Lifestyle

Iwona Blecharczyk: „Podjęłam decyzję, której absolutnie nie żałuję i nigdy nie będę żałować”

Klaudia Kierzkowska
Klaudia Kierzkowska
15 listopada 2020
 

„Chciałam zrobić coś dla siebie, po swojemu, chyba tak naprawdę pierwszy raz w życiu. Zostałam kierowcą tira.” Drobna blondynka w szoferce 70 – metrowego tira, autorka książki „Trucking girl”, bohaterka programu telewizyjnego i polska barbie shero 2019 – Iwona Blecharczyk, wielu znana jako trucking girl – kobieta, która zrywa ze stereotypami i udowadnia, że jak się chce, to można osiągnąć wszystko.

 

  • Praca za biurkiem nie była moją życiową pasją, nie była moim powołaniem. Wtedy też postanowiłam, że muszę coś w swoim życiu zmienić – mówi Iwona Blecharczyk
  • Moja praca daje mi wszystko to o czym marzyłam – rozwijam się, pracuję, podróżuję i poznaję świat. Czego chcieć więcej?
  • W naszym kraju utarło się, że jak ktoś już pojedzie do Ameryki, tej krainy mlekiem i miodem płynącej, to już nigdy nie będzie chciał wrócić – to nieprawda

Klaudia Kierzkowska: Jest pani „zawodową kierowczynią w transporcie specjalistycznym wielkogabarytowym”. Łamie pani stereotypy i udowadnia, że kobieta może wszystko. Jak to się stało, że w pani życiu pojawiły się tiry?

Iwona Blecharczyk: Zawsze chciałam podróżować, zwiedzać świat. Kilkanaście lat temu byłam zakochana w chłopaku, który jeździł na busach. Na studiach, w weekendy, pomiędzy zajęciami zaczęłam jeździć z nim do Anglii. Nie ukrywam, było fajnie, te nietypowe podróże sprawiały mi wielką przyjemność.

Kiedy skończyłam studia zaczęłam pracować w szkole – z wykształcenia jestem nauczycielką. I co się okazało? Praca za biurkiem nie była moją życiową pasją, nie była moim powołaniem. Wtedy też postanowiłam, że muszę coś w swoim życiu zmienić.

Jak wspomniałam, kochałam podróże jednak wiadomo, podróżowanie jest bardzo kosztowne i zajmuje dużo czasu. Z jednej strony chciałam poznawać świat, a z drugiej chciałam coś w życiu osiągnąć na polu zawodowym – chciałam zbudować swoją ścieżkę kariery. Chciałam zrobić coś dla siebie, po swojemu, chyba tak naprawdę pierwszy raz w życiu. Zostałam kierowcą tira. Duże maszyny, ciężarówki, ciężarówki amerykańskie zawsze przykuwały moją uwagę, dlatego też pomyślałam – może warto spróbować?

Podjęłam decyzję, której absolutnie nie żałuję i nigdy nie będę żałować. Moja praca daje mi wszystko to o czym marzyłam – rozwijam się, pracuję, podróżuję i poznaję świat. Czego chcieć więcej?

Dlaczego akurat specjalistyczny transport wielkogabarytowy?

Przez lata rozbudowała się we mnie potrzeba podejmowania nowych wyzwań, rozwijania się i uczenia. Nie zapominajmy, na początku, przez pierwsze trzy lata pracowałam w takim zwykłym transporcie, jeździłam po Europie. Jeździłam ze standardową naczepą, plandekami, chłodnią i naczepą lotniczą – postanowiłam nauczyć się jak najwięcej, nie lubię stać w miejscu.

Znalazłam swoją pasję, dlatego też chciałam wiedzieć jak najwięcej o swoim zawodzie, chciałam rozwijać się w różnych kierunkach. Jednak nastał taki moment, w którym stwierdziłam, że w firmie, w której pracowałam, niczego więcej nie mogę się nauczyć, nic więcej nie mogę już osiągnąć. Wtedy też zaczęłam myśleć o zmianie miejsca pracy.

Myślałam o Skandynawii, choć decyzji do końca nie podjęłam. Jedno było pewne – wiedziałam, że potrzebuję nowego wyzwania, zmiany. Wtedy też dostałam propozycję pracy od firmy, w której de facto pracuję po dziś dzień – i były to właśnie gabaryty. Od samego początku czułam, że to jest właśnie to czego szukałam.

