Lifestyle

Żadne z kochanków nie jest na tyle odważne, by cokolwiek zmienić w swoim życiu, by podjąć decyzję. Bo każda będzie zła

Poli Ann
Poli Ann
22 sierpnia 2022
fot.photoguns/iStock
 

Lucyna zamknęła właśnie drzwi do łazienki. Tylko tu czuje się sobą i po całym zwariowanym dniu w tym miejscu naprawdę wypoczywa. Zmywa makijaż powoli, dokładnie. Czyni to naprawdę precyzyjnie tak jakby ściągała maskę. W sumie w jakimś sensie tak jest. Na co dzień zadbana, uśmiechnięta, z ustami w mocnej czerwieni i długimi wytuszowanymi rzęsami sprawia wrażenie kobiety szczęśliwej.

Ma przecież pracę, męża, udane dzieci, piękne mieszkanie z tarasem, psa. Wszystko poukładane niczym klocki w pudełku przewiązanym różową wstążką i posypanym brokatem, by podkreślić jego urok.

Tu w łazience Lucyna wie, że to tylko sztuczny obrazek stworzony na potrzeby innych i dla zagłuszenia wyrzutów sumienia. Powinna być przecież obrzydliwie szczęśliwa, a nie jest.
Gdy twarz nie ma na sobie śladu makijażu kobieta idzie pod prysznic. Myje włosy, robi peeling całego ciała, goli nogi. Zmywa z siebie zapach ukochanego. Nie chce tego robić, pamięta każde muśnięcie jego dłoni, każdy pocałunek i pieszczoty tak odważne, że przy własnym mężu by się zarumieniła. I dlatego właśnie oczyszcza ciało i próbuje uspokoić gonitwę myśli. Zawsze tak się dzieje, gdy wraca do męża z objęć kochanka. Od kilku lat miota się, po prysznicem płacze i zmywa z siebie zapach tego, którego tak naprawdę kocha. Nawet nie wie, kiedy wygasł żar w jej małżeństwie.

Czy gdy Grzegorz zmienił pracę i chciał się wykazać? Kiedy tylko ona wstawała w nocy do bliźniaków nie wiedząc ze zmęczenia jak się nazywa? Gdy Grzegorz przeniósł się ze wspólnej sypialni na dół do gabinetu, by nie budzić jej nocnym pisaniem raportów? Czy może kiedy zaczęła sama z dziećmi jeździć na wakacje, bo mąż ciągle pilnował firmy?

Oddalili się od siebie tak bardzo, że zapomniała jak on smakuje. I kiedy właśnie ganiła przyjaciółkę za romans w pracy, sama poznała kogoś, o kim nie mogła przestać myśleć.
Jak to zwykle bywa, oboje tego nie planowali. I wcale nie poznali się na imprezie integracyjnej. Wpadła na niego przypadkiem w kawiarni i wylała na jego bieluśką koszulę truskawkowy koktajl. Szybko się zreflektowała chcąc zapłacić na profesjonalne usuwanie plam. On się spieszył, więc wcisnęła mu naprędce swoją wizytówkę. Jeszcze w domu tego samego dnia opowiadała mężowi jaką jest gapą. On sprzed ekranu monitora tylko pokiwał głową, a ona znów poczuła się transparentna. Niby była jego żoną i matką jego dzieci, wspaniałą synową i bratową, jednak nie czuła się już kobietą. I choć wiele razy próbowała Grześka wyciągnąć na imprezę, do hotelu, na koncert, do restauracji to zawsze przegrywała z firmą.
Gdy pewnego dnia więc przyszedł sms od niejakiego Konstantego, który dopytywał się pół żartem pół serio o wypranie jego koszuli, zareagowała. Najpierw chciała mu po prostu przelać pieniądze. Ale on uparł się na kawę od razu zaznaczając, że ma uczciwe intencje, bo jest żonaty. Lucyna nie pamiętała kiedy ostatnio była na kawie z mężczyzną. Uznała, że sytuacja jest w pełni bezpieczna i poszła. Rozmawiało im się za dobrze i za długo. Potem zaczęły się smsy i kawy w ciągu dnia. A gdy wylądowali w jego pustym biurze, obie wiedzieli, że pakują się w płomienny romans. Kochali się długo spragnieni miłości. Konstanty żonaty od kilku lat szczęśliwie tylko na zdjęciach umieszczanych regularnie przez jego żonę na fejsbuku, zatracił się w Lucynie tak mocno jak i ona w nim. Stworzyli swój świat, do którego wymykali się ze swoich szarych bezmiłosnych rzeczywistości bojąc się jednak z nich uciekać.

