Lifestyle

Królowe nienawiści, jak hejtujemy się nawzajem

Katarzyna Troszczyńska
Katarzyna Troszczyńska
28 kwietnia 2021
Królowe nienawiści, jak hejtujemy się nawzajem
Fot. iStock/ohme.pl
 

Niedawno Paulina Młynarska napisała na swoim Instagramie „Chyba zniknę z mediów społecznościowych. I nie będę już namawiać Fiolki Najdenowicz, żeby została.

Chodziło o hejt. Nieustanny hejt, którym raczymy siebie nawzajem. My, niecelebrytki, celebrytki, mężatki, singielki, kobiety z dziećmi i bez. W każdej życiowej konfiguracji, na każdym etapie życia.

Czasem człowiek ma się ochotę złapać za głowę i zapytać, czy my jesteśmy dorosłe, czy jednak w przedszkolu?

Odwieczny bodyshaming. W każdą stronę

Doprawdy nie wiem, czy którykolwiek mężczyzna patrzy na kobietę tak uważnie i oceniająco, jak jej „siostra”.

Jestem fanką wielu grup dla kobiet, które dotyczą ciała i zdrowia. Fitnesowych, plus size, dietetycznych, żywieniowych. Nie da się bez komentarza. Jedna wrzuca zdjęcie ze sztangami. Chwilę później lawina: źle to robisz, zepnij pośladki, dlaczego akurat taki ciężar, nie, tak to lepiej w ogóle nie robić. Szukam gdzieś na górze pytania, może przeoczyłam, a autorce postu naprawdę chodziło o rady, jak ma wykonywać te nieszczęsne ćwiczenia, ale nie. Niczego takie nie ma. Chciała tylko się pochwalić, bo dwa miesiące temu jeszcze wcale się nie ruszała.

Im dumniejsza jest kobieta ze swoich fit efektów, tym szersze znajdzie grono przeciwniczek – uda za bardzo, brzuch za mało, nie, to już niekobiece.

Omijając to, jak często można usłyszeć, gdy jedna mówi o drugiej. „Wcale nie jest atrakcyjna”, „Ma za małe oczy”, „Nie rozumiem, co faceci w niej widzą”, „Ale gruba”, „Ale chuda”. „Powinna się ostrzykąć”, „Powinna przestać się ostrzykiwać”

Afera niemal sprzed chwili. Dwa dni? Na Facebooku Ewy Chodakowskiej, instagramerka pochwaliła się figurą. W końcu to nie lada wyczyn schudnąć 30, czy 40 kilogramów. Nie, to żaden wyczyn. To jakaś ściema. Niemożliwe. A w ogóle proszę bardzo, pokaż brzuch, bo skóra musi ci strasznie wisieć. Nie wisi? Ale ściemniasz, skąd te wysokie legginsy.

Która popełniła większy zawodowy i nie – zawodowy błąd

Największy hejt zawodowy, którego doświadczyłam? Inna kobieta. Starsza, znana. Autorytet, osoba, która w mediach latami uwielbiała uchodzić za przyjaciółkę kobiet.

Jasne, każdy ma wady. Być może na tamtym etapie zawodowego życia zasłużyłam na złą ocenę. Ale żeby na uwagi personalne dotyczące wyglądu i spraw osobistych?

Teraz już potrafiłabym się bronić. Ale ile młodych kobiet nie potrafi? Albo też tych starszych, bo mają dzieci, potrzebują pracy, nie mają narzędzi, by się bronić, czy zwyczajnie sił.

Nasze krajowe celebrytki też nam pokazują, jak można się negatywnie postymulować. Choćby przykład z tegorocznego rozdania Oscarów. Weronika Rosati zapytana o zachowanie Kingi Rusin na prywatnej imprezie po gali rozdania Oscarów rok wcześniej (przypomnijmy, chodziło o to, że dziennikarka uczestniczyła w prywatnej imprezie po Oscarach, skąd m.in opublikowała zdjęcie szczupłej Adele, która nie pokazywała się od jakiegoś czasu) mogła wybrać kilka eleganckich form odpowiedzi. Nie chcę tego komentować. Nie ma co wspominać. Każdemu się zdarza. No cokolwiek. Ale opisała, jakie to nieeleganckie jest robienie zdjęć gwiazdom, jak postrzegane w Hollywood jako szczyt chamstwa. Powołała się również na przyjaciółkę, która pracowała na tej imprezie i była „trochę zła” na to, co zobaczyła.

