Lifestyle

Irena Wielocha: Mam jedno życie, jedną szansę. Nie chcę marzyć, chcę, żeby marzenia się spełniały. Nie przepuszczę żadnej okazji

Iwona Zgliczyńska
Iwona Zgliczyńska
20 września 2022
 

– Ja bym powiedziała tym młodszym od siebie, że buntować się warto nawet jak jeszcze nie ma ślubu i wspólnego mieszkania. Z facetem tak trzeba postępować, by on był dla nas partnerem. Jeśli uda nam się w ten sposób ułożyć relacje, to jak już pojawi się wspólne dziecko, ono będzie żyło w środowisku współpracy między małżonkami – mówi Irena Wielocha. Instagramowa Kobieta Zawsze Młoda właśnie napisała książkę. Rozmawiamy o tym, dlaczego kobiety całe życie załatwiają różne rzeczy nie do załatwienia. Ale robią to… nie dla siebie. Robią to dla innych. Najczęściej dla tych, których kochają. „Pracowałam, rodziłam dzieci, prowadziłam dom z gotowaniem i ze sprzątaniem włącznie, dbałam, by wszystko było wyprane, wyprasowane, żeby obiad był przygotowany na następny dzień […] Cała organizacja życia to ja. Kłopoty dzieci to moje kłopoty”, opowiada Irena. W końcu jednak powiedziała: dość!

Pani w wieku 57 lat postanowiła o siebie zawalczyć. Dlaczego tak późno?

– Moim zdaniem to nie było wcale tak późno. Po prostu do tego momentu żyłam normalnym życiem i ogóle nie zdawałam sobie sprawy, że można żyć inaczej. Przyzwyczaiłam się. Ale kiedy straciłam moc, czyli poczułam, że nie mam już sił na robienie pewnych rzecz – takich jak podbieganie do autobusu, czy chodzenie po górach, to stwierdziłam, że świat zaczyna mi się walić. Ponieważ nie chciałam, żeby wszystko nagle runęło, pomyślałam, że potrzebna jest mi zmiana. Wtedy postanowiłam zadbać o swoją kondycję i siłę, którą traciłam z dnia na dzień. Próbowałam różnych rzeczy, ale one za bardzo nie przynosiły efektów. W końcu wpadłam na pomysł, że pójdę na siłownię. To był ostatni pomysł, jaki narodził się w mojej głowie. I on właśnie zadziałał.

Czy zawalczenie o siebie wcześniej było w pani życiu w ogóle możliwe? Ma pani do siebie o to żal, że nie zrobiła tego wcześniej?

– Żalu nie mam. A oczywiście, że to jest możliwe. Tylko do tego trzeba posiadać jedno podstawowe przekonanie: „To ja jestem najważniejsza dla siebie”. Nikt o mnie tak dobrze nie zadba, jak ja sama. Przecież kobieta zawsze ma wybór. Może nie iść do teatru – a pójść na siłownię. Może zrezygnować z zakupu sukienki i wybrać w to miejsce basen. Bo teatr czy sukienka to jeszcze sobie mogą poczekać. Tydzień, miesiąc rok. A pani zdrowie – nie poczeka.

Młode dziewczyny nie czują jednak tego, że za moment przyjdzie starość. Są silne, mają energię, sprężyste ciała. Ale przecież nad kondycją, mięśniami i siłą można pracować w każdym wieku. Uważam, że zawsze w tym zakresie jest coś do poprawiania.

Jeśli pójdzie pani na siłownię, to może się zdarzyć – tak jak to było u mnie – że uzależni się pani od tego. Człowiek jest przecież zwierzęciem stworzonym do ruchu, a nie do siedzenia przy biurku. Nie do stania przy garach w kuchni – tylko do intensywnego życia. Ponieważ nie możemy dbać o siebie cały dzień, to dajmy sobie, swojemu ciało chociaż godzinę, by mogło poczuć się lepiej. Nie musi to być nawet codziennie. To może być raz, dwa, trzy razy w tygodniu na początek.

