Lifestyle Psychologia Związek

Kilka sygnałów, że twój partner ma zły wpływ na twoje zdrowie psychiczne

Anna Frydrychewicz
Anna Frydrychewicz
27 grudnia 2018
Cztery słowa, które potrafią zrujnować każdy związek
Fot. Flickr / Matteo Paciotti / CC BY
 

Bywa, że najbliższa osoba, kogoś, kogo kochamy z całego serca dosłownie „wykańcza” nas psychicznie. Jak to możliwe? Toksyczne związki nie są obcym doświadczeniem dla większości z nas. Relacja, w której kochasz, ale wiesz, że ukochana osoba jest dla ciebie szkodliwa, to jedna z najtrudniejszych emocjonalnie. To związek ” z wyrokiem” – skończy się, tak czy inaczej. Uratujesz się, lub pójdziesz na dno.

Kilka sygnałów, że twój partner ma zły wpływ na twoje zdrowie psychiczne

Jest zamknięty w sobie

Ma przed tobą sekrety lub ukrywa proste rzeczy- to gdzie przebywa, pracuje, z kim się. Z czasem ta niezdolność do otwarcia się na ciebie może naruszyć poczucie bezpieczeństwa relacji, co będzie miało nieprzyjemne efekty uboczne dla twojego zdrowia psychicznego. Należą do nich na przykład uczucia niepokoju, złości lub/i depresji.

Twoje emocje w tym związku są negatywne

Ostatnio czujesz się bardziej wrażliwa, płaczliwa lub niepewna – bardziej niż zwykle. Spróbuj przeanalizować, skąd biorą się te odczucia. Może się okazać, że twój partner cię dołuje, zamiast podnosić na duchu.

On podcina ci skrzydła

Kiedy jesteś czymś podekscytowana czymś, czy jest to cel, który chcesz osiągnąć, czy świetna książka, którą wygrałaś w konkursie, on zawsze zepsuje ci radość, przewracając oczami lub robiąc paskudny „żartobliwy” komentarz. Nie potrzebujesz tego negatywnego nastawienia w swoim życiu.

Nie jest lojalny

Może nie sypia z kimś innym, ale jeśli jest winny innych subtelnych zachowań związanych z mikro-zdradą, takich jak zwierzanie się z intymnych problemów innej kobiety lub flirt, będzie to miało oczywiście wpływ na ciebie. Może sprawić, że poczujesz się bardzo zestresowana i niepewna.

Lekceważy twoje uczucia

Wiesz, że masz prawo do złości, gdy twój partner robi coś, co cię krzywdzi, ale czujesz, że twoje emocje są przez niego lekceważone. Powie ci, że jesteś zbyt wrażliwa, nierozsądna. Sprawi, że będziesz zastanawiała się nad każdą myślą i odczuciem.

Wywiera na tobie presję zmiany

Czujesz presję, aby zmienić to, jak się czujesz, myślisz lub zachowujesz, aby go zatrzymać. Ale zmiana nie zawsze jest oznaką postępu, rozwoju. Jeśli unikasz swoich prawdziwych uczuć lub zmieniasz się ze strachu zamiast z powodu miłości własnej i wewnętrznej, to cię to zrani.

Stajesz się „szarą myszką”

Kiedyś byłaś pewną siebie osobą. Znałaś swoje mocne strony. Odkąd spotykasz się z tym konkretnym partnerem, jesteś coraz słabsza psychicznie. Może to wynikać z tego, że on zawsze stara się sprawić, że czujesz się gorsza.

Cierpisz

Nie wszystko jest tylko w twojej głowie. Jeśli ostatnio doświadczasz więcej problemów ze zdrowiem fizycznym, takich jak przeziębienia, grypa, bóle głowy lub skurcze żołądka, może to być spowodowane stresem psychicznym związanym z twoim związkiem.

Stajesz się gorszą wersją siebie

Czasami pewnym znakiem, że ktoś jest szkodliwy dla zdrowia psychicznego, jest fakt, że przebywanie w jego pobliżu powoduje, że stajesz się najgorszą wersją siebie. Nie jesteś już miła i pogodna, stałaś się obraźliwa i pełna złego temperamentu, gdy masz do czynienia z tą osobą. To straszne uczucie, gdy doświadczasz tego wszystkiego, ponieważ jest trochę tak, jakbyś musiała zmierzyć się ze swoją najciemniejszą stroną.


