Lifestyle

„Na śmierć można się jakoś przygotować, ale na żałobę już nie…”

Iwona Zgliczyńska
Iwona Zgliczyńska
11 sierpnia 2022
Fot Szymon Rogiński
 

Niektórzy twierdzą, że żałoba może trwać najwyżej rok. Doula umierania – Anja Franczak – nie zgadza się z tym. „Żałoba to proces złożony, który nieustannie się zmienia i zazwyczaj nie ma wyraźnego zakończenia”. Fale bólu przychodzą i odchodzą, ale nawet po wielu latach może przyjść dzień, że tęsknota w nas uderza jak tsunami. Do Anji dzwonią osoby, które po roku, czy nawet dwóch, nadal bardzo cierpią. A w pracy słyszą: „Wróć w końcu do żywych!”. Presja jest ogromna, na pogrzeb rodzica dostajemy tylko dwa dni urlopu. A potem trzeba szybko żyć i szeroko się uśmiechać.

Anja, powiedz, dlaczego my dziś udajemy, że śmierć nas nie dotyczy?

Śmierć dziś zniknęła z naszego pola widzenia, z naszego bezpośredniego doświadczenia. Kiedyś była częścią życia w bardziej namacalny sposób. Na przykład dzięki rytuałowi czuwania tworzyła się wspólnota żałobników, która pomagała odczuwać ludziom rzeczywistość śmierci różnymi zmysłami. Dzisiaj większość ludzi umiera w szpitalach, a zmarłymi zajmują się pracownicy zakładów pogrzebowych. Wiedza o procesie umierania i o opiece nad ciałem została przesunięta do sfery profesjonalistów. Jednak w wielu krajach pojawiają się inicjatywy, które chcą, żeby ta wiedza wróciła do społeczeństwa. W Anglii, Stanach Zjednoczonych, Kanadzie lub Niemczech jest coraz więcej douli umierania i towarzyszy w żałobie. Osoby, wykonujące takie zawody, pomagają doświadczyć ostatniego etapu życia w sposób czuły i spokojny.

Sprawdzałam, ile takich osób może być dziś w Polsce i … znalazłam tylko ciebie.

W Niemczech towarzyszek w żałobie i towarzyszek umierania są tysiące. W Polsce niemal nikt nie wie, że na świecie istnieją takie zawody. Chciałabym, by było nas więcej. Dlatego prowadzę warsztaty i szkolenia, podczas których przekazuję swoją wiedzę. Marzę, by w przyszłości, w Instytucie Dobrej Śmierci – inicjatywie założonej przeze mnie w 2020 – stworzyć szerszą ofertę edukacyjną, by kształcić przyszłe doule umierania i towarzyszki w żałobie.

Wytłumaczysz, na czym polega twoja praca?

Wspieram ludzi, którzy dowiadują się, że niewiele życia zostało komuś, kogo kochają. Oni chcą wiedzieć, jak może wyglądać proces umierania, jak w tym czasie zmienia się ciało i świadomość umysłu oraz co trzeba zrobić, kiedy nastąpi zgon. Rozmawiam też z tymi, którzy już stracili kogoś bliskiego. Okoliczności są bardzo różne — śmierć z powodu choroby albo po długim życiu, wypadki, poronienia, samobójstwa. Prowadzę też świeckie ceremonie pogrzebowe. Dlatego brakuje mi jednego słowa na określenie tego, czym się zajmuję. Najbardziej adekwatne byłoby może: towarzyszka w obszarze śmierci i żałoby.

Zdarza ci się zastępować rodzinę, która nie mogła towarzyszyć umierającemu?

Do tej pory nie było takiej sytuacji. W mojej pracy nie chodzi o to, by zastępować rodzinę. Moja rola polega na tym, żeby dobrze ich przygotować, wspierać, uspokoić i wzmacniać.

Czy nie czujesz się czasem w dołku z powodu pracy? Czy ona cię nie przygnębia?

