Lifestyle

„Love drug”, czyli tabletka, która wywoła uczucie miłości. Naukowcy już nad nią pracują

Redakcja
Redakcja
13 kwietnia 2017
Fot. iStock
 

Zastanawiałaś się kiedyś, jakby to było: przyjmujesz tabletkę i zaczynasz czuć miłość? Brzmi jak bajka. Ale taka bajka, która może stać się rzeczywistością. Naukowcy już nad nią pracują i przewidują jej powstanie w niedalekiej przyszłości.

Naukowcy są zgodni, co do jednego – nieuniknione jest powstanie substancji o działaniu stymulującym procesy biochemiczne, które ludzie nazywają miłością. Wszystko dzięki powodzeniu badań przeprowadzonych na dwóch, blisko spokrewnionych gatunkach norników preriowych. Różnią się one tym, że jedna grupa jest mono, a druga poligamiczna.

Za przyczynę podejścia do kwestii wierności uznano różnicę, która tkwi w systemach wydzielania oksytocyny. To świadczy o tym, jak ważny jest ten hormon, zwany hormonem miłości, w gotowości do pozostania w stałym związku.

Wyniki zostały zestawione z obserwacjami czynności mózgu u ludzi, którzy twierdzą, że są w stanie zakochania. Dzięki technice neuroobrazowania potwierdzono kluczową rolę oksytocyny również u ludzi.

Dr Anders Sandberg, który zajmuje się etycznymi rozważaniami nad praktycznym zastosowaniem informacji i odkryć z dziedziny neurobiologii, przewiduje, że tabletka pojawi się na półkach w ciągu dziesięciu lat. Jednak wiąże z jej wprowadzeniem wiele trudności, wynikających z obaw etycznych. Wiele wątpliwości powoduje to, jak będzie ona oddziaływać na życie człowieka i w jakim celu będzie ona zażywana.

Obawia się przede wszystkim, że „love drug” stanie się – dosłownie – lekarstwem na problemy w związku lub ludzie będą ją zażywać, kiedy rozpadnie się ich związek. Niestety, jego obawy są słuszne. Oksytocyna sprawia, że czujemy się szczęśliwsi. Spożywając ją jako lekarstwo na nieudaną relację rzeczywiście poczujemy się lepiej, jednak nie rozwiążemy problemów.

Jednak pomimo obaw, tabletka może pomóc wielu osobom. Single zyskają szansę na stworzenie związku, a osoby, które nigdy nie były zakochane, poczują, jak to jest kochać.

Ale czy do tego, żeby poczuć miłość, wystarczy jedynie tabletka?


Źródło: fpiec.pl


Lifestyle

Polak przed świętami w sklepie spożywczym idzie na łatwiznę. Kupny makowiec zastąpił domową babkę

Redakcja
Redakcja
13 kwietnia 2017
Fot. iStock
 

– Polacy to dziwny naród. Zawsze zastanawiało mnie, dlaczego tyle kupują przed świętami. Przecież to tylko trzy dni, a oni robią zapasy, jakby zbliżała się wojna – dziwi się moja przyjaciółka pochodząca z Anglii, która od roku mieszka w Polsce. Po jej słowach zaczęłam się zastanawiać, co w świętach jest dla nas ważne. Czy naprawdę musimy biegać po sklepach, wśród tłumu? Czy naprawdę wolimy kupować gotowce? Może lepiej upiec samemu w domu swoją babkę, żeby nasz dom będzie pachniał świętami?

Harmider, krzyk, gwar. To pierwsze, co rzuca mi się w oczy po wejściu do marketu. Od razu pożałowałam, że jednak nie poszłam po zakupy do osiedlowego sklepu.

Po pierwsze – nie było dla mnie koszyka, po drugie – już zostałam potrącona. Czekam na przeprosiny. – HAHAH, dobre – wyśmiałam samą siebie żegnając wzrokiem kobietę, która we mnie wjechała wózkiem. Nie patrzyła na nic, pruła do przodu. Miała konkretny cel i zmierzała do niego po trupach. I to dosłownie.