Kinga Rusin mogła to przemilczeć. Albo chociaż zostawić swój wpis na Instagramie, do pewnego momentu spokojny i wyważony. Przecież obie walczą z oszczerstwem i manipulacjami, po co wymyślać i przetwarzać historie. Niby ładnie, z klasą. A na końcu mały PS. Nie komentowałam twojego życia, choć byłam proszona, nie komentowałam też Twojej relacji z Herveyem Weinsteinem. Auć. Taka szpila na koniec. Tak, jak to tylko kobieta drugiej kobiecie potrafi. Niby miło, a ciężko po tym odetchnąć.

Samosąd nad wszelkiej maści drugimi żonami i partnerkami

Ot choćby Monika Zamachowska (Richardson), gorący to przecież przykład. Co nie zrobi, to źle zrobi. Co nie powie, to koszmar. Wyrwała mężczyznę ze szczęśliwego związku, teraz ponosi karę i jeszcze się odzywa. Już to gdzieś czytaliśmy. To już było wiele razy. Wtedy, kiedy Hanna Lis związała się z Tomaszem Lisem, Agnieszka Włodarczyk z byłym Anety Zając i tak dalej. Oczywiście każda kobieta wie, że ona nigdy nie poderwałaby cudzego męża. Nigdy. Przenigdy.

Jeśli w ogóle o jakimś podrywaniu może być mowa, bo nikt z tych komentujących nawet chyba nie wiedział, jakie były kulisy rozstania (bo skąd niby miałby?).

Niechże się też jakaś kobieta przyzna do zdrady, niekochania dziecka, pasierba, czy innej osoby, którą winna kochać. Zabić taką. Ukarać. Patologię trzeba niszczyć. Wiadomo. A że najlepiej ją widzimy u kogoś, cóż, wiadomo.

Bitwa o psy, koty, świnki i ryby

Paulina Młynarska wrzuciła zdjęcie dziesięcioletniego jamnika pewnej 90-latki. Zrobiła to na prośbę wnuczki, która szukała dla psa nowych właścicieli. Babcia już nie daje rady, a ona sama też ma psa, już nie może drugiego. Rety, panie, co tam się działo. Zrównano z ziemią babcię, wnuczkę i każdego, kto próbował stawać w ich obronie. To skandal oddawać psa. Zło. Biedna osoba, która naprawdę chciała wziąć jamnika, musiała zanurkować w szambie, żeby dobić się do informacji, czy pies już adoptowany, sprawa załatwiona, czy trzeba działać.

Na Instagramie Joanny Przetakiewicz kolejna afera. Powód: niewinna fotografia ze spaceru. Joanna Przetakiewicz wrzuciła rodzinne zdjęcie z psami. Jednym nowym. Rasy nie pamiętam, nic nie pamiętam. Bo w komentarzach fani psów z pewnych hodowli awanturowali się ze zwolennikami psów ze schronisk. Wszyscy wiedzieli wszystko najlepiej. Prawda w końcu jest jedna. Ta, którą sami uznajemy. Na szczęście obie grupy nie pozabijały się wzajemnie, bo miały jednego wroga. Panią Przetakiewicz.

I nie, nie jestem zwolenniczką niezarejestrowanych hodowli, ale czy pani Joanna Przetakiewicz prosiła tam o radę? Oddała psa, gdy ją zwyzywano i obrażono?

Tak, wiem, my po prostu musimy edukować inne kobiety. My się z tym rodzimy.