Lucyna boi się rodziny, nie chce tracić przyjaciół, wie że sama dzieci nie utrzyma. Konstanty obawia się żony furiatki, która zrobi wszystko by rozwodu mu nie dać, a jeśli go by jednak dostał, zadbałaby o ograniczenie kontaktu z córeczką.

Lucyna po każdym spotkaniu z kochankiem płacze pod prysznicem nie widząc wyjścia z tej patowej sytuacji. Konstanty na siłę pozuje do zdjęć, które na relacje wrzuca jego żona chcąc pochwalić się przed całym światem jaka jest szczęśliwa.

Żadne z kochanków nie jest szczęśliwe ani na tyle odważne, by cokolwiek zmienić w swoim życiu. Niemiły rozwód, reakcje rodziny, przepychanki w sądzie, alimenty to tylko czubek góry lodowej, który ich przeraża. Lucyna wyciera moje ciało. Jest piękna i niewyobrażalnie smutna. Wypłakała cały zapas łez na dziś. Idzie do pustej sypialni.

Konstanty uśpił właśnie córeczkę. Jego żona znów o coś się obraziła, on już sam nie wie o co. Bierze szybki prysznic, myje zęby i kładzie się do łóżka widząc obok siebie plecy małżonki.
Dzisiejszej nocy każde z kochanków zaśnie dopiero nad ranem bijąc się z myślami co dalej i nie znalazłszy żadnego rozwiązania na nowo pójdą w dzień kradnąc potajemnie wspólne chwile i mamiąc się ułudnym szczęściem.

 

 

 


Lifestyle

Miłość Twojego Życia – nigdy jej nie dorównam, choćbym nie wiem co zrobiła. Zawsze będę tą drugą

Poli Ann
Poli Ann
11 września 2022
fot. Manuel Meurisse/Unsplash
 

Wiesz, nie lubię, gdy ktoś nas pyta, jak się poznaliśmy. Przechodzą mnie ciarki i wtedy wiem, że myślami wracasz do przeszłości. Oczywiście najpierw z radością mówisz, że nasz związek zaczął się od pięknej przyjaźni, mojej pomocy i wsparcia, bo beze mnie byś zginął. Jeszcze wtedy czuję się potrzebna i taka ważna, a potem Twoje oczy smutnieją i zawieszasz się na mikrosekundę. Nie każdy to widzi, ale ja tak. Widzę ten żal, ten grymas bólu, bo wtedy przypomina Ci się ona – Miłość Twojego Życia, której ja nigdy nie dorównam, choćbym nie wiadomo co zrobiła. Zawsze będę tą drugą.

W liceum patrzyłam na Was z taką zazdrością. Edyta zawsze głośno się śmiała, była niewątpliwie piękna i podobała się połowie szkoły. Nietrudno było zwrócić na nią uwagę, a gdy zaczęliście być parą, każdy chciał być na Waszym miejscu. Tacy piękni, zakochani, zawsze razem, planujący przyszłość. Piękna sielanka, która zdarza się nielicznym.

