Lifestyle

Jesteśmy samotne, tak bardzo samotne. Jednak tylko od nas zależy, czy będziemy w tej samotności tkwić do końca

Rycząca Trzydziestka
Rycząca Trzydziestka
28 czerwca 2019
Fot. iStock/Martin Dimitrov
 

Jesteśmy samotne. Przytłoczone obowiązkami, bo nie umiemy umiemy dzielić się nimi z innymi. Jesteśmy samotne w związkach, które „kiedyś były świetne”, ale minęło trochę czasu i okazało się, że nie tego od miłości pragnęłyśmy. Albo, że on się zmienił. Samotne w relacjach z rodzicami, którym nie mówimy wszystkiego, żeby ich nie martwić. Bo nie zrozumieją.

Coraz bardziej samotne w rozmowach z córkami, którym chciałybyśmy powiedzieć „bądź inna – odważna, bezkompromisowa w walce o swoje szczęście”, a w rezultacie bezsilnie patrzymy, jak i one powielają nasz schemat. Schemat samotnych, zmęczonych życiem kobiet, w których w pewnym momencie budzi się w końcu chęć zmian. I świadomość, że jeśli nie teraz, to już nigdy. Skąd się ta samotność bierze, skoro wokół tak wiele osób i zdarzeń?

Basia ma męża, dwoje dzieci i kota. A może powinna raczej powiedzieć „mam kota, dwoje dzieci i męża”? Kot to chyba jej najwierniejszy towarzysz. Dzieci są już nastolatkami i relacje z nimi bardzo się rozluźniły. A mąż, wiecznie nieobecny duchem oddala się coraz bardziej również fizycznie, bo ma swój rower, swoich znajomych, swoje podróże. Prawie nie rozmawiają, a jeśli rozmawiają okazuje się, że chyba nigdy nie myśleli o niczym w podobny sposób. On ma swój świat, a  ona ma przecież dom i dzieci, choć coraz mniej. To im poświęciła całe swoje życie, zaniedbując to, co kiedyś kochała, w czym była dobra. W piątki wieczorem Basia jest sama. Ale wcale nie wtedy najbardziej odczuwa samotność. Samotność doskwiera jej, gdy on jest tuż obok, ale jej nie rozumie, nie stara się. Nie pyta, nie chce wiedzieć. Milczy. I tak sobie trwają 17 lat. Basia podejrzewa, że on kogoś ma. Ale boi się zapytać. Boi się, że straci to, co jest.

Ewa ma chłopaka „z doskoku”. Niby ma, a jednak nie ma. Sa razem raz, dwa razy w miesiącu, bo on mieszka 1680 km stąd. Więc przez większość czasu ona jest sama z domem, pracą, rachunkami i dziećmi z pierwszego, nieudanego związku. A on jest wolny. Między spotkaniami z Ewą, życiem zawodowym i towarzyskim ma jeszcze sporo czasu dla siebie – na kilka godzin z ukochaną książką, na samotną podróż w góry. Czy ten związek jest udany? Trudno powiedzieć, choć oboje są szczęśliwi. Może raczej – Ewa bywa szczęśliwa, gdy są razem. Ale są momenty, że Ewie jest bardzo źle. Kiedy codzienna samotność i niemożliwość podzielenia z nim zwykłego „surowego” życia doskwiera bardziej niż zwykle. Tak, można napisać SMS-a „mały ma gorączkę, męczy się, płacze, ale muszę dokończyć to zlecenie, rozpadam się, nie mam już siły”. On odpowie za jakiś czas, coś w rodzaju „jesteś niesamowita, silna, dasz radę”. I pójdzie na kolację do restauracji. A ona zostanie ze swoimi problemami w swoim kraju.  Ewa jest samotna, choć uważa, że ma dobry związek. Nie można narzekać. Nie można chcieć „za dużo”. Trzeba zadowolić się tym, co się ma.

Wiele z nas nauczono w dzieciństwie, że o tym, że w domy dzieje się źle się nie mówi. Więc pragnąc za wszelką cenę być silne – nie mówimy. Lata tkwimy w złych związkach, z mężami i partnerami, którzy nas nie szanują lub którzy nie dają nam miłości. A może to my nie umiemy jej sobie wziąć tyle, ile nam trzeba? Czekamy tylko, by zostać zauważone, pokochane. Wybrane.

