Lifestyle

Kobieca rywalizacja potrafi zaskoczyć. „W piekle jest specjalne miejsce dla kobiet, które nie wspierają innych kobiet”

Anna Frydrychewicz
Anna Frydrychewicz
20 października 2015
Fot. iStock
 

Zdarzyło się wam spotkać na swojej drodze kobietę, która w pracy zawodowej kierowała się zasadą „po trupach (damskich) do celu”? Rywalizacja między kobietami to morze inspiracji dla scenarzystów i powieściopisarzy, ale w normalnym życiu ciągle temat tabu. Mało mówimy o niej otwarcie, dużo częściej podziwiamy kobiecą „solidarność jajników” i narzekamy na niesprawiedliwości, jakie spotykają przedstawicielki płci pięknej ze strony mężczyzn. A przecież i kobiety mogą być we wzajemnych kontaktach okrutne.

Robię prywatny sondaż i wysyłam maile do kilku znajomych dziewczyn. Pytam o ich doświadczenia z kobiecą rywalizacją. Wszystkie odpisują dość szybko. Czytam i dochodzę do wniosku, że właśnie otworzyłam puszkę Pandory…

Marysia pisze:

– W mojej pracy na 27 pań mamy tylko 5 panów. Rywalizacja jest bardzo widoczna, szczególnie między młodszymi a starszymi koleżankami. Starsze zamiast pomóc, wprowadzić nowe koleżanki w nieznane środowisko i obowiązki, obgadują je za plecami. Nie daj Boże, jak jeszcze są atrakcyjne, wtedy to już nikt im nie pomoże.

Marysia swoje środowisko pracy opisuje jako pole walki: spiski, poniżanie, obrażanie się na siebie i… podbieranie biurowych spinaczy. Dlatego właśnie, ledwie pół roku po rozpoczęciu stażu księgowej w tej firmie, rozesłała CV w odpowiedzi na oferty innych pracodawców. – Mam dość babińca. – napisała mi.

Wiadomość Ewy napawa jednak optymizmem – Kobieca rywalizacja? Nie kojarzę, ze strony kobiet spotykałam się raczej ze wsparciem. Ale myślę, że to kwestia farta.

Zdaniem socjologów współczesny świat jest zdominowany przez mężczyzn do tego stopnia, że kobiety, jakby „w obronie” nauczyły się same umniejszać zasługi i sukcesy swoich koleżanek. W społeczeństwie, w którym większość pań otrzymuje niższe zarobki niż panowie na podobnych stanowiskach, a ich praca w domu jest ciągle niedoceniania, oskarżanie koleżanek o niekompetencję i utrudnianie współpracy ma na celu pokazanie, że się z tą niedocenianą grupą społeczną nie identyfikują.

Sama szybko przypominam sobie sytuację, która wydarzyła się na gruncie zawodowym. Koleżanka z pracy, współtworząca zespół (jej funkcja wymagała między innymi koordynacji obowiązków pozostałych członków zespołu) pokazała „podwójną twarz”. Uzgodnione z nią wcześniej i zaakceptowane z uśmiechem „na papierosku” moje nowe pomysły przedstawiła przełożonemu jako samowolkę. W oczach szefa ja okazałam się niekompetentna, a ona zatroskana o dobro firmy. Po pewnym czasie, do „mojego” projektu powrócono i zrealizowano go z sukcesem, ale już bez mojego udziału. Po trupach do celu albo, jak kto woli, do „kariery”…

Kobieta liderka

Kasia pracuje w firmie kierowanej przez kobietę. Jej szefowa poświęciła wiele, by znaleźć się na tym stanowisku. Nie ma dzieci i otwarcie utrudnia awans pracownicom, które mogą pochwalić się udanym życiem rodzinnym. Inne też nie mają lekko. – Dziewczyny boją się zajść w ciążę, nie przyznają się też, że po pracy czeka na nich pod biurem chłopak czy mąż. Prywatnie często rozmawiamy z koleżankami o zachowaniu szefowej, naszym zdaniem jest po prostu zazdrosna, to się wyczuwa. Każdą chorobę mojego dziecka komentuje w chłodny, opryskliwy sposób – pisze Kasia.