Wojna feministek i nie-feministek

Jedne kobiety oburzają się, że feministkami nie są (chociaż mogą głosować, pracować, jeździć samochodem i nie są zabijane z powodu seksu z nie-mężem), drugie wściekają się, że jakakolwiek kobieta może nie iść na marsz. Na profilu jednej ze świetnych dziennikarek, pisarek, feministek przeczytałam, jak wzburzona pisze, że jej profil jest tylko dla mądrych i świadomych kobiet. Auć znów. Oczywiście mądra i świadoma jest ta, która myśli, jak ona.

Kto lepszy, czy gorszy…

Tak, kochałam kiedyś Magdalenę Środę, jednak dziwnie się poczułam, gdy napisała „nijaki pan od kopania piłki” (to o Lewandowskim). I o ile zrozumiałe jest, że wielka filozofka nie musi się interesować meczami, to jednak niekoniecznie trzeba o innych wyrażać się tak protekcjonalnie. Właściwie czemu ma to służyć? Bo ten pan nie żyje, jak wydaje się nam, powinien żyć bogaty człowiek?

Tak, trzeba iść w ślady tych, którzy chcą porzucić media społecznościowe, żeby uniknąć wojen i wojenek.

Tyle że chyba od razu na bezludną wyspę, bo w realu zawsze możemy spotkać sąsiadkę, która krytykuje inną sąsiadkę. Albo matkę, która krytykuje ciotkę. Albo.

Tak, bezludna będzie najlepsza.
Wtedy wszystkie wreszcie przyjrzymy się sobie.
A jeśli nie, zajmiemy się walką o przetrwanie. Z ewentualnymi, prawdziwymi wrogami.

PS. Że ja też teraz hejtuję? Pewnie. Przecież jestem kobietą. Od razu czuję się lepiej.


Lifestyle

„To tylko seks? O to mi chodzi” Ona dojrzała, on młodszy. Trzy tygodnie na (nie) miłość

Gościnnie w Oh!me
Gościnnie w Oh!me
28 kwietnia 2021
hot couple on bed
 

Dzień wcześniej miałam seks. Z kolegą z liceum. Randka typu rozpacz. Znacie to na pewno. Oboje muszą się szybko pocieszyć albo ulżyć sobie seksualnie. Przeszukują więc w rozpaczy listę dawnych znajomych.  Ludzi, którym się podobali, eks kochanków miłości i prawie miłości. Tak się wyczailiśmy. Wylaliśmy na siebie brudy poprzednich związków i umówiliśmy się na kolację. U mnie.

Ratunku, to było zło. Never again. Dobrze, wypiłam za dużo wina. Gdy go zobaczyłam, zrozumiałam, że wcale nie mam ochoty na żadne figo fago. Nie było chemii. Grama, gramusia chemii. A jednak to zrobiłam.

Turlaliśmy się po łóżku, stole i kanapie udając odgłosy silnego podniecenia.
Fajnie, że w porno i na filmach oglądamy tylko zajebiste seksy.
Wtedy nasz zły wygląda jeszcze żałośniej.
On chyba czuł to samo, bo nie zdołaliśmy przeżyć jednej nocy. Zebrał ciuszki pod pretekstem porannej pracy. Byłam wdzięczna za ten gest.
A następnego popołudnia poszłyśmy z Inką, moją siedmioletnią córką do ciotki na obiad.

Człowiek nie może być sam, w życiu ważny jest związek. Ciotka wyrzucała z siebie słowa w tym samym tempie, w jakim nakładała na talerz ziemniaki, których nienawidzę. Wiedziała o tym. Podobnie, jak wiedziała, że nienawidzę rozmów o związkach i konieczności posiadaniaczłowieka u boku. Nie, nie, nie.

Ze współczuciem patrzyłam, jak solidna porcja kartofli ląduje na talerzu Inki. Chciałam wysłać jej sygnał wsparcia, połączyć się z nią w bólu, teraz obie musimy wcisnąć to jedzenie, żeby nie zrobić ciotce przykrości.