Wiele z nas pozostało więźniarkami swoich własnych wyobrażeń o mężczyznach, których kochamy. Jakże często wchodzimy w relacje z kimś, kto w codziennym życiu, czasem po kilku miesiącach, ale częściej po kilku latach okazuje się inny, niż go sobie wymyśliłyśmy. Nagle nie ma o czym rozmawiać, zacierają się wspólne plany… Zaraz, zaraz – nagle? A może tak było zawsze, tylko my starałyśmy się tak bardzo mieć idealny związek, że wydawało nam się, że to on, nasz partner mówi, a nie, że wszystko się dzieje w naszej głowie?

Zaciskamy zęby i godzimy się na samotność. Wychowujemy po cichu, w milczeniu dzieci z mężczyzną, który sam nie jest do końca przekonany, czy tego właśnie chce. Czy w ogóle chciał tego domu i dzieci i czy właśnie z tobą. Na Facebooka wrzucamy zdjęcia, na których on obejmuje nas czule. Świetny ojciec, świetny tata – rzucamy w wirtualną przestrzeń. A prawda jest przecież zupełnie inna…

Mamy oczekiwania, ale obawiamy się o nich mówić. Godzimy się na „trochę” mając nadzieję, że z czasem pojawi się „więcej”. Ale ono się nie pojawi. Bo błąd popełniamy już na samym początku.

Jesteśmy samotne z wyboru, choć nie wybieramy świadomie poczucia osamotnienia. Nasza samotność jest konsekwencją decyzji, tego z kim się wiążemy, z czego rezygnujemy, jaki mamy stosunek do siebie samych. Kiedy uświadomimy sobie, że tak naprawdę jesteśmy jedynymi osobami, które odpowiadają za tę samotność, zdecydujemy, czy nadal chcemy w niej tkwić. Odetchniemy głębiej, zobaczymy więcej – własnych możliwości, dobra. Rozwiązań.


Lifestyle

O dawaniu „ostatniej szansy”. Podtrzymujesz iluzję, czy naprawdę wierzysz w ten związek?

Rycząca Trzydziestka
Rycząca Trzydziestka
8 października 2019
Fot. iStock/StudioThreeDots
 

Podobno każdy z nas zasługuje na szansę. Podobno każdemu z nas szansa się należy, bo wszyscy popełniamy błędy. Dostajemy więc kolejne szansy od tych, którzy kochają, którzy budują z nami swoje życie. Od tych, którzy nie chcą z nas zrezygnować. Od tych, którzy się boją, że jeśli z nas zrezygnują, dla kogoś innego postaramy się bardziej.

„Wybaczyłam mu. Ostatni raz” – mówi przyjaciółka siadając smutnie przy moim kuchennym stole. Trochę jej głupio, ale już nawet nie bardzo. Znamy się dobrze.  Obie wiemy, że te „ostatnie razy” można by już policzyć na palcach obu rąk. Ale ona nie wybacza DLA NIEGO, dlatego, że wierzy, że on w końcu zrozumie, zmieni się, postara wspólnie z nią tworzyć ich relację. Ona wybacza dla siebie, żeby ukraść jeszcze trochę czasu. Żeby nie musieć odejść już teraz. Bo, że kiedyś w końcu odejdzie – tego jest pewna.

Zna dobrze ten schemat. Przez kilka tygodni, może miesięcy, będzie jak w bajce. On jej powie, że „już nigdy” i że „już zawsze”. Przyniesie kwiaty, zrobi kolację i będzie tylko dla niej. Ona poczuje się wyjątkowo, tak jak kiedyś. Bardzo potrzebuje tych dobrych emocji. To dzięki nim łatwiej jej wmówić sobie, że warto z nim zostać. Że powinna zaczekać. Bo on potrafi się starać.

To jej „wybaczanie” to już taki cały ich rytuał. On zawodzi na calej linii, rani ją, ona pakuje jego walizki i stawia je w przedpokoju wynajmowanego wspólnie mieszkania. Ze łzami w oczach mówi: „to koniec”. On najpierw krzyczy, próbuje zrzucić całą winę na nią, aż w końcu, żegna się z nią bardzo teatralnie. I jeszcze te słowa puste, że była miłością jego życia, ale rozumie, że ona ma już go dość. Że jest cholernym dupkiem i absolutnie nie powinna z nim być.

