupy plus jakaś sałatka – wtedy każdy wie, że mam chandrę 😉

Szósta łopata: uśmiechnij się do siebie

To tak niewiele, ale uśmiechnij się i powiedz sobie coś miłego. „Ej, masz doła, ale za to świetnie dzisiaj wyglądałaś”. To już coś. Powiedz sobie, że jesteś fajna babka, że lubisz siebie i nawet ze smutkiem ci do twarzy. Rozśmiesz się, to świetne lekarstwo na chandrę. I zawiń się w koc, założ ciepłe skarpety, zrób sobie ciepłą pyszną herbatę i niech będzie ci przez chwilę źle.

Spójrz w lustro. Już ci lepiej?


Lifestyle Psychologia

„Grzeczne dziewczynki idą do nieba, niegrzeczne tam, gdzie chcą”

Ewa Raczyńska
Ewa Raczyńska
15 kwietnia 2016
"Grzeczne dziewczynki idą do nieba, niegrzeczne tam, gdzie chcą", Ute Ehrhard
Fot. iStock / RapidEye
 

Kto z nas nie słyszał tych słów? A kto nie miał w ręce książki o tym tytule? Nie uśmiechnął się do tego stwierdzenia i… tylko uśmiechnął specjalnie nie zastanawiając się nad sensem tego zdania?

A przecież to kwintesencja naszej stereotypowej kobiecości. Grzeczna dziewczynka, to kobieta, którą nosimy w sobie: uległa, posłuszna, zgadzająca się ze wszystkim i na wszystko, nie wchodząca w konflikty i oczywiście lekko uśmiechnięta, trochę przepraszająca, że ona ma tu odwagę zabierać przestrzeń i powietrze komuś innemu.

Nie jest tak? Ile razy słyszałyście: „Bądź grzeczną dziewczynką”, „Dziewczynki tak się nie zachowują, dziewczynki są grzeczne”. I my tę grzeczność w sobie mamy, bo wydaje się nam, że tylko będąc grzecznymi zyskamy akceptację otoczenia oraz zasłużymy na miłość. To jest właśnie to niebo, które dla grzecznych dziewczynek zostało przygotowane.

A dla niegrzecznych? Nie ma mowy o piekle. Choć chciałybyśmy czasami tak myśleć – bo łatwiej się usprawiedliwić: „Jak będę uległa, to nie pójdę do piekła”. Tylko, że „tam, gdzie chcą” nie ma nic wspólnego z piekłem, no chyba, że taką drogę sobie wybierzemy.

Jakie są te niegrzeczne dziewczynki? Otóż są:

Trochę bezczelne

Bo jasno mówią o swoich potrzebach. Nawet w tych najmniejszych aspektach życia, najbardziej błahych wiedzą, czego chcą. I szczerze mówiąc w nosie mają opinie innych na swój temat. Chcą mieć krótkie włosy – ścinają je. Chcą kupić nowe auto – robią to. Decydują się na zmianę pracy, choć inni mówią, ze przecież ryzyko jest duże i że w sumie, to tu gdzie  jest ma ciepły i znany już kącik. Ale one bezczelnie prą do przodu. Realizują się. Spełniają swoje marzenia. Wyjazd w góry pod namiot: że nie, bo jest na to za stara? Ale ona o tym marzy i do tego dąży. I myśli: „Zajmijcie się swoim życiem, ja będę żyła swoim tak, jak tego chcę”.

Odważne

Bo mają odwagę decydować same o swoim życiu. Mają odwagę iść ścieżką, którą sobie same wymyśliły. Mają odwagę popełniać błędy i też odważnie na nich się uczyć, wyciągają wnioski, żeby zrobić kolejny krok do przodu. Nie jest to głupia odwaga, przez którą drą rajstopy, gubią buty i rozbijają głowy. Ona zawsze jest podszyta strachem i obawami. Ale niegrzeczne dziewczyny nie pozwalają, by strach nimi zawładnął, by sparaliżował je w ich działaniach.