Bo o wypadek w tym momencie nietrudno. Ludzie dostali gorączki, latali z wózkami, przepychali się. Nie można nawet spokojnie stanąć przed lodówką, żeby zastanowić się, co wybrać. Zaraz dostajesz z łokcia i twoje miejsce zajmuje ktoś inny.

Odsunięta ze swojego miejsca, czekam, aż masywna dama wybierze masło. Z ciekawości zaglądam do stojących obok mnie wózków. Można w nich znaleźć wszystko: jajka, sery, ciasta, makowce, warzywa, pieczywo. Całe mnóstwo produktów, które mogą stanowić zapas na co najmniej tydzień. Te same produkty uśmiechały się do mnie ze stron leżącej na podłodze i podeptanej gazetce, która wielkimi literami zachęcała do korzystania ze świątecznych promocji i wyjątkowych okazji.

– Nienawidzę, kiedy w sklepie pojawiają się promocje. Ludzie tracą wtedy rozum – mówi szczerze Bogna, pracownica jednego z marketów. – Przed świętami jest najgorzej. Ładują do wózka wszystko, co jest tylko oznaczone znaczkiem PROMOCJA. Zachowują się tak, jakby to było jakieś magiczne słowo i oni koniecznie muszą to mieć. I co tam, gdyby kupowali tyle, ile potrzebują! Niektórzy potrafią brać całe kartony – dodaje.

Naszą rozmowę przerywa krzyk. – Spokojnie! Proszę o spokój! – odwracam się. Donieśli bułki. Ludzie rzucili się na nie, jakby to była ostatnia porcja wypieków przed świętami.

Cyrk, po prostu cyrk! Tak to można opisać. Wszyscy biegają wykonując akrobacje i zręcznie lub mniej prowadząc swoje wózki. Jest głośno, tłumnie, tłoczno.

Staję przy kasie i kiedy pani przede mną wypakowuje na taśmę tonę swoich zakupów zastanawiam się, dlaczego idziemy na łatwiznę i zabijamy atmosferę świąt? Czy naprawdę wolimy smak kupnego ciasta od tego, które sami upieczemy? Tłumaczymy się brakiem czasu. Ale mamy go na tyle, żeby godzinami biegać po sklepie.

Przypomniała mi się babcia i jej opowieści o tym, jak kiedyś wyglądały święta. Każdy z rodziny dostał swoje zadanie do wykonania. Zazdrościłam jej tych chwil, kiedy wraz z dziećmi piekła babki, mazurki i sernik. Dziadek przygotowywał wyroby, na stole zawsze podczas świąt musiała być własnej roboty kiełbasa. Do dziś pamiętam smak babcinego żurku…

Poruszona wspomnieniami postanowiłam jeszcze kupić zajączka czekoladowego, z półki wybrałam takiego, który samotnie stał bez głowy.

– To całkowicie normalne, mnie to już nie dziwi – mówi siedząca przy kasie Bogna. – Wypadają ludziom z rąk, rozbijają się. Ale rzadko kiedy ktoś to zgłasza. Lepiej odłożyć na półkę, wziąć inną sztukę i iść dalej. No tak, przecież nie ma czasu na przyznanie się do winy i poniesienie ewentualnych konsekwencji. Bo trzeba przecież szybko wracać do domu i przygotowywać się na święta…

Czas jest bardzo ważnym pojęciem w sklepie. Niby każdemu się spieszy, ale tak naprawdę zakupy przeciągają się nawet do kilku godzin. Niby większość wie, co ma kupić, bo ma ściągawkę na kartce, ale każdy zastanawia się, nim coś wrzuci do wózka.

Przyglądałam się, co ludzie kładą na taśmę. Pakowane wędliny, śledzie w oleju i, obowiązkowo!, alkohol. Polacy nie wyobrażają sobie świąt i uroczystości bez niego. Robią zapas, żeby tylko nie zabrakło. Tak było również w domu mojej babci.

Święta stresują Polaków.  Ale nie zawsze szliśmy na łatwiznę tak, jak dziś. Dawniej rodziny same przygotowywały potrawy, dziś wolimy kupić gotowe. Bo nie mamy czasu, bo nie umiemy, bo wszystko jest w sklepie.

