Lifestyle

Grzybki, podchody i dwa ognie… a jednak przeżyliśmy. 10 symboli naszego dzieciństwa

Żaklina Kańczucka
Żaklina Kańczucka
23 kwietnia 2016
Fot. Pixabay / InspiredImages / CC0 Public Domain
 

Komuna silnie kojarzy się nam z Jaruzelskim, kilometrowymi kolejkami do sklepów w których królowały puste półki. Chleb, ocet i papier toaletowy, tego nigdy nie brakowało. Z sentymentem cofamy się myślami 20, 30 lat wstecz by zobaczyć siebie w dzieciństwie. Co jeszcze pamiętacie? Guma Donald i Turbo, Pewexy, wszechobecne maluchy i duże Fiaty na polskich drogach, o tak.

Młodzi nie znajo!

My, pokolenie lat 70` i 80` tych mieliśmy ciekawe zajęcia. Działo się, bo inwencja twórcza była wręcz niewyczerpalna. Szybka zbiórka pod osiedlowym trzepakiem i się zaczynało. Aż miło wspomnieć strzelanki z patyków, akrobacje na trzepaku (że nikt się nie bał tak fikać!), przeskakiwanie przez piłkę odbijaną od ściany bloku. I nie tylko!

Oto gry które my, dzieci komuny, z sentymentem wspominamy:

GRZYBKI

Fot. Flickr / Ian D. Keating / CC BY

Fot. Flickr / Ian D. Keating / CC BY

Rysowano nożem grzybki na ziemi. Grzybków musiało być dużo i były łączone liniami które prowadziły po kolei do ostatniego grzybka. Zabawa polegała na rzucaniu nożami tak, aby ostrze wbijało się w pole każdego grzybka. Kto pierwszy miał farta i trafiał w grzybki, docierając do ostatniego z nich, wygrywał rundę. Kto nie trafiał, oddawał kolejkę. Zabawę powtarzało się wielokrotnie aż do znudzenia, urozmaicając teren rozgrywki o miejsca, w które nóż było trudno wbić. Czasem ostrza trafiając na kamień pękały (to chyba obecnie nazywa się “level hard” w grze, prawda?).

KAPSLE 

Fot. Pixabay / goranmx / CC0 Public Domain

Fot. Pixabay / goranmx / CC0 Public Domain

Gra była fantazyjna,  a same kapsle nie byle jakie. Najczęściej po napojach wyskokowych, zapychane były plasteliną i kamieniami/monetami aby były cięższe i lepiej było zrobić nimi ruch, przy którym trzeba było się czasem położyć na ziemi. Zasady były proste, polegały na ściganiu się zawodników pstrykających na zmianę swoje kapsle, na torze wytyczanym patykiem lub kredą na chodniku lub piaskownicy. Zwyciężał ten, kto pierwszy swoimi kapslami pokonał tor przeszkód na wyznaczonej trasie. Wypadnięcie kapsla poza wyznaczoną trasę oznaczało cofnięcie ruchu. 

PODCHODY 

Fot. Pixabay / EME / CC0 Public Domain

Fot. Pixabay / EME / CC0 Public Domain

Klasyka z gier rywalizujących ze sobą grup dzieciaków. Bardzo popularna polegająca na wyłonieniu dwóch drużyn – jedna uciekała po lesie wcześniej, zostawiając na drzewach, drodze wydrapane lub narysowane strzały, które wskazywały miejsce ukrycia pierwszej grupy. Dopuszczalne były zmyłki, czyli zostawianie śladów kierujących grupę pościgową na fałszywy trop. Gra była genialna, uczyła logicznego myślenia, spostrzegawczości, ostrzyła ząbki rywalizacji oraz uczyła współpracy. Zwinności także, wielu z nas właziło na drzewa, im wyżej tym lepiej, by tylko podejrzeć czy uciekinierów nie widać. Niemądre? Tylko trochę, nawet jak trzasnęła gałąź a i tak czasem bywało, to powrót do domu z siniakami był powodem do przechwałek i dumy, a nie zgłaszania rodziców do opieki społecznej za brak należytej opieki nad dziećmi.

 

BITWY NA „SPLÓWKI”

Fot. Pixabay / Kapa86 / CC0 Public Domain

Fot. Pixabay / Kapa86 / CC0 Public Domain

Najczęściej dzielono się na drużyny i organizowano zbiorowe bitwy na „splówki”, gdy samotne spluwanie było ciut nudnawe. Kto chciał zagrać musiał mieć albo szklaną rurkę, albo sztywną łodygę rośliny która była pusta w środku, wkładało się kulki z ołowiu plasteliny lub ryż i wdmuchując powietrze w rurkę, opluwało się przeciwnika. Wygrywał ten, kto  więcej napluł. 

CHOWANY 

Fot. Pixabay / Unsplash / CC0 Public Domain

Fot. Pixabay / Unsplash / CC0 Public Domain

Przed długi czas to była bardzo popularna gra podwórkowa. Osoba tzw. „kryjący” za pomocą specjalnej odliczanki „Pałka, zapałka, dwa kije, kto się nie schowa ten kryje”, odmierzał czas na ukrycie się pozostałych graczy. Następnie odliczał do stu, wydawał okrzyk “szukam” i w jak najkrótszym czasie starał się znaleźć kryjówki towarzyszy. Musiał tego dokonać, zanim kumple dobiegną do miejsca „zaklepywań”. Okrzyk ” Raz, dwa, trzy za siebie” oznaczał ze kryjący poległ. Jeśli ktoś miał dość wiecznego szukania i chciał skończyć zabawę, krzyczał „Pomylone gary” i wracał do domu.

DWA OGNIE 

Inaczej „zbijak”, znana nie tylko na podwórkach ale i lekcjach W-F. Z chętnych wybierano dwóch zawodników, stających na przeciwko siebie. Między nimi dowolna ilość graczy miała za zadanie unikać “ogni” czyli piłki ciskanej przez zbijających. Kto oberwał niefortunnie, musiał skończyć grę. Jeśli piłka została złapana przez zawodnika, gracze zamieniali się rolami.  