Na podstawie: bolde.com


Lifestyle Psychologia Związek

Ludzie zostają w smutnych, nieudanych relacjach, bo nie chcą skrzywdzić partnera – twierdzą naukowcy

Anna Frydrychewicz
Anna Frydrychewicz
27 grudnia 2018
Fot. iStock/filadendron
 

Choć wiadomo to nie od dziś, naukowcy z USA postanowili przeprowadzić specjalne badania, by to udowodnić. Istnieje pewien ciekawy powód, dla którego niektórzy ludzie pozostają w nieszczęśliwych związkach. Są to te rodzaje relacji, które sprawiają, że jesteśmy nieszczęśliwi i nie mamy poczucia spełnienia. Co nasz w nich trzyma? Lęk przed skrzywdzeniem partnera. 

Ten akt emocjonalnego męczeństwa oznacza zdaniem naukowców, że najbardziej liczą się dla nas uczucia naszych bliskich, że faktycznie bierzemy je pod uwagę, zanim podejmiemy ostateczną decyzję. Że jesteśmy w stanie poświęcić swoje marzenia, zdrowie psychiczne oraz spokój, z obawy, że nasz partner nie poradzi sobie z naszym odejściem. Świadomość, że druga strona jest bardzo zaangażowana w związek sprawia, że jesteśmy mniej skłonni zakończyć relację. Ogólnie rzecz biorąc, wolimy sami cierpieć, niż widzieć jak cierpi nasz partner. Zdaniem naukowców, zdrowy egoizm w takiej sytuacji występuje bardzo rzadko.

Badania dowiodły także, że wiele osób pozostaje w nieszczęśliwych związkach, ponieważ wiedzą, że alternatywy mogą okazać się gorsze. Co to znaczy? Obawiamy się, że już zawsze będziemy sami, że nigdy nie spotkamy na naszej drodze miłości. Że nie poradzimy sobie w pojedynkę finansowo, że rodzina będzie miała nam za złe naszą decyzję. Że zostanie ona przyjęta jako egoistyczna fanaberia, że nie mamy prawa być szczęśliwi.

Wszystkie te czynniki blokują nas mentalnie i sprawiają, że najlepszym wyjściem z sytuacji zdaje nam się pasywność i impas. Nie chcemy nic zmieniać, choć ponosimy ogromne koszty emocjonalne, a nierzadko również fizyczne (dolegliwości spowodowane stresem i frustracją). Ostatecznie odbija się to jeszcze mocniej na naszym związku, wprowadzając dodatkowe problemy, zaniechanie komunikacji i niechęć do partnera.


Na podstawie: relrules.com


Lifestyle Psychologia Związek

Katarzyna Bujakiewicz: „Moja rodzina ma własna tradycję i jej się trzymamy. Najważniejsze, że wspólnie spędzamy ten czas”

Ewa Raczyńska
Ewa Raczyńska
26 grudnia 2018
Mat. prasowe

O Świętach, własnych tradycjach i o tym, co w życiu najważniejsze, rozmawiamy z Katarzyną Bujakiewicz – aktorką, która jak mało kto, wie, co znaczy prawdziwe pomaganie.

Jak pamiętasz Święta, te z Twojego dzieciństwa?

U mnie Święta zawsze były bardzo rodzinne. Mieszkaliśmy z babcią, więc to do nas przyjeżdżały ciocie i wujkowie ze swoimi dziećmi. Zawsze było bardzo głośno i wesoło, ale też dużo zamieszania przy tak licznej grupie. Uwielbiałam to. Była choinka i Gwiazdor, bo w Poznaniu to on przynosi prezenty. Każdy miał swoje zadania, dzieci musiały przystroić choinkę i pomagać swoim mamom. Lubiłam te Święta. Pamiętam tylko, że mój ojciec popsuł mi kompletnie całą zabawę, jak miałam dziesięć lat, mówiąc, że Gwiazdor nie istnieje.

Naprawdę?

