Lifestyle

„Kobiety z bloku 10” to książka, po którą każdy z nas powinien sięgnąć… by nie zapomnieć

Oh!Books
Oh!Books
21 lutego 2019
Fot. iStock/yurii_zym
 

Jedziesz pociągiem. Kilkanaście, a może i więcej godzin. Tracisz poczucie czasu. Drętwieją ci nogi, właściwie całe ciało, bo wagony są przepełnione. Ludzie jadą w ciszy, czasami ktoś jęknie, gdzieś zapłacze dziecko. Pociąg staje, po raz kolejny, ale teraz już na końcowej stacji. Otwierają się drzwi, ogromne, bo przewożą cię w wagonie dla zwierząt. Jest noc. Pada deszcze. Widzisz tylko rampę i lampy, które rażą w oczy. Obok matki tulą do siebie swoje dzieci. Jesteś głodna, ale bardziej niż głód, czujesz przerażenie. Strach. Bo nie wiesz, co cię czeka, bo nie wiesz, czy przeżyjesz, bo choć to miejsce istnieje od niedawna, już o nim krążą legendy. „Praca cię wyzwoli” – czytasz napis po niemiecku umieszczony na bramie. Witamy w Auschwitz.

„Kobiety prowadzone są do budynku, który w obozie nazywany jest „sauną”. Nie mieści on jednak sauny, lecz prysznice. Tam tatuują im na przedramionach numery – Katharina otrzymuje numer 3263 – i golą głowy. Włosy usuwane są nie tylko z głowy, ale i z całego ciała. Elektryczne maszynki nie zawsze działają sprawnie, nożyczki są często tępe, boli; nie tylko skóra”*.

W Auschwitz powstał specjalny blok dla kobiet, blok numer 10. Był jak wyrocznia, jak miejsce najgorszych koszmarów, jakie przyszło nam śnić. To na kobietach z tego bloku profesor – rzeźnik, bo trudno nazwać go lekarzem, dokonywał medycznych eksperymentów. Uznany ze specjalistę od sterylizacji Carl Clauberg traktował kobiety jak króliki doświadczalne. „Clauberg nie postrzega kobiet jako osób, co najwyżej jako czynnik zakłócający, jeśli eksperyment nie przebiega zgodnie z planem” – czytamy w książce „Kobiety z bloku 10” Hansa Joachima Langa. To on postanowił pokazać, co spotkało kobiety w Auschwitz. Przez blok nr 10 przewinęło się około 900 kobiet, przeżyło zaledwie 300. Książka jest zapisem ich cierpienia, przerażających medycznych eksperymentów, które na nich wykonywano. Strachu, przerażenia, a w końcu ogromnej chęci życia, pomimo że doświadczyło je tak okrutnie.

„Wbrew wszelkim twierdzeniom Clauberga jego doświadczenia były dla kobiet torturą. „To, że te doświadczenia ze sterylizacją musiały powodować straszne bóle”, mówi Alina Brewda, „można było poznać już choćby po głośnych krzykach kobiet leżących na stole rentgenowskim. Niekiedy przychodziły do mnie nadzorczynie SS i pytały, co doktor Clauberg robi tym kobietom, że tak krzyczą”*.

To nie jest łatwa książka, nie jest też przyjemna. Jeśli czyta się ją z zapartym tchem to tylko dlatego, że w głowie krąży natrętna myśli: „To zdarzyło się naprawdę. To nie fikcja literacka” i człowiek nawet nie wie, kiedy łzy zaczynają płynąć mu po policzkach czytając o okrucieństwie, które spotkało kobiety z bloku 10, a których historie spisał Lang. Sięgnijcie po tę książkę właśnie dla nich, dla tych kobiet, które tam były, które doświadczyły medycznych eksperymentów chorych lekarzy. Świat nie może zapomnieć o tym, co się tam działo. Musimy pamiętać, by już nigdy nas ani naszych dzieci to nie spotkało. „Ludzie ludziom zgotowali ten los…”

*Cytaty pochodzą z książki „Kobiety z bloku 10. Eksperymenty medyczne w Auschwitz” Hansa Joachima Langa, wyd. Marginesy


Artykuł powstał przy współpracy z wydawnictwem Marginesy


Lifestyle

„Tylko najwięksi mędrcy i najwięksi głupcy się nie zmieniają”. Szukasz drogi do szczęśliwego życia? Sięgnij po książkę „Siła spokoju”

Oh!Books
Oh!Books
18 marca 2019
Fot. iStock/DusanManic
 

Przychodzi taki czas, kiedy zaczynamy się zastanawiać nad naszym życiem. Czy jesteśmy szczęśliwi, dlaczego odczuwamy pewnego rodzaju niepokój myśląc zarówno o naszej przeszłości i przyszłości? Czy aby na pewno jesteśmy w tym miejscu naszego życia, w którym chcielibyśmy być? Odczuwamy nawet silną potrzebę zmiany, ale też często ją w sobie tłumimy bojąc się stanąć twarzą twarz z samym sobą, zmierzyć się z własną opinią na nasz temat – tę najprawdziwszą, bo szczerą wobec siebie.