ŚLEPIEC

Niegdyś place zabaw tętniły szalonym życiem. Na obowiązkowo stojących na środku placu „drabinkach” znakomicie się bawiono.
Należało wejść na drabinkę i wybrana osoba nazywana ślepcem musiała chodzić po konstrukcji z zamkniętymi oczami. Jej zadaniem było złapanie złapanie kogoś i odgadnięcie kto to jest. Jeśli się powiodło to ta osoba przejmowała rolę ślepca. Ślepiec mógł w każdej chwili zawołać „Ziemia!” i natychmiast otworzyć oczy. Jeśli ktoś akurat grał nieczysto i schodził z drabinki, np. uciekając przed ślepcem to wtedy też zamieniano się rolami.

„SYF” 

To dość specyficzna odmiana”berka” praktykowana w szkołach. Gracze jednak zamiast biegając dotykać się dłońmi i krzycząc berek, tym samym przekazując konieczność pogoni za ofiarą kolejnej osobie, używali akcesoriów. Mianowicie brudnej ścierki, którą osoba zwana „syfem” miała za zadanie rzucić celnie w ofiarę, która przejmowała jej rolę. Gra najczęściej kończyła się, gdy woźna zabierała główną atrakcję , czyli ścierkę.

GUMA 

Fot. Pixabay / imordaf / CC0 Public Domain

Fot. Pixabay / imordaf / CC0 Public Domain

Ulubiona zabawa rzeszy dziewczynek. Gdy nie było do dyspozycji „profesjonalnych” gum do skakania, wyciągało się gumy z pasa różnych ubrań i wiązało się ich końce. Następnie dwie osoby stawały naprzeciw siebie napinając gumę, a jedna – czasem więcej – wykonywały akrobacje na wysokości kostek, łydek, kolan, ud, półdupków, pasa a nawet pach. Wygrywała osoba, która wykonała akrobacje nie dotykając gumy. Jeśli ktoś “skusił” odpadał z gry i zastępował osobę na drugim końcu gumy, zamieniając się rolami. Jeśli nie było towarzystwa do zabawy, gumę zahaczało się o dwa krzesła i można było skakać.

CHŁOPEK 

Gra lubiana przez dziewczynki, polegała na skakaniu po narysowanym na asfalcie „chłopku” i przechodzeniu kolejnych etapów. Dodatkowo trzeba było celnie rzucać kamykiem w odpowiednie pola figury. Najtrudniejszą ewolucją na “chłopku” był obrót w podskoku na jego “głowie”.

 


Lifestyle

„Rusz się, zacznij działać, chcesz iść na dno?!”. Ewa Woydyłło o tym jak wyjść z życiowego kryzysu

Katarzyna Troszczyńska
Katarzyna Troszczyńska
23 kwietnia 2016
Fot. iStock/coloroftime
 

„A co pani taka zasępiona?”, „A co to za mina, no na miłość boską, przecież wciąż pani żyje?” żartowała czasem Ewa Woydyłło, gdy spotykałyśmy się na wywiad. Silna, optymistyczna, mocna.  „Nie mamy wpływu na innych, ale na siebie tak. Na zdarzenia nie zawsze, ale na nasze emocje owszem. Twój wybór – chcesz siedzieć z założonymi rękami, czy zawalczyć. Nie oglądaj się na innych, pomyśl co możesz zrobić, by za rok być w innym punkcie życia” powtarzała i powtarza.  Sobie i innym kobietom.

Katarzyna Troszczyńska: Słowo „kryzys” budzi w Pani lęk czy moc?

Ewa Woydyłło: Oj, ja codziennie przeżywam małe kryzysy i nieustannie się z nich podnoszę.  Poważniejszych też miałam w życiu kilka.

Ale kryzys nie budzi mojego lęku. Kryzys to załamanie, zatrzymanie. Po to, żeby zebrać siły, rozejrzeć się. To niebezpieczeństwo, zagrożenie, ale takie, które da się pokonać.  Czasem jest to wymuszona zmiana w związku z jakimiś nieoczekiwanymi, zaskakującymi okolicznościami.

Dużo zgłasza się do Pani kobiet w kryzysie?

Większość.  Choć psychoterapia jest coraz powszechniejsza, to ludzie wciąż traktują ją jako ratunek w sytuacji zagrożenia, a nie część samorozwoju. Może byłoby lepiej, gdyby ktoś chciał sobie pomóc wcześniej. Zwracał się do psychologa, gdy jeszcze może o czymś decydować sam, przez to zapobiec  trudnej sytuacji. Mniej byłoby błędów, pomyłek, które w efekcie czasem prowadzą do spiętrzenia czyli właśnie kryzysu.

Ale najczęściej pomocy szukamy, gdy jesteśmy już w ślepym zaułku i widzimy tylko ciemność.

Wcześniej zgłaszać się do psychologa to znaczy kiedy? Gdy jest dobrze? Może Pani podać jakiś przykład?

Choćby  przykład z dziś. Dostałam maila od kobiety, która kiedyś brała udział w moich warsztatach. Teraz pisze, że jest zakochana w dwóch mężczyznach. I opowiada mi od słowa do słowa o jednym i drugim. Prosi też bardzo o spotkanie, bo musi zdecydować z którym z nich chce być. Panowie dowiedzieli się o sobie i teraz wymagają deklaracji ostatecznej. A ona w tym rozkroku, rozdarciu funkcjonuje już jakiś czas. Dlaczego wcześniej nie reagowała? Przecież dorosły człowiek może przewidzieć, że z życia w trójkącie prędzej czy później na pewno wynikną kłopoty. Doprowadziła do sytuacji, w której ktoś z zewnątrz chce zadecydować o zmianie. To ją stresuje, pozbawia sił, niepokoi. Ten przykład mówi, że czekamy dotąd, kiedy wydaje nam się, że sobie radzimy. Chociaż de facto brniemy ku przepaści.

