Lifestyle

Iwona Zasuwa: „Kiedy zaczynamy cierpieć z powodu własnej diety, to jesteśmy skazani na klęskę””

Agnieszka Żukowska
Agnieszka Żukowska
11 maja 2019
Iwona Zasuwa
 

Propagatorka zdrowego i świadomego odżywiania, autorka jednego z najpopularniejszych blogów kulinarnych. Jej Smakoterapie to bestsellery wydawnicze w kategorii kulinaria. Iwona Zasuwa specjalnie dla nas, o tym, jak jeść smacznie i mądrze…

Iwona, od czego powinniśmy zacząć, jeśli chcemy wyeliminować mięso z menu?

Odpowiedź zależy od naszej indywidualnej historii. Jeśli podejmujemy taką decyzję z powodów etycznych i jest to nasz świadomy wybór, zwykle łatwiej przychodzi zmiana. Jeśli zaś powody są inne, stoją za nią choroby dietozależne, konkretne wskazania lekarza, wówczas borykamy się z zupełnie innymi trudnościami. W obu przypadkach warto skonsultować się ze specjalistą, który zadba o o różnorodność w naszym menu, warto skorzystać z warsztatów, na których znajdziemy inspiracje kulinarne. Zresztą niezależnie od tego czy jemy mięso czy też nie, zawsze wskazana jest edukacja żywieniowa i budowanie świadomości co nam służy. Jestem zwolenniczką przeprowadzania zmian pod okiem dobrego lekarza, który postawi indywidualną diagnozę i zdecyduje, czy to ma być całkowite odstawienie mięsa, czy zmniejszenie ilości spożycia. Który „zbada” czy nasze jedzenie nie jest za mało urozmaicone, albo czy nie jest niskiej jakości. Taka diagnoza jest na pewno potrzebna. I jeśli wiemy, że musimy z mięsa zrezygnować, to fazy w tym procesie przebiegają w podobny sposób do odstawiania innych produktów: na przykład nabiału, cukru, glutenu.

W pierwszej fazie człowiek ma ogromną potrzebę zastąpienia sobie utraconego smaku czymś podobnym. Jego kubki smakowe mówią „NIE!”, ciało nie współpracuje, dlatego mam taką teorię (i z tego przekonania wzięła się moja Smakoterapia), że dobrze jest zostać w tym wszystkim przy sobie i odpowiadać na swoje potrzeby. Bo jedzenie to nie jest tylko odpowiedź na głód fizyczny, to część naszej codziennej rutyny, naszej kultury,  a często też odpowiedź na głód emocjonalny. Jestem ogromną przeciwniczką odstawiania cukru dzieciom z dnia na dzień i nie dawania niczego w zastępstwie. Podobnie jest z dorosłymi. Oczywiście dorosły, w przeciwieństwie do małego dziecka, zazwyczaj ma swoje motywacje, zatem teoretycznie jest mu łatwiej… ale i tak zazwyczaj okazuje się to bardzo trudne. Jeśli się odpowiednio w tym nie wspomożemy – polegniemy. Dlatego mam w swojej kuchni różnego rodzaju „zestawy ratunkowe”. Prócz słodyczy dla dzieci (bez cukru oczywiście), prócz szeregu zastępników nabiału, czy glutenu, mam na przykład ciekawy set dla mężczyzn, który nazywam zestawem „dla prawdziwego drwala”. Mój mąż nadal je mięso, ale w sposób bardziej świadomy. Odstawiliśmy wszyscy szybkie, łatwe do przygotowania, wysoko przetworzone , konserwowane jedzenie dostępne na sklepowych półkach. Tutaj nie chodzi wyłącznie o mięso. Na szczęście mamy już dużo lepszy niż kiedyś dostęp do dobrej jakości pożywienia. I to odstawianie dalej jest trudne, ale nie niemożliwe.

