Lifestyle

Hulaj szyjko, piekła nie ma!

Gościnnie w Oh!me
Gościnnie w Oh!me
29 listopada 2019
W gabinecie lekarskim ginekolog gwałcił swoje pacjentki. Już 20 zgłosiło się na policję
Fot. iStock/Nenov
 

„Cześć! Co słychać u twojej szyjki?”. Tak powinno brzmieć pytanie, gdy spotykamy się z naszymi koleżankami, przyjaciółkami lub kiedy dzwonimy do mamy. Zapytasz: Żartujesz? Otóż nie, nie żartuje!
To pytanie powinniśmy kierować same sobie, stojąc przed lustrem, gotowe do porannego makijażu. Bo na nic się zda ten nasz Insta make-up, jeśli w środku coś się w dobre namnaża, a nasze życie, O ZGROZO, wisi na włosku!

RAK SZYJKI MACICY zbiera co roku ogromne żniwa. Dzięki naszej niewiedzy, braku pieniędzy, czasu czy motywacji, podstępny Pan Szyjka całkiem pokaźnie się wzbogaca. Pojawiła się ostatnio w mediach społecznościowych kampania #easyhpvtest. Chwali się!

Kampania promowana jest przez znakomitości kina i nie tylko m.in. przez Sonię Bohosiewicz. Tyle tylko, że troszkę jakby wybrakowana ta kampania. Dlatego rozbiorę się do gaci i ją nieco uzupełnię o swoje własne case study. Bo to tak jakby walnąć w stół, a nożyce ani mru mru.

Otóż Droga Płci Piękna! Jestem w grupie zagrożenia, żadna mi tajemnica. Skoro znane aktorki przyznają się do raka odbytu, to tym bardziej rak szyjki nie powinien być tematem tabu. Mam już za sobą zabieg metodą Leep&Lletz usuwania komórek rakowych z szyjki macicy wykonany 5 lat temu. Wykonała go z mistrzowską precyzją jedna z najlepszych znanych mi ginekolożek w Warszawie – Pani Anna O. ze Szpitala na Solcu. Na wyniki histopatologii czekałam nie śpiąc po nocach. Entliczek, pentliczek, wyliczał Pan Szyjka. Na szczęście nie padło na mnie. Patrząc na statystyki, miałam sporo szczęścia. Palec wskazał na kogoś innego, niestety.

Na przykład moja mama takiego szczęścia nie miała, bo Pan Szyjka zaprosił ją do tańca śmierci, który trwał ponad 2 lata. Diagnozę usłyszała 5 lat temu. W tym samym czasie wojowałyśmy z Panem Szyjką. Dawano jej pół roku życia. Spieszę napisać, że mama żyje i ma się dobrze, natomiast inwazyjna chemia i zabiegi brachyterapii strasznie ją zniszczyły. W cieniu raka i z oddechem śmierci na plecach, przyjdzie jej żyć długo po tym. Mama więc bada się często, musi!

Wracając do kampanii #easyhpvtest, doszłam do wniosku, że tyle z niej dobrego, iż przypomniała mi, że na badania kontrolne już czas. Może więc przypomniała nie tylko mi. Znaczy, działa!

Udałam się do ginekologa. Dlaczego nie kupiłam polecanego w kampanii testu? Dlatego, że dzięki temu co przeszłam, posiadłam tą trudną i smutną wiedzę i zanim wydam, pomyślę. W moim przypadku, nie miałoby to sensu. W innych może zadziała.

Wiem, że wykrycie HPV u kobiety w moim wieku (38), to jak wykrycie, że mam erytrocyty. My, kobiety roczników 80-ych i 90-ych nie byłyśmy szczepione przeciwko HPV więc prawdopodobieństwo, że to nieszczęsne HPV mamy, jest naprawdę bardzo duże. Szczepionka dla przypomnienia, weszła na rynek polski w 2006 roku. A według danych WHO, na całym świecie wirusem HPV zakażonych jest ponad 40% kobiet w wieku 15–49 lat – PRAWIE CO DRUGA Z NAS!