Albo inny przykład z dzisiejszego dnia. Pani przyjeżdża do mnie z innego miasta, ma 32– letniego syna, który z niczym nie może sobie poradzić, zawala kolejne prace, robi długi. I ta mama nie ma już siły.  A przecież facet ma  32 lata co znaczy, że co najmniej od nastu lat ona musi być świadkiem tego jego nieogarnięcia. Dlaczego reaguje dopiero teraz? Nie wtedy, gdy to się zaczynało, nie wtedy, gdy miała pierwsze niepokojące sygnały, on miał problemy w szkole, potem wagarował. Pomocy zaczęła szukać dopiero wtedy, gdy już nie miała siły, pieniędzy, możliwości. Zrobiła się za słaba. Doszła do ściany, bo zmusiły ją do tego okoliczności. Kryzys tnie wynika z tego, że wczoraj się coś stało tylko przez ileś lat młody mężczyzna żerował na bezradności matki. Kto tak naprawdę ponosi odpowiedzialność za sytuację? Może ona jest tak w tak strasznej sytuacji teraz na własne życzenie?

To pokazuje, że niektóre kryzysy narastają latami, to proces, a nie wybuch. Przeważnie przez długi czas zdarzają się sytuacje, które potęgują zagrożenie. Choć, oczywiście, zdarzają się kryzysy wynikające z gwałtownej traumy.

Czyli często sami jesteśmy sobie winni, bo zamiatamy problemy pod dywan?

Można to tak nazwać, ale po co? To jest oskarżające. Zamiatam czyli nie chcę się konfrontować, jestem słaba, ukrywam coś przed sobą, oszukuję się. Ileż tu i obwiniania się. Ja bym raczej powiedziała, że długo się łudzimy, że problem sam minie albo w jakimś momencie coś nas olśni i jakoś sobie poradzimy. Czyli to nie jest tak, że zamykam oczy i nie chce tego widzieć. Myślę raczej: „dam radę”. Co więcej zwykle taka osoba ma wiele sytuacji z przeszłości, o których może powiedzieć: „Nie rozwiązywałam tego, a problem minął”. Czyli trzyma się swoich doświadczeń z przeszłości i to też ją stopuje w rozwoju.

Czasem sprawy rzeczywiście się rozwiązują….

Albo coś przestaje nas obchodzić. Albo sprawy przyjmują inny obrót i nie dochodzi do załamania. Weźmy na przykład młodzieńcze problemy. Grozi mi poprawka, martwię się, przejmuję, ale nic nie robię, nie konfrontuję się z tym. I co się dzieje? Nauczyciel sam przychodzi i daje mi szansę jedną, drugą. I nawet jak wciąż średnio umiem, nauczyciel mówi: dobra, zaliczę. Czyli uczę się, że może to był kryzys, może to był problem, ale się rozwiązał. Takie jedno czy drugie zdarzenie powoduje, że przy następnej trudnej sytuacji mamy tendencję, by przyjąć podobną strategię: „ufam, że mi się jakoś poukłada”.

Znam historie kobiet, które latami są samodzielne i silne, znoszą wszystko, a potem nagle nie mogą wstać z łóżka.

Tak dzieje się wtedy, gdy cały system fizjologiczno– psychologiczny człowieka zostaje zużyty. Wtedy rzeczywiście mamy do czynienia z kryzysem polegającym na niemożności funkcjonowania. Nazywamy to często wypaleniem i nadajemy temu zawodowy kontekst. Ale wypalenie nie musi być z powodu pracy tylko na przykład z powodu wypełniania roli życiowej. To może być również skutek znoszonych latami krzywd. Taka osoba zbiera, zbiera i zbiera te negatywne uczucia jak do worka. Wrzuca tam upokorzenie, przykrość, poczucie winy i wstydu. Worek robi się w końcu ciężki i ona nie daje rady dalej iść.

Włączają się mechanizmy obronne organizmu, które wrzeszczą: alarm, alarm, nie widzisz? Coś się dzieje! Najczęściej brak sił, by wstać z łóżka jest skutkiem bagatelizowania mniejszych symptomów– somatycznych bólów brzucha, kręgosłupa gdzie najczęściej umiejscawia się nasz stres, nie zwracania uwagi na drżenie rąk czy przyspieszone bicie serca. Oj, przecież jest tabletka na uspokojenie, melisa jest i w ogóle to nie ma co się nad sobą użalać. A nie chodzi o to, żeby się użalać tylko siebie słuchać. Choćby swojego ciała, które mówi tak wiele.

Ale jak mamy działać wcześniej. Od razu biec do psychologa?

Nie, można choćby iść do mamy i powiedzieć: „okazało się, że przesadziłam, zabrałam się za budowę domu, remont, doktorat, urodziłam bliźniaki, w dodatku mam męża, który kompletnie mi nie pomaga. Zupełnie nie wiem co robić”. Wtedy taka rodzina się zbiera i wymyśla plan działania. Ktoś pomoże w opiece nad dziećmi, ktoś w remoncie, ktoś pożyczy pieniądze.

Bardzo to idealistyczne. A co gdy matka sama potrzebuje nieustannego wsparcia albo mówi: „Weź się w garść, nie masz najgorzej, niektóre w ogóle nie mają mężów”?

No tak. Pewnie. Może też powiedzieć: a mówiłam ci, a uprzedzałam. Tylko, że mamy nie tylko matkę. Może jest inna bliska osoba w rodzinie, której możemy zaufać. A może przyjaciółka? Rodzeństwo? Każdy z nas ma na pewno jedną  osobę przed którą może się otworzyć.

My zwykle nie chcemy się otwierać, boimy się krytyki, osądzenia…

I w ten sposób dążymy do zniszczenia. A przecież mamy w zanadrzu profesjonalnych coachów, psychologów, terapeutów, którzy są wyszkoleni w tym, żeby ratować, pomagać, wyciągać rękę.