Pamiętam jak wszyscy przeżywali Twoją studniówkę, na której byliście niekwestionowanymi królem i królową. Gdy zdawałeś maturę, ona czekała na Ciebie w korytarzu i wskoczyła Ci na biodra, gdy okazało się, że zdałeś ustny polski na pięć. Kiedy przychodziłeś po nią po naszych lekcjach już jako dumny student, a my wzdychałyśmy do Ciebie po kryjomu. Ja z tego wianuszka wielbicielek najbardziej. A potem stało się to, co was rozłączyło.

Pamiętam, że po Edytę nagle pod szkołę przyjeżdżał jej tata i niemal siłą wpychał do auta, podczas gdy ona wyrywała się do Ciebie, proszącego go choćby kwadrans rozmowy. Wasza tragedia rozgrywała się na naszych oczach, a wy – rozdzieleni siłą kochankowie – walczyliście z całych sił o każdą minutę. Edyta wymykała się z lekcji, po wzorowej uczennicy nie było ani śladu. Ty snułeś się pod szkołą w nadziei, że ją spotkasz. Jednak ojciec Edyty zawsze Cię wyprzedzał, nie pozwalał wam na jakiekolwiek rozmowy, a gdy Edyta uciekała do
Ciebie z lekcji, zawsze was nakryli i ona była wtedy pod kontrolą 24/7. Nie raz mówiła, że się zabije.

To wtedy, raz czatując na nią pod szkołą, zwróciłeś na mnie uwagę, pytając o papierosa. Poszliśmy zapalić, a Ty opowiedziałeś mi wszystko. Mówiłeś, a ja słuchałam, patrząc jak piękne masz oczy i kształtne usta. Tylko ja dostąpiłam zaszczytu i zdobyłam Twoje zaufanie. Dowiedziałam się o tym feralnym liście, jaki wysłałeś do Edyty, a który przeczytali jej rodzice. Dostali szału dowiedziawszy się, że uwielbiasz
zapach jej skóry, jej przyspieszony oddech i jej nogi wokół Twoich nagich bioder. Bali się pewnie wpadki i zakazali Wam spotkań. Wy walczyliście. Edyta niemal nie zdała, bo ciągle uciekała ze szkoły do Ciebie, a potem zniknęła. Rodzice siłą przenieśli ją do innej szkoły.

Ty – cień samego siebie – we mnie znalazłeś powierniczkę. Byłam, słuchałam, wspierałam i myślałam, czy i mnie tak kiedyś pokochasz. To z Tobą poszłam na moją studniówkę, to Ciebie zazdrościły mi koleżanki, to z Tobą na biwaku kochałam się pierwszy raz. Momentami czułam, że o niej zapomniałeś i byłeś tylko mój. Edyta zniknęła z horyzontu, nigdy o jej nie rozmawialiśmy. Jej temat był tematem tabu.

O tym, że jej szukałeś przed naszym ślubem, dowiedziałam się dużo później, jak to zwykle bywa przypadkiem i ostatnia. Może chciałeś być pewny, że nie macie żadnych szans, a ja byłam taką bezpieczną przystanią?

Boję się użyć innych słów, bo przecież mi też mówiłeś, że mnie kochasz, że jestem Twoja latarnią i dzięki mnie nie skoczyłeś w nicość. Przez moment myślałam, że mam Cię całego dla siebie. Głupia ja. To Edyta była, jest i będzie tą pierwszą miłością przez wielkie „em”. Pewnie gdyby nie upór jej rodziców, nadal bylibyście razem. Zresztą, skoro jej szukałeś przed naszym ślubem, to może szukałeś potwierdzenia, że już na
pewno wszystko stracone. Przecież gdybyś tylko miał cień nadziei, pewnie do ołtarza byśmy nigdy nie doszli.