Jestem przekonana, że jak zaczniemy szybko poprawiać swój stan fizyczny i zobaczymy efekt, to się tym wysiłkiem fizycznym „zarazimy”. Bo jak dwudziesto- czy czterdziestoletnia kobieta zobaczy, że ma więcej mięśni, staje się smuklejsza i l lżejsza – to zobaczy też, że pięknieje. A kiedy ciało staje się bardziej sprawne, to wtedy nasza psychika też otwiera się na świat. To nie jest prawdą, że młodsze ode mnie panie nie męczą się, nie mają zadyszki i wstają rano rześkie i gotowe do działania. My kobiety po prostu nie dajemy sobie czasu, by to zauważyć, że brakuje nam energii i sił.

Czekając na wywiad z panią, pomyślałam sobie, że ten nasz dzisiejszy świat to jest jakieś totalne szaleństwo. Pracujemy bardzo ciężko i nie mamy czasu usiąść i zastanowić się nad sobą. Ja napisałam książkę i zajmuję się teraz jej promocją. Powiem szczerze, że pracuję jak głupia. Nie wiem, po co to wszystko robię? Lecę. Pędzę. Czas mnie goni. I brakuje mi chwili, by zastanowić się nad sobą. Mało tego, nie mam czasu zastanowić się nad tym, co się w ogóle wokół mnie dzieje.

Dlatego mam apel – zwolnijmy, by dać sobie czas na refleksję. Systematyczna i bardziej spokojna praca daje głowie i ciału możliwość na odpoczynek. Dbajmy o siebie w sposób racjonalny. Nie poddawajmy się presji otoczenia.

Pani Ireno, ale przecież pani wie, jak wygląda życie kobiet. Zawsze jest coś. Wczoraj umówiłam się na basen, ale musiałam odwołać, bo wylądowałam na SOR z córką, ponieważ bolał ją brzuch.

– Musimy się z tego wyzwolić.

Ale jak? Pani w książce napisała, że był taki moment w pani życiu, że zajmowała się pani dosłownie wszystkim, nawet jeździła pani z samochodem do warsztatu.

– A dziś mówię mężowi: „Kochany, trzeba jechać na przegląd samochodu, bo za dwa dni mija termin”. Wtedy słyszę: „Ale ja nie mogę, bo przecież pracuję jeszcze”. Wtedy mówię: „Ja też pracowałam i robiłam przeglądy. Trudno! Nie będzie przeglądu, nie będzie jazdy.” Ja wiem, że jak dziecko jest chore, to matka od razu działa, pielęgnuje, jedzie do lekarza. Ale niech zgadnę, jeśli pani pozwoli. Pewnie dziś już wszystko jest w porządku.

Oczywiście, że wszystkie wyniki dobre.

– Wiadomo, pewne rzeczy trzeba przeczekać. Może ktoś mógł panią zastąpić w opiece? Może mogła pani jednak iść na ten basen wrócić i zastanowić, sprawdzić, jak się dziecko czuje i wtedy jechać ewentualnie do szpitala? Proszę pamiętać, zawsze ma pani wybór.

Opowiem coś też o sobie. Niedawno byliśmy całą rodziną w górach. Przyjechały do mnie dzieci i wnuki. Goście zajęli mi moją siłownię na poddaszu, ponieważ tam spali. Było świetnie, cudownie. Oprócz tego, że wszyscy zachorowali na covid. Tylko ja byłam zdrowa, więc naturalnym wydawało się, że będę się każdym opiekować. Mój syn czuł się naprawdę fatalnie, ale mimo to powiedziałam mu wprost:

„Synek, masz temperaturę. Ja to rozumiem. Ale wczoraj nie ćwiczyłam i przedwczoraj też. Idź na dół i proszę znajdź sobie jakieś wygodne miejsce i daj mi godzinę, bym mogła poćwiczyć”. Chciał, nie chciał, ale to zrobił.

Po prostu w tym konkretnym momencie w Olchowcu poczułam, że wracam niechcący do źródeł i że znowu zaczynają mnie wykorzystywać. Ale żebym została dobrze zrozumiana – mam świadomość, że to nie jest wykorzystywanie z premedytacją.

Tak działa natura i przyzwyczajenie. Dzieci wykorzystują matkę automatycznie. Bo czują, że matka wytrzyma wszystko. Ale dziś ja się z tym nie zgadzam. Jak pani widzi – cały czas presja na mnie jest.