Moja pierworodna nie zamierzała jednak brać udziału w tym cyrku. Odsunęła od siebie talerz i powiedziała:

Nie będę tego jadła. Mówiłam: Nie lubię”. Nie lubięęęęę.
Tak, wyraźnie podkreśliła „ę”. Moja królowa. Mój wzór.
Aż się odsunęłam, żeby przypadkiem nie znaleźć się na linii ognia. W punkcie wymiany energii między silną dziewczynką, a starszą kobietą
To nie jedz mruknęła ciotka.

Tyle?

*

Sparafrazuję więc słowa córki. Nie lubięęęęę

Nie lubię być w związku. Musiałam sobie to powiedzieć uczciwie, choć, przyznajmy, nie było to łatwe. Bo jak kobieta może nie chcieć związku. Oszukuje. Tak, oszukuje. Bo nikt jej nie chce. Ble i ble.

Nie zawsze tak było. Kiedyś chyba lubiłam związki. Wyszłam nawet za mąż, urodziłam Inkę. Ale potem związek przestał lubić mnie. Albo mój partner przestał lubić mnie. I ja jego. Stwierdziliśmy– pokojowo- że jednak, żeby z kimś mieszkać, trzeba się lubić. To wydaje się oczywiste, prawda?

Nie byliśmy masochistami.

Nie poddałam się tak od razu

Miałam jeszcze dwie próby. Dwie próby zbudowania relacji. Ale z własnym mieszkaniem, poglądami, nawykami i córką to już nie działa tak gładko. Raz ją nawet wkręciłam w nowego faceta. Akurat tego, który porzucił mnie po pół roku i wybrał blond piękność pracującą w hotelu nieopodal.

Nawet to rozumiem. Blond była nieskażona ciążą i doświadczeniami. Była młodziutka. Prawo biologii. Wolałabym dowiedzieć się o tym od niego, ale przecież nie muszę być taka wymagająca. Wystarczy, że koleżanka mi doniosła.

Zebrałam się w oka mgnieniu. Rach i ciach. Sentymenty mam już za sobą, szkoda mi życia na analizy i rozpacze. Bóle głowy, dygoty, drżenia i inne takie.

Potem ktoś zakochał się we mnie. Uroczy był. Dobry. Ale chciał po trzech miesiącach wynajmować większe mieszkanie i budować patchwork. Inka, jego dwie córki i my.
Nie byłam gotowa. Ani żeby przedstawiać córce nowego wujka. Ani żeby poznawać czyjeś córki. Bałam się. Dobrze, stchórzyłam, ale chyba też mam prawo? W odróżnieniu od mojego ukochanego, który poznał dziewczynę z hotelu, byłam chociaż uczciwa.

Właśnie. UCZCIWA. Słowo klucz we współczesnych, szybkich relacjach.

Dokonałam więc analizy życia. Taki bilans zysków i strat. Pozostałe opcje. Oto co mi wyszło. Mam 36 lat i nie rozsypuję się. Przeciwnie, moje ciało stało się lepsze. Pewnie to wynik pracy. Zmieniłam dietę, rzuciłam bezsenne noce, alkohol i papierosy. Dałam szansę za to siłowni, bieganiu i jodze.

Mam dużo do zaoferowania w seksie. Jestem pełna wyobraźni, mam temperament, uwielbiam erotyczne gry, nie, to nie czas na seksualną emeryturę.

Chce mi się seksu.
Muszę go mieć, żeby w miarę sprawnie funkcjonować. Również po to, żeby nie zabić z frustracji ludzi wokół.
Że sama?
Jasne. Chętnie. Ale nie zawsze. Brakowało mi kutasa w mojej cipce. Po prostu. Żywego. Dałam sobie do tego prawo.

Z drugiej strony uznałam, że moje najważniejsze zadanie na tu i teraz to wychować córkę. Dać jej wsparcie, energie, uwagę. Nie mogę tego robić z jakimś Obcym u boku. Skoro rodzinna wersja życia mi nie wyszła, szukam innej wersji.