Edyta zniknęła, zamilkła, zapadła się pod ziemię. My zbudowaliśmy sobie nasz mały świat. Myślałam, że jestem w nim z Tobą bezpieczna, że ona jest już tylko mrzonką i chwilą zapomnienia, gdy opowiadasz o swoich pierwszych uniesieniach. Wierzyłam, że tak jest. Naiwnie bardzo. W tym związku cały czas jest nas troje i choć o tym nie mówimy to wiem, że tak jest. Wiem, że znów szukałeś z nią kontaktu, bo ona nadal
mieszka w naszym mieście. Świat jest mały. Edyta wie, że masz rodzinę, że mamy dzieci może dlatego odmówiła. Może jest szczęśliwa. Może boi się tego, co by wybuchło po latach. Jestem pewna, że na razie nie dzieje się nic. Nie spotykacie się, nie kontaktujecie. Nie jestem jednak spokojna, bo nie wiem, co dzieje się w Twojej głowie i dlatego tak nie lubię, gdy opowiadasz, jak zaczęła się nasza miłość. Bo choć opowiadasz o nas, to i tak myślisz o niej.

Ja nigdy nie będę Edytą, nie zastąpię jej i nie dorównam. To nie mnie pokochałeś pierwszy raz. Wierzyłam jednak, że pokochałeś inaczej, dojrzalej, mocniej… Dziś nie jestem tego taka pewna. Ta Twoja pierwsza miłość mnie uwiera niczym drzazga. Nie widać jej, ale ona nie daje o sobie zapomnieć, sprawia ból i nie zawsze da się ją wyciągnąć, a nawet jeśli to się uda, to zostawia po sobie ślad na całe życie…


Lifestyle

Koszty leczenia ogromne. Szanse na wsparcie ze strony państwa? Zerowe. Masz dziecko potrzebujące pomocy? Radź se sam!

Poli Ann
Poli Ann
4 sierpnia 2022
anoreksja
fot. KatarzynaBialasiewicz/iStock

Anoreksja dotykał nastolatki i młode kobiety – myślisz. – I generalnie jest już nieaktualna, bo dzisiejsze ikony mody mają pełne kształty, zupełnie dalekie od dziewczyn z lat dziewięćdziesiątych przypominających wieszaki na ubrania – kończysz krótkie rozmyślania, bo przecież, mimo że masz córkę, to ten problem Cię nie dotyczy.

Dorota też tym tematem nie zaprzątała sobie głowy. Nie było potrzeby. Były inne problemy. Jaki będzie plan w szkole, czy zapisać córkę jeszcze na haft, czy wziąć w pracy ten awans, jaki jej szef proponuje czy zostać ze swoim zespołem i pracować spokojnie dalej bez podwyżki. Dużo było niewiadomych. Tyle na raz się działo.

Dorota musiała w pracy podjąć decyzję co do swojej kariery, Amelka poszła do czwartej klasy i musiała się wdrożyć w nowy rytm, a pandemia przecież dała dziewczynom popalić. Trudno było pogodzić obowiązki służbowe z nauką dziecka, gdy na dodatek mąż w rozjazdach i na kwarantannach. Teraz, gdy obostrzenia poluzowano dziewczyny odetchnęły. Życie wracało do starej normy. Szkoła,  praca, zajęcia dodatkowe, zakupy, w weekend spotkania ze znajomymi, kino, knajpa czy wypad za miasto. Nauka Amelce szła tak samo dobrze jak w młodszych klasach. Znów była w czołówce. Dorota w pracy domykała ważny projekt. Szef był zadowolony. Szanse na spory awans realne. Mąż bywał częściej w domu.

Dorota nie pamięta, w jakim dokładnie momencie Amelia zaczęła być apatyczna i taka mizerna. Wiadomo, czwarta klasa to nie przelewki. Nowi nauczyciele, testy, kartkówki i prace domowe. Po pandemii nie było łatwo wejść się w szkolny rytm. Po lekcjach angielski, akrobatyka, basen. Dziewczynka mogła być zmęczona, ale przecież warto się rozwijać i korzystać z możliwości, jakie teraz miała. Dorocie nie było to dane. Niektóre dzieciaki chodziły na angielski, ktoś może na lekcję muzyki czy taniec towarzyski. Na tym oferta zajęć w latach dziewięćdziesiątych się kończyła. A teraz było przecież tyle różnych atrakcji. Dorota sama zapisała się na szwedzki i taniec brzucha. Jej mąż chodził na tenisa, basen i krav magę. W końcu mogli próbować nowych rzeczy, o których za dzieciaka nawet im się nie śniło.