Jakiś czas temu doszłam do wniosku, że wydawnictwa, ale też osoby zajmujące się motywowaniem nas do zmian, doskonale „złapały” tę potrzebę naszego samorozwoju. W księgarniach możemy znaleźć mnóstwo pozycji o tym, jak poznać siebie, jak nazwać swoje szczęście, określić potrzeby, uznać siebie za kogoś ważnego. Są to najczęściej różnego rodzaju poradniki, lepsze, gorsze, czasami wręcz nachalne: „zrób to i to, a twoje życie w końcu będzie idealne”. Rozwój, każda zmiana jest procesem, tu nie ma celu, jest droga, którą na nowo możemy sobie wyznaczyć i nią podążać.

Gdy w ręce wpadła mi książka Dana Millmana „Siła spokoju”, pomyślałam, że to kolejny poradnik w stylu: „jak osiągnąć szczęście w 30 dni”. Jakież było moje zaskoczenie, gdy okazało się, że jest to historia mężczyzny, który jeszcze jako student wiódł dość beztroskie życie. Trenował akrobatykę, osiągał wielkie sukcesy, cieszył się powodzeniem wśród kobiet, ale… jego życie okazało się puste, oparte na płytkim poszukiwaniu okazji do przyjemności. „Siła spokoju” jest opowieścią o życiu jej autora, o poszukiwaniu i próbie zrozumienia, kim jest i do czego dąży.

Jest to zupełnie inna pozycja od tych znanych nam i pisanych przez coachów próbujących dać nam gotowy przepis na dobre życie. Dan, przypadkiem (a może wcale nie), na swojej drodze spotkał starszego mężczyznę, który zmusza go do zatrzymania się, do zobaczenia tego, czego dotychczas nie widział. Nazywa go Sokratesem, bo starzec nie zdradza swojego imienia. Czy istniał naprawdę? Nie to powinno stanowić refleksję po lekturze tej książki. Najważniejsze jest, co dzięki temu spotkaniu Dan odkrywa, kim się staje. Jak sam mówi – każdy człowiek, którego spotykamy w naszym życiu jest dla nas nauczycielem, od każdego, jeśli tylko chcemy to dostrzec, możemy otrzymać bardzo wiele, by poznać prawdę o sobie. Może Sokrates jest zbiorem tych wszystkich ludzi – nauczycieli, jakich Dan w swoim życiu spotkał? W swojej książce pisze: „Moje poczucie własnej ważności szybko malało pod ciężarem rosnącej wiedzy o sobie”. I nie jest to lista przemyśleń, które powinniśmy wkuć sobie do głowy, jak cytaty, które będą nas motywowały do działania. Wręcz przeciwnie „Siła spokoju” prostym językiem opisuje, spotkania, rozmowy, rozterki Dana Millana. Jest opowieścią o jego życiu, pokazuje właśnie proces dochodzenia do prawdy na temat samego siebie i swojego życia. Dan wyciągnął wnioski z nauk Sokratesa: dla drugiej osoby nie jest ważne to, co mówisz. Uczysz przez pokazywanie tego, kim jesteś.

Tej książki nie można przeczytać tylko raz. Można do niej wracać, otwierać na „przypadkowej” stronie i czerpać z niej wiele dla siebie. Warto do niej usiąść z ołówkiem i zakreślać te fragmenty, które poruszają naszą duszę, które skłaniają do refleksji. Cytowany przez autora Konfucjusz powiedział: „Tylko najwięksi mędrcy i najwięksi głupcy się nie zmieniają”. Jeśli nadszedł dla ciebie czas na zmianę, jeśli chcesz się do niej przygotować, zobaczyć, czy jej potrzebujesz, sięgnij po „Siłę spokoju” – z pewnością się nie zawiedziesz.

„Siła spokoju” ukazała się nakładem wydawnictwa Zysk i S-ka. 


Lifestyle

Kto jest winny zdradzie? Tylko zdradzający. Ale to się wie po czterdziestce

Oh!Books
Oh!Books
14 lutego 2019
Fot. iStock / tixti

„Co to jest za suka” denerwowała się Agata. Siedziałyśmy u niej w mieszkaniu z dwoma innymi koleżankami i i planowałyśmy zemstę. Tak, ZEMSTĘ na Na Tamtej Kobiecie. Tej Innej, która miała romans z mężem Agaty. „Porysujmy jej samochód”, „Przebijmy opony”, „Napiszemy maila do jej pracy i powiemy, że to „rozbijaczka małżeństw”. Kobieta SAMO ZŁO. Przecież inni mają prawo wiedzieć, z kim mają do czynienia. Tak, padały z naszych ust takie słowa. Nie miałyśmy jeszcze trzydziestu lat, małżeństwo uważałyśmy za świętość. Byłyśmy gotowe zniszczyć Złą, która tego nie rozumiała i wtryniła się pomiędzy parę.