Bywa, że na warsztaty Smakoterapii przychodzą do mnie osoby, które potrafią wprowadzić zmiany żywieniowe w swoim życiu z dnia na dzień. Wyrzucić wszystko to co niezdrowe z lodówki, z szafek, a od następnego dnia żyć inaczej. Ja tak nie potrafiłam. Jak większość – wprowadzałam zmiany stopniowo. Jesteśmy w pewnym sensie niewolnikami swoich smaków. Doświadczyłam tego osobiście, podążałam za swoim podniebieniem, wymieniałam składniki na coraz lepsze, zdrowsze dla mnie i łączyłam w taki sposób, żeby moje kubki smakowe były zadowolone. Żeby nie cierpieć. Kiedy zaczynamy cierpieć z powodu własnej diety, to jesteśmy skazani na klęskę. Talerz musi nam dawać przyjemność, to musi być radość. Jeśli jest napięcie, które na początku zawsze się pojawia, bo przecież zmiana zawsze jest trudna, i jeśli nie zadbamy o to, żeby je wyeliminować – to się nie może udać. Dlatego przygotowuję potrawy tak, by były dla mnie naprawdę smaczne, na przykład dodaję do nich takie składniki, które „podkręcają” smak. To są oczywiście zioła, przyprawy ale też, między innymi, suszone pomidory, które zawierają dużą ilość naturalnego glutaminianu sodu (uzależniający, pyszny smak umami).  Pamiętam, kiedy po raz pierwszy zrobiłam dla męża danie – cukinię nadziewaną roślinnymi pysznościami. W składzie były warzywa, cebulka, czosnek, orzechy laskowe i właśnie suszone pomidory z ziołami, ze świeżą bazylią, rozmarynem. Ten zestaw smaków był tak pyszny, że do dzisiaj, w sezonie „cukiniowym” jest to nasza ulubiona potrawa. Uwielbiam też potrawy jednogarnkowe, kociołki, w których jest dużo aromatycznych przypraw, ziół, warzyw korzeniowych. Gotowane korzenie często przecieram i zagęszczam nimi potrawę, zamiast mąką czy nabiałem. Albo biorę odrobinę orzechów, migdałów blanszowanych, miksuję z białą pietruszką, gotowaną cebulą, z kawałkiem selera, świeżym lubczykiem i czosnkiem i tak oto powstaje pyszny, kremowy, „śmietankowy sos”. Nie potrzeba niczego więcej. To są moje ulubione patenty.

Skąd taka wizja, co Ci pomogło w wymyślaniu owych patentów?

Wiele czerpię z kuchni wegańskiej . W Polsce dzisiaj to już mocny trend, częściowo te patenty tam są. Nie korzystam ze wszystkich, bo chciałam by moja kuchnia roślinna była naprawdę naturalna i zdrowa. Można sobie przyprawiać potrawy nieaktywowanymi płatkami drożdżowymi, które dają posmak parmezanu, można szukać sztucznych, zastępczych smaków, ja jednak nie poszłam w tę stronę. Eliminując cukier, najpierw, za namową lekarza, włączyłam do menu zastępniki cukru w niewielkiej ilości a kiedy mogliśmy już włączyć cukry do menu, nie wróciliśmy do rafinowanego, białego „kryształu”. Zastępujmy go naturalnym miodem, syropem klonowym. Dziecka nie można zostawić bez słodkiego smaku, bo cukier tak silnie uzależnia, że to cierpienie może objawiać się na wielu poziomach. Dlatego szukamy substancji zastępczych. To może być stewia (zioło), ksylitol lub erytrytol.  Musimy tylko pamiętać, że poliole to są silnie przetworzona substancje i nie można ich nadużywać. Dodatkowo ksylitol może powodować podrażnienia układu pokarmowego u wrażliwych osób. Stosujemy go zdecydowanie mniej i raczej przeznaczamy na „na czarną godzinę” albo na specjalne okazje. Po latach dbania o dietę mojego 12 letniego syna mogę z dumą stwierdzić, że dzisiaj nie ma on już tej niezdrowej potrzeby sięgania po słodycze. Zatem udało się doprowadzić jego organizm do takiego stanu, że zwiększona potrzeba słodkiego smaku wyciszyła się. Dietetycy chińskiej medycyny mówią, że to wynika z faktu, że ciało jest dobrze odżywione i we względnej harmonii. Nie ma szperania po szafkach w poszukiwaniu czegoś słodkiego. Większy wpływ na łaknienie słodyczy ma u niego element społeczny, zatem kiedy przebywa z kolegami, którzy jedzą słodkości, ta ochota się pojawia. Nie jest to już jednak potrzeba ciała. Jej źródło jest zupełnie inne.