Egoistyczne

Bo myślą o sobie. Nie stawiają siebie na końcu łańcucha potrzeb, które (jak jeszcze znajdą siłę) zaspokoją, kiedy już wszystkim innym zrobią dobrze. One są dla siebie ważne. Co nie znaczy, że innych mają w d*pie. Potrafią dbać o innych właśnie dlatego, że dbają o siebie. Kochają siebie i są ze sobą szczęśliwe. Wiedzą, czego chcą, wiedzą, co daje im szczęście i zadowolenie z życia. Nie przedkładają potrzeb innych nad swoje. Traktują siebie na równi z innymi ludźmi. One wiedzą że nie są gorsze, słabsze, mniej mądre i mniej im się od życia należy. Wręcz przeciwnie – jest w nich głębokie przekonanie, że wszyscy powinni dostać po równo. No chyba, że ktoś wywalczy sobie więcej.

Pewne siebie

Bo są świadome swojej wartości. Nikt im nie wmówi, że są gorsze. One znają swoje mocne, ale też i słabe strony. Wiedzą, na co je stać. Są świadome własnych ograniczeń i co najważniejsze z tej wiedzy korzystają. Nie biadolą nad tym, w czym są słabe, tylko umiejętnie korzystają z tego wszystkiego, w czym są dobre. Nie zmieniają siebie na siłę chcąc udowodnić, że są na przykład zorganizowane, poukładane i mniej chaotyczne, albo na odwrót. Akceptują siebie takimi, jakimi są. Z wadami i zaletami. Wykorzystują swój potencjał nie walcząc ze słabościami, ale czyniąc z nich atut.

Mówią, co myślą

Bo nie chcą być tylko miłe i ugodowe. Jasne, gdy jest taka potrzeba i możliwość, idą na kompromisy. Ale też przestają się korygować mówiąc wprost, co myślą, wyrażając swoje poglądy, podkreślając na co się nie zgadzają i z czyją opinią nie jest im po drodze. Są asertywne, wiedzą kiedy powiedzieć „stop” i nie dać sobie wejść na głowę. Nie są aroganckie, co to to nie. Szanują zdanie innych, co nie zmienia faktu, iż wymagają, by szanowano także ich zdanie. Mają odwagę mówić, co naprawdę myślą, a nie bezrozumnie i ze strachu powtarzać, to co mówią inni, żeby tylko nie popaść z kimś w konflikt.

Nie udają

Bo chcą być sobą. Nie chcą ulegać stereotypom, podobnie jak nie chcą być takie, jak oczekują od nich tego inni. Że jako kobieta muszą być lekko wycofane i jednak uległe. Jako żona powinny przede wszystkim na pierwszym miejscu zaspokajać potrzeby męża, co by ich przypadkiem nie zostawił. Jako matka musi poświęcić się w 100% dzieciom. Niegrzeczne dziewczynki piszą swój własny scenariusz i wchodzą w rolę, które są z nimi tożsame. Nie udają miłych, by zyskać poklask, nie udają grzecznych, by zyskać akceptację, nie udają głupich, by nie być krytykowanym. Niegrzeczne dziewczynki są sobą pełną gębą. Jak chcą wejść na drzewo i pobiegać po kałużach to, to robią, nie oglądając się na to, że mama założyła im białe rajstopki.

A wy? Nie macie czasami dość bycia grzecznymi?


* „Grzeczne dziewczynki idą do nieba, niegrzeczne tam, gdzie chcą”, Ute Ehrhard

 


Lifestyle Psychologia

„Dlaczego to tu, k…, leży?!”. Z życia żony pana Korpo

Katarzyna Troszczyńska
Katarzyna Troszczyńska
14 kwietnia 2016
Fot. iStock / KatarzynaBialasiewicz

„Co ty, k…, robisz?”, czyli jak pracoholik wyładowuje się na rodzinie.

Jak to jest być żoną pracoholika? Nie, raczej jak to jest być żoną mężczyzny z korpo, człowieka uwikłanego, który nienawidzi swojej pracy, a jednocześnie wie, że dzięki tej pracy utrzymuje dom i rodzinę? Sama jestem uwiązana. Bo dzięki Piotrkowi mamy choćby pełną opiekę medyczną. Przy trójce dzieci to gwarancja bezpieczeństwa i spokoju. Doceniam, że od ósmej rano nie muszę wydzwaniać po numerek, że nie stoję w dusznej poczekalni dzieckiem słaniającym się z gorączką, a o takich sytuacjach opowiadają mi koleżanki, też matki.