Tak. Doszli do wniosku, że jestem już za duża na to, żeby w niego wierzyć, więc mój tata rozebrał się i pokazał, że to on, a nie żaden Gwiazdor rozdaje prezenty. Wiadomo, że gdzieś podskórnie czułam, że to mój tata, ale miałam takie przekonanie w sobie, że Święta stracą całą magię, jak Gwiazdor przestanie do nas przychodzić. Zwłaszcza, że mój tata byś bardzo śmiesznym Gwiazdorem, każdego z czegoś odpytywał. Dzieci z tabliczki mnożenia, moją babunię z jakiegoś pacierza. Kiedy postanowił mi powiedzieć, że Gwiazdor nie istnieje, było mi bardzo smutno.

A do Twojej córki przychodzi Gwiazdor?

Niestety nie, bo nikt nie chce się za niego przebierać, a mojego taty już nie ma. Jednak ja nadal uważam tę tradycję za fantastyczną i dlatego co roku Gwiazdor pojawia się po cichu i w tajemniczy sposób zostawia prezenty pod choinką.

Z czasem Święta zaczęły się zmieniać?

Tak. Zmarła moja ukochana babunia, rodzice wyprowadzili się pod Poznań, ale mieli tam agroturystykę i to do nich wszyscy przyjeżdżaliśmy. Było równie urokliwie, bo dom stał w lesie. Zawsze była piękna choinka, do tych najmłodszych dzieci wtedy też przychodził Gwiazdor. Najważniejsze dla nas było jednak, że spotykaliśmy się całą rodzinną bandą w wielkiej sali z kominkiem i wspólnie spędzaliśmy ten czas.

A dzisiaj?

Odkąd poznałam mojego męża, mamy swoją tradycję rodzinną – wyjeżdżamy na Święta, bo ciężko o ten urok, który kiedyś był, zwłaszcza, jeśli chodzi o śnieg. Bardzo ubolewam nad tym, że trudno o białe Święta, więc my jeździmy w poszukiwaniu śniegu.

Poza tym czasy też się zmieniły. Ciągle jestem w biegu, kiedyś tego nie było, nie pracowało się aż tyle, więc też był czas na spokojne przygotowania. Teraz przeważnie wracam z Warszawy umęczona i naprawdę ostatnią rzeczą, o jakiej chcę myśleć, to lepienie pierogów, gotowanie barszczu i organizowanie Wigilii. Więc albo wyjeżdżamy do mojego ukochanego hotelu w Kołobrzegu, albo jedziemy w Alpy sami lub z przyjaciółmi i tam przygotowujemy coś świątecznego.

Odeszłaś od tradycji wyniesionej z domu…

I tak i nie. Bo już nie spędzamy Świąt w domu rodzinnym, w gronie najbliższych, ale wynika to też z tego, że przyzwyczajona od zawsze byłam do aktywnego spędzania świątecznego czasu. Święta w lesie, u moich rodziców, to nie było wielogodzinne siedzenie przy stole. Po Wigilii zawsze szliśmy na długi spacer. Jak pogoda pozwalała to na drugi dzień wyciągaliśmy sanki, można było pójść pobiegać. Podobnie jest w górach. Rano wszyscy organizują się na narty, na snowboard, a dopiero późnym popołudniem zaczyna się biesiadowanie, które i tak zazwyczaj kończy się walką na śnieżki na świeżym powietrzu. Nie lubię takiego objadania się, bierności przy stole i tylko zmieniania talerzy na nowe, żeby jeszcze więcej w siebie upchnąć.

Poza tym mam poczucie, że kiedyś inaczej ludzie żyli, mieliśmy inne możliwości. Teraz wyjazd nie jest problemem i z tego po prostu korzystamy. W tej naszej rodzinnej tradycji umacnia mnie też to, co często słyszę od moich znajomych: „a muszę iść do jednych dziadków, do drugich dziadków, odwiedzić ciocię”. W efekcie oni są umęczeni tymi Świętami, goszczeniem się. Ja natomiast z całym szacunkiem całuję moich najbliższych, daję im prezenty i wyjeżdżam. I tak nam jest super. Ważne, że jesteśmy po prostu razem.

Znana jesteś z tego, że angażujesz się w wiele akcji charytatywnych. Przed Świętami to pewnie urwanie głowy?