A gdzie należy szukać ratunku? Jakie warzywa stosować, jakie zamienniki, żeby zachować proporcje smakowe i przede wszystkim, żeby wartości odżywcze się zgadzały?

W dobrze skomponowanym menu mamy dużo dobrych produktów, rzecz w tym by się przeorganizować i nauczyć inaczej z nich korzystać. Pamiętam swoje pierwsze kroki w kuchni „wykluczeniowej”. Kiedy dziewięć lat temu położyłam na stole marchewkę, seler, pietruszkę, buraka, kiszone ogórki i ziemniaki, nie potrafiłam z nich przyrządzić niczego poza zupą. Niczego co wydawało by mi się wówczas smaczne i przypominało smaki, które lubię.  Dzisiaj dokładam do nich jarmuż, odrobinę świeżego imbiru, kurkumy, czosnku, cebuli, robię z tego puree a la dalekowschodnie domowe curry, dodaję zmiksowane daktyle i robię gęsty aromatyczny sos. Zanurzony w nim jarmuż, za którym nie przepadam, z dobrej jakości grzybami (ekologicznymi pieczarkami, boczniakami czy shitake), z ciecierzycą, papryką, i garścią zielonej kolendry, smakuje wybornie! Dziś potrafię też przygotować wszystkie swojskie potrawy, za którymi w pierwszej chwili tęskniliśmy, według naszych nowych zasad, czyli bez glutenu, nabiału czy cukru: pierogi, naleśniki, pyzy, kluseczki leniwe, chleby bez glutenu… Ciekawe też ze potrzeba jedzenia takich dań z czasem się wyciszyła a nasze gusta zmieniły dość diametralnie.

Co do wartości odżywczych: białko jest w bardzo wielu produktach. Typowym produktem zastępczym dla mięsa są strączki. Mówi się, że przyswajalność białka z soczewicy jest na poziomie 84%, podobnie jak przyswajalność białka z wołowiny. Cenne są też węglowodany złożone, wszelkiego rodzaju kasze, ryże, w miejsce rafinowanych zbóż, białej pszennej mąki. Do tego oczywiście dużo zielonych warzyw, warzywa kapustne, dyniowate, korzeniowe, trochę owoców ale i stare dobre słowiańskie kiszonki. Czyli, okazuje się, że często zadawane pytanie: „co ty właściwie jesz skoro nie jesz mięsa, nabiału czy glutenu?”, jest dziś zupełnie bezzasadne. Ba! Okazuje się, że menu osób, które muszą wyeliminować z diety niektóre składniki, po zmianie zaczyna być znacznie bardziej różnorodne i odżywcze niż menu typowego obywatela. To jest dowód na to, że nasza współczesna dieta zachodnia bywa niezwykle uboga. Odkrywamy mnóstwo dań, wiele smacznych produktów, których nie jedliśmy dotąd na co dzień: ciecierzycy, wielu odmian fasoli (mun, adzuki), wielu warzyw. Nie chciało się nam gotować kaszy gryczanej, czy jaglanej. A najzdrowsze w naszym klimacie warzywa korzeniowe, kapustne czy dyniowate,  traktowaliśmy jako dodatek do zupy, który się zazwyczaj odsuwa na talerzu albo w ogóle po gotowaniu wyrzuca. To błąd!