Jeździ pani głównie nocą, a za dnia – odsypia, a potem zwiedza świat?

Wszystko zależy od projektu i od tego, ile kursów do danego miejsca muszę wykonać, ile razy muszę dojechać. Czasami daną pracę wykonuje się w jedną noc, co jednak zdarza się stosunkowo rzadko, zazwyczaj jedna trasa zajmuje dwie, trzy noce.

W nocy pracuję, jeżdżę, zazwyczaj tak do godziny 4 lub 5 nad ranem. A potem śpię, od 4 do 6 godzin – 6 godzin to jednak już takie maximum. O dziwo tyle snu mi w zupełności wystarcza. Potem wstaję, przygotowuję jedzenie i rozpoczynam życie influencera – nagrywam firmy, robię zdjęcia. Następnie przychodzi noc i znowu jadę. Można powiedzieć, że prowadzę takie podwójne życie (śmiech). A w międzyczasie jeszcze załadunki i rozładunki oczywiście – w końcu taki jest cel mojej pracy.

Zwiedziła pani pół świata, które miejsce zapadło pani szczególnie w pamięć?

Lodowe szlaki w Kandzie – bez dwóch zdań.

Podróżowała pani po Kanadzie, Stanach Zjednoczonych, a teraz wróciła do Polski. To tęsknota za krajem i polskim chlebem?

Bardziej za smakiem rosołu niż chleba. (śmiech) Jestem wielką fanką rosołu mojej mamy. A tak zupełnie na poważnie, w Kanadzie miałam roczne pozwolenie na pracę, tak zwane pozwolenie otwarte, oznacza to, że można pracować w każdym zawodzie, w każdej firmie i u każdego pracodawcy.

Byłam pełnoprawnym, równowartościowym pracownikiem Kanady. Rok szybko minął, a kolejne pozwolenie na pracę, które jest już zdecydowanie dłuższe, musi niestety załatwiać firma. Firm, które uczestniczą w programie imigracyjnym jest naprawdę niewiele. W związku z tym, że to firma musi zająć się wszystkimi dokumentami, całą biurokracją, dosyć często zdarza się, że otrzymuje się już o wiele gorsze wynagrodzenie, a zmiana miejsca pracy wiąże się z kolejnym załatwianiem wielu formalności. Dlatego też jest się w pewnym sensie „niewolnikiem” danej firmy. Oczywiście można zmienić pracę, jednak jest już dużo trudniej.

Wyjechałam do Kanady bo chciałam poznać tamtejsze życie, tamtejszą kulturę, chciałam pozwiedzać. Nigdy nie planowałam zostać na stałe. W naszym kraju utarło się, że jak ktoś już pojedzie do Ameryki, tej krainy mlekiem i miodem płynącej, to już nigdy nie będzie chciał wrócić.

Owszem, dobrze zarabiałam, zwiedzałam, ale tu jest mój kraj. Zawsze powtarzam, że nie chciałam i nie chcę być imigrantką, dlatego wróciłam. Mam swój kraj, w którym wiadomo ostatnio dzieje się różnie, ale zawsze lepiej u siebie.

Pojechałam, zwiedziłam więcej, niż chciałam, więcej niż kiedykolwiek sobie wymarzyłam. Zobaczyłam lodowe szlaki i pola naftowe, których nawet nie miałam w planie. Wiedziałam, że takie są, ale nigdy mi nawet przez myśl nie przeszło, że mogłabym je zobaczyć. Ludzie oczywiście bardzo się dziwili, że wróciłam. Ci, którzy myślą stereotypowo, że z
Ameryki wraca się najwcześniej po 10 latach docinali mi, że sobie nie poradziłam. To oczywiście kłamstwo, bo poradziłam sobie świetnie.

Wydała pani książkę „Trucking girl – 70-metrową ciężarówką przez świat”, jak zrodził się pomysł na jej napisanie?

Pomysł tak naprawdę zrodził się już wiele lat temu. Na samym początku kiedy zaczęłam jeździć tirami, Eryk, postać która pojawia się w książce, powiedział mi „Iwona, rób sobie notatki. Kiedyś na ich podstawie napiszesz książkę. A po kilku latach nie będziesz pamiętała jak to było na samym początku.”