Pierwszy mail od wychowawczyni Amelki Dorotę nie tyle zaniepokoił, co wręcz zirytował. Jakim prawem obca baba wtrąca się w ich życie i sygnalizuje niby zauważalne zmiany w zachowaniu dziewczynki? Przecież ich dziecku niczego nie brakuje. Może niech nie zadają tyle to uczniowie będą mogli korzystać z zajęć dodatkowych?!

Dorota nadal wkurzona, ale już też niespokojna zaczęła jednak obserwować córkę i faktycznie zauważyła, że Amelia jest jakaś cichsza i drobniejsza. W weekend więc zabrała ją do galerii, na zakupy, do kina i restauracji. Amelka śmiała się jak dawniej. Wciągnęła całą pizzę, a
potem zażądała lodów. Czujność Doroty została uśpiona. W pędzie życia nie zwróciła uwagi na to, że Amelka często mówi, że jadła już w szkole. Że nie ma jej przy córce, gdy ta je śniadania. Że dziewczynka ciągle nosi długie bluzy i mało się uśmiecha.

Kolejny mail od wychowawczyni i prośba o spotkanie tym razem poważnie zaniepokoiły Dorotę. Okazało się, że Amelia w szkole nie chodzi na obiady, choć ma je wykupione. Gdy wychowawczyni to wychwytuje i zaprowadza dziewczynkę na stołówkę, ta jada niewiele, twierdząc, że jej nie smakuje. Przygotowane śniadanie rozdaje koleżankom lub wyrzuca, co zauważyła pani woźna. Amelia jednak wciąż używa tego samego argumentu – nie jest głodna.

Problem polega ma tym, że to dzieje się bardzo często i podobne zachowania w klasie przejawia kilka dziewczynek. Zupełnie jakby się zmówiły. To dobre uczennice, bystre, wiecznie jedzące lizaki dla niepoznaki. Wychowawczyni już przeprowadziła kilka pogadanek na godzinie wychowawczej i o dziwo Amelia i jej koleżanki w teorii są świetne – wiedzą co to zdrowe odżywianie, ile kalorii potrzebują, co jest potrzebne w okresie rozwoju. Szkolna psycholog także angażuje się w życie klasy. Prowadzi warsztaty na temat radzenia sobie ze stresem i odnośnie samoakceptacji. Jednak same działania w szkole nie wystarczają. Potrzebne jest wsparcie rodziców. Przede wszystkim ich świadomość, że z córkami coś zaczyna się dziać, że to coś ma swoją nazwę i szalenie trudno z tego wyjść.

Dorota w domu na spokojnie rozmawia z Amelią. Przechodzi na częściowy home office, by pilnować ją z jedzeniem. Dziewczynka posłusznie wszystko zjada, w szkole chodzi na obiady, ale mimo to wcale nie wygląda lepiej. Gdy na wuefie mdleje, Dorota idzie z nią do pediatry. Ma  pakiet medyczny wykupiony dla całej rodziny. Chce przebadać Amelię dokumentnie. Pediatra reaguje szybko. Określa bardzo niską masę ciała, silną anemię i ogólne osłabienie organizmu. Zaleca konsultację z psychiatrą dziecięcym. Ten bez wahania diagnozuje anoreksję u dziewczynki.

