Kuchnia Lifestyle

Największy dietetyczny grzech tego lata – lody w pączku. Czy staną się hitem w Polsce?

Anna Wójtowicz
Anna Wójtowicz
13 lipca 2017
Fot. Print Screen z Instagrama/ cookiemonstericecream
 

Moda na kulinarne wynalazki zapanowała na dobre. Po czarnych gałkach i bąbelkowych wafelkach przyszła pora na lody w pączku. To najnowszy trend jedzeniowy, który podbija Kalifornię i Instagram. Na razie można je dostać jedynie w Los Angeles, ale patrząc na zdjęcia, nie ulega wątpliwości, że mają szanse zrobić furorę także w Polsce.

Wyjątkowy deser nosi nazwę Halos i jest jednocześnie przyjemnie ciepły oraz orzeźwiający. Wszystko za sprawą sposobu przygotowania – gałkę lodów umieszcza się w cieście i opieka z dwóch stron w specjalnym urządzeniu.

I co najważniejsze – nie tylko dobrze smakuje, lecz także świetnie wygląda na zdjęciach. A jak wiadomo, jest to jednym z kryteriów tworzenia nowych jedzeniowych hybryd. Teraz to głównie użytkownicy Instagrama oceniają, czy coś zostanie przyjęte i będzie robić furorę.

Pyszne lody w pączku niewątpliwie stały się hitem. Ciekawe, kiedy pojawią się w Polsce.


Kuchnia Lifestyle

Nie zazdrość mi. Życie singielki wcale nie jest szczęśliwe. A kto tak twierdzi, najzwyczajniej w świecie kłamie

Listy do redakcji
Listy do redakcji
13 lipca 2017
Fot. iStock/andrej_k
 

Szczęśliwa singielka. Zna ktoś? Bo ja nie. I nie uwierzę, że jakiejkolwiek dziewczynie jest dobrze bez partnera. Naprawdę samotność jest przyjemna? Niech już przestaną sobie wmawiać. Bo co z tego, że jestem panią swojego czasu i z nikim nie muszę planować popołudnia. A w weekendy mogę leżeć w łóżku cały dzień, jeśli tylko mam na to ochotę. Bo nie muszę wstawać, żeby przygotować śniadanie dla całej rodziny. Ani zbierać się o świcie, bo zaplanowaliśmy z ukochanym wypad za miasto. I wiecie co? Tak, wolałabym zrywać się o świcie. Tak, wolałabym od rana krzątać się po kuchni.

Mam już dość litości, dlatego darujcie sobie słowa wsparcia, dobre rady i westchnienia zazdrości, że jest mi tak dobrze, bo… bo mam dużo wolnego czasu, bo chodzę na randki, bo nie musze się nikomu z niczego tłumaczyć. Nie jesteście w mojej sytuacji, więc nie rozumiecie tego, co czuję. Czyli pustki i gniewu. I ktoś wreszcie powinien powiedzieć to głośno, że samotność jest dołująca i każdy z nas szuka miłości. Nie ma nic złego w przyznaniu się, że tęskni się za męskim ramieniem oraz wsparciem. Każda kobieta ma prawo do miłości, ma prawo jej poszukiwać i mówić o tym głośno.

Troskliwa rodzina

Wiecie, jaka jest największa zmora singielek? Spotkania rodzinne.– Masz już jakiegoś kawalera? – zawsze pyta ciocia, która właśnie rozwiodła się po raz drugi. – Pewnie kręci się tam wokół ciebie mnóstwo chłopaków – puszcza konspiracyjnie oczko wujek. A ja co mam im odpowiedzieć? Że znowu nie? Że nikt się wokół mnie nie kręci? Przecież nie zrozumieją. Bo jak to, w dużym mieście nie ma wolnych facetów? Nie wiem, ja nie znam… I najgorsze jest to, że nawet nie starają się zrozumieć, że nie jest tak łatwo kogoś znaleźć, kogoś wartościowego. Więc nie ustają w pytaniach. A ja znowu mam ochotę przed kolejnym zjazdem rodzinnym uciec gdzie pieprz rośnie, byleby tylko uniknąć tych przykrych i krępujących pytań – bo one takie dla nas, singielek, są. Ranią nas i sprawiają, że jeszcze bardziej zaczynamy się rozglądać za miłością, uśmiechamy do każdego faceta. I każdą oznakę uprzejmości w pewnym momencie zaczynamy odbierać jako zainteresowanie nami, co często prowadzi do niekomfortowych sytuacji.

