Kuchnia

Smoothie stacks – kolorowe i energetyczne. Nowa moda na zdrowe koktajle

Żaklina Kańczucka
Żaklina Kańczucka
21 lipca 2016
smoothie stacks
Fot. iStock / smoothiestacks
 

Szalały już rożne mody na orzeźwiające napoje z warzyw, owoców, mleka a nawet z dodatkami różnych alkoholi. Tęczowe smoothie to kolejna propozycja, która poza porcją zdrowia i owocowej energii, zachwyca wyglądem.

Różne warstwy owoców, przekładane kontrastującymi kolorami, robią niesamowite wrażenie i zachęcają do wypicia takiego przysmaku. Jednak, zamiast patrzeć i podziwiać, złap sama niezbędne składniki i w prosty sposób zrób własne smoothie stacks.

Kolorowe smaki w natarciu

Wystarczy zaopatrzyć się w owoce, zgodnie z upodobaniem i je zmrozić. Chodzi o to, by kolorowe warstwy się nie zmieszały a dzięki częściowo zamrożonym owocom, masa jest gęstsza i dobrze układa się w szklance. Składniki wystarczy osobno zblendować i przełożyć do naczynia.

Aby uzyskać warstwy o wyrazistych kolorach, dokonaj wyboru z puli tych składników: →Żółte owoce: mango, marakuja, ananas, banan →Pomarańczowe owoce: sok pomarańczowy, kaki →Czerwone owoce: granat, truskawki, maliny →Różowe owoce: maliny, jeżyny (mała ilość) →Fioletowe owoce: jagody, truskawki →Zielone owoce: kiwi Jeśli lubisz mieszać smaki, wykorzystaj również warzywa do przekładania warstw.

źródło: www.ofeminin.pl, Instagram

 


Kuchnia

Nie spotykamy na ulicy dzieci zbierających pieniędzy z tabliczką: „Mój tata nie płaci alimentów”. Może taka kampania społeczna powinna powstać

Ewa Raczyńska
Ewa Raczyńska
21 lipca 2016
„Mój tata nie płaci alimentów"
Fot. iStock/SandraKavas
 

Z ciekawością słucham doniesień o tym, że jesienią ma ruszyć kampania na rzecz płacenia alimentów. Myślę, sobie: „No w końcu”. Coś drgnęło. W końcu nie raz rozmawiałam z kobietami (jest ich zdecydowana większość), które po rozwodach zostały z dziećmi, ale bez wsparcia ze strony ich ojca – tak, jakby on biorąc rozwód z żoną, brał też rozwód z dziećmi. I żeby mnie dobrze zrozumiano nie mówię tu o sytuacji, kiedy mężczyzna faktycznie tych alimentów płacić nie może, bo jest nieporadny życiowo, uzależniony od alkoholu czy narkotyków, bez szans na pracę.

Uwierzcie, tych przypadków jest znacznie mniej, niż by się nam wydawało, a dług alimentacyjny, który obecnie przekroczył już 10 MILIARDÓW złotych, to nie wynik nieporadności pozostawionych bez kobiecej ręki panów. O nie. Dług alimentacyjny dotyczy w znacznej większości tych facetów, którzy mają już drugie rodziny, dzieci z kolejnych związków, jeżdżą fajnymi autami, wyjeżdżają na wakacje i mają pracę. A przepraszam, nie, pracy nie mają, bo kiedy komornik zwraca się z pismem do ich pracodawców, okazuje się, że dany ojciec dzieci tam nie pracuje, tylko na kawie przesiaduje. Codziennie po osiem godzin. A co? Nie może?

Pamiętam przypadek, opowiadany przez matkę trójki dzieci, która alimentów nie dostaje. Ojciec z nową rodziną, nowym dzieckiem – tak, bo te z poprzedniego związku najczęściej są przez nich nazywane „starymi” dziećmi” wynajmujący mieszkanie za trzy tysiące złotych, który rzekomo nie pracuje, więc nie ma skąd płacić alimentów. Skąd kasa na wynajem? Od matki, której renta wynosi 1800 złotych. Urocze, prawda?

Na czym polega rzeczywisty problem zadłużenia alimentacyjnego? Wszyscy zgodnie powtarzają – na przyzwoleniu społecznym.  W jakiś badaniach czytałam, że prawie 70% Polaków uważa niepłacenie alimentów za karygodne, ale co z tego? 600 tysięcy dzieci pozbawionych jest pieniędzy, które im się zwyczajnie należą, bo przymykamy oczy, bo kryjemy dłużników, bo dajemy sobie wmówić, że te pieniądze to dla niej, tej zdziry na paznokcie, nowego fagasa, nowe kiecki i wyjazdy.