A więc co robić? Posypią się UWAGI, ale nie te do dzienniczka.!UWAGA1 jak już się zrobiło #easyhpvtest i wyszło dodatnio należy jegomościa naznaczyć. Rodzajów wirusa jest ponad 200, ale nie wszystkie są tak samo groźne. Skoro co druga z nas z grupy 20+ jest posiadaczką HPV, jaki jest sens tylko go wykrywać, nie naznaczając? Trzeba iść  na całość.

Mało tego, że wirusa HPV należy naznaczyć, musimy też zrobić cytologię – ale! I tu UWAGA2  – nie mówimy tu o zwykłej cytologii. Jako nieprzyjemną ciekawostkę powiem Wam, że przed wykryciem u mnie komórek rakowych, wykonałam dwie zwykłe cytologie. Jedna wyszła bardzo źle – 4 w startej numeracji, a druga tuż przez zabiegiem niemal idealnie – 1 i nie wskazywała, że coś dzieje się na tak. Czułam się, jakbym odebrała nie swoje wyniki badań. Ponadto cytologia wykrywa tylko wczesne stadium raka szyjki macicy!

Dzięki wiedzy mojej przyjaciółki wykonałam kolejne badanie – !UWAGA3  – KOLPOSKOPIE Teraz pytanie: Czy któraś z Was wie co to takiego? Ręka w górę. Widzicie las rąk?

Kolposkopia z większą precyzją ocenia, czy na szyjce utworzyły się nowotworowe zmiany. Przebiegiem badanie nie różni się od cytologii, trwa jedynie o 5-10 minut dłużej i pozawala wykryć – PRZEDKLINICZNE POSTACI RAKA SZYJKI MACICY, w przeciwieństwie do cytologii, która jak widać MYDLI NAM OCZY! Badanie to wykonałam i na niedługo po nim miałam zabieg, o którym wspomniałam wyżej.

Albo też –  !UWAGA4 – możemy wykonać tzw. cytologię „płynną”, która wykrywa również zakażenia wywołane wirusem HPV i jest o wiele bardziej miarodajna niż zwykła, jak już pisałam, złudna i przebiegła cytologia.

A teraz czas na zatrważający rachunek:

  1. TEST HPV 37 – z genotypowaniem.
  2. Cytologia jednowarstwowa na podłożu płynnym/albo kolposkopia.

Razem w koszyku mamy ponad 800 zł! Trochę przeraża prawda?

Zapytam też, bo aż się ciśnie! Jaką część kosztów tych profilaktycznych badań dofinansowuje nasza wspaniała Polska – Kraj Dobrej Zmiany? Nazwijmy je profilaktycznymi, bo od lat wciska nam się kit, że zwykła cytologia robiona regularnie uchroni nas od raka szyjki macicy i jest świetną profilaktyką. G prawda! Płaci się kobietom 500+, by rozmnażały polski naród, a na profilaktykę raka szyjki – 0 zł. Pożal się Polsko! Znaczymy dla kraju mniej niż zero? Dlatego tylko nasza świadomość Drogie Kobiety i te dwa badania mogą nas przed spotkaniem z Panem Szyjką uchronić.

Zmierzając ku końcowi, czy przeciętnie zarabiającą kobietę stać na diagnostykę za ponad 800 zł od ręki? Bogu dzięki, mnie na to stać. Ale wiele kobiet, które mijamy na ulicy nie. Taka jest rzeczywistość. I nigdy nie pojmę, dlaczego świat skonstruowany jest tak, że jedne mają to szczęście, by się badać, a inne nie mają co do garnka włożyć i umierają!
ALE! Jest ALE. Są wśród nas kobiety, które nie zarabiają minimalnej krajowej, zarabiają lepiej. Z przyjemnością wydają pieniądze na inne rzeczy, jak: masaże, jogę, SPA, zabiegi z botoxem, podróże, cuda na kiju, po to by wyglądać młodo i seksownie. Kupują kolejną niepotrzebną torebkę lub parę butów, zamiast zadbać o swoje zdrowie! Tym kobietom już nie współczuję tak samo, jak tym, które muszą wybierać: czy wykarmić rodzinę, czy iść się przebadać. Jeśli już więc jesteś w gronie tych szczęśliwców, że możesz te dwa badania wykonać – ZRÓB TO i nie rób z siebie pustaka. A jeśli jesteś aż tak głupia, że nie chcesz zadbać o siebie to mam pomysł – idą święta! Podaruj oryginalny prezent innej kobiecie, tej mądrzejszej, niech będzie to pakiet badań profilaktycznych, albo #easyhpvtest! I choć taki prezent w wypada blado przy błyszczących bombkach, to dzięki temu, możesz ocalić czyjeś życie, skoro w poważaniu mam swoje własne. Bo inaczej, jak to się w Zamościu mawia: „Ch_j w bombki strzelił, choinki nie będzie!”.
Ja już taki prezent sobie zafundowałam. Bez okazji! Zamiast hulać na BLACK FRIDAY, kupiłam na wyprzedaży swoje życie i pohulam sobie jeszcze na tym świecie, w co wierzę. A więc, hulaj szyjko, piekła nie ma!