To jest też przestawienie się z kanapkowego myślenia…

Zazwyczaj kiedy myślimy „kanapka”, to po pierwsze przychodzi nam do głowy jedyny słuszny zestaw: chleb, ser, wędlina, ewentualnie plaster ogórka lub pomidora. Jak mawia moja aktualna mentorka dietetyki medycyny chińskiej, człowiek to nie jest istota stworzona do życia „na suchej karmie”. Po drugie: żyjemy szybko, w nieustającym pędzie, nie mamy czasu na gotowanie. Szybka kromka chleba, popita herbatą, lub modniej, świeżo wyciśniętym sokiem z pomarańczy, to nasze codzienne menu połykane w biegu… To jest właśnie ten obszar, od którego można zacząć. I wcale nie trzeba w tym celu przewracać całego swojego życia do góry nogami. Dziś zrobiłam na śniadanie słodkie placuszki z mąką kokosową. Ich przygotowanie nie zajęło mi więcej niż 5 minut. Kwestia pomysłu i przestawienia myślenia. Kwestia motywacji. Świadomości. Wolnego wyboru, zamiast niewolniczego pędu. Czasem, by to się wszystko mogło wydarzyć, trzeba sobie zadać pytanie: czy jestem dla siebie wystarczająco ważna? Czy jestem w stanie o siebie zadbać? Bywa, że dochodzimy do takich refleksji dopiero w momencie, kiedy zaczynamy chorować. Warto pomyśleć o własnym dobrostanie nieco wcześniej.  W końcu: zawsze lepiej i łatwiej zapobiegać chorobom niż je leczyć.


Lifestyle

Pyszne przepisy na dania bez mięsa. Kto ma ochotę na gotowanie?

Redakcja
Redakcja
11 maja 2019
Iwona Zasuwa
 

Macie ochotę na ugotowanie czegoś pysznego, a jednocześnie zdrowego i bez mięsa? Podsuwamy wam przepisy Iwony Zasuwy z książki „Smakoterapia”.

Czytaliście już wywiad z Iwoną? Jeśli nie, musicie to koniecznie nadrobić.

Pyszne pyzy

Przypadkowo wymyślone „prawie polskie pyzy” z wegańskim wkładem zamiast mięsa podbiły serca (czy raczej podniebienia) domowników Iwony Zasuwy, a ich fotografie skusiły potencjalnych kolejnych pożeraczy moich kluseczkowych eksperymentów. Rzeczywiście, są znakomite, miękkie, rozpływają się w ustach. Z aromatycznym wyrazistym farszem z soczewicy, suszonych pomidorów i czosnku.

 

Komplet przyjemnych obiadowych doznań!

Składniki :

• ziemniaki wysokoskrobiowe . . . . . . . . . . . . . . 1,5 kg

• skrobia ziemniaczana

• soczewica czerwona, sucha . . . . . . . . . . . . . . ¾ szklanki

• suszone pomidory 2 garści

• świeże zioła: oregano, majeranek

(do smaku)

• zielona pietruszka . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 1 garść

• cebula 2 szt.

• czosnek (opcjonalnie) . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 3 ząbki

• oliwa z oliwek extra vergine

• sól i pieprz (do smaku)

Wykonanie :

Ziemniaki ugotuj, ugnieć bardzo dokładnie na purée i ostudź. Zawartość garnka podziel na cztery części, wyjmij jedną ćwiartkę i wsyp w miejsce po niej skrobię ziemniaczaną. Wrzuć ziemniaki z powrotem, wymieszaj porządnie całość, przykryj i odstaw. Cebulę poszatkuj i podsmaż w niewielkiej ilości tłuszczu, dorzuć pomidory bardzo drobno posiekane lub ozdrobnione mikserem. Dodaj ugotowaną na sypko soczewicę, przyprawy i zioła, wymieszaj. Odparuj wodę, zdejmij z ognia i ostudź (masa powinna być sucha). Z ziemniaczanego ciasta oderwij mały kawałek, utocz kulkę, rozpłaszcz ją w dłoni na cienki placek (o grubość około 1 cm). Nałóż łyżeczką farsz i sklej boki, a następnie uformuj pyzę. Postępuj tak do wyczerpania składników. Gotowe kluchy wrzucaj partiami do dużej ilości osolonego wrzątku i gotuj, delikatnie mieszając drewnianą łyżką. Gdy wypłyną na powierzchnię, gotuj jeszcze 2–3 minuty na maleńkim ogniu. Podawaj od razu, ze świeżymi warzywami, okraszone niewielką ilością oliwy z oliwek i posypane zieleniną.