Stanie jeszcze na chwilę, spojrzy jej prosto w oczy, a ona wtedy rozpłynie się, roztopi jak wosk. Przepadło. To teraz właśnie padną zdania okrągłe o ostatniej szansie, o miłości, tej prawdziwej. O tym, ile on ma szczęścia, że ją spotkał. I jak był głupi. A ona jaka dobra.

Nie odbierze telefonu od mamy, której jeszcze kilka godzin temu przysięgała „tym razem to koniec”. Skłamie, że położyła się wcześniej spać, bo bolała ją głowa. Napisze mi krótkiego SMS-a, że „rozmawiają”, że „jeszcze się zastanawia”, bo przecież jest zimno i pada, więc właściwie on mógłby się wyprowadzić dopiero jutro. A ja pomyślę jak zawsze, że gdyby naprawdę chciała, sama by odeszła. Już dawno. Ale ona uparcie wybiera inaczej. Wybiera jazdę tą dziwną kolejką górską emocji, bo wydaje jej się, że kiedy daje jemu kolejną szansę, to cokolwiek kontroluje, ma na coś wpływ. A jest przecież zupełnie inaczej. Ona jest więźniem tej sytuacji. Nie umie odejść.

Przyjaciółka powoli dopija herbatę. Za oknem zmierzcha. Trochę jak w jej związku, kiedy on przestaje się starać. Ale ona jest dobrej myśli. Może naprawdę wierzy, że tym razem ukochany tę ostatnią szansę wykorzysta? Lub przynajmniej, że w tym związku będzie dobrze o moment dłużej…

 


Lifestyle

Jedna kobieta może być dla drugiej wsparciem i ratunkiem. Inna może z łatwością zniszczyć tę, która stanie jej na drodze

Rycząca Trzydziestka
Rycząca Trzydziestka
26 czerwca 2019
Fot. Pixabay/ Unsplash/ CC0 Public Domain

Lata mijają, moje przyjaciółki dojrzewają wreszcie ku przeświadczeniu, że zasługują na wszystko, co dobre, jasne i pozytywne. Że zasługują na dobrą miłość. Ja również się zmieniam i dojrzewam, choć wciąż zdarzają się sytuacje, w których przecieram ze zdumienia oczy. Życie odkrywam na bieżąco, zjadam je małymi łyżeczkami, odnajdując coraz to nowe smaki. Bywa różnie, gorzko również. Lubię moje zdziwienie światem. Ostatnio przyglądam się temu, jak jedna kobieta może być dla drugiej wsparciem i ratunkiem. I temu,  jak łatwo jedna kobieta może zniszczyć drugą.

Nie jesteśmy jakimś magicznym, żeńskim plemieniem. Nie stawiałabym damskiej przyjaźni ponad przyjaźnią męską, one są po prostu inne. Ale wierzę głęboko, że dzięki kobietom, które cenię, znam i kocham, jestem w stanie wyjść z największego życiowego dołka.

Ten początek lata jest trudny. Trzy związki bliskich mi kobiet rozpadają się lub przechodzą poważny kryzys. Gorąca linia przegrzewa się na łączach. Są wiadomości o trzeciej nad ranem, długie rozmowy, albo odnajdywane w czeluściach Internetu śmieszne obrazki – tylko po to, by powiedzieć „jestem”. To „jestem” to najważniejsza część naszej relacji. Niezależnie od tego, ile sobie powiemy, niezależnie od tego, czy związki się rozpadną, czy nie, „jestem” oznacza, że jest ktoś, kto w nas wierzy, kto o nas myśli. Kto wcale nie zawsze myśli podobnie, nie zawsze się zgadza. I jeśli tak jest, powie to szczerze. Przyjaciółka ma do tego pełne prawo. I obowiązek.

Wkurzają mnie serialowe psiapsiółki popijające wino i objadające się lodami z pudełka. Psioczą na facetów i wypominają im kiepski seks. Moje rozmowy z przyjaciółkami wcale tak nie wyglądają. To naprawdę głębokie dyskusje o miłości, zaufaniu, lęku i nadziei. O wyborach, które zaważą na tym, co dalej. Tak, jasne, czasem chodzi o facetów. Mężów, kochanków, synów. Ale nie tylko. Chodzi też o nie, o nas. O relacje z matką, z córką.  O karierę i zawodowe plany, o marzenia, zbyt długo odkładane na „potem”, na „jak dzieci dorosną”, na „jak dostanę rozwód”, na „jak on w końcu znajdzie czas”… Powinnyśmy częściej sobie powtarzać, że same też damy radę.

