Lifestyle

Mam wku*wa. Moja mała puszka Pandory się otworzyła. Może dobrze, że jesteśmy jednak małej wiary i niewiary

Baba na wku_wie
Baba na wku_wie
17 października 2020
Fot. Casarsa/Casarsa
 

Kiedy wybuchła pandemia obiecałam sobie, że pod żadnym pretekstem nie dam się nakręcić. Przyjmuję na klatę to, co się dzieje, obserwuję, racjonalizuję, nie ulegam nadmiernym emocjom, bo jak wiadomo, one w takich sytuacjach są fatalnym doradcą.

 

Ale jak długo można udawać, że nic cię nie wku*wia? Że jesteś zen, pieprzoną taflą spokojnego jeziora, którego wody nie zmąci nawet największa burza? No dobra, nie udawać, trzymać w ryzach swoją złość, niezgodę, frustrację i niepokój? 

 

W tym tygodniu coś we mnie pękło. Pierwszy raz głośno powiedziałam: mam dość, mam dość tej całej epidemii, tego małego wścibskiego wirusa, który niczym upiorny stworek nie pozwala nam żyć normalnie. Kiedy już myślimy, że najgorsze za nami, on zaciera rączki mrucząc pod nosem: to ja wam jeszcze pokażę. 

 

No więc mam wku*wa. Mam i muszę go wyrzucić z siebie, bo inaczej się uduszę. 

 

Po pierwsze wku*wia mnie rząd. O przypływ zwierzęcej wściekłości doprowadzają mnie te konferencje pana bez puenty, który okrągłymi słówkami próbuje wmówić nam – społeczeństwu, że to nasza wina, ta cała epidemia. Bo się spotykamy, bo tańczymy, bo chodzimy na zakupy, pracujemy. Obłuda do czerwoności rozpala zakończenia moich synaps nerwowych. Bo przecież jeszcze kilka miesięcy temu słyszeliśmy, że problemu nie ma, że idźcie do urn, że wszystko mamy pod kontrolą. Wierzyliśmy, bo tak nam było najłatwiej. Lepiej na kogoś zrzucić odpowiedzialność, niż brać ją na własne barki. Tyle, że dzisiaj odbija się nam to czkawką, bo własnego rozumy nie uruchomiliśmy. 

 

Punktem kulminacyjnym dla mojej szewskiej pasji stały się jabłka, które uwielbiam, ale nie wiedziałam, że recepta na pandemię jest taka prosta. Jedzmy dwa jabłka dziennie – mówi jeden z polityków, a nie będziemy musieli chodzić do lekarzy. Serio? Mnie nie śmieszy. Jasne, można mówić, że ups wymsknęło mu się, że chciał rozładować napięcie, że zdrowa dieta bogata w owoce i warzywa wzmocni naszą odporność. Farmazony. Jak tak poważną sytuację w kraju można sprowadzić do jedzenia jabłek? Rozumiem, gdyby pani na straganie zachęcała do ich kupna, ale członek rządu, który dziś walczy z potwornym kryzysem? 

 

A propos pani na straganie. Też ma wku*wa. Bo jedna z klientek wybierając kapustę pekińską zapytała: “a jaką ja mam pewność, że tej kapusty nie dotykał ktoś zakażony?”. 

“Uwierzy pani? Mówi się o lekarzach, nauczycielach, a co z nami, my dzisiaj jesteśmy na pierwszej linii frontu frustracji społeczeństwa. Zakupy można odłożyć na kwarantannę, warzywa i owoce się myje. Czy ludziom naprawdę skończył się rozum?” – pyta mnie pani ze straganu. Obie przewracamy oczami mówiąc, że tylko spokój nas uratuje. Tylko do kiedy nam go starczy?

 

Bo mi już nie starcza na te wszystkie bzdury, że pandemii nie ma, że koronawirus to wymysł koncernów farmaceutycznych, że nosić maseczki nie będę, bo na złość mamie nasram sobie w gacie. Jasne, każdy ma prawo do swoich poglądów. Szanuję, ale nie rozumiem, dlaczego na ich podstawie, bez popartych naukową i rzetelną wiedzą argumentów, naraża życie innych. Serio, weźmie odpowiedzialność za czyjąś śmierć, albo poważną utratę zdrowia? 