Jesteś szczęściarą… Możesz robić co tylko chcesz…

Wzdychają koleżanki, które od kilku lat są w związku lub już od dawna mają obrączkę i słodkiego maluszka. To prawda, mogę robić, co tylko zechcę. Ale przestańcie wreszcie nas w ten sposób pocieszać! Bo my tego tak naprawdę nie chcemy… Przynajmniej ja. Życie w pojedynkę jest smutne. Wstajesz kiedy chcesz, wychodzisz z kim chcesz, nie musisz gotować i możesz ciągle siedzieć w knajpach – to brzmi super. Jednak takie życie nie ma większej głębi, jest puste. Bo nie masz z kim dzielić się wrażeniami, opowiedzieć o swoim dniu i o kłótni z szefem. Dlatego nie zazdrośćcie nam tego. Taki luz jest świetny, ale na chwilę. Na dłuższą metę może sprawić, że zaczynasz czuć, że czegoś ci brakuje i twoje życie tak naprawdę jest pozbawione sensu.

fot. iStock/ eldinhoid

fot. iStock/ eldinhoid

Możesz umawiać się z chłopakami z Tindera

Portale i aplikacje randkowe to z jednej strony jedna z najlepszych rzeczy, jaką wymyślono dla singli. Z drugiej – to skuteczny sposób na utratę złudzeń i nadziei na to, że znajdę kogoś wartościowego. „Hej, wpadniesz do mnie na drinka?”, „Cześć, może jakiś seks?” – tego typu wiadomości dostaję prawie codziennie. Niby wiem, że tu ludzie najczęściej umawiają się do łóżka, ale jednak wierzyłam, że może trafię na normalnego faceta, który poważniej podejdzie do znajomości. Pisałam z kilkoma, którzy byli zabawni, uprzejmi. Umówiliśmy się. Jednak nic z tego nigdy nie wyszło, bo w realu ciekawie piszący facet okazywał się nieumiejącym prowadzić rozmowy mrukiem. Dlatego straciłam wiarę i usunęłam konto. To wcale nie była fajna zabawa, tylko marnowanie czasu. A w pewnym momencie zaczęłam wierzyć, że wszyscy wartościowi faceci są zajęci lub nie dla mnie, co mnie jeszcze bardziej przytłaczało.

Bo ty szukasz księcia z bajki

Nie szukam księcia z bajki, zrozumcie wreszcie. Szukam szczerości, poczucia humoru, odpowiedzialności i tego, żebym była dla niego ważna. Chyba każda kobieta o tym marzy, prawda? O tym, żeby czuć się bezpiecznie i mieć w partnerze przyjaciela, na którym można polegać, i z którym można wesoło spędzać czas. Często zastanawiam się, dlaczego tak ciężko jest znaleźć mężczyznę, który łączy w sobie te cechy? Może taki nie istnieje?

Nie oskarżajcie mnie, że jestem wybredna i chcę nie wiadomo czego. Ja po prostu wiem, czego nie chcę. A nie chcę wziąć pierwszego lepszego faceta, który na mnie spojrzy. Bo nie o to chodzi. Chcę, tak jak każdy, zdrowego, szczęśliwego związku z kimś, kto będzie mnie szanował, będzie się liczył z moimi potrzebami i będzie dla mnie po prostu dobry. Czy to naprawdę tak wiele?

Jestem przed 30-tką, więc wiem, że jeszcze będę miała wiele okazji do spotkania miłości. Przynajmniej mam taką nadzieję. Ale myślę, że moje podejście nie jest związane z wiekiem. Chyba mogę się odważyć i stwierdzić, że każda kobieta, niezależnie od wieku, ma dosyć litości i dobrych rad. Dlatego zamiast tego wysłuchajcie nas, drogie przyjaciółki, i bądźcie przy nas.

I być może umówcie z tym nowym kolegą, który podobno jest wolny…


Kuchnia Lifestyle

„Daję mu tylko kawałek siebie nie więcej. Tak jest bezpieczniej i ryzyko szkód znacznie mniejsze”

Listy do redakcji
Listy do redakcji
13 lipca 2017
Fot. iStock/martin-dm

Gdy dzwoni, udaję, że to zupełnie mnie nie obchodzi, ignoruję go, podsycam jego zainteresowanie moją obojętnością i enigmatycznymi gestami. To kłamstwo, oczywiście, bo wewnątrz skaczę z radości i niemal puchnę ze szczęścia, że wciąż jest mój, że jestem dla niego ważna, że powiedział „kocham, chcę z tobą być”.

Gdy nie dzwoni, udaję, że nie robi to na mnie wrażenia, że nie rani mnie swoim milczeniem, że jestem niezależna i ponad to. Choć to nieprawda, bo w środku cała drżę i umieram z niepokoju, chcę znowu usłyszeć jego głos, poczuć jego dotyk, zaznać pieszczot. Modlę się, by ta chwila ciszy między nami jak najszybciej się skończyła, ale jak zwykle czekam na jego gest i nie zdradzam się z własnymi uczuciami. Niepokojąco wyczekuję i wyczekująco niepokoję się.

