Lifestyle

Jak powiesz, co myślisz, to urządzimy cię tak, że cię własna matka nie pozna. Jak żyć w kraju mieniącym się „katolickim”

Baba na wku_wie
Baba na wku_wie
7 września 2016
Fot. iStock / kadirdemir
 

Kto pochodzi z małego miasteczka? Ręka do góry? Kto wychował się w małej społecznej zaściankowości, gdzie Bóg, honor i ojczyzna to była podstawa waszej egzystencji. Tata koleżanki z ławki tłukł ją za każdą złą ocenę, ale co niedzielę trzymając ją za rękę w białej koszuli szorował do kościoła i do komunii przystępował?

Kto widział jak sąsiadka nie raz uciekała do was przed mężem tyranem, płakała waszej mamie w ramię przepraszając, że głowę zawraca, a następnego dnia rano niosła mu ciepłe bułki i butelkę piwa na śniadanie za niemym przyzwoleniem ogółu?

Kto widział chłopców kopiących psy, podpalających koty, którzy później stali jako ministranci w kościelnych ławach?

I kto miał ojca, który działał w Solidarności w stanie wojennym albo nauczyciela, który, chociaż nie było tego w książkach, mówił wam o Katyniu?

No tak, czasy się zmieniły. Dziś podobno nikt nie musi nikogo udawać, mamy wolność słowa, prawo decydowania o sobie i każdemu g*wno za przeproszeniem do tego, co myślisz, co robisz, kim jesteś. Jasne… Tak. Guzik prawda.

Zastanawia mnie od dłuższego czasu, gdzie ja do cholery żyję. Wychodzi na to, że my potrzebujemy zamordyzmu, kogoś kto będzie nas twardą ręką trzymać w kupie, bo inaczej sami siebie pozjadamy w swojej mani wielkości. W swoimi poczuciu, że ta oto my jesteśmy kimś. To my stoimy na straży suwerenności Europy, jesteśmy jej najważniejszym trybikiem, tak niedocenianym przez inne mocarstwa, ale my im pokażemy, gdzie ich miejsce. Kiedyś.

Bull shit. Jesteśmy krajem małych ludzi, co teraz widać doskonale. Jesteśmy krajem, które mieni się głęboko katolickim, gdzie na każdym możliwym metrze kwadratowym wyrasta nowy kościół, pomnik lub ogromna statua Jezusa. Krajem, w którymi symboli chrześcijaństwa jest więcej niż boisk do gry w piłkę dla dzieci. I krajem, w którym są tysiące głodnych dzieci z patologicznych rodzin, ale ogromne sumy pieniędzy przeznacza się na budowę kolejnego sanktuarium. Może cegłami chcą nakarmić ciemny lud?

A my, chowamy się w przyciasnych mieszkaniach dużych miast, bo tu łatwiej o anonimowość. Nie chodzimy w niedzielę do kościoła, bo po co. Ksiądz nie da nam czasu na spędzenie z rodziną, nie odpisze na maila i jeszcze czasem nie da rozgrzeszenia, jak powiemy, że właściwie to raczej wątpimy w sens tej wiary, niż wierzymy. Każdy z nas ma swoją własną codzienną modlitwę i to w co dzisiaj aktualnie wierzy.

Jakiś czas temu papież Franciszek ogłosił Matkę Teresę z Kalkuty świętą. Każdy kojarzy staruszkę i towarzyszący jej strój w biało błękitne pasy. Wie, że pomagała ludziom, że poświęciła właśnie temu swoje życie. I okey. Chrześcijanie się radują, bo oto kolejna święta, ale niewierzący przypominają, że wiele rzeczy z życia Matki Teresy zostało niewyjaśnionych. Paulina Młynarska na swoim Facebooku napisała wprost o ogromnych sumach pieniędzy, które nie wiadomo na co zostały przeznaczone, o przymykaniu oczu na pedofilię, na nadużycia kościoła. Pisze: „Ja tam jestem niewierząca, więc nie mam dylematów. Ale gdybym była, to bym miała. Albo nie. Nie miałabym, bo przecież dawno bym zwątpiła”. I tyle. Szczery komentarz do sytuacji, szczery, bo zgodny z tym, co sama pani Paulina wyznaje.