Psycholodzy podkreślają, że kobieta – szef często przywołuje skojarzenia z funkcją statecznej matrony, z jej autorytetem macierzyńskim i nieograniczoną władzą. Panie często dużo trudniej akceptują kobietę – szefa, która przejmuje w firmie rolę „matki – kwoki”. Wolą przełożonego mężczyznę i do niego częściej zwracają się w przypadku problemów czy sytuacji konfliktowych.
Mówiąc o kobiecej rywalizacji nie sposób nie wspomnieć relacji między matką a córką. Choć wydaje nam się niemożliwe, by móc konkurować z własnym dzieckiem, takie sytuacje zdarzają się nierzadko. Stosunki na linii mama – córka są kluczowe dla kobiecych relacji w dorosłym życiu. Jeśli mama z jakiegoś powodu nie okazuje swojej córce miłości i wsparcia, dziewczynka zwraca się z należnymi matce uczuciami ku ojcu. Powoli staje się emocjonalną rywalką matki, którą jednak nadal bardzo kocha. Jak to się przekłada na dorosłe życie? W relacjach z innymi paniami może zaowocować podświadomą wrogością i faworyzowaniem mężczyzn. W związku z mężczyzną, w przypadku zdrady, kobieta odrzucona w dzieciństwie przez matkę za całą sytuację obwini kochankę, a partnera rozgrzeszy, jako zmanipulowanego.

Czytam jeszcze mail od Agaty: 

Napisz koniecznie o tym, że kiedy dobrze wyglądam, w pracy wyłapuje zawistne spojrzenia niektórych koleżanek. One widzą wszystko. A jak wyglądam tragicznie, to te same koleżanki mnie natychmiast o tym poinformują. Znam też dziewczyny, które kumplują się tylko z mężczyznami, bo muszą mieć pewność, że nie mają konkurencji.

A czy rywalizacja między kobietami może przynieść jakieś korzyści?

– Jak jest zdrowa, to mobilizuje i inspiruje. Świetne pomysły mojej koleżanki poruszają moją wyobraźnię i zaraz mam tysiąc innych (lepszych:) – pisze Beata z agencji reklamowej. Rywalizacja z siostrą też była dla mnie motywująca. Obie w dzieciństwie uprawiałyśmy sport. Jej sukcesy w pływaniu dodawały mi skrzydeł. A ona kibicowała mi, kiedy zdobywałam medale na mistrzostwach juniorów w lekkiej atletyce.

„W piekle jest specjalne miejsce dla kobiet, które nie wspierają innych kobiet” powiedziała kiedyś Madeleine Albright. Drogie panie, bądźmy dla siebie lepsze! Temat niezdrowej, kobiecej rywalizacji towarzyszy nam od dzieciństwa (przypomnijcie sobie zawistne siostry Kopciuszka albo macochę Śnieżki, która nie mogła znieść tego, że pasierbica jest młodsza i piękniejsza). Oczywiście, mężczyźni również rywalizują, kładą nam kłody po nogi, blokują awans, a jeszcze częściej zajmują stanowiska, na które się nie nadają uniemożliwiając możliwość wykazania się kobietom często bardziej kompetentnym. Dbajmy więc o siebie wzajemnie, podwójnie, bo przecież tylko my same jesteśmy w stanie zrozumieć swoje problemy, a w potrzebie – posłużyć prawdziwym wsparciem i zrozumieniem.


Lifestyle

Każdy ma swój niewysłany list. „Dlaczego na to pozwoliłaś?”