Pracuje w dużej międzynarodowej, bardzo znanej firmie. Jest dyrektorem regionalnym, ma pod sobą 200, może 300 osób. Nie wiem do końca, bo nigdy o pracy nie rozmawiamy. Prawie nigdy. Czy wiesz, że nikogo stamtąd nie znam. Kojarzę twarze, widzimy się raz w roku. W „family day”. Wtedy jest wata cukrowa, wesołe miasteczko, koncerty i basen. Jaś, nasz syn, śmieje się – o tata pracuje w parku rozrywki. 

Tata tak naprawdę pracuje raczej w piekle. Piekle w stylu luks, bo nikt go nie wyzywa, nie obraża, nie terroryzuje. Wszystko dzieje się w białych rękawiczkach. My ci dajemy dużo, Ty nam dajesz wszystko oprócz sobót, które masz dla rodziny. Ale niedzielę popołudnie już ci popsujemy, popsujemy ci też urlop jeśli zajdzie taka potrzeba. Rok temu odwołaliśmy wyjazd do Nowej Zelandii. Ileś lat o tym marzyłam, dzieci też o tym marzyły. Ale w firmie był kryzys, szef krzywo się uśmiechnął i Piotrek bez słowa zwrócił bilety.

– Taką, k…, mam pracę – rzekł.

– No taką masz, k… pracę – odrzekłam.

Piotrek jest miły dla nas, dla rodziny, tylko w soboty i w niedzielę rano. W piątek łagodzi stres butelką czerwonego wina albo kilkoma drinkami, w sobotę chwilę dochodzi do siebie, potem zapewnia nam fajny dzień. Spacer, wspólne gotowanie, śmiech, kino. Jest facetem, w którym się zakochałam – pełnym energii, radosnym. Jest seks i jest normalność.

W niedzielę popołudniu, nazywam to nawet „syndromem niedzieli” dostaje wk*rwu. „Jak ty siedzisz?!” (do syna), „Nie garb się” (do córki) „Gdzie jest, przekleństwo, moja koszula. Jest tak napięty, że napięty staje się dom, my wszyscy.  Nie takie spojrzenie, mina, źle ułożony ręcznik. Złość, złość, złość. A my chowamy się po kątach. Dr Jekyll i Mr Hyde.

Nie, nie robię awantur. Bo to nie jest przemoc. Tak, próbuję go przytulić, ale on się spina, parska, zaszywa się z telefonem i komputerem, bo już planuje strategie na poniedziałek.

Czasem myślę: właściwie nic o nim nie wiem. Bo on mi nie mówi. Dwanaście godzin dziennie w biurze „wystarczy, że muszę tam chodzić, o czym mam jeszcze gadać?” stwierdza. Potem wpada do domu, je kolację, idzie spać.

Mamy dwóch synów, córkę, dom, chorych rodziców. Wszystko jest na mojej głowie, on zarabia. Nie mogę zadzwonić w ciągu dnia, bo jego to tylko złości. Nie mogę o nic poprosić, bo i tak nie mógłby wyjść.

Przez 12 godzin dziennie żyje w miejscu, o którym mówi: „to gówno”. Nie mówił tak 10 lat temu, gdy zaczynał. Czuł flow, awansował, zmieniał się.

„On tak nie może żyć” stwierdza nasza bliska koleżanka. Oczywiście, nie może. Tylko jesteśmy w pętli kredytów, pomagamy rodzicom, ja zrezygnowałam z dobrego stanowiska, żeby zajmować się dziećmi. Dla ludzi z zewnątrz jesteśmy świetnie sytuowanymi ludźmi, mamy przystrzyżony trawnik i jadamy czasem w knajpie. Czasem. W sobotę.

Jesteśmy kolorową parą, która w tygodniu ze sobą nie rozmawia, nie uprawia seksu, nie śmieje się. Mój mąż o 22.00 zasypia nad laptopem. Syn już nawet nie pyta czy tata wytłumaczy mu równania.

Zadaję sobie często pytanie:
– czy cena jaką płaci mój mąż za nasze życie nie jest zbyt wysoka?
– czy na tym polega życie, żeby spędzać ileś godzin w miejscu, którego się nie lubi?
– jakie jest rozwiązanie tej sytuacji?


Zobacz także

Dopóki walczysz, jesteś zwycięzcą. Na ile można wycenić życie dziecka? Życie Emilki ma swoją cenę. Nie możemy jej nie pomóc!

Dowiedz się jak właściwie dobrać oświetlenie, by zadbać o komfort twoich oczu

6 drobnych rzeczy, których introwertycy nienawidzą. Nie róbcie nam tego