Nikogo nie obraziła. Nikomu noża w plecy nie włożyła, za to znalazły się setki osób (jeśli nie tysiące), które ten nóż włożyłyby w jej plecy. Czytałam i nie wierzyłam, ile brudu i nienawiści może wylać się z ludzi. Z ludzi, dla których Bóg, wiara i ojczyzna są symbolami najwyższymi. Dla których „nie czyń drugiemu, co tobie nie miłe”, „kochaj bliźniego swego jak siebie samego”, pojęcie miłosierdzia, wybaczenia i zrozumienia powinny stanowić najwyższą wartość. Ale chyba czas przestać się oszukiwać.

Religia dzisiaj zdaje się być najpotężniejszą z broni, jakie można użyć przeciwko człowiekowi. Bronią, którą można zmanipulować ociemniały tłum, bo przecież ci co mówią o miłości i dobroci, jeśli mówią: „Żona powinna być posłuszna mężowi”, „Uchodźcy to największe zło i niebezpieczeństwo, jakie może nas spotkać”, „Miłosierdzie papieża Franciszka jest czymś niezrozumiałym, dzisiaj zbieramy datki na wyprawienie 60-tej rocznicy urodzin naszego księdza proboszcza. Dziękujemy, państwa nie zaprosimy. Pomódlcie się w jego intencji” – to oni mylić się nie mogą.

A ja się pytam, gdzie macie swoje rozumy? Kto każe wam ślepo podążać za tym, co mówią inni? Kto każe nienawidzić, negować, poniżać i błotem obrzucać? Kto jest bez winy niech pierwszy rzuci kamień – stalibyśmy i patrzyli na siebie szeroko otwartymi oczami. Żyjemy w kraju, gdzie za każde słowo nie idące w parze z tym, co myśli góra, a góra myśli to co kościół, grozi wirtualna śmierć. Bo panią Paulinę już powieszono, spalono na stosie, utopiono w rzece i wywieziono na taczce gnoju. Za co? Za to, że napisała, co uważa? Nikogo nie obraziła, bo gdyby napisała: „Sąsiadka spod szóstki doprowadza mnie do szału, bo pół niedzieli klepie schabowe”, to czy tę sąsiadkę by obraziła? Nie! Bo pisze o swoich odczuciach, a niej o niej, że jest głupią cipą, co to tylko w kuchni stoi i za grosz rozumu nie ma.

Tu problem tkwi, gdzie indziej. My fanatycy nieomylni jedyni, doszliśmy do władzy. Daliśmy siłę tym, którzy nienawidzą, którzy za nic mają drugiego człowieka, tylko dlatego, że myśli inaczej niż oni. Przecież w naszym kraju nawet najważniejsza kobieta rządu własnego zdania nie posiada. Nawet komisja, która odwołuje jednego prezesa, by zaraz go jednak powołać z powrotem nie działa bez presji. A układanie się rządu z kościołem za religię na maturze, mówi bardzo dużo.

Nie mamy dyskutować. W języku tych, którzy rządzą i tych, którzy dzięki nim nienawidzą nie ma słowa D-S-K-U-S-J-A. Jest podporządkowanie. Pokazanie szarej masie, gdzie jej miejsce. A jak się wychylisz, to shejtujemy cię tak, że cię własna matka nie pozna.

Chcecie iść w tę stronę? Proszę bardzo. Chcecie przymykać oczy, twierdząc, że was to nie dotyczy? Bardzo proszę. Obyśmy tylko wszyscy nie obudzili się pewnego dnia z ręką w nocniku przytrzymywaną przez gościa, który mówi nam, że zawartość nocnika to woda święcona.

I oby przyciasne mieszkanie w centrum wielkiego miasta nie okazało się jednak nadal zaściankiem.


Lifestyle

Kiedy zostajesz matką, przestajesz być kobietą! Błagam, nie dajcie sobie tego wmówić!