Cukinie nadziewane pysznościami

Składniki :

• cukinie okrągłe lub zwykłe, niewielkie 7 szt.

• cebula 2 szt.

• czosnek 3 ząbki

• orzechy włoskie, łuskane . . . . . . . . . . . . . . . . . 4 garści

• pestki dyni, łuskane . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 1 garść

• suszone pomidory w zalewie . . . . . . . . . . . . . 1 duża garść

• kocanka włoska lub rozmaryn, świeże kilka gałązek

• bazylia świeża . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . kilka gałązek

• pietruszka zielona . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . pół pęczka

• kolendra w proszku 1 łyżka

• chili w płatkach (do smaku)

• oliwa z oliwek

• sól i pieprz (do smaku)

Wykonanie :

Cukinie umyj, przekrój na połówki i i wydrąż. Miąższ z cukinii posiekaj. Orzechy i pestki dyni rozdrobnij za pomocą miksera lub maszynki do mielenia mięsa o bardzo drobnym sicie. Na patelni podgrzej oliwę z oliwek, wrzuć chili, mieloną kolendrę, posiekany ząbek czosnku, rozdrobnioną kocankę lub rozmaryn oraz pokrojoną drobno cebulę. Posyp solą i delikatnie podduś. Wrzuć miąższ cukinii, pokrojone drobno suszone pomidory i podsmaż. Kiedy cukinia będzie już miała dość, zdejmij z ognia patelnię, dodaj do warzyw zmielone orzechy i pestki oraz posiekaną zieloną pietruszkę. Dorzuć surowy czosnek, bazylię, sól i pieprz do smaku. Wydrążone cukinie ułóż w naczyniu do zapiekania (najlepiej szklanym), włóż do każdej z nich nadzienie łyżeczką i skrop oliwą z oliwek. Zapiekaj w piekarniku, w temperaturze 175°C „na oko”, do wybranej ulubionej twardości cukiniowej miseczki (może być lekko al dente), około 30 minut.

Przypominamy, pieczenie nasion jest dyskusyjne. Jeśli macie ochotę częściej serwować to danie, zamiast orzechów i pestek dyni, dodajcie do farszu kaszę jaglaną albo namoczone bezglutenowe płatki owsiane.


Lifestyle

„Nauczyłam się nie zakładać, że czegoś się nie da, że nie potrafię, bo tego się nigdy nie wie, dopóki nie spróbuje”

Agnieszka Żukowska
Agnieszka Żukowska
11 maja 2019
Fot. Patrycja Woy-Wojciechowska

Agata Bogusz, łodzianka. Ma na swoim koncie 11 rekordów Polski. Jest sędzią federacji AIDA (przyp. red. międzynarodowej federacji zrzeszającej nurków na wstrzymanym oddechu). Szkoli instruktorów, opracowuje standardy edukacji i bezpieczeństwa dla freediverów. Trenowała pod okiem legendy, 17-krotnego mistrza świata, Umberto Pelizzariego. Dziś, Agata wstrzymuje oddech na 6 minut, schodzi na głębokość 85m, a w 2020 będzie biła rekord świata w ramach „Projektu 100 m+” – chce osiągnąć rekordową głębokość 131 metrów w konkurencji zmienny balast. Będzie to najgłębsze na świecie nurkowanie kobiety w tej konkurencji oraz najgłębsze zanurzenie Polaka na zatrzymanym oddechu.

W wyjątkowej rozmowie, specjalnie dla portalu, Agata opowiada o swoich początkach, przygotowaniach do rekordu, poczuciu bezpieczeństwa i pracy zawodowej, w której wykorzystuje elementy freedivingu.

Kim chciałaś być, kiedy byłaś dzieckiem?

Odkrywcą i badaczem. Namiętnie czytałam przygody Tomka Wilmowskiego, jeździłam palcem po mapie, wertowałam przewodniki po świecie i przeglądałam stare książki polskich podróżników. Miałam też zeszyt, gdzie spisywałam morza, kontynenty, rzeki, góry i wulkany. Chciałam odkrywać nowe lądy, a najbardziej fascynowali mnie Indianie i dlatego bardzo chciałam pojechać do Ameryki Południowej.