Zanim sięgniemy po kupną babkę, pomyślmy, ile w nas samych jest nastroju zbliżających się świąt…


Lifestyle

Prześwietlamy czekoladowe zające. Czy wysoka cena gwarantuje dobrą jakość? Zdziwisz się!

Redakcja
Redakcja
13 kwietnia 2017
Fot. iStock / GMVozd

Symbolizuje odradzającą się przyrodę, wiosnę oraz płodność. Obok baranka, kurczaczka i pisanek to nieodłączny element zawartości wielkanocnego koszyczka. Polacy uwielbiają czekoladowe zające, które chętnie zjadają po ich poświęceniu. W sklepie mamy ich ogromny wybór. Czym kierujemy się przy ich kupnie? Co nas zachęca – wygląd, cena czy może skład? A może zaufanie do firmy, która go wyprodukowała? Zobaczcie, czy najdroższy zajączek jest najlepszej jakości i czy znana marka rzeczywiście proponuje nam najlepszy i najzdrowszy produkt.

Według badań Polacy zjadają ponad 4,5 kg czekolady w ciągu roku. Jesteśmy w tej kwestii tradycjonalistami i sięgamy najczęściej po te najbardziej popularne, czyli mleczną, z nadzieniem truskawkowym czy z dodatkiem orzechów. Spożycie czekolady wzrasta dwa razy w roku – przed Świętami Bożego Narodzenia i przed Wielkanocą.

Przed Zmartwychwstaniem Pańskim sięgamy głównie po czekoladowe pisanki, baranki i zajączki, które możemy kupić nawet kilka miesięcy przed świętami. Postanowiłyśmy skupić swoją uwagę na zającach i dokonać analizy ich składu. Wybrałyśmy się w tym celu do znanych marketów. Wybrałyśmy kilka propozycji od różnych producentów. Cena wybranych produktów waha się od 1 zł do 9 zł (po przecenie).

Na co powinniśmy zwracać uwagę przy wyborze zająca? Podpowie nam to skład, który powinnyśmy czytać przed wrzuceniem produktu do koszyka. Użyte składniki podane są w konkretnej kolejności, czyli od największego do najmniejszego udziału wagowego.

Cukier

W składzie naszych zająców, cukier występuje na pierwszym miejscu. I tak jest zarówno w przypadku zająców za niecałe 2 zł, jak i w tym za niecałe 9 zł. To jest dla nas informacja, że nie mamy do czynienia z czekoladą z najlepszych składników, nawet pomimo zapewnień jednej z wymienionych firm.

Olej palmowy

Na to, na co powinniśmy zwrócić uwagę, to obecność oleju palmowego, który jest źródłem niekorzystnych tłuszczów. Ich spożywanie może prowadzić do miażdżycy i otyłości. Zaskakujący jest fakt, że najdroższy zając ma go w swoim składzie. A zając za 1, 59 zł jest go pozbawiony.

Emulgator E 476

Znawcy czekolady zwracają także uwagę na zawartość emulgatora E 476, który służy do szybszego, łatwiejszego i trwalszego mieszania składników. Wcześniej straszono jego negatywnym działaniem na organizm, jednak od pewnego czasu negatywne skutki jego spożywania zostały podważone. Jednak zauważmy, że nie został on użyty przy produkcji trzech najdroższych zająców.

Masa kakaowa

Kolejną ważną informacją jest zawartość masy kakaowej – im większy procent, tym lepiej. Wszystkie nasze zające zostały wyprodukowane z czekolady mlecznej, która powinna zawierać min. 25 proc. masy. Najtańszy zając ma w swoim składzie min. 25 proc., kolejne: 30 proc., 50 proc., na etykiecie najdroższego brak informacji. Jak widać w tej kategorii jakość nie idzie w parze z ceną.

Oto lista wybranych przez nas zająców:

60 g za 1,49 zł Terravita

To najtańszy zająć wielkanocny, jaki był dostępny w odwiedzonych przez nas sklepach. Firma ta, jak pisze na swojej stronie, specjalizuje się w produkcji czekolad dedykowanych markom własnym.

W skład czekoladowego zająca wchodzą: cukier, tłuszcz kakaowy, miazga kakaowa, mleko w proszku pełne, mleko w proszku odtłuszczone, serwatka w proszku (z mleka), tłuszcz mleczny.