Staram się świadomie o siebie dbać i poświęcać czas swojemu dobrostanowi. Czasem bywam zmęczona, ale tak naprawdę bardziej obciążające od rozmów o śmierci są dla mnie sprawy księgowe (śmiech). Poza tym jestem pod stałą superwizją, bo pracuję według niemieckich standardów tego zawodu, co oznacza, że mam nie tylko możliwość, ale nawet obowiązek konsultowania się w trudnych emocjonalnie kwestiach.

Do tej pracy trzeba mieć dar?

Chyba tak. Z jakiegoś powodu naturalnie mam duży spokój w tym obszarze. Temat śmierci jest nieunikniony, to jest część naszego życia i ja mam głęboką akceptację i gotowość pomocy w tym zakresie. Na świecie istnieje wiele innych rzeczy, które bardziej przerażają mnie niż śmierć. Na przykład przemoc. Nie wyobrażam sobie bym mogła codziennie kontaktować się z tematem przemocy w różnych jej formach. To by mnie bardzo obciążało. Dlatego też nie potrafiłabym pracować jako terapeuta.

Dlaczego zajęłaś się zawodowo tak trudnym tematem?

Doświadczyłam w swoim życiu różnych śmierci. Najgłębszym doświadczeniem była strata dziecka w ciąży. Wtedy dotknęłam różnych warstw bólu. Najtrudniejszy był dla mnie brak pozwolenia na przeżywanie żałoby. Czułam się pod presją (swoją i innych), żeby szybko i sprawnie funkcjonować. Powoli zaczynałam zrozumieć, że tak naprawdę to nie mój smutek był największym problemem, bo przecież żałoba to ludzkie, naturalne, często egzystencjalne doświadczenie. Prawdziwym problemem jest to, jak w naszej kulturze traktujemy temat śmierci i żałoby.

Co masz na myśli?

Wiele osób opowiada mi, że tuż po śmierci mamy, czy ojca, dostało wsparcie od rodziny i przyjaciół. Ale już po krótkim czasie pojawiły się naciski, żeby wracali do „normalności”. Jeden mężczyzna opowiadał mi, że szef wezwał go do gabinetu i powiedział: Dlaczego nie uśmiechasz się podczas zebrań, w których uczestniczą ważni partnerzy firmy? Kiedyś byłeś taki dowcipny i to służyło negocjacjom. Mężczyzna odpowiedział, że przecież zmarła mu matka. Na co usłyszał: Ależ od jej śmierci minęły już trzy miesięce! Najwyższy czas, żebyś już wrócił do normalności.

Po śmierci bliskiego nam człowieka żyjemy jakby w dwóch światach. Pierwszy to ten zewnętrzny, wypełniony codziennymi obowiązkami. A drugi to świat wewnętrzny, w którym są ból, tęsknota i cały wachlarz uczuć. Często słyszę od osób w żałobie, że czują wielki dysonans pomiędzy tym, czego oczekuje od nich społeczeństwo, a tym, co oni sami przeżywają.

Mówi się, że żałoba trwa najdłużej rok…

Kompletnie się z tym nie zgadzam. Też nie ma na to żadnych dowodów naukowych. To jest mit i błędna koncepcja, którą powtarza wiele osób. Żałoba to proces złożony, który nieustannie się zmienia i zazwyczaj nie ma wyraźnego zakończenia. W jej trakcie doświadczamy bólu, ale może czujemy też wdzięczność i mamy miłe wspomnienia, które chcemy dalej pielęgnować. W tym procesie zmienia się intensywność i częstotliwość bólu. Nawet po wielu latach może przyjść taki dzień, że znów odwiedzi nas żałoba.

Tłumaczę to ludziom za pomocą pewnej metafory. Na początku żałoba jest jak współlokator, siedzi z nami bez przerwy w jednym mieszkaniu. A po jakimś czasie wyprowadza się, ale regularnie odwiedza nas jako gość. Może coraz rzadziej, ale prawdopodobnie nigdy nie znika z naszego życia kompletnie.