I rzeczywiście, z pierwszego roku mam kilka dzienników – każdy dzień opisany szczegółowo, kto co powiedział, co zrobił. Aczkolwiek tego dziennika jeszcze nie otwieram. Może kiedyś, nie wykluczam.

Temat książki gdzieś tam zawsze się pojawiał, jednak wszystko było na kiedyś, na później. Myślałam, że kiedyś, kiedy przestanę jeździć napiszę książkę. Jednak kiedy od Wydawnictwa Muza dostałam propozycję napisania książki stwierdziłam, że zawsze wszystko odkładam na później, a nie wiadomo czy to „ później” kiedyś nadejdzie. Dlatego też zaczęłam działać. Nie musiałam zastanawiać się, o czym ta książka miałaby być. Po prostu otworzyłam notatnik i zaczęłam pisać. Anegdoty same się sypały, zaczynałam pisać o jednym, a już w głowie miałam kolejny temat.

Niedawno na Discovery wystartował pani program „Przygody truckerki” – jakie to uczucie oglądać siebie w telewizji?

Może jestem dziwna, ale nie robi to na mnie jakiegoś większego wrażenia. Tak samo było w przypadku barbie shero. To oczywiście ogromny zaszczyt, wspaniałe uczucie, ale podchodzę do wszystkiego na spokojnie. Czekając w kolejce na stacji benzynowej na prysznic dostałam maila z informacją, że zostałam barbie shero. Był to pewnego rodzaju paradoks – barbie shero siedząca w takich niezbyt komfortowych warunkach czekająca na prysznic.

Ja cały czas żyję normalnie – pracuję, jeżdżę po nocach. Wszystkie dodatkowe projekty, dodatkowe programy robię w ciągu dnia, w swoim wolnym czasie, w czasie swojego odpoczynku. Owszem, odbieram różne nagrody, wyróżnienia, ale to moje podstawowe życie kierowcy zawodowego wcale się nie zmienia.

Myślę, że mogę nazwać się człowiekiem wielozadaniowym. Wykonam konkretne zadanie, odhaczam i dalej, dalej. Wydałam książkę nagrałam program, o czym kiedyś nawet nie śmiałam marzyć, jednaka te moje sukcesy nie zmieniły mnie i mojego życia. Myślę, że wszystko dotrze do mnie z opóźnieniem dopiero wtedy, gdy się zatrzymam i obejrzę za siebie.

Czyli nie czuje się pani „gwiazdą”?

Oj nie, absolutnie nie. Jestem w szoku, że ludzie zaczęli na mnie inaczej patrzeć, inaczej mnie postrzegać, inaczej traktować. Czasami sobie myślę „ O co wam chodzi”? Ja cały czas jestem tą samą Iwoną.” Staram się też nie myśleć o sobie jako o „gwieździe” by się nie zatrzymać, nie osiąść na laurach. Cały czas patrzę do przodu, nie odwracam się za siebie.

Gdzie widzi pani siebie za 10 lat?

Ojej, dziesięć lat to strasznie dużo. Logika podpowiada mi, że chyba nie powinnam już jeździć. Jednak wiadomo, czasy są bardzo niepewne i nigdy nie wiadomo jak nasze życie będzie wyglądać. Dlatego niczego nie wykluczam, czas pokaże.


Lifestyle

Joanna Chmura: „Pierścionki są fajne, żeby nie było, ale dużo fajniejsze są wolne, silne, mądre kobiety”

Gościnnie w Oh!me
Gościnnie w Oh!me
15 listopada 2020
 

Abstrahując od marki, sezonu i momentu w którym pojawiła się na rynku, to poruszyła w wielu z nas… coś. Mowa o reklamie Apartu.

Zanim do sedna, to wcześniej ukłon niski dla Klubu Komediowego, za wersję alternatywną reklamy. Szacun. Wracając jednak do istoty sprawy, myślę, że to co w nas poruszyła jest dużo ważniejsze od samej reklamy. Estetyka to kwestia gustu, więc nie będę się wypowiadać w tym temacie ale historia już nie.

Stare jak świat odkrycie psychologiczne jest takie, że porusza nas to, co dla nas aktualnie żywe i ważne. Ważne może być przez zaprzeczenie, czyli że się z czymś nie zgadzamy i jest nam to obce. Albo ważne przez potwierdzenie czyli, że właśnie to „całe nasze”. I ta reklama uderzyła w jakiś dzwon, który rok temu pewnie by milczał, ale teraz wydał mocny dźwięk. A dźwięk ubrał się w głos. I oto mamy dyskusję.