Baba na wku_wie
Baba na wku_wie
16 września 2016
Kiedy zostajesz matką, przestajesz być kobietą! Błagam, nie dajcie sobie tego wmówić!
Fot. iStock / Brainsil
 

Pod jakimś z tekstów przeczytałam ostatnio komentarz: „Matka jest od tego, żeby zajmować się dziećmi”. Przeczytałam nawet z trzy razy, kolejne trzy sprawdzając, czy aby na pewno ten komentarz napisała kobieta?!? Wiecie, są te profile, które małżeństwa mają wspólnie pewnie idąc tropem: „co moje to twoje” w ten sposób kryjąc wzajemny brak zaufania. Ale nie o tym.

Wracając do sedna, dla mnie taki komentarz kryje jeden słuszny przekaz: „Jak matką zostajesz, to kobietą być przestajesz”. Że jestem nadwrażliwa – być może. Że wku*wiona  – na pewno. To po prostu idealne hasło do kolejnej ustawy obywatelskiej, tym razem może odbierającej kobiecie prawo do antykoncepcji. Ach jak mogłam zapomnieć. Tego to nawet ustawą nie trzeba robić. Już wycofano chemiczną antykoncepcję. Jak się okazuje jedyny środek antykoncepcyjny dla kobiet dostępny bez recepty zniknął z aptek. Ministerstwo tłumaczy ten fakt uczuleniem kobiet na preparat… Producenci środków antykoncepcyjnych mówią o szantażu: albo się zgodzą na ich wycofanie, albo zostaną zmuszeni do usunięcia wszystkich swoich leków z aptek w naszym kraju.

Tym samym jedynym środkiem antykoncepcyjnym dostępnym bez recepty jest obecnie prezerwatywa, której przecież nie kobiety używają. Po cichu, bez rozgłosu zbędnego, bo na co ten komu, wchodzimy w dobrą zmianę. Zmianę, która każe postrzegać kobietę tylko w roli matki.

Rzeczona Pani z komentarzem pewnie się ucieszy. Wszak – rodzisz dziecko, jesteś matką. Co to za kobieta, która dzieci mieć nie chce? Co to za kobieta, która otwarcie mówi, że przerwała ciążę? Co to za kobieta, która na pierwszym miejscu stawia karierę zawodową? Tak, tak nie zdążyła zostać matką, za jakiś czas pewnie znowu jakaś kampania społeczna nam o tym przypomni i o nieszczęściu tej kobiety. A jak nie kampania to inna kobieta, która… kurczę znowu się pomyliłam – nie kobieta – matka, uczyni macierzyństwo naszym jedynym powołaniem.

Jestem matką. Ale jestem też kobietą. I wku*wia mnie niemiłosiernie, kiedy ktoś próbuje mi powiedzieć, że jest inaczej. Jestem matką, która zajmuje się swoimi dziećmi, robi im śniadania i kolacje, odprowadza je do placówek i na zajęcia. Mamą, która przytuli, wieczorem położy się koło małego ciałka, mamą, która opatrzy zdarte kolano i tą, co pyta: „jak się czujesz”. Jestem mamą, bo chciałam nią być. Bo kocham nią być, bo kocham moje dzieciaki i większego cudu poza nimi nie uznaję.

Ale na miłość boską, czy to, że zostając mamą jeszcze przed 30tką ma znaczyć, że już do końca życia mam niańczyć swoje dzieci, nie zauważać własnych potrzeb, że nie mam prawa powiedzieć: „Jeny jak mam czasami dosyć, zakleiłabym im usta, związała ręce i kazała spędzić w łóżkach całe popołudnie”. I nie prałabym im w tym czasie skarpetek, nie smażyła naleśników na kolację, ale bezczelnie z drinkiem w ręce gapiłabym się w telewizor oglądając Gesslerównę, albo inne cuda na kiju. Cokolwiek, ale w oderwaniu od bycia matką. A mordercze myśli krążyłyby mi po głowie. Co nie znaczy, że i tak nie krążą. Bo nikt za to, że zostałam matką, nie zabiera mi prawa do bycia kobietą.