Czy takie słowa pomagają osobom w wielkiej rozpaczy, np. takim, którym zmarło dziecko albo ktoś z rodziny popełnił samobójstwo?
W mojej pracy nie ma utartych ścieżek, nie ma schematów, liczy się tylko indywidualne podejście do człowieka. Nie stosuję więc kalek, wszystko zależy od potrzeb osoby. Niektórzy przychodzą do mnie, bo boją się, że za długo trwają w smutku i potrzebują spytać, czy wszystko z nimi jest w porządku. Inni szukają sposobu, jak czuć wewnętrzną więź ze zmarłym bliskim. Jeszcze inni noszą w sobie poczucie winy i nie wiedzą, co z tym zrobić.

Jednak kiedy widzę, że temat jest większy niż żałoba, to mówię uczciwie, że on wykracza poza moje kompetencje, bo ja jestem szkolona wyłącznie do pracy z tematem śmierci, straty i żałoby. Dlatego, kiedy dostrzegam, że za żałobą stoi większa historia np. przemoc w rodzinie albo uzależnienie, to razem z tą osobą szukam innego specjalisty.

Czego najbardziej potrzebuje od nas umierająca osoba?

Odpowiem ci tak… kiedy umiera bliska nam osoba, czasami dochodzi do konfliktu: czyje zdanie jest najważniejsze. Partnera, partnerki, rodzeństwa, dzieci czy personelu medycznego? Wtedy zdarza się, że tracimy z pola widzenia, że teraz jest tylko jeden ekspert — właśnie osoba umierająca. Tylko ona wie, czego potrzebuje. Nikt z nas nie wie, jak to jest umierać. Dlatego nie wolno nam zapominać, by dbać o wolność i autonomię pacjenta. On jest najważniejszy, jego powinniśmy słuchać.

Co jeszcze? Powiem ci, że kiedy słucham różnych wykładów z medycyny paliatywnej, często uderza mnie myśl, że procesy narodzin i śmierci są niezwykle do siebie podobne. Wielu lekarzy medycyny paliatywnej mówi, że proces umierania przebiega lepiej i bardziej spokojnie, im mniej w niego ingerujemy. Jakiś czas temu zaczął się ruch „rodzić po ludzku”. Dziś już wiemy, że jeśli ciąża przebiega prawidłowo, to najlepszym miejscem na poród wcale nie musi być szpital i atmosfera medycznej sterylności. Wystarczy dom i czułe ręce doświadczonej położnej. Pomału zaczynamy rozumieć, że tak samo może być też w przypadku śmierci.

Wiele osób jednak woli, by ich rodzice umierali w szpitalu.

To wynika nie z braku miłości, ale często z braku wiedzy oraz  lęku. Ludzie obawiają się, że nie będą wiedzieć, co robić przy osobie umierającej. Gdyby mieli lepszy dostęp do wsparcia i informacji, może odważyliby się towarzyszyć bliskim do końca w domu.

Dam przykład. Brak edukacji często prowadzi do konfliktów np. wokół tematu jedzenia i karmienia. Rodzinie wydaje się, że ich kochana osoba będzie umierać z głodu, ponieważ nie je. Dlatego domagają się dokarmiania na siłę. Zaledwie kilka dekad temu, kiedy ludzie umierali w domu, wszyscy wiedzieli, że brak apetytu jest normalną częścią procesu odchodzenia. Dziś bardzo brakuje nam wiedzy. Umieranie to nie jest moment, tylko proces, który potrafi trwać wiele dni i tygodni. Od pewnego momentu metabolizm nie buduje już nic nowego, a ciało nie jest w stanie przetrawić jedzenia i ono staje się tylko niepotrzebnym ciężarem. Zmuszając do jedzenia, robimy umierającemu krzywdę i wcale nie przedłużamy mu życia. Ludziom wydaje się jednak, że ich bliski umiera w szpitalu z głodu, czyli umiera, bo nie je. A prawda jest taka, że on umiera, więc nie je.