Część z nas oburzyła się na sposób przedstawienia kobiet. Część z nas na to, co firma uznała, że sprawia kobietom radość. Część z nas syczała na moment, w jakim wypuszczono te reklamę na rynek. To pokazuje, jak żywe są w nas aktualne trzy bitwy tej wielkiej wojny. Portret kobiecości w mediach, upraszczanie złożoności i brak wyczucia na aktualnie dziejące się sprawy – cytując za Klubem Komediowym – to trzy gównoburze, które rozpętały się jako efekt wypuszczenia reklamy do sieci.

Dla przypomnienia – to była jednak reklama, wiec z natury rzeczy ma budzić tęsknotę, na tyle wielką, że zakup tego czegoś daje nadzieję na jej ukojenie. Pytanie tylko za czym? A nawet nie za czym, tylko czy to naprawdę to, za czym teraz jako kobiety tęsknimy? Nie tylko lokalnie ale i globalnie? Oburzenie, które tak mocno wybrzmiały wzięło się być może z tego, że my właśnie próbujemy zawalczyć o pełnie swoich praw. O uznanie złożoności. O wolność wyboru. O nie traktowanie kobiet jako ozdób ani próżnych istot, zajmujących się jedynie własnym wyglądem i ciałem, do którego w sumie tez nam chce się odebrać prawa.

Ta reklama nie jest tu niczemu winna, winni jesteśmy my sami, bo po pierwsze my bierzemy udział w kreowaniu społecznego postrzegania kobiet, a po drugie nie w ten gwizdek idą teraz nasze głosy. Zostawmy więc w spokoju reklamę Apartu, a może nawet jej podziękujemy, bo przypomniała nam o tym, za czym tak naprawdę tęsknimy.

I to nie są pierścionki, naszyjniki, bransoletki. Tęsknimy za wolnością wyboru, swobodą wyglądu, czy porzuceniu paradygmatu o „byciu wiecznie uśmiechniętą i miłą”.

Bo my chcemy być fighterkami, jak Ania, która ciężką swoją pracą nie tylko została mistrzynią sportową ale staje się mistrzynią biznesu.

Chcemy być jak Gosia, która w niełatwym momencie dla aktora postanowiła poszukać innej pracy, udowadniając, że może, że potrafi, że to nie hańba zajmować się nieruchomościami. Bo my chcemy być jak Julia, która angażując się w akcje „Zabierz głos, bo go stracisz” Fundacji Batorego, przypominała nam o tym, że wybory są ważne. Chcemy właśnie to widzieć na ekranach. To w reklamach. To w życiu. Pierścionki też są fajne, żeby nie było, ale dużo fajniejsze są wolne, silne, mądre kobiety.

Joanna Chmura mówi o sobie „Jestem psychologiem. A to taki zawód, w któym ciągle się szuka. Na drodze poszukiwania rzetelnych metod pracy ze wstydem trafiłam kilka lat temu na Brené Brown autorkę „Darów niedoskonałości” i „Z wielką odwagą”, której wystąpienia na konferencjach TED sięgnęły już ponad 25 milionów odsłon. Najpierw to, o czym pisała i mówiła pomogło mi w moim prywatnym życiu a potem w 2014 wyjechałam do USA uczyć się pracy stworzonym przez nią modelem THE DARING WAY™ SHOW UP | BE SEEN | LIVE BRAVE™, żeby móc pracować skutecznie z nimi nad wstydem, odwagą i wrażliwością.

Zajrzyjcie na stronę Joanny: www.joannachmura.pl i na jej Facebooka.


Lifestyle

„Pobieram wymaz na tego pieprzonego koronawirusa i proszę, aby poczekali na dalsze decyzje”

Redakcja
Redakcja
14 listopada 2020
Newidzialny front
Female doctor preparing for operation in emergency room. She is wearing protective clothing.

– Jestem w środku tego piekła od początku – mówi Tomasz, lekarz, który od początku pandemii pracuje w szpitalu jednoimiennym. Kiedy tylko koronawirus dotarł do Polski, a pacjenci zaczęli trafiać do jego szpitala, zaczął pisać dziennik, z którego powstała książka „Niewidzialny front”.