Wybrałam zatem opcję: JUST SEX
I zalogowałam się na Tindera.
Plan: trzy tygodnie.

Ej, ale dlaczego nikt mi nie powiedział, że to takie STRASZNE? Że muszę mieć wolną noc, sto nocy i dużo butelek wina? Albo chociaż melisę, jak ktoś podniesie mi ciśnienie. Zalały mnie wiadomości.

Nie wiem zupełnie, co z tymi facetami. Czy JUST SEX jest aż tak mylący?
Oznacza, że właśnie tu i teraz, na już, online, w wannie, na kamerce? Oznacza, że pragnę zdjęć penisów w całej okazałości. Naprężonych klatek piersiowych liczonych w setkach?
No ludzie, no panowie. Tonęłam. Próbowałam wyciągnąć z tego jakąś perłę.

Zaczęłam od likwidowania matchy. Panowie bez zdjęć– out. Nie zamierzałam się ukrywać, a wolałam nie pisać z mężem przyjaciółki, swoim uczniem, czy nie daj boże z własnym eks. Albo koleżanką, która udaje faceta. Kolejny odsiew. Panowie Penisy. Rozumiem, że Panowie lubią oglądać piersi i cipki nieznajomych kobiet, być może jest to dla nich ważny punkt w doborze seksualnych partnerek, ja uznałam, że na poznawanie penisa przyjdzie czas. Out.

No i kolejni. Tak zwani oczywiści. Jane, pojmuję, że trudniej o bardziej oczywisty komunikat niż „just sex, ale czy muszę tłumaczyć, ze przed seksem też ważna jest gra? Ona buduje napięcie? I to nie są teksty w stylu: pokaż cipkę, to, co szybkie bara bara, jak chcesz być wyruchana?

Na takie informację trzeba jednak zasłużyć. Podobnie jak na oglądanie mnie nagiej, jęczącej czy w dziwnych pozach. Po tygodniu przebijania się przez toń wybrałam trzech. Młodszych.
Dlaczego młodsi? Bo wolni, to po pierwsze. Nie miałam ochoty na żonatych z wielu względów, moralnych też. Napisałam wcześniej. Słowo klucz moich seksualnych randek: uczciwość. I inne argumenty: bo bardziej sprawni, a jeśli nie, to więcej da się ich nauczyć. Bo więcej czasu spędzają na sportach. Na seks wybieram jednak ciacho.

Wojciech

24 lata, instruktor kitea, podróżnik. Nie miał jeszcze seksu ze starszą. Podczas rozmów wydawał się uroczy, nie naciskał. Oddał mi prym, co mi się nawet podobało. Kręciła mnie ta nowa rola. Nawet wybaczałam mu, że żartował: Moja pani profesor.

Kajetan

27 lat. Właściciel startupa. Zamroczył mnie intelektualną młodością i energią. Ależ miał pomysłów na życie. Biorąc pod uwagę, że eks zaskoczył mnie tylko chęcią mieszkania razem, z tym było kusząco. Do tego szybko przeszliśmy do wersji cyberseks. I co tu dużo mówić, był boski. W jego ustach: wyrucham cię” i chcę cię mieć” nie brzmiały, jak banały, ale podniecające seksualne komunikaty. Ale to trzeba umieć, prawda? No i odpowiednio wcześniej tak podniecić kobietę, żeby jej intelekt przestał bez końca oceniać i analizować.

Jakub

29 lat. Z tym się bosko uprawiało seksualno- emocjonalny ping pong. Mężczyzna tuż przed trzydziestką, po rozstaniu z kobietą, która miała zostać jego żoną. Raczej po ucieczce od niej. Czyż nie pasowaliśmy do siebie idealnie? Nie można było bardziej nie chcieć związku. Poza tym urzekło mnie jego imię.