Oj tak, ale nie narzekam, bo kocham pomagać, tylko dlaczego wszyscy uaktywniają się w grudniu? (śmiech). Prawda jest taka, że najwięcej tych działań ma miejsce właśnie przed Świętami. Ale cóż, trzeba obdarować wszystkich, choć niestety z pewnych rzeczy muszę rezygnować, bo z jednej strony jest gala Szlachetnej Paczki, z drugiej jeszcze coś innego, a ja nie mogę być wszędzie. Muszę wybierać, co czasem wiąże się z dużym niezrozumieniem, ale nie wyobrażam sobie inaczej. Dlatego zamiast jechać do Warszawy, gdzie jest mnóstwo znanych osób, które wspierają różne fundacje, jadę pod Wrześnię do dziewczyny, która walczy z białaczką. Myślę, że tym sprawiłam jej ogromną radość, bo nie dość, że dostała prezenty, to jeszcze mogłyśmy usiąść i porozmawiać. W pomaganiu cenię sobie bardzo taki bezpośredni kontakt.

Poza tym przed Świętami, jak co roku, idziemy z prezentami na onkologię dziecięcą w Poznaniu z prezentami wraz z Drużyną Szpiku. Dajemy nie tylko zabawki, ale też rzeczy pierwszej potrzeby, włącznie z żywnością.

Nie przytłacza cię czasami ten ogrom pomocy, która jest potrzebna?

Muszę sobie z tym jakoś poradzić i to jest moja sprawa. Uważam, że unikanie tego tematu i udawanie, że nic się nie dzieje, niczego nie wnosi. Ktoś może powiedzieć: nie pomagam, bo jest to dla mnie za trudne, a co jeśli kiedyś usłyszy takie słowa, gdy sam będzie potrzebował pomocy? Bywa ciężko, ale wtedy sobie popłaczę, pójdę na fitness, pobiegać i ruszam dalej.

Skąd wziął się u Ciebie impuls do pomagania?

Prawda jest taka, że pomagając dużo dajesz, ale też wiele dostajesz. To są wyjątkowe rozmowy, spotkania… Dla mnie to ogromny przeskok, kiedy przykładowo we wtorek jestem na premierze w Warszawie, są celebryci, piękne suknie od największych polskich projektantów i rozmowy o niczym. A na drugi dzień jadę na wręczenie nagrody, pochwalę się – zostałam wolontariuszem roku, gdzie poznaję masę normalnych ludzi, którzy naprawdę pomagają i znają każdy przypadek, z jakim się stykają. Tak tam się spłakałam, bo ktoś pomaga seniorom, ktoś dzieciom, w szpitalu, szkoła angażuje się w akcje charytatywne… To jest tak wzruszające i pozwala mi nabrać dystansu do twego mojego świata. Poza tym cholernie mocno uczy pokory.

A jeśli mnie pytasz skąd chęć pomagania? Nie wiem, albo się ma empatię, albo się jej nie ma. Po prostu. W moim przypadku zaczęto się do mnie zwracać o pomoc. Pomyślałam: skoro masz znaną twarz, to chociaż ją wykorzystaj w dobrym celu. Osobiście zakochałam się w idei Drużyny Szpiku i promowaniu przez nich dawstwa, spodobało mi się, w jaki sposób mówią o tym, jak mądrze edukują. Ostatecznie sama do nich zadzwoniłam i powiedziałam, że chcę do nich dołączyć. A już za Drużyną poszły kolejne fundacje i koleni potrzebujący. Nie umiem odmówić, bo każdy przypadek jest ważny. Oczywiście chciałaby mieć więcej czasu i móc każdemu pomóc, ale nie jestem w stanie. Jednak właśnie dzięki pomaganiu mam wielu fajnych nowych przyjaciół, ciekawych ludzi dookoła i uczę się od nich wartościowych rzeczy. Nie gonię już za za tym wszystkim za czym można by było gonić, tylko staram się żyć tak, żeby się cieszyć z każdego dnia, a nie tylko walczyć nie wiadomo o co.

Czego byś sobie życzyła na Święta?

Hm, lista życzeń jest bardzo długa i konkretna, ale to wszystko sobie sama zorganizuję. Na Święta życzę sobie spokoju, ciszy, czasu na odpoczynek, a wszystkim zdrowia, ono jest najważniejsze, bo całą resztę można sobie samemu załatwić.


Zobacz także

„Wszystko albo nic” i inne myśli, które utrudniają nam życie

Konkurs "Łap słońce"

Regulamin konkursu „Łap słońce”

Do kawy zawsze musisz mieć coś słodkiego? Wszystko przez kofeinę (a nie przez twoją miłość do słodkości)