Tłumaczy Dorocie mechanizm zachowania córki: jadła lizaki, bo była głodna, a chciała stwarzać pozory, że je słodycze jak inne dzieci. Śniadania wyrzucała do śmietnika poza domem lub spuszczała w ubikacji. Jeśli w domu coś jadła, w momencie nieuwagi matki chowała jedzenie w kieszeniach, w serwetce, trzymała w buzi, by to potem wypluć lub zmuszona do konsumpcji prowokowała wymioty. Anorektyczki i bulimiczki szybko uczą się, jak to robić szybko i cicho. W Internecie znajduje się mnóstwo porad jak oszukać głód, gdzie schować jedzenie, jak zamalować sińce pod oczami i ukryć chudość.

Dorota zdała sobie sprawę, że jej Amelka tak właśnie robiła. Zawsze po posiłku szła do toalety po czym szorowała zęby twierdząc,  że w szkole mówili, że to zdrowe. Nosiła długie bluzy i szerokie spodnie, by nikt nie zorientował się, że znów schudła. Poza tym było jej po prostu zimno, potrzebowała ubrań, by nie marznąć. Gdy Dorota z mężem przejrzała telefon córki, odnalazła tam strony dla fanek any (tak dziewczyny nazywają anoreksję, która rządzi ich życiem i stanowi jego sens). Gdy zaczęli szukać pomocy okazało się, że są zdani na siebie. W państwowych szpitalach psychiatrycznych nie ma miejsc, a póki ktoś nie targnie się na swoje życie, nie ma obowiązku by przyjąć go ma oddział. Nieważne, że anoreksja to powolne umieranie, to głodzenie siebie i karanie za jakąkolwiek słabość do jedzenia. Bo jedzenie to wróg, który zniewala, szpeci. Anoreksja to dla dziewczyn wyższy stopień wtajemniczenia, to silna wola, samokontrola, świadomość ciała. Dlatego nikt ich nie rozumie. Chore wypierają fakt, że fundują sobie powolną śmierć, że katują same siebie, że anoreksja to silne uzależnienie, które trzeba leczyć.

Dorota, szukając profesjonalnej pomocy, szybko orientuje się, że państwo nie wspiera chorych zgodnie z zapotrzebowaniem. Brakuje psychologów, pedagogów, psychiatrów, lekarzy, a przede wszystkim miejsc do hospitalizacji chorych. Anorektyczki upycha się na endokrynologii, gastroenterologii lub przy odrobinie szczęścia na oddziale w szpitalu psychiatrycznym. Regularnych oddziałów brak. Pozostają prywatne ośrodki, które opłacić trzeba samemu. Koszt ich zaczyna się od kilku tysięcy, a państwo w żaden sposób nie refunduje w nich pobytu ani nie wspiera choćby częściowo.

Takich miejsc w  Polsce jest kilka i zapewne wciąż za mało. Są takie, które przyjmują tylko osoby pełnoletnie. Inne znów wyznaczają trzynasty rok życia jako dolną granicę. Takich, które leczą młodsze dzieci  jest naprawdę niewiele. I dla rodziców takich jak Dorota jest to prawdziwym problemem, bo tu nie chodzi o to, by Amelkę jakoś przetrzymać i położyć ją w ośrodku za dwa lata. Jej pomóc trzeba już, natychmiast.

Na szczęście matce udaje się znaleźć taką placówkę, która podejmie się leczenia Amelii. Miejsca, których oferty Dorota przegląda, szukając ratunku dla córki, są naprawdę wyspecjalizowane. To nie przechowalnie, gdzie jedynym celem jest przybranie ma wadze. To ośrodki zajmujące się pacjentką i jej rodzicami/opiekunami w bardzo szerokim zakresie. Bo terapia dotyczy nie tylko chorej, lecz również najbliższych. Ma to na celu poznanie genezy choroby,  przepracowanie problemów, które mogły mieć wpływ na pojawienie się zaburzeń odżywiania oraz wskazanie drogi, jak nie dopuścić do tego w przyszłości. Dziecko można umieścić na turnusie trwającym od jednego tygodnia do nawet pięciu.