To jest normalne, że nie mamy na wszystko odpowiedzi. W przechodzeniu kryzysu  łatwiej sięgnąć do doświadczenia. Zresztą nie o samo doświadczenie chodzi, ale też o to jakie wnioski umiemy wyciągać czyli na jakim poziomie jest nasza refleksyjność.

To, że człowiek potknie się na nierównym chodniku i złamie nogę, to jest doświadczenie, ale bardzo wiele osób jak już im zdejmą gips, wychodzi z domu i idzie tą samą drogą. I znowu się potyka. Czyli samo doświadczenie nie musi nas uczyć, uczą nas dopiero wnioski wyciągane z doświadczenia.

Czasem przyjmujemy postawę: „dlaczego ja?”, „co jeszcze”.

W zeszłym roku na Kongresie Kobiet gościem honorowym była Otylia Jędrzejczak. Powiedziała fajną rzecz. Że dzięki swoim różnym doświadczeniom nauczyła się, że porażka czyli kryzys to jest przystanek na drodze do rozwiązania, sukcesu. Zatrzymujesz się, żeby zastanowić się, odpocząć. W chińskim alfabecie ten sam znak oznacza dwa słowa:  kryzys i szansa.

Czyli kryzys jest jednocześnie szansą, bo wymusza zmianę. Można się załamać, a można z niego wyjść. Wyjście z niego jest wzbogaceniem się, nabyciem umiejętności, które później pomagają nam w życiu.

Od czego to zależy jak sobie dajemy radę? Jedni chowają się pod kołdrę, drudzy przystępują do działania?

To jest jak ze znajomością języka obcego. Niektórzy się nauczyli, inni nie choć chodzili na te same lekcje. Jeden pisze z błędami ortograficznymi, drugi ich nie robi. To jak ze wszystkim w życiu. Jedni się lepiej uczą, drudzy gorzej. W jakimś sensie mamy więc mniejsze lub większe predyspozycje do radzenia sobie z problemami. W psychologii jest nawet nowy termin, który to określa: „sprężystość emocjonalna”. To jest zdolność do odradzania się. To tak jakbyśmy rzucali o podłogę piłkę– jedna odbije się wysoko, druga, mniej sprężysta ledwo. Sprężystość to jest coś co pozwala odbić się.

Dlatego właśnie jest tak, że jedni narzekają, marudzą, cierpią, obwiniają się, uciekają w używki, a niektórzy zakasują rękawy i działają.

Niezbyt to optymistyczne dla urodzonych marudów.

Ależ dlaczego? Mimo, że odporność to cecha wrodzona można ją wyćwiczyć. Osoba delikatna psychicznie nie stanie się taranem, ale może sobie radzić. Dlatego tak ważne jest wychowywanie dzieci. Żeby w bezpiecznych warunkach, dziecko doświadczało frustracji i rozczarowania.

Oj,  ciężko to robić współczesnym matkom.

Tak, ale jeśli będziemy chronić, spełniać oczekiwania dzieci, ich zachcianki to  dziecko nie nauczy się odporności. A kryzys wywołuje frustrację naturalnie, bo ja tego nie chcę co się dzieje, to mnie przeraża, boli. Jeżeli chcemy dziecko przygotować do życia musimy pozwalać mu się smucić, nie nadskakiwać, nie wyprzedzać żądań, rozczarowywać czasem.

Jeszcze niedawno wydawało się, że podstawowym warunkiem budowania poczucia bezpieczeństwa jest absolutne dotrzymywanie obietnic. Okazuje się, że nie do końca.  Mądrzy wychowawcy mówią: no bywa, że obiecujemy, że pójdziemy do kina, a potem wracamy z pracy i jesteśmy tak wykończeni, że nie mamy na nic siły. Albo nagle się okazało, że mamy jakieś kolejne zadanie do wykonania i nie ma mowy o żadnym kinie. Wtedy po prostu wystarczy powiedzieć: Syneczku, przepraszam, pójdziemy innym razem, zdarzyła się nieoczekiwana rzecz, jeśli mogę to jakoś ci to teraz wynagrodzę, ale muszę odwołać to kino.

Już słyszę: „Ale obiecałaś”.

Ja wiem, rozumiem, ale są sytuacje, których nie możemy zaplanować. Ważna jest rozmowa, wytłumaczenie. Dziecko, które doznało takiej frustracji za ileś lat, jako dorosły człowiek, nie wpadnie w panikę, gdy szef odwoła go z urlopu.

To ważna lekcja – ludzie czasem zawodzą. Nie zawsze jest jak chcemy. Są okoliczności zewnętrzne na które nie mam wpływu.

To dzieci. A my, dorosłe kobiety?

Wspaniale, to łatwiej. Dziecko wielu rzeczy nie rozumie, kieruje się impulsem. Ma prawo do spontanicznych reakcji, żalu, pretensji. A dorosła osoba, która kieruje się odruchem nie jest dorosła psychicznie. Dorosłość polega na rozumieniu, że nie dostajemy wszystkiego czego chcemy, że można włożyć  nawet w coś ogromny wysiłek, a to się nie powiedzie tak jak człowiek zaplanował.

Trafiają do mnie nieszczęśliwe kobiety po rozstaniu. Nie potrafią odpuścić, bo skupiają się na tym, ile same w związek włożyły. „Jak on mógł? Poświęciłam mu 20 lat życia, urodziłam dzieci”. No mógł, kobieto. Idź do przodu, bo tylko sama się blokujesz. Tak samo w pracy. „Jak oni mogli mnie zwolnić, poświęciłam 10 lat, pracowałam po godzinach, w weekendy”. Mogli. Taki jest ten świat. Popłacz chwilę i szukaj rozwiązania. To nie jest dramat. To nawet nie jest dowód, że nie ma miłości czy uczciwych szefów. Są. Ale tylko jak weźmiesz się w garść – będziesz mogła się o tym przekonać. Zawsze mówię: możesz przeżyć życie na fotelu pasażera pozwalając sobą kierować, a możesz sam być kierowcą.

