Lifestyle

„Ktoś podpie*dolił mi dzień”. Jak to możliwe, że dajemy się tak wykorzystywać? Ha, znalazłam na to sposób

Baba na wku_wie
Baba na wku_wie
29 sierpnia 2017
Fot. iStock/Milan_Jovic
 

Dzwoni do mnie przyjaciółka: „Ktoś podpie*dolił mi dzień” – wali prosto z mostu. Oho, myślę, jest grubo.

– Co się dzieje? – pytam, choć wiem, że pytanie jest tu zbędne.

– Wstałam, ku*wa z tysiącem planów, co dzisiaj zrobię, dzień wolny. Chciałam jechać po zakupy, dzieciakom rzeczy do szkoły kupić, zeszyty, piórniki – zresztą sama wiesz.

Wiem, sama jeszcze mam te zakupy przed sobą, a czasu jakby… coraz mniej.

– I wiesz – kontynuuje ona. – Myślę sobie, że cały dzień przede mną i już oczami wyobraźni widzę siebie wieczorem – chata wysprzątana, ciasto ze śliwkami upieczone, zupa brokułowa… No i właśnie, co mnie z tą brokułową podkusiło. Że ja też wcześniej nie pomyślałam.

– Ale co mają brokuły do twojego dnia pod tytułem: „Raz na jakiś czas chcę być idealna”? – pytam szczerze zaniepokojona (hehe, może nie aż tak bardzo szczerze, ale to tak brzmi poważnie, prawda?).

– Daj, mi skończyć (ups sorry, jest grubiej niż myślałam). Wyjechałam po zakupy, a tu telefon: „Słuchaj, podrzucę ci mojego Maksa na godzinkę, okej? Bo mam sprawy do załatwienia”.

Znam ten ten ton… I wiem, kto jest mamą Maksa. Więc powoli wku*w zaczynam rozumieć.

– Odmówiłaś? – znowu pytanie retoryczne.

– Ja? Ja i odmówić? Z choinki się urwałaś? Jak ona już z tym Maksem do mnie jechała, to mi się dopiero z dziesięć ciętych ripost włączyło, ale było już za późno. Maks wylądował.

Gwoli wtrącenia – Maks, a raczej jego mama notorycznie wykorzystują fakt, że moja przyjaciółka ma nienormowany czas pracy, dzięki czemu miewa wolne dni w ciągu miesiąca, o czym nie wiedzieć z jakiej sadomasochistycznej przyczyny, informuje wszystkich wokół. I oczywiście są tacy, którzy zręcznie to wykorzystują, jak mama Maksa. Żeby była jasność – to nigdy nie działa w drugą stronę, dzieci przyjaciółki jakoś trudniej podrzucić do Maksa…

Maks oczywiście wylądował nie na godzinę, ale na cztery i pół. – Wyobrażasz sobie? Od jedenastej do wpół do czwartej? To jest godzinka na załatwienie swoich spraw, a co do cholery z moimi?

Już się nie wtrącam, czekam na finał tej opowieści, bo wiem, że musi być ciąg dalszy.

– No i ona wpada po niego, jak gdyby nigdy nic i pyta, co mam na obiad. No to ja, że tę przeklętą zupę brokułową. Jak ta debilka kurtuazyjnie pytam, czy ma ochotę. Oczywiście, że ma! A jakże! Zjada trzy łyżki, chwyta za telefon, a ja wyciągając gary ze zmywarki słyszę: „Maciek, gdzie jesteś? Wpadaj do Jolki, ma świetną zupę!”. Stara, myślałam, że mi krew do oczu najdzie, a para pójdzie uszami. Miałam ochotę wypie*dolić ją z chaty z Maksem i drzwi zatrzasnąć na nosie jej męża.

Oczywiście mężuś przyjechał, zupę zjadł, kawkę jeszcze wypili dziwiąc się, że ciasta nie piekłam i wyszli tuż przed dwudziestą, kiedy musiałam już po dzieci do matki jechać. I tak, stara, ona podpie*doliła mi dzień. Jezuuuu, musiałam się wygadać.

Kurtyna.

