Lifestyle

„Kochana, odejdź. Tam za rogiem czeka na ciebie lepsze życie! Obiecuję”. Apel ofiary przemocy do innych kobiet

Z życia kobiety
Z życia kobiety
25 listopada 2016
Fot. iStock / lekcej
 

To nie jest twoja wina. Chciałabym ci dzisiaj powiedzieć, że to nie jest twoja wina! Podnieś głowę i spójrz w lustro. Przyjrzyj się sobie, bez znaczenia, czy ukrywasz siniaki na twarzy, czy płaczesz właśnie poniżona, słysząc po raz już nie wiesz który, że „jesteś tępa, głupia”, że na nic nie zasługujesz i bez niego jesteś nikim?

Byłam tam. Znam ten strach, który nigdy cię nie opuszcza. Gdy wstajesz rano i robisz kawę, a on uśmiecha się do ciebie, głaska po włosach. A ty kulisz się mimowolnie, a on dziwi się, daje buziaka jak gdyby nigdy nic i wychodzi do pracy.

Ten strach, kiedy on przychodzi z kwiatami, kiedy klęka, a ty nie masz siły wstać z fotela, jesteś tak obolała po tym, jak pobił cię wieczorem.

Ten strach, czy na pewno kubki dobrze poustawiałaś. Sprawdzałaś trzy razy, ale kiedy słyszysz klucz w drzwiach, biegniesz sprawdzić jeszcze raz i nic już nie wiesz.

Ten strach, gdy odbierasz dzieci z przedszkola, i nie umiesz już się z nimi śmiać, bawić się zrelaksowana. Uspokajasz je tylko, by nie biegały, nie były za głośno, żeby nic nie wymyślały na kolację, bo dziś będzie makaron: „Tata robi” dodajesz znacząco wstydząc się tego, ale mając nadzieję, że zrozumieją.

Ten strach, gdy siedzisz na kanapie i czekasz na niego. Boisz się ruszysz, zrobić cokolwiek, by go tylko nie rozdrażnić. Nie wiesz, co to dziś może być – włączony telewizor? A może właśnie wyłączony? A może nie ta lampka się pali? Może kolacja za ciepła albo za zimna. A może ty źle ubrana, nie z taką miną? Starasz się zachowywać swobodnie, choć wiele cię to kosztuje.

„Kim ty ku*wa jesteś?”, usłyszysz. I już będziesz wiedzieć wszystko. Już wiesz, co się wydarzy. Leżysz na podłodze modląc się, żeby już skończył, ale wiesz, że on jeszcze wróci. Chciałabyś umrzeć. Dzieci śpią… Wiedzą, że nie mogą wychodzić z pokoju, kiedy tata się denerwuje. Ma taką ciężką pracę, bywa zmęczony – tłumaczysz im. Ciągnie cię za włosy do łazienki. Zaciskasz zęby do krwi na dłoni, żeby nie krzyczeć, żeby nie zawyć jak zwierzę. Przecież dzieci są tuż za ścianą. Trzyma twoje włosy i każe ci wstać i spojrzeć na siebie. „Zadowolona z siebie, szmato? Kto by cię chciał. Jesteś ku*wą żałosną, nikim więcej”. Puszcza. A ty dziękujesz za te zimne kafle, które łagodzą ból, gdy przykładasz do nich twarz.

Nie wyjdziesz. Będziesz czekać aż on się położy, nie masz pewności, czy to koniec. Po ciemku i po cichu wsuwasz się do waszego łóżka kilka godzin później. Nie masz siły obrócić się na drugi bok. Twoje ciało jest jednym wielkim bólem. Płaczesz… Słuchasz jego spokojnego i równego oddechu, a sama boisz się oddychać.

I wiesz, że on wstanie rano, wyjdzie nim zadzwoni twój budzik. Nie może na ciebie patrzeć w tym stanie. Wróci późno, jak będziesz już spać u dzieci w pokoju. Postawi maść na stłuczenia w łazience. A kolejnego dnia spyta rano, czy chcesz kawę. Nie wie, że ty boisz się odpowiedzi, nie wiesz, która będzie tą właściwą. Kiwasz głową opuszczając wzrok. Delikatnie siadasz na krześle, bo jakikolwiek ruch jeszcze sprawi ci ból. A on zaproponuje wspólne wyjście do kina, może tym razem do teatru, okaże się, że już kupił bilety, że sąsiadka zajmie się dziećmi. Uśmiechasz się delikatnie. I to „kocham cię”, które mówi wychodząc…

Ile razy tam byłaś? Z tą nadzieją, że może to był ostatni raz? Z tą obietnicą, że tak, musicie porozmawiać? Ile razy zakładałaś sukienkę, którą on lubi, żeby wspólnie wyjść i ile razy słyszałaś, że wyglądasz jak dziwka i on nie ma zamiaru nigdzie się z tobą pokazywać?