O autorce:

Karina Dziuba

Cześć kobiety! Po tej stronie Karina. Dużymi krokami zbliżam się do 40-tki. Czy to mnie przeraża? Absolutnie nie! Teraz dopiero otwiera się przede mną raj możliwości. Kiedy jako dojrzałe kobiety wiemy już czego chcemy, a właściwie czego nie chcemy, życie staje się łatwiejsze i pełniejsze. I tak, w wieku 37 lat wróciłam do pisania, dawniej popełniłam kilka opowiadań i wierszy, które z braku odwagi lądowały z szufladzie. Z wykształcenia jestem pedagogiem i prawnikiem. Togi nigdy nie założyłam, nauczycielką też nie zostałam. Spędziłam ponad 15 lat w warszawskich korporacjach, wszystko po to, by w końcu móc osiąść na swoim i robić to co kocham.

Jestem szczęśliwą narzeczoną Portugalczyka Jose (z polskiego Józek😊). Kiedy przychodzi weekend uciekam w swój świat i piszę. Najchętniej przy łagodnej muzyce filmowej Rachel Portman. Zdarza mi się również wyciągać pióro w podróży, szczególnie w samolocie. Nie ma miejsca z lepszym zasięgiem, aniżeli to w chmurach, kiedy telefon milczy, a my odzyskujemy dostęp do samych siebie.

Jak spora część z Was, oprócz narzeczonej, przyjaciółki, córki, pełnię też rolę najtrudniejszą – jestem mamą 12 letniego Marcela. Mamy za sobą bardzo długi, ponad 9 letni, burzliwy rozwód. Piszę ‘mamy’, bo rozwód, zawsze dotyczy dzieci i dotyka ich ze zdwojoną siłą. Tak więc i ja i mój syn, przeszliśmy długą, wyboistą drogę, co tylko umocniło naszą więź i nadało jej wyjątkowego wymiaru. Tymi doświadczeniami również chciałabym się z Wami dzielić na łamach OhMe.

Ale nie tylko. Chętnie piszę o relacjach damsko-męskich, a ta tematyka jak wiecie jest jak studnia, w której nigdy za dużo wody. Chwytam za pióro też w podróży, kiedy zmysły pobudzane są nowymi widokami, smakami i dźwiękami. Zatem DO ZOBACZENIA, DO ZACZYTANIA!

 

 

 

 


Lifestyle

Milczysz od pół roku. Jeśli mnie już nie kochasz, po prostu powiedz. Nic nie jest gorsze niż ta cisza i niepewność

Listy do redakcji
Listy do redakcji
30 listopada 2019
Rozstałam się z narzeczonym
fot. iStock/ SrdjanPav
 

Kochanie! To mój pierwszy list do Ciebie. Nigdy wcześniej ich nie pisałam, bo wydawało mi się, że o wiele łatwiej wszystko powiedzieć, niż napisać. Nigdy też właściwie nie czułam, że to jest potrzebne. Rozmawialiśmy właściwie zawsze, nie mieliśmy przed sobą tajemnic. Ale od kilku miesięcy jesteś kimś innym. Zmieniłeś się i przeraża mnie to, że już nic o tobie nie wiem. Bardzo się boję.

To zaczęło się tuż po naszym powrocie z urlopu, pół toku temu. Rozpakowywałeś walizkę i wysypały ci się z niej ubrania. Zakląłeś (głośniej niż zwykle) i zamknąłeś się w łazience na długi prysznic. Twoje rzeczy zostały na podłodze w sypialni. Pozbierałam je po cichu. Nie odpowiedziałeś, kiedy zapytałam „czy wszystko w porządku”. To nie byłeś ty. „”Ty” zażartowałbyś jak zawsze, a potem zaproponował kanapki na kolację. Z żółtym serem i pomidorem ze szczypiorkiem. Jak jeszcze poprzedniego wieczora.