Najbardziej kręcił mnie Jakub, ale nie chciałam tracić czasu. Wojciech wcześniej zaproponował spotkanie. I to akurat tego dnia, gdy Inka miała być u taty. Bingo. Dwanaście lat różnicy jednak ciut niepokoiło. Co jeśli mu się nie spodobam? Wypatrzy zmarszczki na mojej twarzy, mniej jędrne ramiona, skupi się na tym w seksie? Trochę też się martwiłam, czy on mi się spodoba.

Ale kliknęło. Twarz miał dziecinną, serce i umysł trochę również, ale za to ciało było idealne. Wstydził się mnie. Dużo mówił. I wzdychał, jak bardzo mu się podobam.
Może to nie było odpowiedzialne, ale zaprosiłam go do siebie.
Seks na trzy plus. Ale to wszystko przez to, że za bardzo chciał mi zaimponować, co chwila zmieniał pozycję, dopytywał, jak mi jest. Nie miałam sumienia, żeby zwracać mu uwagę. Dotrwałam do końca, nawet miałam orgazm, tak mu zależało, że poświęcił mi dużo uwagi. Tu już go trochę instruowałam. Nie był to najlepszy strzał, ale zawsze coś. Po jego wyjściu zlikwidowałam matcha. Szukałam jednak kogoś odrobinę bardziej wyrafinowanego.

Kolejne dwa tygodnie prowadziłam swoje romanse online. Nie potrafiłam wybrać, z którym mam większą ochotę na spotkanie. Kajetan był seksualnie odważniejszy. Każdego dnia tej nie-znajomości przekraczaliśmy nowe, erotyczne obszary.

Błogosławiłam tego, kto wymyślił znikające wiadomości, bo nagie zdjęcia między nami fruwały, orgazmy również. Jakub był bardziej tajemniczy, trochę zdystansowany, co też kręciło. Ponieważ bywało, że znikał, postawiłam na Kajetana. W końcu uznaliśmy, że dość. Umówiliśmy się na randkę w czwartek, tym razem to ja pojechałam do niego.

I cóż powiem, to był erotyczny level master. Tak genialny, że zostałam u niego do niedzieli, szczęśliwa, że to weekend ojca Inki. Już zrozumiałam dlaczego mężczyźni szukają seksualnej enklawy, miejsca, gdzie nie ma śladów ich dzieci, śladów codzienności. Jest tylko wyspa miłości: haj, wino, jedzenie i seks. I znów seks. I jeszcze seks. Pomiędzy erotyczną ekstazą, a odpoczynkiem, nieświadomie, dokonywałam porównań. Skanowałam jego piękne ciało i piękny wzwód porównując z moich mężem i naszym nieudolnym doprowadzaniem się do orgazmu między pieluchami, krzykami Inki i awanturami naszych matek, którzy lepiej niż my wiedzieli, jak wychować dziecko. W naszym seksie była rozpacz, to się nie mogło udać. Ze smutkiem pomyślałam też, że on zapewne w łóżku ma cudowną kochankę i też z pewnym współczuciem myśli o nas i naszych wygibasach.

Myśli jednak odpływały, gdy Kajetan robił mi dobrze i dotykał mnie z taką wprawą jakby niczego innego nie robił w życiu tylko uprawiał seks z kobietami.

W niedzielę wieczorem naciągnęłam rajstopy, piątkową sukienkę i powróciłam do życia matki. Stąd chyba wielkie rozczarowanie Kajetana, bo myślał, że my od teraz to tak codziennie będziemy się kochać. Oczywiście do momentu, aż mu się nie znudzę.

Próbowałam ciągnąć dwa życia równocześnie, ale razy można wybiegać do łazienki, żeby ściągać majtki i pozować. W ciągu normalnego dnia pracy i aktywności? 20? 30? Nie potrafiłam tego zliczyć i trochę się zmęczyłam. Ile razy można przyjmować gościa w przedpokoju i obijać się o ścianę jednocześnie nerwowo zerkając na drzwi pokoju dziecka. W końcu sikanie o pierwszej w nocy to nie takie niemożliwe, jak się ma siedem lat, prawda?