No fucking way. Przyjaciółka mówi: „Ideologicznie się z tym zgadzam” z tym, że matka to matka i o swoje dzieci dbać musi. Ale żesz do diabła  – czy ona nie dba? Czy na zawsze ma pokutować na niej brzemię tej, która urodziła? Najpierw swoje dzieci do piersi przytula, a później resztę życia spędza na przytulaniu dzieci swoich dzieci?  To jedyny cel, jedyna słuszna misja? Oj pewnie są tacy, którzy tak kobietę widzieć by chcieli. Przepraszam – znowu pomyłka – matkę, a nie kobietę. Bo kim dla ludzi, którzy nami pogardzają, jest kobieta? Tylko li wyłącznie inkubatorem, który właściwą liczbę dzieci urodzić powinien. I oczywiście w bólu i krzyku bez prawa do znieczulenia, bez prawa decydowania o własnym ciele. Bo aborcja nie, bo antykoncepcja be, praca też nie za dobrze, bo kto dzieci wychowa? Nie no oczywiście, że matka. 500 zł na dziecko dostaje, niech w domu siedzi i nie narzeka. Niech nawet nie myśli, że ktoś pretensje będzie miał, że dzieciom się poświęciła.

I proszę, żeby mi tu dziecka w brzuch nie wkładano – bo oczywiście, jeśli poświęcić się chce – bardzo proszę i pewnie zazdroszczę jasno wytyczonej ścieżki, bo ja z tą moją kobiecością jednak wygrać nie umiem. I połączyć nijak ściśle nie potrafię bez żadnych odstępów między macierzyństwem a  byciem kobietą.

Bo zgrzyt zawsze będzie. Bo wybiorę wyjście na basen, zamiast czytania dziecku książki. Bo zostanę dłużej w pracy i nie ja tylko ojciec dzieci z placówek odbierze, bo z przyjaciółką napić się wina postanowię i wyjadę na dwa dni z domu, a dzieci o zgrozo z ojcem lub babcią zostaną. Bo pewnego dnia powiem: „Jestem zmęczona” i legnę na kanapie prosząc, aby wszyscy dali mi święty spokój, przez ku*wa (dodane w myślach najczęściej) choćby 15 minut.

I niech mi ktoś wytłumaczy jak pięcioletniemu dziecku – jak kobieta kobiecie może napisać: „Jesteś matką, zajmij się dziećmi. To twój zakichany obowiązek”. A może dla mnie to przyjemność w byciu taką mamą, jaką chcę być. W zgodzie z kobietą, którą jestem?

Oszaleję, przysięgam. Oszaleję, jeśli jeszcze kiedyś przeczytam, jak kobieta drugiej kobiecie dyktuje, co ta powinna zrobić, jak się zachować i kim właściwie w życiu być. I oceniać jeszcze będzie, czy nie za bardzo, nie za mało, a może niezbyt aktywnie i ze zbyt mały zaangażowaniem matką jest.

Żesz do diabła, co komu do tego. Czy nie możemy siebie nawzajem akceptować, szanować? A przede wszystkim zrozumieć, że nie dla każdej kobiety zajmowanie się dziećmi to jedyny jest szczyt marzeń? I jedyna misja dla narodu, Boga i ojczyzny i niej samej również? Że są kobiety świadome własnych marzeń, snujące plany niekoniecznie związane z tym, gdzie z dziećmi pojadą i co im pokażą. Są kobiety, które choć zostają matkami, nie zapominają o sobie, nie wyrzucają wraz z łożyskiem własnych pragnień i przekonań.

I choć jest to ku*ewsko ciężkie, starają się łączyć macierzyństwo z pracą, z własnym rozwojem, z realizowaniem tego wszystkiego, co czym marzą. I nie jest to wyrachowanie, nie jest to zepchnięcie najbliższych na margines kosztem własnego egoizmu. Nie. To ich święte prawo do tego, że zostając matkami pozostają kobietami, które troszczę się o siebie równie mocno, jak o własne dzieci. Amen.


Lifestyle

Kobieto Polko Umęczona apeluję dziś do ciebie – ratuj się natychmiast

Baba na wku_wie
Baba na wku_wie
3 września 2016
Fot. iStock/eldinhoid

Kobieta Polka Umęczona. Umęczona dziećmi, pracą, mężem, który bardziej przeszkadza niż pomaga. Oczywiście się nie skarży, nie powie, że jej źle, że coś nie pasuje, że ma ochotę pieprznąć wszystko dookoła i pójść w cholerę. Na godzinę, na dzień, albo wyjechać sama na weekend.