Czasem mąż mówi: „Zjadłbym coś”. Ja mu wtedy mówię: „To sobie zrób”. Być może strzelam za szybko w niego, bo on twierdzi, że mówi do siebie, pod nosem. Co z tego? Kiedy ja to słyszę i to mnie wkurza? Jeśli mąż jest głodny – potrafi przecież sobie ugotować. To nie musi z automatu oznaczać, że ja nagle się poderwę i stanę w kuchni, by mu coś przygotować. Buntuję się. Jednak wiele kobiet jeszcze tego nie potrafi.

Ja bym powiedziała tym młodszym od siebie, że buntować się warto nawet jak jeszcze nie ma ślubu i wspólnego mieszkania. Z facetem tak trzeba postępować, by on był dla nas partnerem. Jeśli uda nam się w ten sposób ułożyć relacje, to jak już pojawi się wspólne dziecko, ono będzie żyło w środowisku współpracy między małżonkami.

Wie pani, czasem są jednak sytuacje odwrotne. Kobiety też bywają bardzo wymagające, zwłaszcza jeśli chodzi o pieniądze. Ja uważam, że każda osoba, niezależnie od płci, powinna być w małżeństwie samodzielna i niezależna. Nie wyobrażam sobie, bym prosiła męża: „Daj mi pieniądze na sukienkę, bo ja mało zarabiam”. Po pierwsze: w małżeństwie pieniądze są wspólne. Po drugie: mnie taka prośba by poniżała. Każda kobieta musi mieć własny grosz zarobiony. Ja wiem, że na pewnym etapie związku pojawiają się dzieci i czasem kobieta nie nie może zarabiać. Ale przecież to są sprawy przejściowe, które mogą trwać rok, dwa, a później warto jednak wracać do pracy. Bo wtedy człowiek staje się bardziej odważny i silny. Wtedy kobieta wie, że sobie w każdej sytuacji poradzi.

Bo wie pani, jak to jest w małżeństwie. Dziś może być dobrze. A jutro może być różnie…

Jak rozumiem, doradza pani walkę o siebie i jednak zabezpieczenie siebie?

– Zabezpieczenie siebie – dobrze to pani powiedziała. Temat niezależności finansowej dla mnie zawsze był oczywisty. Ale niedawno słuchałam takiej audycji w telewizji, że dziś coraz więcej młodych kobiet chce wracać do dawniejszych tradycyjnych modelów rodziny, gdzie kobieta w domu zajmuje się tylko dziećmi, gotowaniem i sprzątaniem. Natomiast mąż utrzymuje całą rodzinę. Fajnie! Ale co będzie, jak coś się stanie złego? Może pojawić się inna kobieta… Mąż może zachorować… Na początku związku nikt oczywiście o takich potencjalnych perspektywach nie chce myśleć. I to jest naturalne. Ale życie niestety zaskakuje i potrafi nam serwować takie… grosze niespodzianki.

Pani w książce cytuje zdanie, które mnie osobiście bardzo porusza: „Człowiek ma dwa życia. To drugie zaczyna się, gdy uświadomi sobie, że ma jedno”.

Nie ja to wymyśliłam, ale Konfucjusz. Powiem pani, że ja mam dziś 70 lat, a walczyć o siebie zaczęłam trzynaście la temu. Pierwsze lata wprowadzania zmian w naszej rodzinie było trudne. Trwało wiele lat, zanim się poprzyzwyczajali. Tak na dobrą sprawę, kiedy zaczęłam pisać książkę o sobie, mój mąż tego nie rozumiał. Jeszcze dwa lata temu mówił mi: „Ale jak ty napiszesz taką książkę? Przecież ty masz umysł ścisły i zawsze mówiłaś, że pisać nie potrafisz”. Ja mu na to: Zgłosiło się do mnie dobre wydawnictwo Agora. Dostałam zapewnienie, że przydzielą mi dobrego redaktora. Każda osoba pisząca książkę, nawet profesjonalista – taką osobę w wydawnictwie dostaje. Obiecali, że zaopiekuje się tekstem i zrobi wszystko by mi pomóc. Tak się też stało. Moja pani redaktorka była tak bardzo przejęta książką, że przyjechała w góry do Olchowca, by mnie poznać, by poczuć, czego chcę od życia i jaka jestem.