Ludzie rozczarowują, nie odwzajemniają uczuć, nagle zawodzą, choć wydawało się, że to niemożliwe. Pytanie: „Dlaczego? Co się stało?” jest w jakimś sensu bez sensu, bo co to zmieni? Zresztą my nigdy nie poznamy do końca pobudek drugiej strony, lepiej więc skupić się na pytaniu: „Co mogę teraz zrobić, żeby się uratować? Jakie jest rozwiązaniem”. Zajmujemy się działaniem, które ma zmniejszyć negatywne skutki kryzysu. Po co się tak dziwić?

Czyli?

Porównajmy to do powodzi – zalewa nam dom. Siedzi pani i patrzy jak zalewa wszystko czy próbuje jednak coś ratować? Tak samo jest w życiu. Okazuje się, że on mnie zdradził. W porządku, to już było. Co mogę zrobić. Gdzie się przenieść, jak zawalczyć o pieniądze, jakie wsparcie psychologiczne sobie zapewnić. Siedzenie i mówienie sobie, że to koniec świata po prostu w niczym nie pomoże. Tak się idzie na dno. To jest kwestia wybrania strategii. Na sam kryzys czasem nie mamy wpływu– ale już na postępowanie tak.

Musimy się przygotować, że kryzysy będą. Mogą być małe. Spóźnienie na samolot, zgubienie paszportu, ale nawet wtedy ważna jest szybkość reakcji, zachowanie zimnej krwi.

„Nie dam rady” mówi jakaś Ona w panice. A pani odpowiada….

A ja mówię: po pierwsze oddychaj. Wdech wydech. Uspokój ciało. Natychmiast. Potem pytam: czy kiedykolwiek byłaś chora? No byłam. Czy cierpiałaś z miłości? No tak. Miałaś problemy w pracy? Tak. Wyszłaś z tego? Minęło? Tak. Ale to nie minie, jest inne. A przypomnij sobie tamte uczucia. Bolało wtedy? I ona mówi, że bardzo. Przypomina sobie sytuacje jak leżała na kanapie i nie miała siły nawet oddychać, jak chciała, żeby świat się skończył, chciała uciec. Przypomniała sobie ucisk w żołądku i straszne poranki. A obchodzi cię tamta sprawa? No co za pytanie, to już dawno minęło. To uwierz, to też minie.

Potem proszę, żeby przypomniała sobie, jak musiała z wielu rzeczy zrezygnować, ile razy odczuwała rozczarowanie. Przegadujemy te emocje. W ten sposób łatwiej jest choć trochę patrzeć na wszystko trzeźwiej.  Każdy kryzysy przeżywa tylko my ich potem nie pamiętamy. Żaden kryzys nie trwa wieczność.

Nawet jeśli dzieje się niewyobrażalna tragedia, której do tej pory nie doświadczyliśmy możemy sięgnąć po techniki radzenia sobie,  z których korzystałyśmy kiedyś. możemy też szukać ludzi, którzy przeżywali podobne rzeczy i z ich doświadczenia czerpać.

Jakie to mogą być techniki?

Pacjentka opowiada mi, że gdy rzucił ją chłopak trzy miesiące leżała na kanapie. Mówi: teraz czuję tę samą bezradność, boję się, że znów tak będzie. Nie chcę tego bólu. Ejże, ejże, no ale kiedyś wstałaś z tej kanapy. Co się takiego zadziało? Zdecydowałaś się wyjechać ze znajomymi, zapisałaś na siłownię, poszłaś na kurs samoobrony? Zaczęłaś wychodzić do ludzi? Jakie strategie pomogły ci wtedy? Może którąś możesz wykorzystać teraz. Może tamte trzy miesiące na kanapie lepiej było wykorzystać na fitness i angielski. Wtedy nie wyszło, ale teraz jesteś w podobnym momencie życia i możesz wyciągnąć wnioski z przeszłości.

Naprawdę wszyscy wychodzą z kryzysu. Jeśli tylko dają sobie szansę. Możemy żyć lepiej albo gorzej, ale jeśli wciąż żyjesz to znaczy, że go pokonałaś. Daj sobie tylko pomóc, otwórz się, wyciągnij rękę do kogoś. Tylko ty możesz to zrobić.

Ewa Woydyłło doktor psychologii i terapii uzależnień, autorka licznych książek, m.in. Wybieram wolność, czyli rzecz o wyzwalaniu się z uzależnień, Zaproszenie do życia, Sekrety kobiet, Rak duszy. W Polsce spopularyzowała leczenie oparte na modelu Minnesota, który bazuje na filozofii Anonimowych Alkoholików. Otrzymała medal św. Jerzego za osiągnięcia w dziedzinie terapii i profilaktyki uzależnień, a za pracę z uzależnionymi w więzieniach odznaczenie Ministra Sprawiedliwości.


Lifestyle

„Nie chciałam jego picia, rodzinnej fikcji. Odeszłam. Po latach przyszła nagroda”. Historia samotnej matki

Listy do redakcji
Listy do redakcji
23 kwietnia 2016
Fot. Unsplash/Sarah Greybeal / CCO

Jakiś czas temu na swoim blogu mamajojo.blog.pl, zamieściłam pewien wpis. Wpis, który w wielkim skrócie opowiada blaski i cienie mojego samotnego macierzyństwa. Jeden z komentarzy pod nim głosił, iż mam się „nie gloryfikować bo to żadne halo”.

A ja „….pisząc ten post nie oczekiwałam żadnych gloryfikacji i braw, bo nie czuję się bohaterką i nie czuję abym dokonała rzeczy niemożliwych. Moja w skrócie opisana historia ma pokazać, że macierzyństwo samotnej matki jest inne niż macierzyństwo partnerskie. Ale ma dać kobietom nadzieję, że samej też da się radę, można wszystko ogarnąć i ułożyć. Wystarczy chcieć i pokonać lęk. Tysiące kobiet żyje obok nas w toksycznych i chorych związkach latami, z alkoholem, dziwkami i kolejnymi kochankami, pięściami i innymi rzeczami w tle, tylko dlatego, że uważają, iż dla dobra dzieci lepiej zostać niż zrobić krok na przód i odejść…. Ja się na takie życie nie godziłam i takiego życia nie chciałam. Z drugiej strony chciałam pokazać, że jesteśmy takimi samymi matkami/kobietami jak każda i tak samo mamy prawo do szczęścia i życia, mimo nieudanego startu…

Myślę, iż ten wpis może być fajną odpowiedzią na akcję „Pokonałam kryzys. Ty też możesz.” Jeśli moja historia da siłę i odwagę choć jednej kobiecie i jeśli choć jedna kobieta dzięki temu podejmie walkę z przeciwnościami losu – będzie to dla mnie najpiękniejsza gloryfikacja mojej historii.