No bo jasne, że teraz można gadać, że głupia, że się daje, że brak asertywności, że jak tak można. Ale z drugiej strony – która z nas tak nie ma. W większym, czy mniejszym wymiarze. Dajemy się za przeproszeniem dymać czasowo przez koleżanki z pracy, przez koleżanki z placu zabaw naszych dzieci, rodzinę – tę bliższą i dalszą.

„No co ty, żaden problem, ja to zrobię” – mówimy, choć nasze ciało krzyczy, że to wbrew nam, że wcale tego nie chcemy. Czasami durnie mamy nadzieję, że jak innym pokażemy, że można więcej, to oni pójdą w nasze ślady i zaczną starać się bardziej. Utopia. Chcesz to rób, to się staraj, ale mnie do tego nie mieszaj. Ale my z deficytem asertywności w to brniemy.

Ja naprawdę się zastanawiam, jak to możliwe, że jakiegoś styku w mojej głowie brakuje, tego między ciętą ripostą lub zwykłym „nie” a mózgiem. Jakoś opóźnioną mam reakcję. Podobnie zresztą, jak moja przyjaciółka. Ale jak już wiem, że ona tak ma, a ona, że mam identycznie, to przynajmniej nie wykorzystujemy nawzajem tej swojej słabości. O dzięki ci za tę przyjaźń, w której nie muszę wbrew sobie mówić: „dobra, nie ma sprawy” albo niezręcznie milczeć, żeby czasem „nie” ością w gardle mi stanęło.

Ja pierdzielę. Co takiego jest w nas? Jesteśmy mądre, świadome, fajne, a dajemy się „ruchać” na prawo i lewo, bo boimy się, że jak powiemy „nie”, „nie chcę”, „nie podoba mi się to”, „nie mam ochoty”, „nie pozwolę sobie, żebyś…”, to co? To świat się zawali.

Wiecie, ostatnio wpajam mojemu mózgowi jedną lekcję. Tak mi zależy, żeby się tego nauczył, wyćwiczył, bo to całkiem mądra lekcja. Otóż w sytuacji, gdy jest mi źle, gdy mam problem – jak chociażby z asertywnością (a raczej jej brakiem), mówię sobie: „Jaka jest najgorsza rzecz, która może się przez to wydarzyć”. Wyobraź sobie, co takiego najstraszniejszego się stanie, że tak bardzo boisz się zareagować w zgodzie ze sobą, a wbrew komuś, czyimś opiniom i nie twoim oczekiwaniom?

I wiecie, że to działa. Jak ostatnio znajoma pisze do mnie: „Pożyczysz mi kasę”, a nienawidzę pożyczać pieniędzy znajomym, bo to źle wpływa na relacje, pomyślałam: „co najgorszego się stanie, jak odmówisz”. No ona się obrazi, ale jak się obrazi o kasę, to słabo. To po co mi taka znajoma. I słuchajcie „niestety nie” przeszło mi przez gardło. Bez tłumaczeń, kłamstw, kombinacji. Krótko i na temat. Jeszcze po tej odmowie nie dzwoniła… Cóż.

No więc mówię tej mojej przyjaciółce: – Co najgorszego się stanie, jak jej odmówisz kolejnym razem?

– Przestanie w końcu wydzwaniać robiąc ze mnie niańkę do swojego syna. No i pewnie się obrazi.

– I co?

– I nic. I bardzo dobrze!

Proste? Powiem wam więcej – to działa i dobrze nam robi. Nam i naszej asertywności.


Lifestyle

Czy coś ze mną jest nie tak? Zostawić miesięczne dziecko, żeby pojechać na wakacje? Gdzie jest granica?

Baba na wku_wie
Baba na wku_wie
30 sierpnia 2017
Fot. Screen z Instagrama / majabohosiewicz
 

Siedzę i myślę, i wku*w mnie ogarnia na sam fakt, że się nad tym zastanawiam. Bo tak jak celebrycki świat mnie ani ziębi, ani grzeje, to jednak zatrzymało mnie gdzieś info o tym, jak Maja Bohosiewicz, która urodziła miesiąc temu drugie dziecko, wybrała się na krótkie wakacje ze swoim partnerem (w sumie nie wiem czy to mąż, czy narzeczony, nieważne).