Produkt zawiera olej palmowy oraz emulgator E 476.

Fot. Anna Wójtowicz

Fot. Anna Wójtowicz

60 g za 1,59 zł Cosmo

Firma Cosmo to producent figurek związanych ze świętami, których produkty wysyłane są także za granicę. Świecące opakowanie utrudnia odczytanie składu, dlatego kiepsko jest ująć go na zdjęciu.

W skład czekoladowego zająca wchodzą: cukier, tłuszcz kakaowy, mleko w proszku pełne, miazga kakaowa, emulgatory: lecytyna sojowa i E 476.

Produkt nie zawiera oleju palmowego.

Znaleźć można go np. w Auchan.

Fot. Anna Wójtowicz

Fot. Anna Wójtowicz

 

75 g za 3,49 zł Favorina

To niemiecka firma, która dostarcza do Lidla wyroby czekoladowe głównie przed świętami. Przygotowany przez nich zając waży 75 g i jest zrobiony z czekolady mlecznej, białej i deserowej.

W skład czekoladowego zająca wchodzą: cukier, tłuszcz kakaowy, mleko w proszku pełne, miazga kakaowa, serwatka (z mleka) w proszku, emulgator: lecytyny (z soi), naturalny aromat waniliowy, barwnik, karoteny.

Produkt nie zawiera oleju palmowego ani emulgatora E 476.

Znajdziesz go w Lidlu.

Fot. Anna Wójtowicz

Fot. Anna Wójtowicz

 

100 g za 7,99 zł Ferrero Rocher

Firma, dla której najważniejsza jest jakość, a podstawą sukcesu ich produktów jest wykorzystywanie jedynie starannie wyselekcjonowanych surowców.

W skład czekoladowego zająca wchodzą: cukier, tłuszcz kakaowy, miazga kakaowa, mleko odtłuszczone w proszku, masło odwodnione, emulgator: lecytyna (soja), wanilina.

Jak widać produkt jest stworzony zgodnie z wartościami firmy.

Znajdziecie go np. w Auchan.

Fot. Anna Wójtowicz

Fot. Anna Wójtowicz

 

110 g za 8,99 zł Kinder

Kinder oferuje niepowtarzalne produkty i doświadczenia, a ich czekoladki uwielbiają nie tylko dzieci. Ich zając został pokryty mleczną czekoladą z warstwą białego mlecznego nadzienia wewnątrz.

W skład czekoladowego zająca wchodzą: cukier, mleko pełne w proszku, tłuszcz kakaowy, miazga kakaowa, emulgator: lecytyny (soja), wanilina, mleko odtłuszczone w proszku, tłuszcze roślinne (Shea), masło odwodnione.

Produkt zawiera olej palmowy.

Fot. Anna Wójtowicz

Fot. Anna Wójtowicz

 

A co ze smakiem? Przyznam się szczerze, że najdroższy smakuje najlepiej – będzie smakował każdemu miłośnikowi produktów Kinder. Zaskoczył nas smak zajączka za 1,59 zł, który był naprawdę smaczny i nieprzesłodzony w przeciwieństwie do zajączka z Lidla.

Jak widać, żaden z zająców nie jest zrobiony z czekolady dobrej jakości. Na przykładzie przeanalizowanych składów widać, że przy wyborze nie można kierować się wyłącznie ceną bądź marką. Należy czytać etykiety i wybierać takie produkty, które mają jak najmniej tłuszczów roślinnych oraz utwardzaczy.

Żaden zając nie został zwycięzcą. Wszystko przez dużą zawartość cukru, który został wszędzie wymieniony na pierwszym miejscu. Ale może właśnie taki jest zamysł producentów, aby dać nam na święta jak najwięcej słodkości?


Zobacz także

Dzień #18. Zadbaj o siebie naprawdę. #SlimemGO

Narzeczony w wieku ojca. Miłość, której nie jest w stanie poróżnić kwestia wieku ani różnica pokoleń

Podsumowanie drugiego tygodnia akcji #Bądź Dobra dla siebie. Dla kogo nagrody?