Listy do redakcji
Listy do redakcji
20 października 2015
fot. iStock/ DusanManic
 

Moja droga „prawie” przyjaciółko,

„Prawie” tylko dlatego, że nasze relacje odnowiły się dzięki pracy całkiem niedawno, a wiesz, że ja na wszystko potrzebuję więcej czasu. Ty jesteś moim przeciwieństwem i za to tak Cię lubię. Masz sto pomysłów na minutę i  energii za cały pułk, jesteś duszą towarzystwa i nieprzeciętną gadułą. Ja zwykle działam w ciszy i czasem wolę być niewidzialna.

Czasem chciałabym mieć „coś” z Ciebie, chociaż jedną z Twoich wielu zalet. Mimo że tak się różnimy, dobrze się rozumiemy. Ale moja kochana, wiesz doskonale, czego ja pojąć nie mogę… Dlaczego tkwisz w małżeństwie, które Cię niszczy? Dlaczego w pracy jesteś skarbnicą pomysłów i wulkanem dobrej energii a w domu pozwalasz tak się traktować? I pozwalasz na to, żeby mała dorastała w toksycznej rodzinie? Dlaczego tak bardzo w siebie nie wierzysz? Poradzisz sobie bez niego. Skoro w tej chorej sytuacji żyjesz tak długo i dajesz radę, pracujesz, nic nie zawalasz, jesteś fajną mamą, to bez niego będzie Ci tylko lepiej. Jesteś mądra, kreatywna, zaradna, pracowita i po prostu dobra. Wiele sama osiągnęłaś a on poza dzieckiem nic Ci nie dał. Przeciwnie. Wszystko Ci zabiera, chęć do życia i naturalną radość, którą w sobie masz.

Wiem, że ja bez męża i dzieci, mogę tego nie rozumieć, że chcesz, żeby Twoje dziecko miało pełną rodzinę i ojca w domu. Ale proszę Cię, pomyśl właśnie o małej. Czy chcesz, żeby była dzieckiem, dla którego dom to miejsce, gdzie są kłótnie i awantury, złośliwości i smutek w oczach. Chcesz, żeby kiedyś jako dorosła kobieta, zadała Ci takie samo pytanie jak ja teraz… „Dlaczego na to pozwoliłaś, mamo?”

A teraz pomyśl o sobie. O spokoju, którego Ci brak. O radości, której jest w Tobie coraz mniej. I nadziei, którą uchodzi z Ciebie dzień po dniu. I o tym, czego jeszcze dobrego mogłabyś w życiu doświadczyć… Zasługujesz na wszystko co w życiu najlepsze.

Wiem, że nie masz wsparcia w bliskich. Masz wsparcie we mnie. Cokolwiek postanowisz i to, czego nie postanowisz, zrozumiem i nie będę oceniać. Ale wiedz, że masz „prawie” przyjaciółkę, która słucha z uwagą i życzliwością. I modli się o lepsze jutro dla Ciebie, które może nadejść, jeśli tak w siebie uwierzysz, jak ja w Ciebie wierzę.

 Twoja A.


Każdy z nas ma swój „niewysłany list”

Czasem zapisany tylko w sercu. Czekający w szufladzie niezałatwionych spraw. Na wysłanie niektórych jest już za późno, na inne brak odwagi, brak aktualnego adresu…  A może wszystko byłoby inne, gdyby się tylko od nich uwolnić?

Piszcie do nas, anonimowo jeśli chcecie. Wyślijcie wreszcie swoje listy i poczujcie ulgę. Wybrane listy nagrodzimy bonami zakupowymi o wartości 200 zł do Limango.

Listy wysyłajcie na adres [email protected] – w temacie wiadomości wpisując „Niewysłany list”

Wszystkie „Niewysłane listy” możecie przeczytać tutaj.

Sponsorem nagród jest LIMANGO


Lifestyle

Jak się ubrać do biegania? Przewodnik początkującej biegaczki

Ewa Raczyńska
Ewa Raczyńska
20 października 2015
Fot. iStock / pojoslaw

To jeszcze słów kilka o bieganiu bez spinania się. Bo przecież jest jedna ważna kwestia do przedyskutowania – jak się ubrać do biegania? Bo niby ciemno, mgła, ci zacięci biegacze wchodzą w okres roztrenowania, więc ich mało, ale jednak na tych ścieżkach biegowych kogoś spotkać można. Ba, nawet poznać.