Takie relacje to sens naszej przyjaźni, gwarancja.  Jednocześnie nie ma tu osaczania, osądzania, prowadzenia za rękę. Jest szacunek i akceptacja. Możesz zarobić „tak i tak”, ale ostateczna decyzja należy do ciebie. Ja tu jestem.

Jest też druga strona medalu. My, kobiety nie jesteśmy przecież tylko świetnymi przyjaciółkami. Bywamy też wobec siebie bezwzględne. Nie doświadczyłam nigdy osobiście kobiecej nienawiści, lub nie dostrzegłam jej.  Ale widziałam jak kobiety ze sobą walczą. Poniżają się, niszczą. Zazwyczaj na polu zawodowym, często również miłosnym.

Jakiś czas temu moja dobra znajoma rozstała się z mężem. Mówić ściślej – została przez niego porzucona dla koleżanki z pracy. Długo nie było wiadomo, czy na chwilę, czy na zawsze. Kiedy po pięciu miesiącach skruszony mąż postanowił do żony zadzwonić i poprosić, by rozważyła terapię małżeńską, rozpętało się piekło. Nowa partnerka męża pisała SMS-y, w których obrażała i poniżała kobietę, której związek wcześniej zniszczyła (zniszczyła na spółkę z niewiernym mężem rzecz jasna). Oczywiście, łatwo jest ranić drugą osobę, gdy jej się nie zna, gdy jest ona dla nas zdjęciem na Facebooku, świadomością, że była (lub jest ) dla kogoś, kogo kochamy ważna. Dziewczyna pisała obraźliwe komentarze w mediach społecznościowych, a o kochanka walczyła do upadłego. „Wygrała”, ale nawet w dniu rozprawy rozwodowej dała upust swej nienawiści pojawiając się w sądzie.

Inna znajoma ma problemy w pracy. Nowa przełożona, nieco młodsza i dużo lżejsza nie zapałała do niej sympatią w momencie, gdy okazało się, że ta na oko przeciętna prawie czterdziestolatka ma bardzo udane życie osobiste, fantastyczną córkę, nietypowe hobby i zakochanego w sobie po uszy, młodszego faceta. Osobistych przytyków dotyczących wagi (wypowiedzianych, rzecz jasna w formie żartu) było mnóstwo. Śmiesznie przestało być, kiedy szefowa postanowiła swoją niechęć dobitnie pokazać, regularnie omijając doświadczoną i zdolną podwładną przy rozdzielaniu nowych, prestiżowych projektów. Brak profesjonalizmu nie wyszedł młodej szefowej na dobre, a wiedza i wsparcie mojej znajomej okazały się niezbędne. Jednak kiedy przyszedł zasłużony sukces, tylko moja znajoma nie otrzymała zaproszenia na firmowe świętowanie z lampką szampana. Oficjalnie „asystentka szefowej zapomniała wysłać wiadomość”.

Nie lubię tej nieumiejętności odpuszczania, w kobiecej nienawiści. Nie lubię fałszywych uśmiechów i pocałunków w powietrzu, po to tylko, by moment pózniej za czyimiś plecami wyjawić jego najgłębszą tajemnicę, upokorzyć, zgnoić, skrytykować. Nie lubię brutalnej gry „nie fair”, podkładania świń, walki o mężczyzn (którzy zresztą zbyt często zachowują się w takich sytuacjach jakby byli ubezwłasnowolnieni). Kocham w relacjach poczucie, że nigdy nie jestem sama. Kocham świadomość, że „są”, że przyjadą w wigilię moich urodzin z bukietem tulipanów. Zadzwonią domofonem drąc się „kurier” i usiądą ze mną w kuchni wiedząc, że mam w lodówce niewiele.

Kocham moje przyjaciółki. Ufam im i wiem, że mogę na nie liczyć. Wierzę z ich szczerość i życzę im jak najlepiej. Jednocześnie boję się kobiet, które nie wspierają innych kobiet.

Tekst dedykowany H. E. i M. Kocham Was!