 Nie-samotne życie samotnej matki czyli rzecz o tym jak to jest naprawdę i czy samotna matka faktycznie samotną jest. O sile i życiu od środka. O tym czego nie widać i nie czuć, o niemym krzyku, którego nie słychać….O losie, który się odwraca….

 Bliski memu sercu i duszy jest temat matek, które z różnych życiowych powód i w różnych okolicznościach przyrody zostały same ze swoimi pociechami. Bo uwierzcie mi, że nie jest to łatwy kawałek chleba, ma swoje blaski i cienie, zresztą jak wszystko. Rola matki i wychowanie dziecka na uczciwego i porządnego człowieka nie jest sprawą łatwą, a co dopiero jak robi się to w pojedynkę, bez pomocnej dłoni obok, bez wsparcia, zdanej tylko na swoje siły i mądrości.

Od zawsze raziło mnie i denerwowało określenie „samotnej”. Mocno przeciw niemu się buntowałam i broniłam, iż sama nie znaczy samotna. Pewnie był to mój sposób wyparcia z siebie
i otoczenia stanu mojej duszy i zaprzeczanie temu, jak jest naprawdę. A z drugiej strony nie byłam sama, bo miałam Jaja i na niego mogłam skierować wszelkie pokłady mojej miłości i energii. Wiadomo jednak, że każdy z nas ma w sobie potrzeby spełniania się w wielu rolach społecznych, nie tylko w roli matki, roli pracownika, córki czy innej, ale także w tej jednej z ważniejszych życiowych ról dla kobiety tj. roli partnerki, kochanki, żony.

Zostałam samotną matką w wieku 25 lat

Z siedmiomiesięcznym synkiem, leżącym wówczas w szpitalu i czekającym na zabieg chirurgiczny. Zostałam samotną matką z dnia na dzień ze świadomością, że na początku następnego miesiąca zostanie mi wypłacony ostatni zasiłek dla bezrobotnych, a potem pusty portfel. Marzenie o powrocie na studia magisterskie właśnie rąbnęło o asfalt, zresztą podobnie jak wszelkie inne. Nie miałam wcześniej ustalonego planu B i gotowego scenariuszu podanego na tacy jak mam dalej żyć. Jednak muszę zaznaczyć, iż była to moja w pełni świadoma decyzja, od której zresztą Pan ówczesny mąż mnie za mocno nie odciągał.

Miałam dosyć udawania, że żyję, że jesteśmy rodziną, której nigdy nie było. Miałam dosyć kłamstw, bólu, nic nie robienia, alkoholu i imprez, innych wielu spraw i ludzi, którzy zawsze byli na pierwszym miejscu i ważniejsi niż my. Miałam dosyć bycia samej w związku z człowiekiem, z którym od dawna nic mnie nie łączyło. Chciałam godnego i spokojnego lepszego życia dla siebie i Jaja.

Chciałam czegoś więcej, chciałam się w końcu podnieść z poziomu zero, do którego pociągnął mnie Pan. Wiedziałam, że sama będę w stanie zapewnić dziecku lepsze i szczęśliwsze dzieciństwo. Głównie czyste i wolne od awantur, kłótni, pretensji, alkoholu, kochanek itp. itd. Robiłam to wszystko z myślą o nim, o lepszym i spokojniejszym jutrze dla niego. Jednak wieczorami gdy tuliłam go  w ramionach, całowałam po czółku i wsłuchiwałam się w jego spokojny oddech i patrzałam na jego piękną i delikatna buźkę – przepraszałam go za taki stan rzeczy…..

Dziecko potrzebuje wychować się w pełnej rodzinie, potrzebuje i taty i mamy…

Ale potrzebuje też spokoju i miłości, szczęścia, a przede wszystkim bezwarunkowej miłości i oddania płynącego prosto z serca, takiego szczerego i naturalnego. Potrzebuje taty, prawdziwego z krwi i kości, takiego co to jest i oddaje nam swój czas i siebie, takiego pisanego przez duże TTTTT…. Jednak nic na siłę i za wszelką cenę. Ja na tamten moment nie mogłam zapewnić mojemu dziecku takiego życia i takiego domu, a równocześnie na skutek wielu innych sytuacji życiowych, podjęłam decyzję, że zostaniemy we dwoje.

Byłam w komfortowej sytuacji. Miałam rodziców, na których mogłam polegać i którzy mogli i chcieli nam pomóc. Wielka pięść mego taty walnęła w stół, w konsekwencji czego złożyłam dokumenty na studia zaoczne i po dwóch latach szczęśliwie obroniłam tytuł magistra wydziału Prawa i Administracji. Wszystko po to by 3,5 roku później zasiąść ponownie w ławie szkolnej na Studiach Podyplomowych, które również bez problemów skończyłam.

Zdjęłam obrączkę ślubną, która bardzo mocno mnie uwierała w palec i złożyłam papiery w sądzie. Pan bardzo bał się, bym nie orzekała o winie, oczywiście Jego winie :). A ja chciałam mieć go szybko z głowy i jak najszybciej zatrzasnąć za nim drzwi swego życia. Rozwód dostałam bez problemu na pierwszej 30 minutowej rozprawie….. Jajo miał równo rok i 22 dni….. Zostaliśmy sami, a ja po bardzo długim czasie w końcu mogłam spokojnie oddychać i zacząć żyć. Tak normalnie żyć, bez tłamszenia, strachu, awantur. Mogłam żyć swoim i Jaja życiem. I w końcu zaczęłam spokojnie przesypiać noce.