 

Skierowania do szpitala są różne. W czasie pokoju zalewają nas przede wszystkim skierowania od lekarzy rodzinnych, często bzdurne, czasem napisane tak, że trudno odgadnąć, co autor miał na myśli. Na przykład drukowanie kilkunastu rozpoznań dziewięćdziesięciolatki z systemu komputerowego z dopiskiem „Cito!” bez jakiejkolwiek innej informacji.

Niektórzy lekarze znani nam z pieczątek na skierowaniach mają swoją renomę, a inni – antyrenomę. Są tacy, którzy rzadko kierują pacjentów do szpitala, zawsze z konkretnym problemem, i tacy, którzy odsyłają każdego z błahostką.

Jednakże przyjmując pacjenta, jesteśmy bogatsi o wiedzę na temat tego, co dany doktor podejrzewa lub co wybadał. W dobie COVID-u traci to na wartości, ponieważ pacjenci nie są badani. A czasami jest tak: „Pacjent wymaga hospitalizacji i nakłucia płynu mózgowo-rdzeniowego (PMR) z powodu podejrzenia neuroinfekcji” – specjalista chorób wewnętrznych.

Czytam skierowanie i nie wierzę, bo jest na nim adres naszego szpitala i oddziału zakaźnego – zapełnionego przecież przez dodatnich pacjentów z koronawirusem. Do każdej jednostki w województwie rozesłano rozporządzenia, gdzie kieruje się pacjentów z COVID-19 i żadnych innych przypadków.

Zbieram wywiad w okienku i dowiaduję się, że doktor z Gorczycy osobiście zbadał chorego i skierował tutaj.

– Proszę pana, ja oczywiście pana zbadam. Każdy przypadek neuroinfekcji wymaga hospitalizacji, czy to na oddziale zakaźnym, czy neurologicznym. Ale to jest szpital jednoimienny.

Tu leczymy zakażonych koronawirusem. Jeśli doktor podejrzewa neuroinfekcję, to powinien pana kierować na neurologię w Gorczycy. Jest tam też oddział buforowy, gdzie pacjenta się diagnozuje w oczekiwaniu na wynik testu na koronawirusa.

– Ale doktor powiedział, że tu wykonacie punkcję płynu mózgowo-rdzeniowego, bo macie oddział zakaźny. – Tak, tyle że to szpital do walki z pandemią, na oddziale zakaźnym od dawna nie ma miejsc. Nie wspominam, że po południu nie ma tam nawet zakaźnika (wciąż pracują tylko do 15.00). Zostaje personel pielęgniarski, lekarze są tylko pod telefonem, a w nagłej sytuacji z budynku obok może przyjść internista. Profil pacjentów zaś jest względnie lekki.

– A pan nie może wykonać tego badania? – pyta żona chorego.

– Na izbie zakaźnej nie możemy nawet krwi pobrać, a punkcję robiłem raz na studiach – odpowiadam zgodnie z prawdą. – Postaram się państwu pomóc, najpierw jednak muszę pana zbadać.

Na izbę wchodzi postawny, dobrze zbudowany młody mężczyzna, wyższy i znacznie szerszy w barkach od mnie. Idzie nieco chwiejnym krokiem, splątany. Logicznie odpowiada na pytania, ale gubi wątki i przyznaje, że nie pamięta i „mu się miesza”.

Żona mówi, że od czterech dni odczuwa on ból głowy z niewielkimi okresami osłabienia po lekach przeciwbólowych. Do bólu wkrótce dołączyła gorączka do czterdziestu stopni, zbijana Pyralginą. Od trzech dni wymioty po posiłku. Dzisiaj również wziął Pyralginę. Na izbie przyjęć temperatura ciała w normie, pacjent ma przyśpieszoną akcję serca, około stu dwudziestu uderzeń na minutę. Gdy wyciąga ręce przed siebie widoczne wyraźne drżenie dłoni, a w próbie palec–nos drżenie zamiarowe pod koniec ruchu. Objaw karkowy ujemny, brak sztywności karku. Zaostrzoną próbę Romberga* przerywam w obawie przed upadkiem pacjenta. Siła mięśniowa zachowana symetrycznie. Poza tym nie wybadałem niczego niepokojącego, w moim bardzo okrojonym neurologicznym badaniu brak innych nieprawidłowości.