Decyzję o podjęciu leczenia podejmują rodzice/opiekunowie i sama pacjentka (najczęściej na anoreksję chorują dziewczynki) w konsultacji z lekarzem ośrodka. Często pierwszy tydzień jest okresem diagnostyczno-zapoznawczym i dopiero po jego upływie zarówno rodzice jak i
lekarz prowadzący wiedzą czy dziecko może pozostać w ośrodku – chodzi tutaj o stan fizyczny i psychiczny chorej. Czasem jest on tak poważny, że wymaga hospitalizacji (np. podawania pokarmu przez sondę).

W ośrodku pacjentki najczęściej przebywają kilka tygodni. Są pod całodobową opieką wykwalifikowanej kadry, uczestniczą w przygotowaniu posiłków, uczą się jak je komponować, mają serie terapii m.in. z samoakceptacji i zdrowego odżywiania. Są konsultowane przez specjalistów, mają indywidualnie dostosowane programy leczenia, wyżywienie dopasowane do potrzeb i zaleceń lekarza. W placówce dziewczynki przebywają bez rodziców, mają możliwość kontaktu telefonicznego z najbliższymi oraz prawo do odwiedzin z reguły raz w tygodniu. Nie mogą korzystać z urządzeń multimedialnych i Internetu, gdyż to on jest często źródłem „wiedzy” jak nie jeść, oszukiwać, tracić i tak już bardzo zaniżoną wagę.

Jeśli pacjentki przebywają tam w trakcie roku szkolnego dostają zwolnienie z zajęć lekcyjnych. Zdarzają się sytuacje, że wypuszczane są na przepustki, by poprawić oceny (to są jednak ustalenia indywidualne skonsultowane z lekarzem i rodzicami).

Taki właśnie ośrodek znajduje Dorota – ze stałym pobytem, kilkutygodniowym turnusem, wyżywieniem dostosowanym indywidualnie do potrzeb Amelki, seriami terapii. Koszt za miesiąc bagatela, to kilkanaście tysięcy złotych. I nikt nie pyta czy ją na to stać. Lekarze rozkładają ręce. Trzeba płacić. Szanse na jakiekolwiek wsparcie ze strony rządu, publicznych instytucji zerowe. Masz dziecko potrzebujące pomocy? Radź se sam!

Na szczęście Dorotę i jej męża stać, jednak takie rodziny to wyjątki. Są też tacy, co się zapożyczają, by ratować dziecko. Inni znów odbijają się od drzwi do drzwi państwowych instytucji. Jest źle i nieważne, że płaci się składki, że uczciwie pracuje. Aparat państwowy w tym zakresie nie działa zupełnie.

Nie wszystkie koleżanki Amelki dostaną takie wsparcie jak ona. Dziewczynka przy podjęciu współpracy ma szanse wyjść na prostą, a dzięki terapii po pobycie w ośrodku będzie umiała poradzić sobie z nową rzeczywistością. Niektóre chore będą aktywnie chorować przez całe życie. Nie założą rodzin,  nie urodzą dzieci, nie spełnią swoich marzeń, nie zdobędą wymarzonej pracy. Ana będzie im towarzyszyć, wyznaczać im rytm. One zaś niczym niewolnice w kajdanach niejedzenia będą coraz słabsze. Któraś zagłodzi się na śmierć, inne wpadną w bulimię i będą żyć niczym w zaklętym kole nadwaga-niedowaga-nadwaga-niedowaga. Niektóre dziewczyny natomiast będą wegetować na granicy, z wagą, która utrzymuje je przy życiu, ale nie pozwala się nim cieszyć. Będą tak tkwić w tym stanie do końca swoich dni tylko dlatego, że państwo nie było wydolne i nie udzieliło im pomocy. Żadnej.

Artykuł napisany w konsultacji z ośrodkiem Anamija – anamija.pl