Miesiąc przed rozwodem udało mi się pójść do pracy, w której dzięki swojej ambicji i zacięciu stopniowo wspinałam się wyżej

Od tamtej pory na długie lata wraz z Jaja stworzyliśmy nierozdzielny dwupak. Jaja w tym czasie był dla mnie niesamowitą siłą i energię. Był fundamentem moich wszelkich działań i decyzji. W nim czerpałam siłę do dalszej drogi i walki. Był moją motywacją i mocną stroną. Wszystko było dla niego, z nim i dzięki niemu. Był dla mnie „drabiną” na której się przytrzymywałam i wchodziłam wyżej i dalej. Był siłą, która mnie podniosła z łopatek i zaprowadziła do miejsca,w którym jestem dzisiaj.

Inspirował mnie i motywował w każdym moim działaniu, przywracał uśmiech na twarzy i dodawał energii po ciężkim dniu. W chwilach słabości ukrywałam przed nim łzy, nie chciałam by widział, że mi ciężko i płacze. Nawet gdy je widział jego gesty i słowa były miodem na moje wszelkie smutki i zmartwienia. A wszystko to miało jedno imię: MIŁOŚĆ. Nasza wzajemna bezgraniczna i bezwarunkowa miłość. Miłość, która sprawiła, że razem przenieśliśmy góry. Jego „jesteś najcudowniejszą mamą na świecie” dodawało mi wiatru w żagle.

Razem robiliśmy wszystko: chodziliśmy na spacery, jeździliśmy rowerami, pływaliśmy. Pokazałam Jajowi góry i morze, las, naturę. Wyjeżdżaliśmy razem na wakacje, czytaliśmy książki, układaliśmy puzzle i oglądaliśmy po setny raz Jego ukochane „Auta”. Jajo razem ze mną stawiał pierwsze kroki na świecie i uczył się życia. Do tego odprowadzałam go najpierw do przedszkola, potem odbierałam ze szkoły, uczyłam pisać i czytać, woziłam na treningi, najpierw pływackie potem piłkarskie. Wieczorami goniłam do mycia i kładłam spać. Dzieliłam swój czas pomiędzy niego, dom, obowiązki zawodowe, odpoczynek i swój czas dla siebie samej. Czułam w tamtym czasie, że muszę starać się podwójnie i dawać mu siebie podwójnie. Czułam, że muszę więcej  i chciałam wypełnić lukę w jego życiu, bo Pan tata pojawiał się co drugi weekend. Chciałam by jak najmniej odczuł skutki tego, że wychowuje się w niepełnej rodzinie.

Dzisiaj jak to pisze i czytam wszystko wydaje się takie łatwe, proste i sielankowe. Nie powiem, byliśmy szczęśliwi, ale nie wszystko było proste i przyjemne jak 2 dodać 2. Pan pojawiał się co dwa tygodnie i jedyne co go interesowało, to by Jajo z nim pojechał – obowiązki i problemy wychowawcze go nie dotyczyły. Ja musiałam każdą decyzję przefiltrować tylko swoim tokiem myślenia, wszelkie ciężary losu spadały tylko na moje barki.

Wszelkie problemy, sprawy, obowiązki przechodziły tylko przez moją głowę. Nie mogłam tego podzielić na dwa, czyli siebie i partnera życiowego, który stał obok bo go nie było. Na mnie spoczywały wszelkie obowiązki i sprawy związane z życiem, z Jajo. Gdy Jajo chorował nie było zmiennika przy Jego łóżku, w nocy do czuwania też byłam tylko ja. Nawet radości i sukcesy, nasze fajne szczęśliwe chwile celebrowaliśmy sami. Czasami radością nie było z kim się podzielić. Nie powiem: rodzice mieszkali z nami i nam pomagali jak tylko mogli…. Ale wiadomo, że dziadek taty nie zastąpi,
a mama nie będzie mężem czy partnerem…..

Rodzina była też wokół nas, byli znajomi, przyjaciele. Niby spędzaliśmy razem czas, niby się spotykaliśmy, niby było sympatycznie…. Ale puste krzesło zawsze było i zawsze czegoś,
a właściwe kogoś brakowało. I zawsze człowiek czuł się nie do końca komfortowo w towarzystwie samych par. I jeszcze te zabawne pytania i komentarze w stylu, a masz kogoś, spotykasz się z kimś, kiedy sobie życie ułożysz. Ale ja jakoś nie uważałam bym miała życie nie poukładane.

Przestałam bywać na uroczystościach typu wesela, bo nie chciałam pojawiać się tam sama. Zresztą wiedziałam, że część zaproszeń, na różnego rodzaju imprezy rodzinne było tylko z grzeczności, na doczepkę do moich rodziców. A ja nie chciałam niczyjej litości i grzeczności. Nie chciałam czegoś co wypada, nie chciałam tych spojrzeń, tych komentarzy i idiotycznych pytań. Wszystko we mnie krzyczało przeciwko temu wielkie i stanowcze NIE……. Ja chciałam swojej rodziny, swojego azylu, swojego partnera przy mym ramieniu i swojego świata, który z nim bym zbudowała….

Znajomi i przyjaciele byli obecni w moim, naszym życiu. Czasami więcej, czasami mniej. Wiadomo każdy miał już swoje życie, swoje rodziny, swój świat. I nie koniecznie zawsze samotna znajoma była miłym gościem i towarzystwem. Powodów było zapewne kilka: ci bardziej rozumni i dyskretni wiedzieli, że nie będę czuła się komfortowo w towarzystwie samych par, a co niektórzy pewnie obawiali się o swoich mężów, co niejednokrotnie dało się odczuć. Spokojnie miłe panie: samotne matki to nie spuszczone ze smyczy kobiety, ani zdesperowane, wygłodniałe lwice, które rzucą się na pierwszego lepszego samca. Samotne matki to takie same kobiety jak każde inne i mają swoje zasady i wartości. I nie spotykają się z wami po to, by odbić/przelecieć wam faceta.