No i tak siedzę i dumam, gdzie jest granica? Dobra, wiadomo nie od dziś, że miewam dosyć swoich dzieci, jak każdy normalny rodzic. Że z utęsknieniem czekam na wakacyjny obóz, kiedy to oni odpoczną od nas, a my od nich. A teraz modlę się o wrzesień – niech już idą do szkoły dając chwilę oddechu.

Ale czy przypominam sobie czas, gdy miały miesiąc? Jasne, że tak. Przy starszym synu pierwsze cztery tygodnie przeleżałam karmiąc go i śpiąc na zmianę. I jeszcze na spacer dość szybko wychodząc. Cała moja uwaga była skupiona na nim nie dlatego, że tak musiałam, ale tak czułam. Wiedziałam, że dla niego jestem najważniejszą osoba na świecie, że pierwsze trzy miesiące życia dziecka to czas krytyczny, kiedy najsilniej potrzebuje poczucia bezpieczeństwa, znajomych zapachów, głosów. Kiedy przywiązuje się do najbliższych mu osób.

Dobra, ktoś by pomyślał – pierwsze dziecko – wiadomo, szał. Przy drugim już jest inaczej. U mnie było inaczej o tyle, że  czas musiałam dzielić na dwójkę. Ale pierwszy miesiąc, pierwsze trzy miesiące były tak samo istotne, jak wcześniej. Ta nauka uczenia się siebie nawzajem. Ono mnie, ja jego. Kiedy śpi, czego potrzebuje, jak reaguje na różne bodźce czy lubi, jak jest mu chłodniej, czy jak cieplej. Spacer bardzo długi czy lepiej krótszy. Jak często je, kiedy jest niespokojne.

To są najważniejsze chwile w życiu naszego dziecka, a uważam, że najpiękniejsze w życiu każdej matki. Dobra, wiem, są kolki, nieprzespane noce, ale w ogólnym rozrachunku? To czas kiedy my możemy dać z siebie najwięcej, obdarzyć dziecko takim ogromem miłości, które wyposaży go na całe życie tak naprawdę. Bo żaden etap życia dziecka nie jest tak istotny, jak te pierwsze miesiące.

Jedni zdają sobie z tego sprawę, inni pewnie trochę mniej, ale i tak często czują to intuicyjnie. Bo też takie jest macierzyństwo – intuicyjne.

I jestem pierwsza od podpisania się za postulatami:

– matki dajcie sobie luzu

– nie musicie być idealne

– pamiętajcie o sobie

– pamiętajcie o swoim związku

– pozwólcie sobie na zdrowy egoizm

– życie nie kończy się na dzieciach.

I będę głosić to wszem i wobec. Ale dzisiaj pytam siebie (was też w sumie), gdzie jest granica? Czy miesięczne dziecko zostawiłybyście na cztery dni, bo wasz mąż, ojciec waszych dzieci, zrobił wam prezent, żebyście odpoczęły? Jak mój mąż robi mi taki prezent teraz, zabierając na weekend, żebyśmy mogli pobyć sami, to jestem mu wdzięczna i kocham go jeszcze bardziej, ale odpocząć, gdy dziecko ma miesiąc?

Znajoma powiedziała: „To wbrew biologii”, kurczę no myślę podobnie. Próbuję wyobrazić sobie siebie zostawiającą miesięczne dziecko, takie maciupeńkie, zupełnie bezbronne, dla którego mam świadomość, że w tym momencie jestem cały światem – mój zapach, mój głos, moje bicie serca to wszystko, co zna i wie, że jest dla niego.

A może myślę źle, może właśnie to matka ma prawo decydować i wyjeżdżać, i zostawiać swoje dzieci nianiom, babciom, whatever. Bo dla dziecka i tak nie ma znaczenia z kim, znaczenie ma tylko, że nie z mamą. Tylko po co na cztery dni, może lepiej na tydzień, żeby już odpocząć na całego i później publicznie mówić, jak bardzo się tęskniło i jak takie wakacje dobrze robią, bo człowiek wraca mając więcej chęci do bycia mamą… Chyba.

A i nie można zapomnieć, że jak się na Instagrama wrzucało zdjęcia z wakacji, to teraz dla równowagi trzeba fotki z dzieckiem poumieszczać.