Pojechałaś?

(śmiech) Jeszcze nie! Ale spędziłam dwa lata w Azji – na Bali i na Filipinach. Nigdy nie wierzyłam, że tam trafię, wtedy nie był to popularny kierunek. Ludzie tam nie jeździli. Włochy, Egipt, tak. Ale Indonezja?

Co poczułaś, jak się tam znalazłaś?

Radość i wdzięczność. Dotarło do mnie, że wszystko jest możliwe i że nie można zakładać, że czegoś się nie da. Przypomniało mi się wtedy, że kiedy byliśmy mali, ludzie mieli marzenia, ale one były tak nieosiągalne, że nikt nawet nie próbował ich realizować. I każdy był z tym pogodzony.

Każdy, oprócz Ciebie.

Do dziś nie lubię ograniczeń. Zawsze taka byłam.

I stąd ten freediving?

Bardzo możliwe. Zaczęło się, jak miałam 6 albo 7 lat. Wtedy wstrzymywanie oddechu dawało mi przewagę w wyścigach pływackich z kolegami. Byłam szybsza, bo nie musiałam wynurzać się na powierzchnię i tracić energii na zaczerpnięcie powietrza. Czułam, że mam „super moc”, bo mogę chwilę nie oddychać. Kompletnie nie wiedziałam, że tę zabawę nazywa się swobodnym nurkowaniem.

Arch. prywatne

Chłopcy się denerwowali?

Śmiali się, bo zakładałam nogę na nogę i udawałam, że mam ogon. Chciałam być syrenką, ale moje pływanie bardziej przypominało pełzanie robaka (śmiech).

A co na to Twoi rodzice?

Tata należał do klubu nurkowego. Co środę mieliśmy zajęcia na basenie, więc od dziecka widziałam ludzi pod wodą. Były to czasy, kiedy dostęp do sprzętu nurkowego był ograniczony, więc w ramach treningu, wszyscy pływali na wstrzymanym oddechu. Robiliśmy wyścigi z tatą i moim starszym bratem, Kacprem, kto głębiej zanurkuje. I wtedy po raz pierwszy poczułam frustrację, bo jako jedyna nie mogłam zejść na dno trzy i półmetrowego basenu. I nie wiedziałam dlaczego.

Teraz masz na swoim koncie 11 rekordów Polski, wytrzymujesz pod wodą 6 minut i schodzisz na głębokość 85 metrów… Jak to się stało?

Zakochałam się! (śmiech). Jak w filmie Wielki Błękit wszystko zaczęło się w Grecji… Miałam 16 lat i podczas wakacji z rodzicami tata postanowił zabrać mnie na zapoznawcze nurkowanie ze sprzętem, tak zwane – intro. Uczyłam się pod okiem przystojnego instruktora: Grek, wysoki, dobrze zbudowany, a do tego miał długie włosy i tak jak ja – słuchał metalu! Wstępne przeszkolenie trwało trzy minuty, bo okazało się, że szybko złapałam o co chodzi. Ruszyliśmy więc w morze. Po drodze w dół skończyło mi się powietrze w butli, a ponieważ bezdech był dla mnie czymś bardzo naturalnym, nie przejęłam się tym wcale. Instruktor podał mi swój automat i płynęliśmy spięci długą smyczą, co wydawało mi się wtedy bardzo romantyczne.

Kiedy w końcu zrzuciłaś sprzęt?

W 2008 roku. Już wtedy miałam uprawnienia Divemastera i trenowałam pod okiem rekordzisty Polski, Darka Wilamowskiego. W drugiej połowie roku pojechaliśmy z Darkiem do Dahab, w Egipcie. Tam poznałam jednego z najlepszych nurków na świecie, legendę nurkowania w jaskiniach – Krzysztofa Starnawskiego, polskiego himalaistę i podróżnika, który zaproponował mi współpracę przy „Projekcie 9000” i Bogusława Ogrodnika. W 2006 roku Ogrodnik wszedł na Mount Everest, tym samym znalazł się na wysokości 8848 metrów n.p.m., a teraz chciał zanurkować na głębokość 152 metrów. Dodane metry dają w sumie 9000, stąd nazwa projektu.