Ile razy łapałaś za telefon, ale nie dzwoniłaś po policję? Bo co z nim zrobią, co ty bez niego zrobisz, skoro nic nie znaczysz, jesteś nikim bez niego.

Ile razy widziałaś swoją matkę, która udawała, że nie widzi twoich siniaków, która odwracała wzrok, kiedy się przebierałaś, która przyjmowała cię bez słowa z dziećmi, a na drugi dzień mówiła: „Twoje miejsce jest przy mężu”.

Nawet, kiedy myślisz, żeby to przetrwać, nie widzisz rozwiązania. Bo kto mógłby ci pomóc, gdzie się podziejesz z dziećmi, jak dasz sobie radę? Przecież nic nie potrafisz, nic nie umiesz, jesteś nikim, a nawet jak wydaje ci się inaczej, to on ci przypomni, jak jest naprawdę. Bijąc albo gwałcąc albo znęcając się nad tobą psychicznie, uzależniając cię od siebie.

Myślisz, że twoja miłość go zmieni, że on w końcu zrozumie, jak bardzo go kochasz, zobaczy, ile dla ciebie znaczy.

Kobieto doświadczająca przemocy – odpowiedz sobie na jedno pytanie: kto, jeśli kocha – bije i poniża? Kto, jeśli kocha, sprawia ból i krzywdzi? Kto, jeśli kocha, katuje, gwałci i zastrasza?

Czy tak naprawdę wygląda miłość? Czy te dni, kiedy on ucisza własne sumienie, jeśli je w ogóle posiada, warte są tych chwil bólu i cierpienia i tego towarzyszącego ci strachu?

A jeśli cię pewnego dnia zabije? Myślisz czasami o tym? Czy myślisz o tym twierdząc, że nie rozbijesz rodziny dla dobra dzieci? Czy nie mylisz strachu z miłością?

Kochana. Ja tam byłam. Kochałam do utraty tchu, kochałam całą sobą, kochałam każdym siniakiem, każdą pękniętą kością, aż zrozumiałam, że to nigdy się nie skończy! Kiedy leżąc w wannie po tym, jak groził, że mnie utopi i uwierz, na groźbach nie poprzestał, myślałam „chcę umrzeć, nie chcę już tak żyć”. Byłam ofiarą, tak jak ty. Ale to był mój wybór. Ja, ta wanna i on – nagle zrozumiałam, że nie muszę tam być. Że mogę wyjść. Zamknąć drzwi. Zrozumiałam, że chcę żyć. Że to życie jest moim darem. Wzięłam reklamówkę spakowaną, kiedy on zasnął. Szczoteczka do zębów, piżama, majtki i koszulka… Zamknęłam drzwi i… stanęłam w ciemności. Gdzie miałam iść? A dzieci? Tak bardzo chciałam przez chwilę uciec, żyć życiem kogoś zupełnie innego, wyjechać, zapomnieć i nigdy nie wrócić. Ale wróciłam. Nawet nie zauważył, że wyszłam.

Rano spakowałam dzieci i siebie. Znalazłam osoby, które mi pomogły, które wyciągnęły rękę. Nie było łatwo, nadal nie jest. „Co ty mówisz, przecież tak ładnie razem wyglądaliście” – ile razy to usłyszałam… I jak długo myślałam, że zasłużyłam na tamto życie, że z jakiegoś powodu los mnie karał jego ciężką ręką, jego obelgami, krzykami, szarpaniem. Ale Kochana nikt na to nie zasłużył. Słyszysz?! Nie zasłużyłaś w żaden sposób na to, by on się nad tobą znęcał! Nie jesteś niczemu winna! I nie jesteś sama! Takich kobiet, jak ty jest wiele, siedzimy milczące, zawsze lekko z boku, boimy się podnieść wzrok, lekko uchylamy się, gdy on chce nas przytulić czy objąć przy wszystkich, swoje zachowanie tłumaczymy bólem głowy, przemęczeniem. I wiemy, że on ten unik zauważył, już wiemy, że za brak kontroli nad ciałem słono zapłacimy…