Pomyślałam: jesteś zmęczony, podróż była długa, może zle się czujesz. Poszliśmy spać, bez słowa. Ale rano, przy śniadaniu, kiedy próbowałam cię pocałować, odsunąłeś mnie stanowczo. Jak nigdy przedtem. Zamarłam. Widziałeś to, zauważyłeś mój pytający wzrok. „Przepraszam” – rzuciłeś, chwyciłeś plecak z laptopem i wyszedłeś potykając się o niezawiązane sznurówki. Tego dnia wysłałam ci kilkanaście wiadomości. Odpowiedziałeś jednym SMS-em. „Wszystko w porządku, po prostu potrzebuję trochę spokoju”. Wieczorem wróciłeś pózniej niż zwykle. Rzuciłeś tylko, że nie będziesz jadł, że nie jesteś głodny. Pracowałeś trochę na komputerze, przejrzałeś nasze zdjęcia z wakacji. Spałam już, kiedy przyszedłeś do łóżka.

Bolało, bo nie rozumiałam. Ale wiem, że w związku potrzebna jest przestrzeń. A my przecież ciągle razem, od kilku miesięcy wspólne mieszkanie, od zawsze wspólne wakacje, znajomi. Może nagle uświadomiłeś sobie, że wszystko dzieje się za szybko? Postanowiłam odsunąć się na kilka dni. Świetnie ci to pasowało. A ja, coraz bardziej samotna, niepewna, smutna hodowałam sobie frustrację. Co się dzieje? – pytałam samą siebie. Kochanka?  Schizofrenia? Nieznane mi dotąd, twoje prawdziwe oblicze?

Skąd ta nagła obojętność, brak czułości, cisza? Czy to moja wina? Jeśli tak, czym cię uraziłam? Dlaczego o tym nie mówisz?

Po tygodniu nie wytrzymałam. Wstaliśmy jak zwykle, zaparzyłeś kawę i w kompletnej ciszy smarowałeś miodem grzanki. Łzy same napłynęły mi do oczu. Nie patrzyłeś, kiedy łamiącym się głosem błagałam, żebyś powiedział o co chodzi. Na odczepkę rzuciłeś coś w rodzaju „przesadzasz”.

Zaczęłam krzyczeć, wyszedłeś. Wróciłeś w nocy. Od tego czasu, żyjemy jak obce osoby pod jednym dachem. Ustalamy listę zakupów (najlepiej mailem )żeby tylko lodówka nie była pusta. W weekendy siedzisz w domu, ja spaceruję. Znajomym mówię, że masz dużo pracy, że jesteś chory, że odpoczywasz… Odpuściłam, bo każda próba rozmowy kończy się… niczym.

Na dłużej nie starczy mi już sił.  Minęło pół roku tego dziwnego milczenia. Kochanie, jesteśmy razem od trzech lat. Wydawało mi się, że cię znam. Ale znam cię innego: otwartego, czułego, kochającego. Znam cię jako przyjaciela, z którym rozmawiam o wszystkim. Który nie ma przede mną tajemnic.

Jesteś chory? Masz problemy w pracy? Przestałeś mnie kochać i nie masz odwagi by mi o tym powiedzieć? Proszę, nie zostawiaj mnie dłużej w tej niepewności. Chciałabym, by między nami było jak dawniej. Ale im dłużej będziesz milczał, tym bardziej będziemy się od siebie oddalać. Tak się nie da żyć. Tak się nie da kochać.