 

Czy wiecie, że dyrektorzy szkół, którzy mają cholerne problemy z uzyskaniem szybkiej decyzji sanepidu dotyczącej zamknięcia placówki z powodu zakażenia, boją się sami podjąć decyzję o zawieszeniu zajęć, bo są rodzice, którzy mają za nic, to co się dzieje? To zwykła grypa – mówią i żądają, by ich dziecko nadal mogło chodzić do szkoły i straszą konsekwencjami. To nic, że dziś chociażby w Małopolsce brakuje łóżek na intensywnej terapii, bo tysiąc zakażeń dziennie, to 50 pacjentów w ciągu doby lądujących pod respiratorami. Nie na 24 godziny, na dwa, trzy tygodnie, codziennie, 50. 

 

Rozmawiam czasami ze sceptykami, od których coraz częściej słyszę, nie wierzę, ale nie latam po sklepach, na wesele nie poszedłem, na imieniny do cioci też nie. Może dobrze, że jesteśmy jednak małej wiary i niewiary. 

 

Ostatnio znajomy psycholog powiedział mi truizm, który jednak czasami warto zwerbalizować: dajmy sobie prawo do wszystkich emocji. Więc otworzyło to moją malutką puszkę Pandory i wylał się cały żal na ograniczenia, na zamknięcia, na nakazy i zakazy, na obłudę i bezsilność, na smutek i przerażenie. Na współczucie dla medyków, bo co z tego, że do jednego trzeba walić kijem w parapet, tylko, gdy przyjmuje państwowo, bo prywatnie już go koronawirus nie dotyka. Na tego jednego jest 50 innych, którzy jak mrówki w pocie czoła dwoją się i troją, by sprostać wyzwaniu, na które nikt nie był przygotowany, którego żadna służba zdrowia nie jest w stanie udźwignąć. 

 

Nigdy nie byłam fanką planowania. Kiedy ktoś się mnie we wrześniu pytał, jak spędzę Sylwestra, nigdy nie miałam pojęcia, podobnie, jak w styczniu nie myślałam o wakacjach. Wielu rzeczom pozwalam się zadziać, po prostu i brać to, co przyniesie czas. Tyle, że dziś nie wiem, co stanie się za chwilę. Moja pewność świata i codzienności drży w posadach. Mam wku*wa. Mam ochotę krzyczeć: zacznijmy myśleć, zacznijmy być odpowiedzialni, bo już każdego ranka maczamy rękę w nocniku. Za chwilę jego zawartość może nam zostać wylana na głowę. 


Lifestyle

To nie histeria, ktoś znowu rozpalił ogień pod wielkim kotłem. Jestem wściekła w swojej bezsilności

Baba na wku_wie
Baba na wku_wie
29 stycznia 2020
Fot. iStock / Claudiad

Jestem wściekła. Wściekła z bezsilności. Chcę krzyczeć i drapać. Chcę, żeby mój krzyk i krzyk wielu ludzi dotarł tam gdzie powinien, do tych, którzy jeszcze nie są skażeni, którzy tkwią w zawieszeniu, nie zajmują żadnego stanowiska, uważają, że ich to nie dotyczy.

Minęły dwa dni od uroczystości w Auschwitz. Dwa dni temu wszyscy w mediach społecznościowych podawali sobie słowa Mariana Turskiego – ocalałego z obozu, który mówił, że Auschwitz nie spadło z nieba, dreptało małymi kroczkami. Mówił: “Przenieśmy się na chwilę myślami, wyobraźnią we wczesne lata 30. do Berlina. (…) I oto jednego dnia w tych wczesnych latach 30. na ławkach pojawia się napis: „Żydom nie wolno siadać na tych ławkach”. Można powiedzieć: nieprzyjemne, nie fair, to nie jest OK, ale w końcu jest tyle ławek dookoła, można usiąść gdzieś indziej, nie ma nieszczęścia. (…)

Potem w pływalni pojawił się napis: „Żydom zabroniony wstęp do tej pływalni”. Można znów powiedzieć: nie jest to przyjemne, ale Berlin ma tyle miejsc, gdzie można się kąpać, tyle jezior, kanałów, prawie Wenecja, więc można gdzieś indziej.