UWAGA – alimenty nie są dla żadnej zdziry, dla byłej, czy dla chciwej s*ki. Alimenty są dla dzieci, dla dzieci za które facet jest odpowiedzialny bez względu na to, jakie ma zdanie o swojej byłej partnerce. My nie mówimy tu o walce między dwojgiem dorosłych ludzi. A niech się kłócą, sądzą udowadniają sobie winę za rozpad związku. Mówimy o dzieciach, które co tu dużo analizować – zostają bez obojga rodziców w domu, co już jest dla nich bardzo trudne, a do tego dochodzi świadomość, że ojciec, którego przecież kochają, ma je tak naprawdę w głębokim poważaniu, traktuje jak obowiązek, od którego trzeba jak najlepiej się wymigać. I nie ma co tu kiwać głową i zaprzeczać. Mówię o dłużniku alimentacyjnym, który nie płaci na własne dziecko! I dla mnie na tym powinna kończyć się dyskusja i za nią iść konkretne działania. Ale niestety nie idą. Bo luki w prawie pozwalają dłużnikom śmiać się ich własnym dzieciom w twarz. Oni doskonale wiedzą, że kiedy wpłacą 50 złotych raz na pół roku, sąd nic nie może zrobić, bo przecież wykazują chęci do płacenia. Nie uchylają się, a że 50 złotych, zamiast zaległych kilku tysięcy… Co to za różnica, prawda? No przecież, że żadna.

„Ten mój Misiu taki biedny, panie komorniku. A ta jedna zdzira poszła sobie do innego i co teraz mój Misiu ma ją dalej utrzymywać, jak on u mnie kątem mieszka?”. To słyszy komornik, kiedy w imieniu dłużnika alimentacyjnego przychodzi jego matka, która synka utrzymuje, bo on nigdzie nie pracuje. Dlaczego sam nie przyjdzie, a bo zajęty, codziennie, po osiem godzin. A że nowe auto ma, to ona mu kupiła ze swojej renciny, bo on taki załamy po tym rozwodzie. Podziwiam komorników za cierpliwość, bo ja pewnie skoczyłabym do gardła. Dlaczego tak trudno zrozumieć, że alimenty to pieniądze dla dzieci i dlaczego tak łatwo stajemy po stronie dłużników. Jak często ich nowe partnerki mówią: „Głupi, chyba nie będziesz jej (tej byłej) płacił”. Ciekawe, co powiedzą gdy one zostaną same i też grosza na dziecko nie dostaną. Będą pracować na trzech etatach, dorabiać, żeby dziecko nie czuło się gorsze, by im wynagrodzić to, że nie mają pełnej rodziny i to, że ojciec ma ich w d*pie.

Tak, jesteśmy głupie, bo zamiast postawić się i skazać dzieci na chodzenie w podartych butach, w za małej kurtce, to może wtedy społeczeństwo zauważyłoby te dzieci. Dzisiaj problem nie jest widoczny gołym okiem, nie spotykamy na ulicy dzieci zbierających pieniędzy z tabliczką: „Mój tata nie płaci alimentów”. Taka kampania dla tych dzieci mi się marzy. Mocna, z silny przekazem, że dłużnik alimentacyjny to ten, kto okrada własne dziecko.

Dłużnikiem nie jest facet, który dogaduje się z byłą żoną po rozwodzie, nie jest nim dojrzały i świadomy mężczyzna, który potrafi ponad własną zranioną dumę i honor postawić dobro dziecka. Dłużnika nie spotkamy wśród mężczyzn, którzy choć rozwiedzeni odbierają dzieci ze szkoły, zawożą na zajęcia, zabierają na wakacje. Wiemy dobrze, że tacy są. Ale o nich się nie mówi, bo oni nie są problemem. A może czasami powinni być stawiani jako przykład.

Tymczasem dłużników kryją pracodawcy, którzy pod stołem dopłacają takiemu delikwentowi do pensji, albo w ogóle zatrudniają na czarno – tak solidarność jąder ponad wszystko i pokazania „tej głupiej babie”, że jednak my faceci jesteśmy górą, a ona tylko do garów się nadaje, bo bez nas samców alfa nie ma nic.