Lifestyle

Maciejewka – bieszczadzki wehikuł czasu

Gościnnie w Oh!me
Gościnnie w Oh!me
29 listopada 2019
Fot. Archiwum prywatne

Często marzymy o wehikule czasu, który przeniósłby nas do przeszłości, albo przyszłości, po to byśmy mogli zmienić bieg zdarzeń, lub co jawi się niezwykle kusząco, zobaczyć co nas czeka. Tymczasem tu, w Maciejewce czas się zatrzymał. Za to prężnie działa wehikuł Teraźniejszości, potęgi, o istnieniu której zapominamy w codziennym kołowrotku obowiązków, zmartwień, oczekiwań. Czas wydaje się w tym miejscu piorunująco zbędny. Przybywamy tu i dopada nas osłupienie. Stajemy na zielonej polanie, unosząc wzrok nad maciejewkowymi chatami jak sparaliżowani. Paraliżuje nas moc chwili, tak dogłębna, że krew w naszych żyłach zaczyna płynąć i w dół, i w górę, tańczyć i wibrować.

Przyjechałam tu z ogromnym bagażem negatywnych emocji, jakie były efektem ostatnich zdarzeń w moich życiu, a ból istnienia ściskał niczym gruby łańcuch moją wątrobę i żołądek. Pierwszego poranka obudziłam się rześka i jak nigdy żywa. Mgły wisiały nad przebudzającymi się ze snu wzgórzami, trawa i resztki letnich kwiatów zamarzły w bezruchu przykryte zlodowaciałą rosą. Stałam w milczeniu na chrupiącej mrozem trawie i usłyszałam piosenkę, śpiewaną przez ciężkie od szronu, opadające jak stal liście. Piosenkę tą nuciła jesień.

Kolejne dni minęły na bieszczadzkich szlakach w towarzystwie ciepłych i życzliwych ludzi, bo tylko tacy odwiedzają Maciejewkę. Emocjonalny ból zaczął odpuszczać, lęk zamienił się w błogość, a smutek w radość. Przyjemnie utknęłam w chwili tu i teraz.

Człowiek nie czuje się tutaj jak gość, który wynajmuje pokój, wpada na chwilę, aby odpocząć od miejskiego zgiełku. Czujemy się tutaj jak w domu, a pokusa pozostania na zawsze, prześladuje nas każdego wieczora, gdy ku końcowi zmierza kolejny dzień.

Gospodarze

Gospodarze to istoty anielskie – Maciej i Ewa, stworzeni do tego, aby przyjmować ludzi. Obydwoje inni – On wszechobecny gawędziarz, Ona – piękniejsza strona Maciejewki – ukrywa się w słodyczy deserów, jakie czaruje każdego dnia, niedopowiedziana i tajemnicza. Ewa rozmawia z nami z ukrycia, przemawia do naszego podniebienia, zaskakuje słodyczą, której składników nie jesteśmy w stanie odgadnąć. Pozostawia nas z tą tajemnicą, której Maciek, jak zły policjant, strzeże uważnie. Chciałoby się powiedzieć Anielewka, bo do stołu serwują anioły, a człowiek musi prosić sąsiada, by uszczypnął mocno, bo nie wiadomo czy to ziemia, czy już może niebo nas woła.

Tu i teraz

Magia Teraźniejszości jest tu tak wszechobecna, że jeśli ktoś przyjeżdża tu z zamiarem łączenia pracy z odpoczynkiem, bardzo szybko zdaje sobie sprawę, że telefon, zegarek i laptop to nie są przymioty tego miejsca i należy je natychmiast, bezwzględnie odłożyć. Nawet w tej chwili, gdy spisuję te słowa, mam poczucie winy, że hałasuję stukając o klawiaturę i staję się intruzem dla otaczającego mnie świata.

Tęsknota

Jeszcze tu będąc, od pierwszych dni, już się za tym miejscem tęskni. Nie trzeba zostawić go za plecami, by poczuć rozdzierającą tęsknotę, która pchnie nas do planowania kolejnych wizyt. Choć o przeszłości się tu zapomina, w znaczeniu psychologicznym czasu, niemniej w kwestii zaplanowania powrotu, przyszłość jawi się tu jak zbawienie. Drugiego dnia, jadąc na szlak, dopadła mnie myśl, aby przedłużyć ten słodki niebyt. Ubłagany Maciek poprzestawiał, przeplanował i udało nam się skraść jeszcze jedną dobę w kochanej Maciejewce, a nawet zaliczyć przeprowadzkę z pokoju do pokoju, dzięki czemu wiemy, że „Dziki bez” to nasz ulubiony kąt.