Jednocześnie gdzieś pojawia się napis: „Żydom nie wolno należeć do niemieckich związków śpiewaczych” (…) Potem pojawia się napis i rozkaz: „Dzieciom żydowskim, niearyjskim nie wolno bawić się z dziećmi niemieckimi, aryjskimi”. Będą się bawiły same. A potem pojawia się napis: „Żydom sprzedajemy chleb i produkty żywnościowe tylko po godzinie 17”. To już jest utrudnienie, bo jest mniejszy wybór, ale w końcu po godzinie 17 też można robić zakupy”.

Niemal sto lat temu – wcale nie tak dawno, wszyscy zaczęli przyzwyczajać się do myśli, że można kogoś wykluczyć, stygmatyzować, alienować. I kiedy my z takim namaszczeniem przekazywaliśmy sobie te słowa, podkreślając: “Nie bądźmy obojętni”, radni łódzkiego sejmiku przegłosowali  Samorządową Kartę Praw Rodzin, promowaną przez Ordo Iuris, która jest wypadkową dotychczasowych deklaracji stref wolnych od LGBT. Co to oznacza?  Że całe województwo łódzkie dołącza do strefy wolnej od LGBT, do strefy wykluczenia, alienacji i stygmatyzacji. Widzieliście już żółte tabliczki przy wjeździe do niektórych miejscowości? Tabliczki, które informują, że pedałów, lesb, transseksualistów i innych dziwadeł nie przyjmują, że oni nie są mile widziani, że jak pojawią się w mieście, to ryj im obiją, wyzwą, a pani w sklepie może odmówić im sprzedaży chleba?

Przesadzam? Serio? Auschwitz tuptało małymi kroczkami. Narastała nienawiść i niechęć – to jedno, ale nieme przyzwolenie całej rzeszy ludzi sprawiło, że nie sposób było tego zatrzymać, tej narastającej fali agresji, przemocy. Ci, którzy stali z boku nie zrobili NIC. Tak jak my dzisiaj. Milczymy. Bo to temat niewygodny, bo może faktycznie coś jest na rzeczy, bo może to całe LGBT zagraża naszym dzieciom, bo za całą tą “ideologią” kryją się zboczeńcy i pedofile. STOP. Nie dajmy się zgnieść tej szerzącej nienawiść propagandzie.

Pomyślcie, że to dotyka wasze dziecko. Być może ono nie jest gejem, lesbijką, ale może ma koleżanki i kolegów homoseksualnych. Może kiedyś, za kilka lat na studiach zostanie dotkliwie pobite na rynku jakiegoś miasta za to, że “prowadza się z pedałami i pewnie lubi ruchać małe dziewczynki i chłopców”. Nie, nie odwracajcie głowy, nie zatykajcie uszu, nie uśmiechajcie się pod nosem uznając to za histerię.

Boję się o moje dzieci, o to w jakim świecie przyjdzie im żyć. Że być może za chwilę usłyszą, że ci, którzy chcą się uczyć języków obcych to zdrajcy ojczyzny, że może znowu tych chcących się kształcić będzie się uważać za zagrażających niepodległości ojczyzny. Mają myśleć o tym, żeby stąd wyjechać, nie zostawać w kraju, w którym jesteśmy obojętni, bo wydaje nam się, że to nas nie dotyczy?

Rozmawiacie z dziećmi o nas, o kolorowym społeczeństwie, które zawsze takie było. Zawsze wszyscy się różniliśmy w światopoglądzie, wyznaniu, w swojej seksualności. Na wielu poziomach. Uczycie swoje dzieci, żeby nie były obojętne? Żeby reagowały, gdy komuś dzieje się krzywda, gdy ktoś dziś obok nich jest prześladowany przez rówieśników? Mówicie im, że hejt w sieci jest żadną drogą do fejmu? Czy może mówicie, że lepiej się nie wtrącać i “od problemów trzymać się z daleka”? A może nic was nie interesuje poza ocenami, słupkami rankingów i możliwością wzrostu waszej wypłaty?

Chcę krzyczeć. Chcę by słowa Mariana Turskiego były wypisane na wszystkich możliwych murach naszych miast. By zamiast żółtych tabliczek, pojawiły się te z napisem “Nie bądźmy obojetni”. Auschwitz nie spadło z nieba… Sami sobie zgotowaliśmy taki los. Ktoś ponownie rozpalił ogień pod wielkim kotłem.