Agata funkcjonowała w tamtym czasie tylko dzięki naszej złości. Furia jej przyjaciółek pozwalała wstawać rano, robić kawę, iść do pracy. Zrobić to wszystko, co jest trudne, gdy dowiadujesz się, że ktoś cię zdradził, zawiódł twoje zaufanie. Dyżurowałyśmy przy niej na przemian. Ona sama na złość nie miała siły.

Nie spełniłyśmy naszych gróźb. Ale wieczorem (był styczeń!) pojechałyśmy i stałyśmy pod domem Tamtej. Ustalenie adresu zamieszkania? To była pestka dla zdesperowanych kobiet, w tym jednej policjantki i dziennikarki. Czekałyśmy aż Wojtek (mąż Agaty) wyjdzie z klatki. A Agata będzie miała dowód, że naprawdę jest zdradzana. Światło w oknach TAMTEJ się paliło. Widziałyśmy parę. Całą resztę sobie wyobraziłyśmy, ale było to sielankowe wyobrażenie. Są szczęśliwi, śmieją się, robią kolacje, piją wino. On do drugiej w nocy od niej nie wyszedł. Zrezygnowane wróciłyśmy do domów. Agata do pustego, bo oficjalnie Wojtek był na służbowy spotkaniu. Wrócił o czwartej rano.

– Przeciągnęło się – powiedział.

Agata udawała, że wierzy.

Następnego dnia popołudniu pojechałyśmy  pod jego pracę. Właściwie też pod pracę TAMTEJ, bo poznali się w firmie. Tego dnia mieli mieć, z kolei, firmową imprezę. Znów kryłyśmy się za samochodami. Znów było zimno.

W końcu TAMTA wyszła. Jaka była? Dla nas, wtedy, oszałamiająca. Długowłosa, w czerwonej sukience, szpilkach, długim płaszczu.

– Cholera, ładna jest– jęknęłam i zaraz ugryzłam się w język.

– Gruba, nie uważasz– Agata patrzyła na nią urzeczona.

– Bardzo gruba– przytaknęłam,

Za chwilę wyszedł za nią Wojtek, podpalał jej papierosa, śmiał się. Nie było wątpliwości, że łączy ich coś więcej. Do samochodu poszli wtuleni w siebie. A my stałyśmy dalej jak te wariatki. Agata nie mogła złapać tchu.

Jedynym naszym wytłumaczeniem było to, że byłyśmy młode. Dlatego szukałyśmy dowodów, choć Agata miała je przecież przed sobą.

– Wojtek mówi, że to nic – gorączkowała się na początku Agata.

Wojtek rzeczywiście zaprzeczał. Nic ich nie łączy. To koleżanka. A Agata to wariatka, ma paranoje. Ta zazdrość jest toksyczna. Odbija jej od siedzenia w domu z półrocznym dzieckiem. Że wraca późno? Dziewczyno, ja pracuję. Jak AKURAT PRACUJĘ. Te czułe maile? One nic nie znaczą! Dobra, był flirt. Przecież ludzie czasem flirtują, to niegroźne. Ale seks? Matko święta, żadnego seksu nie było. Nigdy bym cię nie zdradził, kocham cię, wciąż, ale tak się zmieniłaś”.  Tylko pisali. Potem Agata znalazła SMSy: „Cudownie całujesz”. Wojtek zmienił więc wersje wydarzeń. „To było jedno całowanie, ty jesteś wciąż zajęta. Ale PRZYSIĘGAM, nie było żadnego seksu”. I tak dalej.

Obiecywał, że skończy to „pisanie” z koleżanką z pracy, Agata czekała.

W końcu było jak w filmach. Tamta któregoś dnia zadzwoniła.

– Czy mogłabyś nie utrudniać Wojtkowi rozwodu?

–  Jakiego rozwodu?– zdziwiła się Agata. – Przecież między wami nic nie ma.

–  Nami? Jesteśmy parą od pół roku!  Wojtek mówi, że to Was nic już nie łączy, nie uprawiacie seksu, w ogóle to nie był związek z miłości, połączyło was dziecko. Jeden raz, przypadek, nalegałaś.

– Ja nalegałam? Staraliśmy się o dziecko dwa lata.

– Teraz podobno masz depresję i nie jesteś w stanie zajmować się dzieckiem! Nie może cię zostawić.

– Ja mam depresję!?