Fot. Archiwum prywatne

Maciejewkowe istnienia

Nic tu nie leży, nie stoi, nie wisi przypadkowo. Każdy przedmiot inspiruje, czaruje zmysły, napawa nostalgią. Drewno, z którego powstały Maciejewkowe chaty śpiewa nam do snu i skrzypi, budząc o poranku. Każdy gwóźdź dźwiga tutaj dzieła artystów. Nawet podajnik do papieru toaletowego to dzieło sztuki. Każdy jeden kamień, deska, mówią do nas „jestem”. Istnienia żadnej ruchomej, czy nieruchomej istoty tego miejsca nie jesteśmy w stanie przegapić.

Dzieje

Tu nic się nie dzieje przypadkiem. Przypadek, tak samo jak przeszłość i przyszłość nie mają tu racji bytu. Wczoraj złamało się drzewo. Ostatnie jesienne, mokre dni złamały jeden z leśnych bytów. Dzięki temu, od wczorajszego poranka jesteśmy obserwatorami iście ujmującej ceremonii pogrzebu lasu, gdzie Matka Natura pokazuje nam kto tu rządzi. Wierzę, że żywot tego drzewa, wyda ostatnie tchnienie w kominku, otulając maciejewkowych gości ciepłem.

Pomimo, że Ewa i Maciej przybyli tu kilka lat temu z głośnego, wilgotnego i mglistego Londynu, przywieźli tu harmonię, a na łąkach zasiali spokój. Poranki, wieczory, noce i dnie zlewają się tu w jeden wymiar – wszechobecne Teraz. Stojąc na tarasie chaty, czy w ciemności, czy za dnia, spokój nie zmienia kolorów i dźwięków, po prostu jest w nas, ten sam, stabilny i niezakłócony.

Okolice

Ścieżki Maciejewki zaprowadzą nas nie tylko na malownicze bieszczadzkie szlaki takie jak Mała Rawka, Jeziorka Duszatyńskie, czy Połonina Wietlińska, ale i do Kuźni Skarbów, a tam poczujemy się jak kowale własnego losu. Okaże się, że stal nie jest wcale taka sztywna, ale giętka i elastyczna. Tak jak z naszymi marzeniami, gdy któreś zakwitnie w naszej głowie, wydaje się początkowo twarde i zimne, trudne do zrealizowania. Może tak jak w tej Kuźni, należy się w marzeniu zakochać, otoczyć ciepłem i nadać kształt. Okazuje się bowiem, że to co zimne i twarde można przekuć wedle naszej wyobraźni. Kochajmy się więc w naszych marzeniach z dziecięcym entuzjazmem.

Fot. Archiwum prywatne

Spa

Nie tylko kulinarne i emocjonalne Spa nas tutaj czeka. Maciejewka ma swoich terapeutów.

Pan Tadeusz – dusiciel stóp, a i czasem duszy, odnajdzie na naszych stopach każdą ścieżkę, jaką przeszliśmy i każdą emocję, która obciąża naszą wątrobę. Nic się przed nim nie ukryje. Za to po tym bolesnym i uzdrawiającym duszeniu, człowiek może w końcu powiedzieć, że stanął na własne nogi.

Wesoła i ciepła duchem Magda przyjedzie ukoić nasze plecy i ściągnie z nich ciężar codzienności. Można położyć się przy samym kominku, nasłuchując śpiewu lasu, wydobywającego się z objętego ogniem drzewa, oddając się jednocześnie kojącym magdalenkowym dłoniom.

Ach, nie mogę pominąć psich terapeutów Maciejewki – Albert i Misiek, którzy jak wisienka na torcie dopełniają całości i idealnie dekorują otoczenie chat. Kiedy podjechaliśmy po raz pierwszy pod Maciejewkę, siedzieli obok siebie pod drzewem, jak wieloletni towarzysze, dzielący ten sam, szczęśliwy los. Po mieszczańsku można nazwać to dogoterapią, jak zwał tak zwał, liczy się jedno – uśmiech, jaki wywołują na twarzy. Kochają igraszki na trawie, czasem groźnie, ale pieszczotliwie zarazem złapią za ramię. Można stracić czapkę, czy kanapkę, jaką spakowaliśmy do plecaka na drogę. Warto zapłacić każdą cenę za chwile beztroski i zanurzyć się w ich gęstej sierści.