Tym sposobem nie poddałam się i dziś jest „Kobieta zawsze młoda – jak nie przeoczyć szansy na realizację własnych marzeń”. Bardzo cieszę się, że przy pomocy wielu osób z wydawnictwa udało mi się wszystko dokończyć. Bo wie pani – książka to jest jednak coś innego niż Instagram. Ja mam 70 lat i wielu moich znajomych z tego internetu nie bardzo chce już korzystać. Dlatego cieszę się, że pani może tę książkę podarować zarówno swojej córce, która dopiero wchodzi w życie, jak i swojej mamie, która mniej więcej pewnie jest w moim wieku. Cieszę się, że mogę mieć odrobinę wpływu i mam nadzieję, że ta lektura kogoś jednak namówi do zmiany.

Na koniec wstępu do „Kobiety zawsze młodej” pisze pani tak: „Życzę Wam, żebyście nie zgubiły się na żadnym z etapów życia. Zawsze jest czas na zamianę!”

– Wie pani, ja też kiedyś gubiłam się na różnych etapach życia. Nie tylko w tematach macierzyńskich. Bywało tak, że choć już mogłam przejść na emeryturę, to jednak dalej pracowałam, choć nie czułam z tego już żadnej satysfakcji. W pewnym momencie więc wstałam ze stołka i powiedziałam sobie: „Dobra, dość tych wygłupów!” i sobie poszłam. Ale ponieważ ja nie lubię stagnacji, znalazłam sobie inną pracę, w której czułam się znacznie lepiej.

Dziś sobie myślę, że każda zmiana w życiu, czy to zawodowa, czy nawet taka dotycząca mieszkania lub otoczenia i znajomych, daje nam adrenalinę. Ona zmusza człowieka do większego wysiłku, zmusza do myślenia innymi kategoriami i do dostosowania się do nowego środowiska. Każdy początek jest interesujący i wymaga wysiłku. A wysiłek pobudza człowieka do życia. Dlatego go polecam. Każdej kobiecie.


Irena Wielocha

W wieku 57 lat postanowiła całkowicie zmienić swój styl życia. Poszła na siłownię i schudła 24 kilogramy. Jej osiągnięcia były tak spektakularne, że po sześćdziesiątce stworzyła na Instagramie profil Kobieta Zawsze Młoda, na którym od kilku lat promuje aktywność fizyczną i zdrowe nawyki oraz motywuje innych do zmiany. Jako modelka wzięła udział w kampaniach różnych marek modowych i kosmetycznych, a dziś jej dokonania są inspiracją dla tysięcy ludzi, bez względu na wiek. W tym roku znalazła się na liście „50 po 50” magazynu Forbes Polska, przedstawiającym osoby, które po przekroczeniu 50. roku życia zaskoczyły rynek nowa udaną inwestycją, z sukcesem się przebranżowiły lub nadały nowy ton swojej dotychczasowej działalności.


Lifestyle

Kochana mamo, zrobiłaś mi krzywdę. Dopiero teraz to wiem. I wiem, że nie ma w tym twojej winy

Listy do redakcji
Listy do redakcji
19 września 2022
Fot. iStock/wundervisuals

Kochana mamo, zrobiłaś mi krzywdę. Dopiero teraz to wiem. Choć jednocześnie mam przekonanie, że nie ma w tym żadnej twojej winy, bo zrobiłaś to nieświadomie i w dobrej wierze. Ale dziś mocno już czuję, że muszę się od ciebie uwolnić. Jesteś mają najlepszą przyjaciółką. Kiedy to powtarzałam w dzieciństwie, ty dyskretnie uśmiechałaś się z dumą. Moje koleżanki zawsze mi ciebie zazdrościły. Jesteś świetnie ubrana, tolerancyjna, rozumiejąca, uwielbiasz ze mną rozmawiać, tłumaczyć mi życie…

Nigdy jakoś się przeciwko tobie nie buntowałam. Oczywiście kłóciłyśmy się czasem, ale zawsze wiedziałam, że mnie zrozumiesz i mi wybaczysz. Nie pamiętam jednak, bym przechodziła kiedykolwiek przez tzw. bunt młodzieńczy. Znajomi mówili, że nienawidzą swoich starych, że oni ich nie rozumieją. A ty zawsze byłaś taka cudowna, że ja po prostu nie miałam się przeciwko czemu buntować.