Odruchów nie sprawdzę, bo nie mam młotka neurologicznego… Wypytuję o alkohol, zaprzeczają. Od trzech dni pacjent nie je, ponieważ wymiotuje. Może to z osłabienia? Ewidentnie ma drobne zaburzenia neurologiczne. Utwierdzam się w przekonaniu, że pacjenta nie można odesłać do domu. Pobieram wymaz na tego pieprzonego koronawirusa i proszę, aby poczekali na dalsze decyzje.

Dzwonię na neurologię, nie mają miejsc, ale dziś jest tam mój ulubiony neurolog doktor Łyko. Nie dość, że niesamowicie rzetelny i sympatyczny, to jeszcze zawsze chętny do podzielenia się wiedzą z młodszym kolegą. Opowiadam mu o pacjencie i mówię, że chciałbym go wysłać na SOR. Proszę o ocenę neurologiczną, jednocześnie ubolewając nad brakiem miejsc na oddziale.

– Za chwilę będę mieć miejsce – przerywa mi. – Przekazałem pacjenta do innego szpitala, sala kończy się dekontaminować. Trzeba pacjenta zdiagnozować, zrobić TK głowy i punkcję. Niech doktor położy go na SOR-ze, żeby wykluczyć jakieś pilne rzeczy w głowie, a ja go potem przyjmę.

Kładę pacjenta na SOR, tam lekarz co prawda nie wybadał zaburzeń neurologicznych, ale cóż, i dla mnie były one subtelne i wątpliwe. Wykonano mu tomografię oraz nakłucie PMR i przyjęto go na obserwację na oddział neu- rologiczny.

Może ma COVID i gorączka oraz wymioty tak go osłabiły? – zastanawiam się. Przy koronawirusie dużo osób zgłasza silny i trwający wiele dni ból głowy. Dzwonię do doktora z neurologii dopytać o pacjenta. Zauważył opisywane przeze mnie drżenia, ale reszta rzeczy nie zwróciła jego uwagi.

– Takie drżenia mogą mieć różne przyczyny, płyn mózgowo-rdzeniowy był klarowny i czysty, więc zapalenie bakteryjne raczej odpada. Zobaczymy, co wyjdzie w badaniach.

– Dziękuję za pomoc, doktorze. Staram się nie przyjmować nikogo niepotrzebnie, ale w tym chłopaku coś mi się bardzo nie podoba. A może zbytnio się zasugerowałem skierowaniem? – rozważam. Nie lubię zawracać głowy bez powodu.

– Zawsze lepiej jest przyjąć i przebadać, choćby niepotrzebnie, niż pominąć coś ważnego. Bardzo dobrze doktor zrobił – uspokaja mnie.

Dalej myślę o tym pacjencie. Nikt nie lubi się mylić, ja szczególnie. Jedyna sytuacja, kiedy sprawia mi to przyjemność, to gdy moja pomyłka stanowi dobrą wiadomość dla pacjenta. Zapalenie opon mózgowych wymaga hospitalizacji i nie wyobrażam sobie odesłania pacjenta z takim podejrzeniem bez stuprocentowego przekonania, że zapalenia nie ma. Tu takiego przekonania nie miałem.

Jestem ciekaw, jak potoczyły się losy tego mężczyzny, więc na kolejnym dyżurze wracam do jego historii. Po otrzymaniu wszystkich wyników, w tym badania PMR, włączono do leczenia Heviran i rozpoznano wirusowe zapalenie opon mózgowych. Objawy bólowe i gorączka zaczęły stopniowo ustępować, stwierdzono niewielką sztywność karku. A jednak…

Nie znam lekarza, który skierował do nas pacjenta, ale mi zaimponował. Miałem jego sugestie na kartce, więc było mi łatwiej… Dobrze, że tego nie zbagatelizowaliśmy.

*Jest to modyfikacja próby Romberga ze stopami ustawionymi jedna za drugą i z rękami skrzyżowanymi na klatce piersiowej.

Fragment pochodzi z książki „Niewidzialny front” Tomasza Rezydenta, lekarza w trakcie specjalizacji z chorób wewnętrznych od marca br. zajmujący się leczeniem chorych zakażonych koronawirusem. Autor książki Niewidzialny Front, opisujący jak wygląda pandemia od środka systemu ochrony zdrowia.

Zapraszamy do polubienia i obserwowania strony autora!


Zobacz także

Złote myśli kobiety

Nienawidzę świąt, bo…

8 znaków, że małżeństwo nie przetrwa (zdaniem prawników rozwodowych)