Arch. prywatne

Udało się?

Tak. Ogrodnik pobił rekord świata w tzw. deniwelacji, czyli różnicy wysokości między dwoma punktami na ziemi, a ja byłam szczęśliwa, że mogłam w tym uczestniczyć. Dodatkowo, zaprzyjaźniłam się z chłopakami z bazy, którzy trenowali swobodne nurkowanie. Ja uczyłam ich nurkowania ze sprzętem, a oni mnie freedivingu. Zdjęłam sprzęt i od razu zeszłam na 30 metrów, a jak się okazało, wtedy to był rekord Polski. I tak to się zaczęło.

Pamiętasz swoje pierwsze zawody?

W Dahab poznałam Czecha, Romana Ondruja, który zachwycony moimi osiągnięciami zaproponował, żebym przyjechała na basenowe zawody do Czech. Dla mnie to była abstrakcja! Jakie zawody? Tym bardziej, że nigdy wcześniej nie trenowałam freedivingu na basenie. Przyjechałam do Brna na cztery dni przed zawodami. Podczas prób wstrzymywałam oddech w bezruchu na 3 minuty, bez przygotowania. Myślałam wtedy, że skoro nie sprawia mi to trudności, to ciekawe, ile wytrzymam na zawodach. I stało się. Osiągnęłam 5:05, wynik zbliżony do rekordu Polski. Sędzia nie mógł w to uwierzyć!

A Ty?

To był mój moment mocy! Jeśli mogę wstrzymać oddech na 5 minut, to mogę wszystko. Wcześniej nie mogłam się wkręcić w żaden sport na dłużej, a lekcje WF-u omijałam szerokim łukiem. Dopiero nurkowanie ze sprzętem popchnęło mnie do regularnego ruchu, a takie osiągnięcie, w tak krótkim czasie, dało mi dużą satysfakcję. Tym bardziej, że był to czas, gdy zmagałam się ze zdrowiem – najpierw zespół jelita drażliwego, potem Hashimoto. A tu nagle freediving, który daje mi poczucie sprawczości, że moje ciało może dużo więcej, że nie jestem bezsilna. Dzięki temu, nauczyłam się nie zakładać, że czegoś się nie da, że nie potrafię, bo tego się nigdy nie wie, dopóki nie spróbuje… Nie wiedziałam, że mogę na tak długi czas wstrzymać oddech, a tu proszę, taka niespodzianka. (śmiech)

A propos niespodzianek, podobno w 2020 roku chcesz pobić rekord świata…

Mam taki pomysł, żeby spróbować swoich sił w dyscyplinie, którą się jeszcze nie zajmowałam. Chcę osiągnąć rekordową głębokość 131 metrów w konkurencji zmienny balast (przyp. red. zawodnik zanurza się z dodatkowym balastem, który zostawia na dole i powraca o własnych siłach korzystając z płetw i/lub liny) Będzie to najgłębsze na świecie nurkowanie kobiety w tej konkurencji oraz najgłębsze zanurzenie na zatrzymanym oddechu polskiego obywatela.

W wywiadzie z Dariuszem Wołowskim, Andrzej Bargiel powiedział, że uprawia sport dla przyjemności, a nie po to, żeby tworzyć historię. A u Ciebie, jak to jest?

Ważniejszy jest dla mnie trening i idący za tym progres. Przesuwanie granicy i fakt, że zawsze można kawałek dalej. A czy to jest oficjalne, czy nie, to dla mnie ma drugoplanowe znaczenie. Jakby tego rankingu nie było, też bym to robiła. To moja pasja. Nie miałam nigdy koncepcji bicia rekordu, ale znajomy uświadomił mi, że jest konkurencja, w której nigdy nie startowałam, a która fizycznie jest w moim zasięgu. Najpierw mnie ten pomysł bardzo zestresował, ale potem pomyślałam, że może czas na wisienkę na torcie mojego swobodnego nurkowania, a potem wykorzystanie tego doświadczenia w pracy zawodowej.