Odejdź. Ten raz naprawdę i na zawsze. Odejdź i powiedz głośno, co on ci zrobił, jak traktował. Odjedź, a ja ci obiecuję, że nie zostaniesz bez pomocy! Zobaczysz wyciągnięte w twoją stronę ręce. Jeszcze długo będziesz się bać, ale obiecuję ci na zdrowie moich dzieci – przyjdzie taki dzień, kiedy strach odejdzie, kiedy weźmiesz głęboki oddech i zaczniesz żyć od nowa i poczujesz, jak silna i jak wiele warta jesteś! Zawalcz o siebie. Proszę cię! Błagam. Spakuj się i wyjdź. Zakończ życie w strachu, w przemocy, w poniżeniu i upokorzeniu. Tam, za rogiem, czeka ciebie lepsze. Obiecuję!

 


Lifestyle

Chciałam się zemścić, zranić go tak mocno, jak on mnie, kiedy odchodził do innej kobiety. Znałam jego słaby punkt…

Z życia kobiety
Z życia kobiety
27 listopada 2016
Fot. iStock/martin-dm
 

Nienawidziłam go. Jak mógł mnie zostawić z dwójką dzieci? Jak mógł rozbić naszą rodzinę? Przecież nie można kogoś tak nagle przestać kochać, odejść do innej kobiety?

– A co z nami? – pytałam

– Nas już od dawna nie ma – słyszałam.

Jest w tobie taka wściekłość pomieszana z bezsilnością, tak ogromna chęć zemsty. Bo miało być tak pięknie. Wzięliśmy ślub jeszcze na studiach, ale byliśmy pewni naszej decyzji. Dwa lata później urodził się Eryk, a nim skończył trzy lata Emilka. Nie wiem, kiedy to się stało, kiedy straciłam czujność. Zresztą jaką czujność, to on poszedł do kobiety, to on zamiast powiedzieć: „Dzieje się źle”, zdecydował się na pójście na skróty. Jasne, że najłatwiej jest szukać szczęścia, gdzie indziej niż powalczyć o to, które ucieka przez palce.

Chciał szybko wziąć rozwód. Na już i teraz, bo po co to przedłużać, a ja nie byłam w stanie myśleć racjonalnie. Chciałam, żeby poczuł to co ja, żeby poczuł, jak głęboko mnie skrzywdził, jak poniżył. Znałam go bardzo dobrze i wiedziałam, gdzie jest jego najsłabszy punkt… Dzieci.

Kochał je. Spędzał z nimi każdą wolną chwilę, teraz widzę, że wtedy częściej z nimi niż ze mną. Z Erykiem grał w piłkę, Emilkę woził na tańce. Był na każdym meczu, każdym przedstawieniu w przedszkolu. Lubił ich rozpieszczać, ale był tatą z zasadami. Fajnym tatą.

Ale fajny tata nie zostawia swoich dzieci, nie odchodzi do innej kobiety, która nie jest ich mamą. I co? I teraz one będą się widywać z nową ciocią? Ona będzie im smażyć naleśniki w soboty rano? Mają się bawić w szczęśliwą rodzinę?

Byłam jak w amoku.

– Dwa weekendy w miesięcu – skwitowałam jego zapytanie o opiekę nad dziećmi.

– Zwariowałaś? Jakie dwa weekendy, to są też moje dzieci? – cieszyłam się, że go to zabolało.

– Trzeba było pomyśleć o tym szybciej – wycedziłam przez zęby.

Rozmowę uznałam za zakończoną. Ale on nie dawał za wygraną.

– Trzy weekendy w tygodniu i wtorki po południu – drążył.

Wyszłam. Spotykaliśmy się w knajpie. On pewnie celowo tak nas umawiał chcąc uniknąć moich scen.

W sądzie wystąpiłam o wysokie alimenty, a on o opiekę naprzemienną. Co za tupet! A gdzie dobro dzieci? Jak ma ich życie być stabilne w dwóch domach na zmianę! Oszalał. Nigdy w życiu się na to nie zgodzę. Ale on przystał na alimenty. Chociaż tu poczuł odpowiedzialność i zobowiązanie wobec dzieci. Dupek. Pieniędzmi chce zagłuszyć sumienie.