Co to, to nie. Ona cierpi w ciszy, w milczeniu dźwiga na barkach cały ciężar codzienności. Wozi dzieci do szkoły, odprowadza na zajęcia, robi zakupy, pierze, gotuje i sprząta. A wszystko to w poczuciu misji, misji matki, żony i kochanki. Nie, wcale nie licząc, że ktoś jej pomnik postawi. Przecież ona tak tu po cichu się stara, tak, żeby nikt  jej nie zauważył. „No proszę cię, to nic wielkiego” – mówi, gdy ktoś wyraża podziw dla jej organizacji, talentu kulinarnego, czy umiłowania porządku przy obojętnie jakiej ilości dzieci.

Ale nie daj Boże, gdy ktoś podważy jej zaangażowanie, gdy powie: „Głupia ty, tak się starasz, a dzieci i tak z domu wyjdą, mąż się nie zmieni, a ty rozejrzysz się wokół i siebie w ogóle nie zobaczysz”. Tak to nie działa. Kobieta Polka Umęczona musi umęczona być, musi być przyciśnięta do ziemi obowiązkami, oczekiwaniami innych, i celami, które nie ona ustala. A jej życie? No przecież to jest jej całe życie. Nie ma innego. Życie to dzieci, dom, obiad, mąż, który oby nigdy nie zdradził, pies i kot, może jakieś rybki, o których wszyscy zapominają i jej pozostaje czyścić raz na jakiś czas akwarium z uśmiechem na twarzy. Tak, przecież to lubi, oczywiście robi to dla uśmiechu swoich dzieci, dla zadowolenia męża. On tak ciężko pracuje, niech ma od życia chociaż czyste akwarium i ryby zadowolone.

A ona? Ona żyje uśmiechem innych, to jej wystarcza. Tak, wie, że powinna zadbać o siebie, że do kosmetyczki wyjść to żaden grzech, że zapisać się na jogę też można, ale co jej dzieci powiedzą, jak kolację dostaną pół godziny wcześniej, bo mama wychodzi? Tak się nie da. Poćwiczy może od poniedziałku (kolejnego) w domu. Oczywiście, że ma świadomość, że dzieci dorosną, że powinna się rozwijać, dbać o swoje potrzeby. Ale to przecież jeszcze tyle czasu.

Poza tym, jak to zostawić dzieci mężowi i wyjechać z przyjaciółką na weekend? Nieee, no kuriozum. Innym pewnie się udaje, ale one nie są w jej sytuacji. Może ten mąż bardziej rozgarnięty, a dzieci łatwiejsze do ogarnięcia. Bo jej dzieci to nie wiadomo na co ostatecznie stać. Poza tym – ona wyjedzie, a mąż będzie dzwonił co dwie godziny pytając, gdzie co jest i co do jedzenia dać. Woli już lepiej zostać. Z przyjaciółką pojedzie kiedyś… kiedyś indziej.

Że podzielić obowiązki? No tak, to też jest jakaś myśl. Ale dzieci nim opróżnią zmywarkę, to minie pół godziny, a przecież ona jeszcze i pranie, i prasowanie, i jak je tu nadzorować? Przy tej zmywarce. Że pozwolić im zrobić sobie samym śniadanie? No niby tak. Ale tyle syfu narobią, że wszystko dwa razy dłużej trwać będzie i ona sprzątania więcej niż pożytku będzie miała. A tam, w końcu kiedyś na studia wyjadą i same sobie kanapki będą musiały robić.

A mąż? Tak, przecież też jest. Ale on jednak taki jakiś… sama nie wie. No dużo pracuje. Nie, no oczywiście ona też pracuje, ale jednak pewnie nie tak ciężko, a może ona mniej się męczy. W każdym razie mąż jest do obsługi jednak. Bo jak ona widzi, jak on odkurza… krew ją zalewa, bo poprawiać trzeba będzie. A jak poprosi o sprzątnięcie łazienki, to takie smugi na kaflach zostają… Gotowanie może? Jak z dziećmi – bałaganu tyle, że hej. Zresztą on chyba tak niekoniecznie do kuchni się garnie. I to wcale nie jest tak, że ona mu nie pozwala. Oczywiście, jak chce – proszę bardzo, tylko, czy aby jest pewny, co chce zrobić? Bo jak nie, to ona tu ma jakiegoś kurczaczka, to coś na szybko zrobi…