Kiedy mówi, że odchodzi, że dłużej już tak nie da rady i grozi, że już nigdy nie wróci, pozostaję niewzruszona. Nie ma próśb, łez i przyrzeczeń zmiany, nie ma obietnic, przeprosin i skamlenia o litość, o kolejną szansę. Przybieram maskę, zamieniam się w Królową Lodu i gram swoją rolę oskarowo, choć w środku emocje buzują, a strach ściska mi gardło. A kiedy mówi „do widzenia” i z trzaskiem zamyka za sobą drzwi, rozpadam się na kawałki i pozwalam na głośny płacz, upewniwszy się wcześniej, że nie wróci nagle skruszony swoim wybuchem i nie zechce dokończyć naszej rozmowy. Potokami wylewam z siebie złość, gniew, poczucie winy, samotność, smutek i wielki strach, płaczę i szlocham nad nim, nad nami, nad samą sobą.

A kiedy wraca do mnie – bo zawsze ostatecznie wraca – przyjmuję go bez słowa, bez wielkich gestów i wyznań. Nigdy też nie daję mu siebie więcej niż kawałek, choć on o tym nie wie i myśli, że mam mnie całą, że wie o mnie wszystko. Daję mu tyle, by chciał wracać, nie więcej, otwieram drzwi do siebie, ale wpuszczam jedynie do przedpokoju. Kiedyś, przed laty, chciałam mieć współlokatora, ale pozwoliłam mu na zbyt wiele i do tej pory naprawiam, remontuję, łatam zostawione przez niego dziury, głównie te w sercu, a to skomplikowana i długotrwała praca. Dlatego powiedziałam sobie : nigdy więcej współmieszkańców, co najwyżej chwilowi goście. Nigdy więcej nie pozwól sobie na utratę kontroli i pełne odkrycie przed drugą osobą, nie dawaj nikomu klucza do swojego serca. Tak jest bezpieczniej i ryzyko szkód znacznie mniejsze.

A jeśli on prosi mnie o jakieś wyznanie, obietnicę lub przyrzeczenie, wymiguję się mówiąc, że liczą się czyny, a nie słowa, że nie jest ważne, co mówimy, ale jak się zachowujemy – to łatwe, bo każdy chce wierzyć, że to prawda i nawet jeśli na co dzień nie słyszy nic miłego, to nie znaczy, że brakuje miłości. A potem zamykam mu usta pocałunkiem, otaczam ramionami i po chwili przestaje już pytać, staje się moim więźniem. Kieruję jego myśli w zupełnie inną stronę – nie można przecież przeżywać rozkoszy i wymagać deklaracji w tym samym momencie. Wiem, to metoda na krótką chwilę, ale działa, to najważniejsze. Czasem chciałabym, żeby wyczytał z tej naszej namiętności wszystko to, o czym nie potrafię mówić głośno i chowam przed nim głęboko. Czasami boję się, że właśnie to mógłby odkryć i zrozumieć… A wtedy będzie mnie miał naprawdę, stanę się łatwym celem, bezbronna i podatna na najmniejsze zranienie.

Zapytacie pewnie, czy nie łatwiej byłoby spróbować zaufać? Czy życie nie jest ryzykiem, nie polega na ciągłym skakaniu w ogień i leczeniu poparzeń? Uśmiechnę się tylko w odpowiedzi – w teorii wszystko wygląda tak łatwo! Można bez trudu rzucać mądrymi zdaniami, wygłaszać dobre rady i podsuwać życzliwe podpowiedzi, ale gdy przychodzi do wcielenia ich w życie… Wszystko nagle komplikuje się i wydaje dwa razy trudniejsze, straszniejsze, a ty, choć wcześniej pełna byłaś determinacji i odwagi, nagle tracisz zapał, zaczynasz odczuwać lęki i zamiast zrobić krok do przodu, cofasz się o dwa. I znowu uciekasz, chowasz się, zagnieżdżasz w miejscu, które cię rani, ale które dobrze znasz i przez to wydaje się bezpieczniejsze.

Tak bardzo chciałabym znaleźć w sobie siłę i odważyć się na więcej, spróbować kochać go bez lęku, zwyczajnie tak, prawdziwie i bez udawania. Wiem, że on na to zasługuje, że ranię go zbyt często i zbyt boleśnie. Wiem, że ja na niego nie zasłużyłam, że jest cudem, którego nie spodziewałam się doświadczyć, a mimo to nie potrafię go przyjąć i okazać wdzięczności. Boję się, że kiedyś mogę zadać mu zbyt mocny cios, po którym trudno będzie mu się podnieść, po którym przestanie wierzyć w nasz związek i wspólną przyszłość. Potrzebuję, żeby w to wierzył, bo mimo wszystko, mimo mojego strachu i lęku, wciąż jest we mnie nadzieja na szczęśliwe zakończenie! Wciąż wierzę w to, że jego miłość mnie uleczy i pokona mur, który wokół siebie zbudowałam. Sama nie jestem w stanie się przez niego przebić…


Zobacz także

Nocne sowy kontra ranne ptaszki. Znajdź 7 różnic

Przychodzi baba na siłownię – ma być miło i przyjemnie. Czy to w ogóle jest możliwe?

Helena Norowicz

Helena Norowicz: „Mogę powiedzieć ludziom: „Nie rezygnujmy, nie uciekajmy”. Ile damy z siebie, tyle prawdopodobnie otrzymamy