Dopiero teraz to zrozumiałam. Tak, wiem, że bardzo późno! Mam trzydzieści lat. Ty prawie sześćdziesiąt. A nadal jesteś mi najbliższą, najbardziej kochaną przeze mnie osobą. Bez ciebie mój świat po prostu nie ma sensu. Nie wyobrażam sobie, jakbym miała dalej istnieć bez ciebie. I właśnie w tym jest problem. Musisz mnie jakoś z tego uwolnić. Pozwól mi żyć swoim życiem, bo inaczej dojdzie do jakiegoś nieszczęścia.

Powiernica sekretów

Pamiętam, że zawsze opowiadałam ci wszystko i ty to rozumiałaś. Mówiłaś, jak to było z tobą, gdy dojrzewałaś, gdy cierpiałaś z powodu pierwszych utraconych miłości, nieudanych związków. Twoje zdanie stało się dla mnie najważniejsze. Jesteś od dawna dla mnie ostateczną wyrocznią. Może dlatego, że sama tak wiele nieszczęścia doświadczyłaś, stałaś się tak wyjątkowo mądrą kobietą? Może?

Ja też zawsze wiedziałam, co dzieje się pomiędzy tobą a ojcem. Współczułam ci też, że twoja relacja z moim ojcem jest tak skomplikowana. Byłam twoją powiernicą nawet… gdy zdecydowałaś się zrobić ukradkiem przed tatą aborcję. Przynosiłam ci wtedy do łóżka herbatę. Gładziłam po czole i dotrzymywałam tajemnicy, ponieważ poprosiłaś mnie, bym nikomu o tym nie opowiadała. Jednocześnie dziś już wiem, że ja tych wszystkich twoich intymnych sekretów nie chciałam znać. Może słowo „nie chciałam” nie jest adekwatne, bo jak każda dziewczynka byłam ciekawska i zastanawiało mnie, dlaczego tata nie odzywa się do ciebie, albo dlaczego nagle znika z domu, a po kilku tygodniach jednak wraca. Miałam wtedy tylko czternaście lat, a zachowywałam się jak twoja matka. Dziś wiem, że w tym było sporo nadużycia. Mój terapeuta nazywa to parentyfikacją, czyli zamianą miejsc. Mówi, że to jest bardzo niezdrowe, kiedy córka musi stać się matką dla swojej matki.

Jednocześnie byłaś po prostu fajna i piękna. Pamiętam taki obraz mojej młodości… Miałam wtedy chyba z siedemnaście lat. Paliłam papierosy, a ty mi na to pozwalałaś. Razem więc paliłyśmy w ukryciu przed babcią papierosy na balkonie. Mało tego. Kiedy przychodziły do mnie przyjaciółki, robiła się nas na tym balkonie mała grupka, śmiejących się, kopcących szlugi niesfornych dziewczyn. I ty między nami. Zupełnie jak jedna z nas. Moje przyjaciółki właśnie za to cię uwielbiały. A ja wtedy czułam w sercu drobny sprzeciw. Serce już wtedy podpowiadało mi: „Zostaw nas. To są moją przyjaciółki, a nie twoje”. Nigdy jednak tego nie powiedziałam tego na głos. Byłam chyba zbyt mocno odurzona uwielbieniem innych dzieciaków wobec ciebie. Kto nie chciałaby mieć rodzice ze szlugami i jointami na luzie w liceum. Czułam się wyróżniona!

Tęsknota za mamą

Kiedy po studiach powiedziałam ci, że wyprowadzam się do innego miasta z chłopakiem, posmutniałaś. Widziałam, że chcesz, bym mieszkała nadal blisko ciebie i czułaś, że Krzysiek to nie jest już tylko jedna z młodzieńczych głupich miłości. Pamiętam, że powiedziałaś tylko: „Córeczko, oczywiście, że miło by było, gdybyś została blisko. Ale rób to, co da ci szczęście” i cały dzień chodziłaś struta. A ja tylko monitorowałam każdy twój grymas, każdą łzę kręcą się w twoim oku, ucieraną niby dyskretnie czubeczkiem chusteczki. W tym momencie marzyłam, byś powiedziała: „Kochanie cieszę się, że znalazłaś fajnego faceta. Ja mam swoje sprawy. Jedź, przeprowadzaj się, bo nadszedł twój czas”. Byłoby mi lżej.