Czyli?

W coachingu, treningach mentalnych, pracy z ciałem i warsztatach rozwojowych – tym się zajmuję na co dzień. Jestem na ostatnim roku studiów na wydziale psychologii klinicznej i powoli wdrażam elementy treningu na wstrzymanym oddechu w pracy z klientami, m.in. biznesmenami i sportowcami. Freediving to praca nie tylko z ciałem, ale przede wszystkim z głową. Dlatego wierzę, że może pomóc zarówno w radzeniu sobie z presją osiągnięć, jak i we wspieraniu procesów psychoterapii.

Arch. prywatne

Ostatnio David Beckham próbował freedivingu i pomimo że nigdy wcześniej tego nie robił, wstrzymał oddech na 2 min. 40 s. To predyspozycje czy trening?

Ani jedno, ani drugie. Wynik Beckhama jest przeciętny (śmiech). Każdy dorosły człowiek, po krótkim przeszkoleniu, powinien bez problemu wstrzymać oddech na 2 – 4 minuty. Owszem, są predyspozycje, które to ułatwiają, ale nie są to tylko predyspozycje sportowe. Nie byłam pływakiem. Spędzałam czas w wodzie od dziecka, to prawda ale łowienie muszelek to nie sport… Wydaje mi się, że jak z każdą aktywnością fizyczną, twoje ciało może stwarzać możliwości, że będzie łatwiej albo trudniej, ale przez treningi można wypracować metodę i wyćwiczyć ciało na tyle, że dasz sobie świetnie radę. Istotna jest też część mentalna, bo przecież nurkując swobodnie nie oddychasz, a dla organizmu to „czerwona lampka”, że coś dzieje się nie tak. Trzeba umieć rozmawiać ze swoją głową i znaleźć złoty środek pomiędzy pełną relaksacją, a kontrolą. To trudne, ale jak już się uda, nie da się tego z niczym porównać!

Gdzie się można tego nauczyć?

Na Bali, razem ze mną!

Zamieniam się w słuch…

Podczas przygotowań do rekordu świata muszę mieć czas na odpoczynek. I tak, całkiem niedawno, razem z moimi przyjaciółkami wpadłyśmy na pomysł zorganizowania wyjazdu, na którym połączymy naukę swobodnego nurkowania z zajęciami jogi i pracą mentalną. I to wszystko w północno – wschodniej części Bali, z dala od turystycznego zgiełku, nad samym brzegiem oceanu.

Arch. prywatne

Dla kogo ten wyjazd?

Tylko dla kobiet (śmiech), przykro mi panowie! Zapraszam wszystkie kobiety, bez względu na umiejętności nurkowe, czy stopień zaawansowania wykonywanych asan. Głównym celem wyjazdu jest wyciszenie, bycie blisko z samą sobą, tu i teraz. Będziemy medytować, spacerować, nurkować, oddychać i wstrzymywać oddech, odwiedzać świątynie, podziwiać pola ryżowe i cieszyć się naturą. Razem z Emilią Iwaniuk, instruktorka jogi, certyfikowana masażystka Shiatsu i mistrzyni japońskiego łucznictwa Kyūdō, poprowadzimy warsztaty. Ja skupię się na pracy mentalnej: freedivingu oraz coachingu, a Emilia na jodze i pracy z oddechem. Wszystkie aktywności będą dostosowane do umiejętności uczestniczek. Nic na siłę, wszystko w harmonii z ciałem i umysłem… A dodatkowo, kto by nie chciał spędzić listopada w miejscu nazywanym „wyspą Bogów i szczęśliwych ludzi”?!

Mnie już zachęcać nie musisz.

W takim razie, do zobaczenia na Bali!

Szczegóły wyjazdu: http://www.freediveexperience.com/bali2019/


Zobacz także

6 warzyw, które mają więcej wartości ugotowane, niż surowe

I cholera! Nie ma zmiłuj! Niech boli! Bo tutaj chodzi o moje marzenia!

Szlaban na komputer – czy jest to właściwa metoda wychowawcza?