Jak zupełnie inaczej odbiera się rzeczywistość kiedy jesteś odpowiedzialny tylko za siebie. Kiedy jadący na około taksówkarz nie wkurza, tylko bawi. Bo przez jego zachowanie nie rozpłacze się dziecko/spóźnie się na drzemkę/ muszę dać jeść/zmienić pieluchę. Hotel wybierasz na miejscu, bo najwyżej będziesz spać na plaży. Wszystko jest przygodą. Nic nie jest zaplanowane. I nagle jest czas na żarty, na „nic nie musimy”, na to żeby leżeć w łóżku od rana i oglądać mtv oceniając nogi tancerek w skali 1-10, jest czas żeby chodzić za rękę na śniadanie i dawać sobie buzi co 7minut. Ale wiecie co jest najlepsze?! Jak googlowaliśmy czy jest jakiś samolot powrotny dzisiaj. Bo wakacje z dziećmi wymagają poświęcenia czasu i energi ale NIC nic na całym cholernym świecie nie daje mi tyle radości co te małe Śmierdziuchy, które kocham ponad życie i czuję się tu niekompletna. Szczęśliwa. Ale niekompletna. To tylko weekend, ale pierwszy. A pierwsze razy są trudne. #momslife

Post udostępniony przez Stara Dzidziutków (@majabohosiewicz)


Lifestyle

Poszłam do sklepu, wydałam 150 złotych i ja się pytam: na co, do cholery?!?

Baba na wku_wie
Baba na wku_wie
23 sierpnia 2017
Fot. iStock/sergeyryzhov

Znacie to, prawda? Siedzisz sobie rano, zastanawiasz się, co na obiad, co dzieci by zjadły, czego w lodówce brakuje, bo tam już niemal same światło. Lodówka wyczyszczona do granic możliwości, więc czas ruszyć tyłek po jakieś zakupy, choć gdzieś w głowie tli się mgliste wspomnienie zakupów sprzed… dwóch dni.

Nie, to przecież niemożliwe, że dwa dni temu byłam na zakupach. Przecież wędlinę, ser kupiłam. Kilka pomidorów i ogórków, sałaty kawałek. No tak sałata jeszcze w lodówce leży, ale po jogurtach, serkach ani widu ani słychu.

Dobra, nie ma co załamywać rąk, trzeba na zakupy jechać. No więc biorę moją ulubioną siatkę w paski, dość sporą, dużo pomieści. Zwijam z półki portfel i pełna werwy, z listą w głowie, jadę.

Przez chwilę się zastanawiam, czy brać duży koszyk, czy mały, ale przecież nie planuję jakiś wielkich zakupów, więc ten mniejszy zdecydowanie wystarczy. Swoją drogą zauważyliście, że już prawie nie ma koszyków „do ręki”? Teraz tylko te na kółkach, do ciągnięcia. A jak wiadomo – jeśli nie wiesz, ile dźwigasz, to też nie wiesz, ile kupiłaś. Proste. Idealny chwyt marketingowy i zachęcający nieświadomych konsumentów do zakupów. W końcu ile razy rezygnowałam z kolejnego kartonu soku, słoika musztardy o nowym smaku tylko dlatego, że było już mi ciężko z koszykiem w ręce. A teraz? Sobie ciągnę i ciężaru nie czuję, więc dokładać mogę, do momentu aż się wysypywać produkty nie zaczną.

No więc wpadam do sklepu. Hmm, na obiad może gulasz, chłopaki dawno nie jedli. A kochają kaszę. Dobra, to kasza. O jaka fajna, nowa z soczewicą… A jak im nie posmakuje, to wezmę jeszcze gryczaną, a jaglana się już kończy, to właściwie też. Przecież kasza niedroga. Nie lubię za długo być w sklepie, więc szybko przemykam między półkami. Kawa, bo się kończy (uf na szczęście w promocji), kawałek sera, jogurty – jest promocja za 0,89 zł. Cena masła nadal przyprawia mnie o zawrót głowy, jak to możliwe, że jeszcze przed urlopem płaciłam za masło 7 złotych, a teraz to samo kosztuje 15?? Dobra, przełknę bardziej cenę, niż coś masłopodobnego do smarowania. Jakiś owoc, sezon na winogrona uważam za rozpoczęty patrząc na ceny! Woda w domu jest, mleko też. To jeszcze wędlina, mięso na obiad, może coś od razu na jutro. Do zupy? Zerkam na wszystkie dodatki marketowe – nowe garnki, klapki, książki, może ten dywanik do łazienki? Niee, po co mi to, przecież kupuję rozsądnie, niczego poza tym, co jest niezbędne.