Kryją ich matki, ojcowie, znajomi. Kryje ich nawet nasze cholerne prawo, które każdy alimenciarz wie jak obejść, uwierzcie, nie stanowi to dla niego żadnego problemu. Kryją ich inny dłużnicy, ich partnerki. Tylko każdy z nich, jak i każdy z nas spłaca dług takiego faceta. Ty, który nie przyznasz, że u ciebie pracuje. Ty, który mówisz: „Nie bądź głupi, nie płać”. Tylko kto tu jest głupi? Ten, który nie zapłaci, czy ten, który spłaca ten dług we własnych podatkach, na czym też cierpią jego dzieci, bo te pieniądze mogłyby iść choćby na doposażenie szkół czy przedszkoli.

I tak, czekam na kampanię, którą tworzy Ministerstwo Rodziny, Pracy i Polityki Społecznej przy udziale Stowarzyszenia „Dla Naszych Dzieci”. I mam nadzieję, że będzie to mocny przekaz. Że pokażą dziecko, które jest okradane, za które jego ojciec nie chce ponosić żadnej odpowiedzialności. Mam nadzieję, że ta kampania uderzy w tych, którzy dłużników alimentacyjnych kryją, która w końcu odczaruje mit, że alimenty są na nowe paznokcie byłej żony i pokaże, że za każdego dłużnika to my spłacamy dług.

Mam nadzieję… choć przecieki, że kampania ma powstać w formie animowanego filmu, który zawsze kojarzy nam się z sielską bajką, nie napawa optymizmem… Bo kto poważnie potraktuje bajkę? Obejrzą ją dzieci, które alimentów nie dostają? Ale nie ma co dzielić skóry na niedźwiedziu. Kampania w toku przygotowań. Mam nadzieję, że głosy tych, którzy problem zadłużenia alimentacyjnego znają od podszewki, zostanie wzięty pod uwagę. Czekam z niecierpliwością i dużą wiarą w to, że może zrobimy mały krok w stronę zmiany sytuacji alimentacyjnej.


Kuchnia

Ubraniowe koszmary i zagadki, które zna każda z nas

Agnieszka Dyniakowska
Agnieszka Dyniakowska
21 lipca 2016
Ubraniowe koszmary i zagadki, które zna każda z nas
Fot. iStock / ViewApart

Marylin Monroe mawiała, że pieniądze szczęścia nie dają – dają je dopiero zakupy. I coś w tym niewątpliwie jest, bo nowa bluzka, dopasowane spodnie albo elegancka torebka potrafią poprawić kobiecy humor nawet lepiej niż tabliczka czekolady. Ale w tym handlowym gąszczu, wśród sklepowych półek i wieszaków, oprócz dobrego humoru znaleźć można też powody do zdziwienia, szoku, a nawet porządnego wkurzenia się. Oto kilka ubraniowych koszmarów i zagadek, które z pewnością nie raz spotkałaś na swojej zakupowej drodze.

1. Góra dobra, dół za mały

Mierzysz świetną sukienkę, w której zapewne wyglądałabyś bosko i zniewalająca, ale podczas gdy góra leży jak ulał, dół jest nieco przymały – albo odwrotnie. I tu pojawia się pytanie – czy projektanci zapomnieli, jak wyglądają kobiety? Tak, mamy biusty. Tak, mamy biodra szersze niż nasze talie. Dlaczego więc niektóre ciuchy krojone są na ludzi o figurze prostokąta?

2. Dekolt do pępka

Znalazłaś świetną bluzkę, T-shirt jakiego od dawna szukałaś, gdyby jednak dekolt był nieco mniejszy… Głęboki dekolt pomaga wyeksponować kobiece atuty, ale nie zawsze o to właśnie nam chodzi. Ani to usiąść wygodnie, ani się pochylić, o szalonej zabawie z dzieciakami na placu nawet nie ma mowy, biustu pilnować trzeba, bo co chwilę wyglądnąć chce zza bluzki i pokazać się światu.

3. Udawane zamki i niby kieszenie

Zamek, który możesz co prawda rozpiąć, ale nic poza tym. Kieszenie, które kieszeniami nie są i namawiają do filozofii „być, a nie mieć” – nie musisz nosić ze sobą nic. Dobre dla osób na odwyku od notorycznego trzymania rąk w kieszeniach – babcia zawsze mówiła, że to niegrzecznie i niekulturalnie.