Czy umierający rzeczywiście czekają, by się ze wszystkimi pożegnać?

Ludzie często opowiadają, że ich bliski czekał, aż przyjedzie pożegnać się z nim dawno niewidziana wnuczka z drugiego krańca Polski. A inni mówią, że ich ukochani umierali w momencie, kiedy oni wychodzili na chwilę z pokoju, porozmawiać przez telefon. Nie było ich może 5 minut i wtedy mama zmarła. Często opiekujący ma potem wyrzuty sumienia i czuje się winny. Ale ta historia powtarza się tak często, że moim zdaniem, nie jest to przypadek. Raczej wskazuję na to, że na „moment umierania” mamy wpływ.

Pamiętajmy, że jesteśmy wszyscy różni i każdy odchodzi po swojemu. Niektórzy potrzebują samotności. Chciałabym, by ludzie o tym wiedzieli, że powinni czasem wychodzić z pokoju, informując pacjenta o tym, że przez chwilę będzie sam. Może okazać się, że on właśnie tego potrzebuje.

Proszę powiedz, czy my możemy przygotować się na śmierć i na żałobę?

Podczas warsztatów pt. „Obok Ciebie na ostatnim etapie życia” opowiadam, na czym polega proces umierania i co dzieje się w pierwszych godzinach po śmierci. Wierzę, że można przygotować się na śmierć. Ale na żałobę — nie.

Żałoba to proces indywidualny i nieprzewidywalny. Jest tylko jeden sposób na to, by skutecznie się przed nią chronić.

Jaki?

Nie wchodzić w żadne relacje! Jeśli otwieramy się na miłość lub przyjaźń, to od samego początku skazujemy się na żałobę. Bo miłość i żałobę można mieć tylko w pakiecie.

Anja Franczak – w połowie Niemka, w połowie Chorwatka, od 12 lat mieszkająca w Polsce. Pracuje jako towarzyszka w żałobie, doula umierania i celebrantka świeckich ceremonii pogrzebowych. Poznała wiele osób, które mają styczność z tematem śmierci – pracowników hospicjów, terapeutów, przedstawicieli branży funeralnej i artystów, którzy przyglądają się tematowi przemijania. W 2020 postanowiła połączyć te osoby, aby wzajemnie się od siebie uczyły i zaproponowała im założenie kolektywu. Tak powstał Instytut Dobrej Śmierci, który tworzy 80 ekspertów interdyscyplinarnych.

Zobacz także: 8 wzruszających sposobów na zachowanie pamięci o ukochanej osobie

 


Lifestyle

Czy przyjęcie tabletki „dzień po” może wpłynąć na miesiączkę?

Redakcja
Redakcja
11 sierpnia 2022
tabletki „dzień po”

Antykoncepcja ratunkowa, znana również jako tabletka „dzień po”, ma za zadanie hamować owulację, w ten sposób chroniąc kobietę przed zajściem w ciążę. Może jednak mieć również skutki uboczne, w tym m.in. wpływać na miesiączkę. Jaki wpływ na okres mogą mieć tabletki „po” i czy to zawsze one odpowiadają za zaburzenia dotyczące miesiączki?

Czym jest tabletka „dzień po”? Kto może wypisać receptę?

Antykoncepcyjne środki awaryjne, zwane popularnie tabletkami „po”, czy też „dzień po” , to produkty stosowane w uzasadnionych przypadkach w celu ochrony przed ciążą. Nie powinny jednak stanowić głównej metody antykoncepcyjnej, ale mogą pomóc, gdy podstawowe zabezpieczenie przed ciążą zawiedzie lub go zabraknie. Tabletki „po” nie mają działania wczesnoporonnego i nie przerywają ciąży już istniejącej – tylko nie dopuszczają, by do tej ciąży doszło. Ważne jest, by odpowiednio szybko je zażyć, zanim jeszcze dojdzie u kobiety do owulacji.