I już stoję w kolejce do kasy, wykładając na taśmę wszystko, co zdążyłam zebrać. Uśmiecham się do pani w kasie wymieniając uprzejmości i zdanie na temat pogody. Uśmiech znika jednak z mojej twarzy, gdy słyszę: „150 złotych poproszę”. Że co? Jakie 150 złotych? Jakim cudem? Nie będę robić afery, myślę, ale pakuję do torby z zakupami też paragon. Sprawdzę w aucie, jak coś to wrócę. Szybki rzut oka na słupek w końcu niewielu produktów i kurde, no wszystko się niby zgadza. Dobra, nie ma co się łamać, w domu zobaczę.

Tyle tylko, że w domu wypakowuję zakupy, rozkładam i nijak tych 150 złotych nie widzę! Masło, dwa opakowania kaszy, winogrona, mięso, kilka jogurtów (w końcu w promocji), kawa (też w promocji). Nożesz pomyłki na paragonie dostrzec nie mogę, ale zakupów na miarę 150 złotych szczerze też nie widzę!

I przecież to nie były jakieś wielkie zakupy. Nie mówię o wodzie, mleku, płatkach (kuźwa też się kończą), oleju. W końcu to tylko jedzenie. Co z papierem toaletowym, który u nas chyba jest zjadany i co najmniej dychę tygodniowo wydać na niego muszę. Płyn do mycia naczyń? Przestałam się łudzić, że te tańsze są lepsze, tu wolę te dwa zeta więcej zapłacić, ale wiem, że kilka dni dłużej jednak wytrzyma.

Żebym jeszcze wino kupiła, wódkę. Choć patrząc na te zakupy i wyrwę na koncie, żałuję, że tego nie zrobiłam.

Wpada moja mama. „A co ty taka wkurzona” – pyta. No jak mam nie być wku*wiona, jak właśnie wydałam 150 złotych i nie mam pojęcia na co! I to nie wynika z mojej ignorancji. Że niby nie wiem, co ile kosztuje. Po prostu niezmiennie zadziwia mnie wyjście do sklepu, zostawienie stówki, gdy drugą muszę wydać maksymalnie za dwa dni!

Po raz kolejny obiecuję sobie przemyślane wydatki, robienie list, planowanie obiadów na cały tydzień. Ale co, jak mi akurat zabraknie mąki czy cukru, bo myślałam, że jednak jest więcej niż jedna szklanka? A co, gdy moje dzieciaki wpadną na pomysł robienia naleśników na kolację?

Matko, załamać się idzie z tymi cholernymi zakupami. Podziwiam wszystkich, którzy potrafią zapanować nad takimi wydatkami. Znam takich, co robią jedne duże zakupy w tygodniu. Ja właściwie też robię, ale bywa, że czegoś brakuje, że ktoś ma akurat większy apetyt. Znam takich, co kupują mało, ale często. Może to też pomysł, ale ja czasu nie ma na łażenie po sklepach.

Chociaż się nauczyłam, żeby głodnej do sklepu nie wchodzić, żeby nie dawać się nabrać na promocje, zwłaszcza trzy za cenę dwóch, bo na ch*j mi trzy keczupy? Na raz ich nie zjemy. I żeby wiedzieć, czego chcę, ale i tak okazuje się, że w sklepie chcę jednak więcej niż nim do niego weszłam.

Staram się kupować rozsądnie. Ale jak ze 150 złotych zrobić zakupy, które starczą na dłużej niż na półtora dnia? Zwłaszcza, gdy staram się dbać o to, żebyśmy nie jedli śmieci… Eh… najlepiej na wieś się wynieść, ogródek mieć, krowę, świnkę i… maszynkę do robienia pieniędzy. To się wygadałam, tfu – wypisałam, wierząc, że nie jestem w tym moim przemyśleniu osamotniona…