Ja na przykład dziś, wcześnie rano, porozmawiałam ze starszym panem, który najwyraźniej miał ochotę na towarzystwo podczas porannego chodzenia z kijkami. Zaczepił mnie „na psa”, bo ja z tych co z psem biegają i zwolniłam do jego tempa (żwawo maszerował), wymieniliśmy kilka zdań o pogodzie, o tym jak wyjątkowo smakuje kawa po takim rannym ruchu i… poleciałam dalej. Nigdy nie wyglądałam jak rasowa biegaczka, choć znam takich, którzy nim zaczęli biegać wydali majątek na odpowiednie ciuchy, buty i bieliznę i… pobiegali ze dwa miesiące.

To jeszcze coś opowiem. Miałami taki wymarzony bieg, z przyjaciółką przygotowywałyśmy się jak wariatki. Bieg w górach, 26 kilometrów. Oczywiście w moich ukochanych Bieszczadach. Więc trenowałyśmy, a kiedy stanęłyśmy na starcie i zobaczyłam tych wszystkich poubieranych biegaczy, to miałam ochotę zwiać. Buty, skarpety, gadżety – plecaki, zegarki, żele. No nie powiem, na mnie zrobiło piorunujące wrażenie. Zwłaszcza, że ja choć w spodenkach z trzema paskami, to jednak z dużej przeceny, podobnie z koszulką, buty zawsze kupuję na wyprzedażach, do tego ze względu na rozmiar nogi muszę męskie, bo już nie ma damskich, takich pięknych kolorowych. I jak ja tam na tym starcie wyglądałam… Pożal się Boże. Ale za to jak pobiegłam (byłam pewnie w przedostatniej setce), a niektórym nawet mega wypasione buty nie pomogły i milion żeli, po których papierki zostawiali na szlaku – wrrrr.

Zatem wracając do meritum. Mówisz: „Pójdę pobiegać”, myślisz: „Tylko, co do cholery ubrać”, nic prostszego.

Jak się ubrać do biegania?

To nic, że jesień. Uwierzcie, wcale nie jest łatwiej ubrać się latem do biegania, gdzie w wysokiej temperaturze twoje ciało wyczuje każdy szew, metkę i możliwość otarcia skóry. Jest chłodniej, więc nie musisz się obawiać, że jak ubierzesz złą koszulkę, to obetrzesz sobie pachę do krwi (tja, ale o tym bliżej lata).

Buty

Nie szalej. Oczywiście w necie wszyscy ci powiedzą, że buty to podstawa podstaw, że biegając w złym obuwiu zrobisz sobie krzywdę. Ale umówmy się, ty nie idziesz od razu robić wybiegania pod maraton. Zamiast 30 kilometrów marzysz o przebiegnięciu trzech. I do tego w mega wolnym, bo konwersacyjnym tempie. Szkoda wywalać pięć stów na początek początków. Sama kupuję buty na wyprzedażach. Nigdy nie wydałam więcej niż 180 złotych, a ty takie to sobie zażycz pod choinkę. Zacząć możesz od butów do biegania z marketu. Mam znajomego, ultrasa (tzn. biega takie biegi powyżej 50 kilometrów, a raczej 50 razy dwa), on w butach z marketu (tego z kopniętą literą „i”) biega krótkie wybiegania, czyli dla niego do 15 kilometrów i bardzo sobie te buty chwali. Nie polecam biegania w trampkach, takie eksperymenty sobie odpuśćcie. Ważne jednak, by kupując buty do biegania wybierać te o pół lub numer większe. Dlaczego? Bo noga podczas biegania puchnie, jednym mniej, innym bardziej. Mi akurat puchną bardzo, więc biegam w butach dwa numery większych – stąd dla mnie tylko męskie rozmiary. I nie sznurujcie butów zbyt mocno, lekko zwiążcie sznurowadła, po 500 metrach nie będziecie czuć już luzu.