Aaa, że rachunki, planowanie wakacji i zakupy na jej głowie? Kto tego przypilnuje? Mąż nawet jak ma listę zakupów, to zawsze więcej kupi, albo o czymś zapomni. Wakacje? On to by nie wiadomo gdzie chciał jechać, a to ona wie, na co ich stać. Przecież trzeba pamiętać, że po wakacjach Boże Narodzenie przyjdzie i prezenty dzieciom trzeba kupić. A jeszcze po drodze 60-tka teściowej. Muszą oszczędzać. A rachunki to jakoś tak samo wyszło. Wzięła, zapłaciła, w segregator włożyła. On, jak zawsze, nie wychylał się. Machnęła ręką.

Kobieta Polka Umęczona ma jednak swoje ulubione zajęcie. Lubi czytać o innych kobietach, którym udało się wyrwać z tego kieratu. Które głośno mówią: „Mam dość. To nie tak powinno wyglądać”. Po cichu im zazdrości. Choć złoszczą ją też strasznie. Bo nie raz ma ochotę powiedzieć: „Co ty wiesz o życiu. Nie jesteś w mną, nie masz takich dzieci, takiego męża, takiej pracy, matki i teściowej na głowie”. Ale zazdrości, bo wie gdzieś tam głęboko w środku, że ona też by tak mogła. Mogłaby na tę jogę wyjść, z przyjaciółką wyjechać, mężowi wytłumaczyć, co ją wkurza i co muszą w swojej relacji już i teraz zmienić. Wie, że dzieci od siebie uzależnia, bo nie chce odciąć pępowiny, nie chce im na samodzielność pozwolić. Bo Kobieta Polka Umęczona to mądra kobieta, to nie jakieś fiu bździu, co to tylko nagle o sobie myśleć będzie. A jednak o sobie boi się myśleć. Odsuwa tę myśl w najdalsze zakamarki głowy. Siebie ustawia na końcu rodzinnego przewodu pokarmowego. Niech inni karmią się sukcesami, marzeniami, swoim szczęściem. Ona tak tu po cichutku przycupnie… Na końcu.

Otóż Kobieto Polko Umęczona apeluję dziś do ciebie – ratuj się natychmiast. Uciekaj z miejsca, w którym jesteś. Jeśli potrzebujesz trzasnąć drzwiami (choćby tymi mentalnymi) i wyjść – zrób to! Powiedz: „NIE CHCE MI SIĘ!”, „NIE OBCHODZI MNIE TO”, „NIE MAM NA TO OCHOTY”, „MAM PRAWO BYĆ WAŻNA”. Bez wymówek, bez usprawiedliwień, że tak nie możesz. Ty możesz wszystko, tylko musisz tego naprawdę chcieć. Czy chcesz?

A gdyby tak spytać cię – dlaczego to sobie robisz? Jakie masz z tego korzyści? Podziw sąsiadki, przyjaciółki, znajomej ze szkoły dzieci? Masz poczucie, że jesteś lepsza od koleżanki, która zostawiła dzieci z mężem i pojechała na babski wyjazd? Czy lepsza od tej, którą co jakiś czas widzisz, jak biega wieczorem. Ty przynajmniej czytasz książkę dzieciom, a ona? Co jej dzieci o niej pomyślą? A może boisz się, że okażesz się niepotrzebna, bo cały twój codzienny świat świetnie daje sobie radę bez twojego poświęcenia. Że mąż potrafi rano zrobić dzieciom kanapki, a one same spakują sobie tornistry? Za to ty wypijesz sobie w spokoju kawę? Uwierz, twoje umęczenie nikomu nie jest potrzebne, nikt jego miarą nie mierzy twojej wartości. Naprawdę.

Może czas z Kobiety Polki Umęczonej stać się Kobietą Polką Szczęśliwą? Szczęśliwą własnym szczęściem, miłością do siebie i byciem dla siebie dobrą? Tylko, czy tego chcesz? Czy jednak w duchu liczysz na to, że pomnik ci postawią? Że tylko będąc Umęczoną zostaniesz docenioną? Bez kitu…