Zarówno tabletka „dzień po” Escapelle, jak i ellaOne można kupić w Polsce wyłącznie posiadając wystawioną przez lekarza e-receptę. Do jakiego lekarza zgłosić się, gdy będzie potrzebna recepta na tabletkę „dzień po”? Kto może wypisać ją najszybciej? Okazuje się, że nie trzeba zgłaszać się do ginekologa, ponieważ receptę może wystawić każdy lekarz z uprawnieniami, także zdalnie, czego przykładem jest tabletka dzień po na TabletkaDzienPo.pl. Oczywiście wcześniej lekarz zobligowany jest do tego, by sprawdzić, czy tabletka „dzień po” jest bezpieczna dla danej kobiety, a służy do tego wywiad medyczny.

Tabletki „dzień po” a okres – co trzeba wiedzieć?

Podstawowy mechanizm działania antykoncepcji awaryjnej polega na hamowaniu owulacji, aby nie dopuścić do zapłodnienia komórki jajowej przez plemniki. Tabletka „dzień po” może jednak mieć też skutki uboczne, a jednym z nich faktycznie są zaburzenia miesiączkowania. Przyjęcie antykoncepcji awaryjnej może zatem wpłynąć na następną miesiączkę i to w różnorodny sposób, chociaż – jak to bywa przy działaniach niepożądanych leków – nie u każdego problem się pojawi. Jak pigułka „po” może wpłynąć na okres?

  • Okres po tabletce „po” może pojawić się później, czyli możliwe jest, że nie wystąpi w spodziewanym terminie tylko kilka dni później.
  • Miesiączka może również pojawić się nieco szybciej niż w planowanym terminie.
  • Nie są wykluczone zmiany intensywności krwawienia miesiączkowego, w tym zarówno krwawienie mniej intensywne, jak i nieco bardziej obfite.

Zmiany dotyczące miesiączki są jednak zazwyczaj czasowe i nie obejmują kolejnych cykli menstruacyjnych.

Opóźnienie okresu a tabletki „dzień po”

Nie zawsze za opóźnienie miesiączki odpowiada tabletka „dzień po”, a okres może nie pojawić się na czas również w związku działaniem różnorodnych czynników. Co, zamiast tabletki „dzień po”, może wpłynąć na przesunięcie okresu? Pierwsze, co przychodzi na myśl, to ciąża, a biorąc pod uwagę, że żadna metoda antykoncepcyjna (nawet pigułki „po”) nie daje 100% ochrony, jest to prawdopodobne. Jeśli okres opóźnia się o więcej niż 5 dni, zaleca się wykonanie testu ciążowego i kontrolną wizytę u ginekologa.

Do opóźnienia miesiączki przyczynić się mogą również inne czynniki, w tym, chociażby stres, przemęczenie, nieprawidłowa dieta i zbyt drastyczne odchudzanie. Problem może również stanowić zbyt intensywna aktywność fizyczna, choroba, a nawet podróż i wiele innych kwestii bardziej lub mniej od kobiety zależnych. Jeśli zatem pacjentka ma jakiekolwiek wątpliwości dotyczące swojego stanu zdrowia, powinna skonsultować się z lekarzem, który skieruje ją na odpowiednie badania.


Zobacz także

Fot. Renata / archiwum prywatne

Ło matko i córko!

Dzisiaj też będzie padać, więc warto wziąć parasolki. „Zadecydujemy według własnych, a nie czyichś sumień. Tylko tego chcę”

MNIEJ ZNACZY WIĘCEJ. Czym urzeka nas Hollie w tym sezonie

MNIEJ ZNACZY WIĘCEJ. Czym urzeka nas Hollie w tym sezonie