Gdy już wyjechałam do Gdańska, na drugi koniec Polski, czułam się zawsze w obowiązku… Nie, obowiązek to jest jednak złe słowo. Ja jednak chciałam codziennie do ciebie zadzwonić. Jak tylko wychodziłam z pracy, to zanim jeszcze wsiadałam do samochodu – brałam telefon i pytałam cię, co słychać. Ze szczegółami opowiadałam w drodze do domu o wszystkim, co wydarzyło się w pracy. Czasem jeszcze stałam na parkingu w samochodzie, by wysłuchać, jak tobie minął dzień. Potem to samo robiłam przed snem. Dzwoniłam, by sprawdzić, czy dobrze się czujesz i tak naprawdę cierpiałam. Bo na końcu języka miałam: „Wracam. Tęsknię i czuję, że chcę być jak najbliżej ciebie”.

Mój facet był najpierw bardzo tolerancyjny. Rozumiał, że łączy nas wyjątkowo silna kobieca więź. Poza tym on bardzo cię lubił, więc nie miał z tym problemu. Po roku jednak powiedziałam mu, że kategorycznie chcę wrócić na Podhale, że czuję się związana z domem i porzuconymi przyjaciółmi. Mówiłam mu, że w Gdańsku nie znalazłam jednej przyjaciółki, choć przyznałam, że rodzina i przyjaciele Krzyśka przyjęli mnie serdecznie. Mimo to nie potrafiłam odnaleźć się.

Wtedy jednak Krzysiek zwrócił mi uwagę, że tak naprawdę on czuje się mniej ważny od ciebie. Wybuchła awantura, ponieważ na tamtym etapie wydawało mi się, że to jest jakiś absurdalny zarzut. Jak ty, moja mama miałbyś konkurować z moim partnerem? Przecież to się nie trzyma kupy! A jednak…

Rozstaliśmy się, bo Krzysiek powiedział, że nie widzi na Podhalu dla siebie perspektyw. Ja wtedy myślałam, że gdyby mnie kochał, zrozumiałaby i rzucił dla mnie wszystko. Ale dziś wiem, że to on chyba miał rację. Świat wydawał mi się Podhalem – bo ty w nim byłaś. Moja mama, najlepsza przyjaciółka.

Parentyfikacja jest niezdrowa

Od kiedy chodzę na terapię, wiem, że taka więź jest niezdrowa. Wiem też, że matka powinna być matką, a nie przyjaciółką. Powinna dawać oparcie, troszczyć się, ale zwierzać ze swoich własnych intymnych kłopotów. Od tego matka musi mieć partnera. A jeśli on zawodzi – najlepiej przyjaciółki. Niepotrzebnie zostałam twoją powiernicą. Dziś w zasadzie jesteś nie tylko moją najlepszą przyjaciółką. Ty jesteś moją jedyną przyjaciółką, ponieważ ja nie potrzebuję wspierających mnie kobiet. Mam ciebie.

Ale chcę zrobić teraz w swoim życiu porządek. Powiem ci jednak, że to jest trudne. Mieszamy dziś w jednym miasteczku, bardzo blisko siebie. Jesteś! Ale ja czuję, że być może rozstając się z Krzyśkiem, straciłam miłość swojego życia. Nie potrafię się o ciebie nie martwić. Nie potrafię nie odebrać twojego telefonu. Nie umiem ci powiedzieć NIE, gdy o coś prosisz. Mamo, jak my się mamy rozdzielić. Nie chcę, by tym momentem była twoja śmierć. Chcę dostać od ciebie zielone światło.

Powiedz mi: Córko, idź w świat! Ja ciebie już nie potrzebuję. Mam swoje sprawy. Zadzwoń do mnie od czasu do czasu. Ale nie codziennie, bo mi przeszkadzasz”. Mamo, proszę powiedz tak do mnie!

Zobacz także: Przyjaźń między matką a córką może być krzywdząca. Lepiej, by matka była matką, nie kumpelką


Zobacz także

Anna Lewandowska: „Rok, który zmienił nasze życie”. Mała Klara ma już rok

Weekendowe pary, czyli jak być razem od piątku do niedzieli

Jak technologia motywuje do zdrowego życia?