Tamtego dnia Agata wyrzuciła Wojtka z domu. Ale wciąż powtarzała: „Jak ta suka mogła zniszczyć mi małżeństwo!”. Ona, nie on.

Minęło 10 lat. Córka Agaty skończyła 11 lat, relacje z Wojtkiem, po rozwodzie jakoś się ułożyły.

I druga część tej historii. Rok temu Agata poznała faceta. Żonatego.

„Oszalałaś, serio?” – pytały ją przyjaciółki.

– On z tamtą nie jest na serio. Nie uprawiają seksu, to małżeństwo nie istnieje, łączą ich tylko dzieci. Ona zresztą sama ma romans, też chce rozstania.

– On ci tak mówi?

– Tak! I ja mu wierzę.

Minęło kilka miesięcy wielkiej miłości. „Żonaty” Agaty już miał się wyprowadzić. Ale ciągle coś. A to dzieci, a to nagły wyjazd, a to choroba teściowej. Same dramaty. Agata prosiła: „Powiedz, jeśli kochasz żonę, to się wycofam. Sama przez to przeszłam”. On protestował: „Ja kocham żonę? Oszalałaś. To wariatka, nic nas nie łączy, nie uprawiamy seksu. Mówiłem, mówiłem. Masz paranoję”.

Któregoś dnia Agata odebrała telefon.

– Cześć, jestem żoną Mariusza. Dlaczego niszczysz mi małżeństwo. Znalazłam wasze SMS-y, on mówi, że ciągle piszesz. Nie odpuszczasz.

– Ja nie odpuszczam?!- zezłościła się Agata. – Nie jesteśmy razem, bo twoja mama choruje!

– Moja mama choruje?!!!- żona kompletnie nie rozumiała. – Moja mama to okaz zdrowia.

Spotkały się na kawie. Każda z nich miała do opowiedzenia inną wersję wydarzeń.

– Dziękuję- powiedziała na koniec Żona. – Gdyby nie ty, nigdy nie dowiedziałabym się, kim naprawdę jest mój mąż. I jakie jest to małżeństwo.

Agata zerwała związek z tamtym żonatym. Co więcej, wróciła do swojej przeszłości i nagle pomyślała, że to nie kochanka była winna rozpadu jej małżeństwa. Kto był winien? Wojtek, bo ją oszukiwał.  Ona, bo nie potrafiła tego zobaczyć. Zaszwankowało też coś między nimi, że w ogóle do czegoś takiego doszło.

Dziś Wojtek ma ponad 40 lat, nowy związek, nowe dziecko. Znów jest w kryzysie, rozmawia z Agatą i przeprasza : – Wiem, że wtedy uciekłem, byłem kłamczuchem, żenadą. Teraz jestem doroślejszy, rozumiem, że z każdym dochodzimy w końcu do tego samego etapu. Rutyny, przewidywalności. Gdy nie umiesz radzić sobie z kryzysami, chcesz natychmiast załatać dziurę nowymi emocjami. Wierzysz, że druga osoba zaspokoi twoje potrzeby.

Kto jest winny zdrady? Na pewno nie kochanka. Bo, gdy ludzie się kochają i- przede wszystkim– rozmawiają ze sobą, nikt nie jest w stanie wejść między nich. Na pewno nie jest winna osoba zdradzana (czy to kobieta czy mężczyzna), bo ona nie ma szans zdecydować o związku, wybrać. Jest oszukiwana, więc jej decyzyjność jest ograniczona.

Chyba jednak najbardziej winny jest zdradzający/ zdradzająca. Bo nie ma odwagi wybrać, bo kłamie, bo manipuluje, chce zjeść ciastko i mieć ciastko. Zaspokoić wszystkie swoje potrzeby. Nie wybrać, bo wybory z reguły są trudne i trzeba za nie płacić.

Ale to już wnioski kobiety po czterdziestce.

A co wy myślicie?


Imię bohaterki zostało zmienione. Historii wysłuchała Katarzyna Troszczyńska – dziennikarka i współautorka, obok Karoliny Głogowskiej książki pt. „Inna kobieta”, opowiadającej o romansie widzianym z dwóch stron: żony i kochanki.

„Inna kobieta” 

Dwie kobiety. Żona i kochanka. Różni je wiele. Poglądy, charakter, styl życia. Inaczej widzą też mężczyznę, którego kochają. Po czyjej stanąć stronie? Żony, z którą on ma przeszłość i dzieci? Czy może kochanki, która daje mu to, czego dawno nie miał? Można wybaczyć? A może nie tylko on jest winny? Poznajcie dwie wersje tej samej historii, w której w końcu każdy musi zadać sobie pytanie:  odejść czy zostać? Poddać się czy walczyć? Ważniejszy jest namiętny seks czy przywiązanie i bezpieczeństwo? Tutaj każdy uważa się za niewinnego, ale czy tak jest naprawdę?