Przy stole

Stół w Maciejewce jest pomostem łączącym wszystkich, którzy wracają ze szlaków, tych którzy otworzyli drzwi chaty po raz pierwszy i rekordzistów, wracających tutaj po raz ósmy.  Ciepło kominka otwiera duszę, smaki kolacji uwrażliwiają zmysły, a Maciej otwiera nasze buzie, nie tylko do jedzenia, ale i do mówienia. Jak komuś się poszczęści, może natrafić tak jak my, na bratnie dusze i pierwszy wieczór w Maciejewce spędzić na długiej wieczornej pogawędce.

Nie ma tu stolików z numerkami, dwu czy czteroosobowych. I całe szczęście! Wystarczy, że na ulicach miast, klatkach schodowych, w sklepach mijamy się bez słowa, jak mrówki w mrowisku, w pędzie i chaosie. Im bardziej wypełniona chata tym lepiej, bo przy śniadaniu poczuć można ciepłe ramię sąsiada.

Do zobaczenia

Dzisiaj ostatni wieczór w Maciejewce. Już planujący kolejny pobyt umysł szepcze pocieszająco, że jeden z wielu tych ostatnich. Za chwilę przyjadą nowi goście i nie byłabym człowiekiem, gdybym nie przyznała się do gorzkiej zazdrości, jaka ogarnęła mnie na myśl, że komuś muszę odstąpić ukochany skrawek maciejewkowej chaty.

Zabieramy ze sobą zegar tu i teraz, bez wskazówek, godzin, bez minut i wyruszam do domu.

Do zobaczenia Bieszczady! Do zobaczenia Maciejewko!

Fot. Archiwum prywatne

O Autorce:

Karina Dziuba

Cześć kobiety! Po tej stronie Karina. Dużymi krokami zbliżam się do 40-tki. Czy to mnie przeraża? Absolutnie nie! Teraz dopiero otwiera się przede mną raj możliwości. Kiedy jako dojrzałe kobiety wiemy już czego chcemy, a właściwie czego nie chcemy, życie staje się łatwiejsze i pełniejsze. I tak, w wieku 37 lat wróciłam do pisania, dawniej popełniłam kilka opowiadań i wierszy, które z braku odwagi lądowały z szufladzie. Z wykształcenia jestem pedagogiem i prawnikiem. Togi nigdy nie założyłam, nauczycielką też nie zostałam. Spędziłam ponad 15 lat w warszawskich korporacjach, wszystko po to, by w końcu móc osiąść na swoim i robić to co kocham.

Jestem szczęśliwą narzeczoną Portugalczyka Jose (z polskiego Józek😊). Kiedy przychodzi weekend uciekam w swój świat i piszę. Najchętniej przy łagodnej muzyce filmowej Rachel Portman. Zdarza mi się również wyciągać pióro w podróży, szczególnie w samolocie. Nie ma miejsca z lepszym zasięgiem, aniżeli to w chmurach, kiedy telefon milczy, a my odzyskujemy dostęp do samych siebie.

Jak spora część z Was, oprócz narzeczonej, przyjaciółki, córki, pełnię też rolę najtrudniejszą – jestem mamą 12 letniego Marcela. Mamy za sobą bardzo długi, ponad 9 letni, burzliwy rozwód. Piszę ‘mamy’, bo rozwód, zawsze dotyczy dzieci i dotyka ich ze zdwojoną siłą. Tak więc i ja i mój syn, przeszliśmy długą, wyboistą drogę, co tylko umocniło naszą więź i nadało jej wyjątkowego wymiaru. Tymi doświadczeniami również chciałabym się z Wami dzielić na łamach OhMe.

Ale nie tylko. Chętnie piszę o relacjach damsko-męskich, a ta tematyka jak wiecie jest jak studnia, w której nigdy za dużo wody. Chwytam za pióro też w podróży, kiedy zmysły pobudzane są nowymi widokami, smakami i dźwiękami. Zatem DO ZOBACZENIA, DO ZACZYTANIA!


Zobacz także

Przestańcie mi życzyć męża i dzieci. Mam 40 lat, jestem sama i naprawdę mi z tym dobrze!

Ćwiczenia na piłce – mięśnie pośladków, grzbietu i tylnej części ud

No diamonds today, czyli jak się dałam złapać na „Żony Hollywood”