4. Różne sklepy – różne rozmiary

Twój wywalczony z Chodakowską rozmiar 38, nagle może w jednym sklepie stać się 36 (o tak, mam tę moc!),  a w innym 40 lub nawet 42 (to pewnie od marzeń o czekoladzie…). Czasami zdarza się nawet, ze potrzebujesz różnych rozmiarów ubrań tej samej marki. Zagadki tej nikt nie jest w stanie rozwiązać, więc nie ma co się przejmować numerkami i po prostu kupować to, w czym dobrze się wygląda.

5. Prześwitujące bluzki i bluzeczki

Cienkie niczym bibułka bluzeczki z pewnością są przewiewne, nie powodują nadmiernego pocenia i mogą być kuszące dla płci przeciwnej, ale nie zawsze jest na nie czas, miejsce i ochot. Dress code w pracy, skromność własna i niechęć do odkrywania wymagają zatem noszenia podkoszulki lub innej bluzki. Jednak czy o takie tworzenie warstw nam chodzi?

Ubraniowe koszmary i zagadki, które zna każda z nas

Fot. iStock / Petar Chernaev

6. Dziwne napisy i nadruki na T-shirtach

Krój świetny, kolor niesamowity, ale ten napis… Napis woła o pomstę do nieba! Albo dominacja piesków, kotków, postaci z kreskówek i innych bajkowych stworów – można mieć i taką bluzkę w ofercie, ale niech będzie na wieszaku obok jakaś alternatywa! Czasem aż ciśnie się na usta pytanie, kto to wymyślił i co nim kierowało. Dzidzia- piernik albo infantylna ćwierćinteligentka to nie jest efekt, jaki chcemy uzyskać, więc głupkowatym napisom i nadrukom mówimy zdecydowane nie!

7. California, Hawaje albo New York

No czy ja jestem „born in USA”? Dlaczego mam nosić T-shirt z miłosnym wyznaniem do hawajskich wysp lub kalifornijskiej ziemi, skoro dzielą mnie od nich tysiące kilometrów? A gdzie nasze rodzime Bieszczady, Mazury, Warmia i Pomorze? O tym jakoś nikt nie pomyślał, a szkoda!

8. Cekiny, ćwieki i brokat w dziwnych miejscach

Tu cekinek, tam brokacik, a ty świecisz się i błyszczysz już z daleka- w promieniach słonecznych lepiej nie stawaj, bo oślepisz przechodniów. Gdyby chociaż projektant miał jakiś zamysł, ale czasami wygląda to jakby ktoś niesfornie rzucił garść cekinów na materiał i gdzie spadną, tam będą. Z ćwiekami podobnie – umieszczają je w dziwnych miejscach, bez pomysłu, albo w ilości takiej, że twoje ubranie zaczyna przypominać zbroje rycerską. Zgroza!

9. Większy rozmiar nie znaczy większy

Czasem jedynie oznacza dłuższy, ale nie szerszy, a czasem szerszy, ale nie dłuższy. Ciągle słyszymy, że najważniejszy jest indywidualizm, że należy być sobą i fajnie, że ludzie się różnią, ale widocznie nie dotyczy to świata ubrań – jeśli nie masz 170 cm wzrostu i wymiarów 90-60-90 to musisz się trochę natrudzić, by znaleźć wymarzony ciuch.

10. Wszystko na jedno kopyto

Przechodzisz od sklepu do sklepu, ale właściwie różnic większych nie widać – wszystko do siebie podobne, na jedno kopyto robione, zero fantazji i polotu. Jak modne są dziury na kolanach, to spodni bez rozdarcia w sklepach nie uświadczysz. Jak wszyscy noszą krótkie bluzki, to i ty musisz do trendu się nagiąć i odkryty brzuch wciągnąć.

11. Męskie 10 zł, damskie 110 zł

Koszula na dziale męskim może kosztować 40 zł, ale na damskim niemal identyczna (tylko skrojona inaczej) kosztować będzie co najmniej dwa razy tyle. Czuję tutaj powiew stereotypu, ze zakupy to damska domena i kobiety są skłonne wydać znacznie więcej na ciuchy niż panowie. No dobra, nawet jeśli to prawda, to i tak sprawiedliwości w takim zawyżaniu cen nie ma!


Na podstawie: www.buzzfed.com


Zobacz także

Dzień dobry, śniadanie!

Dzień dobry, śniadanie! 4 sposoby na udany początek dnia

Delecta - Domowa nalewka krok po kroku

Domowa nalewka krok po kroku – 3 przepisy

właściwości maku

Co się kryje w główce maku?