Fot. Pixabay/efes / CCO

Fot. Pixabay/efes / CCO

Skarpety

Oczywiście, że idealne byłby od raz bezszwowe, ale przecież to pół godziny biegania. Zwróć jedynie uwagę, że lepiej by były mniejsze, niż większe i żeby nie zsuwały się w buta. Dziś mnie pokusiło o ubranie krótkich skarpet i piasek obcierał mi pięty. Nie polecam.

Bielizna

Tę dolną część zostawiam, przy rekreacyjnym bieganiu nie ma aż takiego znaczenia, choć koronkowych majtek nie polecam jednak. Ważny biustonosz. Jeśli nie macie sportowego, poszukajcie w domu zwykłego bawełnianego chociaż, który mocno trzyma piersi. Co tam, na początek może być w fiszbinami, choć unikałabym. Wyczujecie, w czym wam wygodnie. Aaa ważne – nie kupujcie białych. Szkoda tej bieli.

Cała reszta

Bardzo mnie cieszy dostępność biegowych ubrań w marketach. Po pierwsze dlatego, że nigdy nie mam czasu na bieganie po sportowych sklepach, a tak przy okazji zakupów spożywczych natknę się, jak choćby ostatnio, na świetne długie spodnie do biegania. Tym razem w markecie, który w nazwie ma owada z kropkami. Piękne, kolorowe i wygodne. Nic nigdzie nie obciska. Żałuję, że nie kupiłam drugiej pary z innym wzorem. Szczerze – wszystkie spodnie do biegania, te do kolan i te długie mam z marketów. Żadne mnie nie zawiodły, a zimą lubię biegać dużo, czasami bardzo dużo. Jeśli traficie na spodnie z kieszonką, bierzcie, zawsze jest gdzie włożyć chusteczki, nie trzeba trzymać w dłoni. Koszulki, cóż. Ja mam dużo z różnych biegów i z nich korzystam. Jeśli takowych nie posiadacie, skuście się na jakieś sportowe, czyli oddychające. Nie warto biegać w bawełnianych, bo spocicie się, wiatr was zawieje i tyle z biegania będzie. O tej porze roku ubieram wiatrówkę. Powinnam już ją wymienić, bo wysłużona, ale kocham ją za kieszenie, bo telefon się zmieści i wyjście na słuchawki ma (a jesienią i zimą biegam słuchając muzy) i za przepuszczalność powietrza. Ale spokojnie możesz kupić świetne bluzy za nieduże pieniądze. Jest taki market sportowy – duży, można przez internet zrobić zakupy.

Fot. Flickr/ Wellness GM / CC BY-SA

Fot. Flickr/ Wellness GM / CC BY-SA

Co jest najważniejsze w biegowych ciuchach? Wygoda. Wam musi być w nich wygodnie, nie za obciśle, nie za ciepło, nie za chłodno. Na głowę chustka (zawsze to oryginalnie), jeśli nie macie buffa pod ręką jeszcze, albo cienka czapka. Nie dajcie się omamić biegowemu konsumpcjonizmowi. Producenci sportowej odzieży doskonale wiedzą, że bieganie jest modne, a zwłaszcza wiedzą to właściciele powstających jak grzyby po deszczu sklepów biegowych (choć teraz już mniej). Olejcie. Ubierzcie ukochane dresy, buty niedrogie, bluzę lub wiatrówkę, coś na głowę i fruuu we mgłę. Poranną lub wieczorną.

 


Zobacz także

Rzuciła korporację, by spełniać marzenia. O swojej wielkiej pasji do gotowania i o tym, jak to jest kroczyć niepewną drogą

Polskie Oskary SPA i Wellness 2022 w rękach laureatów podczas 12 edycji Gali Perfect SPA Awards 2022

Tak, kocham wodę. Kocham Diu Vitam. Gapię się na siebie z rosnącą przyjemnością i nic na tę nową miłość nie mogę poradzić