Prawdziwi przyjaciele jednak zawsze przy mnie byli. Zawsze i bez podtekstów, obaw i bez pytań. Zawsze czekali w gotowości, by służyć swym ramieniem i ręką wyciągniętą w moją stronę. Kiedy trzeba było pomogli, wysłuchali, wsparli. Kiedy trzeba było pocieszyli, rozśmieszyli, zabrali na wino czy odebrali telefon w środku nocy. I nigdy mnie nie potępili czy ocenili. Zawsze starali się rozumieć, choć mam wrażenie, że w tamtym czasie nawet ja sama siebie nie rozumiałam……

Co czułam przez te lata, o czym marzyłam, czego chciałam…..

Byłam zmienna jak kameleon i bardzo złożona. Czułam się momentami nic nie wartą i nic nie znaczącą kobietą, czułam się momentami gorsza od innych kobiet. Czasami błądziłam w swoim życiu, w swoich pragnieniach jak dziecko we mgle. Z jednej strony czułam się wolna i spełniona,z drugiej strony czułam się sama i samotna, brakowało mi bliskości i miłości. Z jednej strony tak bardzo chciałam, żeby mnie ktoś pokochał i się mną zaopiekował, z drugiej bałam się tego.

Dostałam dwa porządne kopy w dupę od facetów, po których długo i ciężko wracałam do trzymanego wcześniej pionu. Czułam się cholernie źle, czułam ból i tęsknotę, cierpiałam. Wszystko we mnie krzyczało, czułam się rozgoryczona i oszukana. Czułam momentami ból istnienia. Płakałam w poduszkę, krzyczałam w nią. Czułam się taka bezsilna i wypompowana przez życie. Czułam, że im bardziej chce to tym bardziej mi nie wychodzi. Ale nie mogłam się poddać bo był Jajo i dla niego musiałam iść dalej.

Z drugiej strony miałam dosyć wieczorów z książką, które w tamtym czasie były moją odskocznią i antidotum na wszelkie zło. Miałam dosyć bywania gdzieś na siłę, z litości. Musiałam być silna i mieć dobrą minę do złej gry. Dla Jaja. Pomimo wewnętrznego bólu, ale on nie mógł tego widzieć i o tym wiedzieć. W dzień się uśmiechałam, a wieczorami, nocami płakałam do poduszki. Tylko moje ściany widziały jak się męczę, choć myślę, że Jajo też czuł, że byłam w kiepskiej formie.

Wydawało mi się, że chciałam tak niewiele od życia…

Chciałam tylko drugiej osoby, która będzie blisko i która mnie podtrzyma gdy będzie trzeba. Marzyłam o miłości, a mój książę z bajki się nie pojawiał. Za to każdego dupka, którego spotkałam na swojej drodze żegnałam szybciej niż witałam. Nie chciałam bylejakości, nie godziłam się na nią, zdesperowana nie byłam, mimo wielkiej samotności jaką czułam. I myślę, że zrozumie taki stan tylko ten, kto sam przez niego przeszedł.

A z drugiej strony mieliśmy fajne i ciekawe życie. Życie, które mi dało kilka solidnych lekcji i wiele zadań domowych do odrobienia. Życie, którego różne smaki skosztowałam i barwy widziałam. Życie, które doprowadziło mnie tu gdzie jestem i ukształtowało. Sprawiło, że wiele rozumiem i widzę szerzej i dalej, to czego inni nie dostrzegają. Słyszę to co inni lekceważą.

I doceniam, wszystko co mam i cieszę się tym, cieszę się życiem. Jestem wdzięczna za nie, za takie jak było. Dziś nie chciałabym innego i nie żałuje nic. Bo było to moje życie i ja sama przez nie przeszłam, pokonałam je, zmierzyłam się z nim. Upadłam wiele razy, ale się podniosłam i mam siłę iść dalej.

Pewnego pięknego dnia, w czasie kiedy kompletnie nie byłam na to gotowa i kiedy najmniej się tego spodziewałam pojawił się mój wymarzony książę z bajki. Taki mój upragniony i jedyny, a wraz z nim przyszła wielka i niespodziewana miłość. Taka moja wymarzona i wyczekana, wytęskniona, taka jedyna i do końca, szczera i prawdziwa, pełna.. To było jak wybuch wulkanu, jak fajerwerki w Nowy Rok. Marzenia się spełniają, trzeba tylko w nie wierzyć. I cierpliwie czekać, choć mi tej cierpliwości zabrakło w międzyczasie.

Samotne matki są i będą wśród nas, obok nas. Są takimi samymi kobietami jak każde inne. Mają takie same prawa i marzenia jak my, takie same uczucia i odczucia. I jedno życie, które chcą przeżyć w pełni. I właściwie mają jedno marzenie: mieć ramię, w które będą się spokojnie wtulać każdego wieczora i przy którym będą bezpiecznie zasypiać. Chcą mieć spokojne i fajne życie we dwoje. Nie nam je oceniać, nie nam je potępiać. One są wielkie i silne, i nie jedne z nas nie zajdą tak daleko jak one. One mają siłę i chęci, które są w stanie przesunąć Everest. Dla nich niemożliwe nie istnieję. Mają siłę za dwoje i jaja facetów. Pozwólmy im żyć i wspierajmy je, zamiast traktować jak rywalki czy kobiety gorszej kategorii.

 

Magdalena Joncem, mamajojo


Przypominamy wam o naszej akcji: „Pokonałam kryzys. Ty też możesz”. Piszcie do nas, na najciekawsze historie czekają nagrody. Szczegóły znajdziecie tutaj. 


Zobacz także

Sprawdź, jakim typem fejsbukowicza jesteś

Oddaj swój stary stanik i pomóż uratować życie!

„Ja chodziłem kiedyś do pracy, mówię ci, szok!”. Bajka o trzech muszkieterach… jak z obrazka