Toczyliśmy walkę o opiekę nad dziećmi. „A myślałeś, że będziesz taki szczęśliwy” – myślałam z satysfakcją, kiedy celowo zabierałam dzieci z przedszkola, tak by on w „jego” dzień nie mógł ich spotkać. To we wtorki umawiałam dentystę, logopedę – co się żywnie dało, żeby nie mógł ich widzieć. Sąd przystał na dwa weekendy w miesiącu i jedno popołudnie w tygodniu, wtorkowe popołudnie.

Przyszedł do przedszkola na występy Emilki… Stanął obok mnie, a ja nie miałam gdzie uciec – wokół pełno ludzi. Emilka widziała, że stoimy razem. „Dziękuję, że mogłem tu być z tobą i że nasza córka to widziała”. Chciałam mu się odgryźć, ale gula utkwiła mi gardle… Porozmawiał z Emilką, poprzytulali się, musiał lecieć do pracy. Przychodził na każde zebranie, na każde spotkanie. Był na meczach Eryka – bez względu na to, czy to jego weekend czy mój.

– Dlaczego to robisz? – spytałam kiedyś podczas meczu, gdy Emilka pobiegła ściskać brata.

– Bo to są moje dzieci i je kocham – odpowiedział.

„Odbierzesz je we wtorek” – napisałam SMS-a. „Jasne. Będą u ciebie o 19:00” – odpisał. A ja umówiłam się do fryzjera. I na paznokcie od razu. – Pięknie wyglądasz – powiedział stojąc w drzwiach i rozbierając dzieciaki.

W Dzień Mamy czekał pod przedszkolem. Zaskoczył mnie. Poprosił o pięć minut z dziećmi, wróciły do mnie z kwiatami: „Dla najlepszej mamy” – usłyszałam. I płakałam jak głupia. Kilka dni później w moje urodziny wręczyły mi dumne prezent, piękną bransoletkę. „Z tatą ci mamuś kupiliśmy” – powiedziały, gdy zaskoczona pytałam „ale jak?”.

Spytał, czy może wziąć je już w piątek po przedszkolu. Na dwie, a nie jedną nockę. To nie było łatwe. Bo jedna część mnie krzyczała jeszcze: „Nienawidzę cię”, a druga mówiła: „Tu chodzi o dzieci, on jest dobrym tatą”. Patrzyłam na te moje dzieciaki. Spały tak spokojnie. Przypominałam sobie te weekendy, kiedy byliśmy w czwórkę. Te wariacje na boisku, spacery i rzucanie się liśćmi, gorąca czekolada, którą dla nich przemycał. Wspólne Święta, urodziny… Nie było ich zbyt dużo, ale jednak były. Wydawało mi się, że byliśmy tacy szczęśliwi… I pamiętam uśmiech Emilki, gdy pojawił się na jej pierwszych tanecznych występach, choć do końca nie wiedział, czy będzie. I Eryka, który mówił: „Widziałeś tato, widziałeś jak strzelałem?”.

„Okej”, odpisałam. Wziął dzieci w piątek, a ja cały weekend przepłakałam. Najpierw nad sobą, nad naszym związkiem, jakby do mnie dotarło, że to naprawdę koniec. Później nad naszymi dziećmi, które nie mają pełnego normalnego domu. Pytałam siebie, czy mamy szansę na szczęście. I zobaczyłam to, że do szczęścia mają prawo nasze dzieci. Jeśli chcemy cokolwiek dobrego wyciągnąć z tej historii, niech będzie to co najlepsze dla nich.

W niedzielę powiedziałam, że może je zawsze brać w piątki.

Minął rok od rozwodu. Rok żałoby nad tym, co umarło między nami, ale nie umarło dla naszych dzieci. Dla nich jesteśmy nadal tak samo ważni, tak samo mocno my je kochamy, a one nas. Spotkaliśmy się ustalając między sobą, że co drugi miesiąc może brać dzieci w trzy weekendy – od piątku. I na jedną noc w tygodniu, jeśli tylko będą chciały. Ale gdy zauważymy coś niepokojącego w ich zachowaniu, jakąś dezorientację, mamy sobie nawzajem dać znać. Ufałam mu, wiedziałam, że dobro dzieci jest dla niego najważniejsze.