Racjonalizm wygrał z pożądaniem. Musiałam mieć mniej głodnego kochanka. Gotowego zgodzić się na moje godziny i dni.
Tak zawróciłam do Jakuba, który- zgodnie z prawem randkowania- aktywował się dopiero wtedy, gdy ja pisać przestałam.
Był już nawet gotowy na spotkanie. Spodobały mi się też proste ustalenia. Byliśmy niczym bohaterowie książki Pięćdziesiąt twarzy Greya, wcześniej spisaliśmy zasady, choć czego innego dotyczyły. No love. Just good vibes. I inne takie rzeczy, które miały ustawić nas blisko siebie fizycznie, jednocześnie z odpowiednim dystansem emocjonalnym. Ustaliliśmy nawet czego nie lubimy.

Błagam, nie dotykaj moich sutkównapisał. Błagam, nie miętoś mi biustuodwzajemniłam się.
Szczerość i uczciwość. Dzień przed spotkaniem zadzwonił : Bardzo mi się to podobawyznał. Też mi się podobało. Ustaliliśmy jeszcze jedną rzeczy.
Trzy tygodnie. Trzy tygodnie na naszą nie-miłość.
Tak będzie uczciwie. Nikt nikogo nie zrani. Relacja z datą ważności. Czy mogło być bardziej czysto.

No, przynajmniej tak nam się wydawało.

CDN.

Po więcej historii z Tindera odsyłam do mojego ebooka Nauczycielka, Kaja Łęcka. Zapraszam też na mój instagram @kaja łęcka


Lifestyle

Must have tej wiosny – pianka do mycia łapek!

Redakcja
Redakcja
28 kwietnia 2021

Twoja pociecha z niecierpliwością czeka na powrót do szkoły? A może Ty skończyłeś już home office i swoje stare biuro odkrywasz na nowo?  Tak, zakochałyśmy się w tym produkcie!

Jeśli jeszcze nie znacie marki LaQ, to z całą pewnością musicie nadrobić zaległości. Nie ma bowiem na rynku tak sympatycznej, a co nie bez znaczenia – przyjaznej środowisku – marki. „Kosmetyki naturalnie – fajne” – jak zapewniają jej twórcy. I chyba się nie pomylili. Na takie określenie marka zapracowała niezwykle uroczymi liniami. Do żeli, kremów, mydełek, dołączyła właśnie pachnącą gumą balonową Pianka do Mycia Łapek. Ten innowacyjny kosmetyk jest niezwykle wygodny i wydajny, a dzięki wyjątkowej konsystencji można mieć go zawsze przy sobie. Wystarczy niewielka ilość pianki, by umyć ręce, gdziekolwiek jesteś. Poręczne opakowanie z nakrętką zmieści się do każdego plecaka lub aktówki.

Co czeka nas pod wieczkiem produktu? Puszysta konsystencja, naturalne pH i łagodne substancje myjące pochodzenia roślinnego, które wzbogacono o nawilżający ekstrakt z mleka ryżowego, masło shea i olej ze słodkich migdałów. Całości dopełnia dodatek kompleksu składników nawilżająco-łagodzących, m.in. alantoiny, pantenolu, balsamu Capaiba i oliwy z oliwek, który wzmacnia barierę ochronną skóry, pozostawiając ją doskonale nawilżoną i odżywioną. A wyjątkowy zapach kosmetyku poprawi humor każdemu!

Produkt dostępny jest w trzech wersjach kolorystycznych: radosnej żółci, energetycznego różu i nasyconego błękitu.

No sami przyznacie, że nie da się obok pianek przejść obojętnie!

 

fot. LaQ

fot. LaQ

fot. LaQ


Zobacz także

Akcja „Zęby na 6-tkę!”. Weź udział w rodzinnej akcji z nagrodami Oral-B!

Rozwiązanie konkursu „Poczuj świat wszystkimi zmysłami”

„Masz serce, które czuje. To nic, że złamane. Jest jeszcze młode, zdrowe i bogatsze w doświadczenia”. Akcja „List do samej siebie”