Dzisiaj – trzy lata później, spędzamy zawsze razem wigilię Wigilii – nim rozjedziemy się do swoich rodzin. Na zmianę jeden tydzień świąteczny dzieci są z jednym z nas, noworoczny z drugim, żeby nie przerzucać ich podczas Świąt. Zaproponowałam obniżenie alimentów. W końcu spędza z dziećmi niemal tyle samo czasu co ja. W moje urodziny przychodzi z kwiatami, a w jego zawsze mam dla niego jakąś drobnostkę. Kiedy chorowała jego mama, byłam z dziećmi w szpitalu – to ich jedyna babcia. Wiedziałam, że to było dla niego ważne. Szanujemy się. Nie, żeby było sielankowo, jasne, że się kłócimy, spieramy – ale zawsze mając na uwadze nasze dzieci. Szkołę dla Eryka wybieraliśmy wspólnie po długich dyskusjach. Pomysł Emilki na balet – podobnie.

Jestem spokojna. Patrzę na moje uśmiechnięte dzieci, które już nie pytają, czy tata przyjdzie na jasełka, o wiedzą, że będzie. Nie boją się powiedzieć: „Mamo, mogę zadzwonić do taty i mu to opowiedzieć”, kiedy coś dla nich jest ważne. Mają dwa domy, ale też dwoje rodziców, którzy choć nie kochają już siebie tamtą miłością, to traktują się ciepło i serdecznie.

Wiem, że popełniłam wiele błędów. Że moje dzieci mogły mniej wycierpieć, gdyby nie moja złość i chęć zemsty. Ale to już za nami. Jestem jemu wdzięczna, że pokazał mi, co jest ważne pomimo wszystko. I kiedy ostatnio Emilka robiła laurkę i spytała, co tacie napisać, powiedziałam: „No jak to co: dla najlepszego taty”. „A ty jesteś najlepszą mamą”- usłyszałam.


Lifestyle

Dzisiaj składam obietnice samej sobie. I piszę list do siebie w przyszłości wierząc, że dotrzymam danego słowa…

Z życia kobiety
Z życia kobiety
5 listopada 2016
Fot. iStock/ viki2win

Witaj,

mam nadzieję, że otwierasz ten list z uśmiechem na ustach, bez strachu. Bo choć nie pamiętasz co sama w nim napisałaś jakieś 30 lat temu, to wiesz, że dziś uśmiechnęłabyś się do tamtej siebie.

Bo dzisiaj masz może 70 lat, może więcej, a wtedy, pisząc ten list, kończyłaś 40 i rodziła się w tobie nadzieja, że jeszcze nie wszystko stracone, że jeszcze los da się odwrócić. Że jesteś w momencie, kiedy w końcu masz odwagę wziąć życie w swoje ręce i pokierować nim tak, by jeszcze być szczęśliwą.

Bo choć wydawało ci się, że sił zabraknie, że nic dobrego już cię nie spotka, to jednak twoje lęki okazały się tak malutkie, tak w efekcie kruche, że bez problemu udało ci się je zdmuchnąć.

Pisząc ten list do siebie w przyszłości wierzyłaś, że jesteś w stanie być jeszcze szczęśliwa, że gotowa jesteś do spełniania swoich marzeń.

Pamiętasz? Myślałaś wtedy: „Do cholery, jak nie teraz to kiedy? Na co mam czekać, nikt za mnie nie przeżyje mojego życia, nie przejdzie mojej drogi przede mną sprawdzając czy nie ma na niej pułapek i wybojów”.

Ale bałaś się. Nie ufałaś sobie, nie wiedziałaś, czy się uda, a jedyne o czym myślałaś, to żeby nie wstydzić się za siebie, żeby nie żałować, żeby za te 30 lat czytając ten list być z siebie dumną, podnieść głowę do słońca z poczuciem zwycięstwa. Zwycięstwa nad swoimi słabościami, nad strachem, nad tysiącem obaw, które wtedy miałaś.

Pamiętasz dzień, kiedy pisałaś ten list? Dzieci już nie małe, ale jeszcze nie nastoletnie w próbowały zrobić domową pizzę co chwilę zadając ci setkę pytań. Siedzieliście sami w domu. Było ciepło. To wtedy po raz pierwszy poczułaś brak lęku. To wtedy spojrzałaś sobie prosto w oczy, uśmiechnęłaś się i przynosząc sobie ulgę powiedziałaś głośno: „Tak, to czas na zmiany”. Byłaś taka spokojna, a jednocześnie podniecona, tym co nowe i gotowa na to. W końcu.

I napisałaś list do siebie. Rozliczenie siebie z tamtych postanowień, z tamtych obietnic złożonych samej sobie. Tak bardzo nie chciałaś się sobą rozczarować, ale nie wiedziałaś, czy podołasz…

Minęło tyle lat… Mam nadzieję, że jesteś szczęśliwa, że ze wzruszeniem patrzysz w przeszłość, ale nadal dumnie spoglądasz w przyszłość, której – tak masz tę świadomość, niewiele zostało.

Chciałam cię tylko spytać, czy ci się udało? Czy spoglądając wstecz jesteś spokojna, bo nie masz sobie nic do zarzucenia. Zrobiłaś wszystko na miarę tamtych dni i własnych możliwości?

Czy odważyłaś się słuchać siebie? Swojej własnej intuicji? Czy przestałaś słuchać opinii innych i je uważać za jedyne słuszne? Pamiętasz, kiedyś bardziej wierzyłaś innym, niż samej sobie. Pozwalałaś innym kierować własnym życiem? Dlaczego? Bo bałaś się odpowiedzialności za własne decyzje? Obawiałaś się porażki? Zawsze łatwiej powiedzieć: to nie ja, to nie był mój pomysł, czułam, że tak się skończy. Tyle, że wtedy nie żyłaś swoim życiem. Oglądałaś je przez szybę – w bezpiecznej odległości, ale czy o takie właśnie bezpieczeństwo ci chodziło?

Przekonałaś się, że wzięcie odpowiedzialności nie boli? Że nie jest takie straszne powiedzenie: „nie”. Pamiętasz? To pierwsze twoje „nie” było trudne. Tak bardzo się bałaś… dzisiaj zastanawiasz się czego? Czego się bałaś? Bo jedno „nie”, pociągnęło kolejne, bo nagle okazało się, że możesz robić to co TY uważasz za słuszne, za dobre dla siebie.

Ciekawa jestem, czy zmieniłaś wtedy pracę? Czy udało ci się rozwijać swoje pasje. Czy wyjechałaś na wymarzone wakacje? Czy zakochałaś się na nowo w swoim mężu, czy się udało, czy jednak każde z was poszło swoją, szczęśliwszą ścieżką, ale z szacunkiem dla drugiej osoby? Mam nadzieję, że wszystkie decyzje jakie od momentu napisania tego listu podjęłaś, były już zgodne z tobą samą.

Uwierzyłaś w siebie? Przestałaś znajdować tysiące wymówek? Że nie dasz rady, że zbyt wiele rzeczy cię przerasta, że w twojej sytuacji nigdy nie znajdziesz wyjścia ewakuacyjnego, ba – żadnego wyjścia, bo to szach i mat. Wierzę, że przez cały ten czas już zawsze znajdowałaś rozwiązanie, nie bojąc się podejmować trudnych decyzji.

Wtedy obiecałaś:

– że przestaniesz załamywać się drobnymi niepowodzeniami

– że już nie będziesz bać się porażek, a zaczniesz je traktować jak kolejną wartościową lekcję

– że trudności nauczysz się przezwyciężać

– że warto do dążyć do tego, czego się boisz, bo im większy strach, tym widocznie jeszcze bardziej ci na tym zależy

– że zaczniesz głośno nazywać swoje potrzeby i pragnienia

– że będziesz mówić o swoich uczuciach – każdych, o tym, gdy coś sprawia ci przykrość i gdy coś czyni cię szczęśliwą

– że przestaniesz od siebie wymagać zbyt wiele, dasz sobie prawo do bycia nieidealną

– że jeśli ci na czymś będzie bardzo zależeć – nie odpuścisz

– że będziesz lubić siebie i sobie nie zrobisz krzywdy

– że będziesz żyła tak, by być szczęśliwą

– że wokół ciebie będą ludzie, którym ufasz, na których szczerość możesz liczyć.

Mówiłaś sobie: „nigdy nie jest za późno, żeby żyć po swojemu”, powtarzałaś to pewnie jeszcze wiele razy, jak mantrę.

Kochana moja. Mam nadzieję, że dzisiaj, kiedy czytasz ten list płyną ci łzy po policzkach ze szczęścia, choć teraz, gdy piszę ten list płaczę ze strachu…

Dotrzymałaś swoich obietnic? Czy twoje życie warte było przeżycia?