Lifestyle

Golono, strzyżono, depilowano. W dupie z włosami pod pachami! Zdrowie psychiczne ważniejsze. Zapuszczamy?

Baba na wku_wie
Baba na wku_wie
6 kwietnia 2018
Następny

Nigdy nie zapuściłabym włosów pod pachami. No żaden diabeł, a nawet najlepszy zakład (chyba, że za dobrą kasę i na chwilę – nigdy nie mów nigdy), by mnie do tego nie zmusił. Zazdroszczę też kumpeli, która po laserowej depilacji szczyci się tym, że ubywa jej owłosienia. Normalnie zielenieję z zazdrości i mam nadzieję, że z tego powodu mi więcej włosów nie rośnie. Ale obiecałam sobie, że zbiorę kasę i chociaż bikini kiedyś laserem potraktuję, obowiązkowo przed latem.

Co to się z nami porobiło? Często rozmawiamy o wyższości maszynek nad depilatorami, kremów nad woskiem, itp. Znajoma ostatnio kupiła sobie nowy krem do depilacji. Posmarowała się tam i ówdzie, spokojnie odczekała, może zbyt długo i… W efekcie z zaplanowanej seks randki nic nie wyszło, bo się biedna tak poparzyła, że chodzić nie mogła. Wiecie gdzie, no nie? Nie muszę tłumaczyć szczegółowo mam nadzieję, wystarczy, że ona mi wytłumaczyła.

Pamiętam, miałam kiedyś szefową, która nie goliła nóg. Długie miała te włosy, że hej. Do tego nosiła spódniczki i czarne rajstopy. Przez jakiś czas nie mogłam oderwać oczu od tych nóg, ale później się przyzwyczaiłam i nie robiło to na mnie żadnego wrażenia. Zresztą, kiedyś znajomy kolega powiedział, że żona nie chciała z nim iść do łóżka, bo miała nieogolone nogi. Wyśmiał ją, bo to jest coś, na co w trakcie seksu kompletnie nie zwraca uwagi. Podobno nie tylko on… Za to inni znajomi zwierzali się kiedyś, że oni tylko na zupełnie gładko idą ze sobą do łóżka. I nie chodzi bynajmniej o nogi.

Dlaczego o tym piszę? Bo Instagram ostatnio poczęstował mnie zdjęciami dziewczyny (tu sobie możecie ją obejrzeć KLIK) , która postanowiła się nie golić. Z dumą prezentuje owłosione pachy i nogi, a nawet zarost, który wychodzi jej na brzuch. Podobno zawsze miała problem ze zbyt bujnym owłosieniem. Pewnie to znacie, co niektóre. Zamiast z tym walczyć, postanowiła poddać się naturze. A niech rośnie. A co. Na zdrowie. W końcu tak zostałyśmy stworzone. Owłosione – na nogach, cipce i pod pachami. Jedne mniej, inne bardziej, a jednak.

Zaciekawiło mnie to. Zwłaszcza komentarze. Bo skoro dziewczyna chce i tak czuje się szczęśliwa, proszę bardzo. Nic mi do tego. A jeszcze jej przyklasnę, że jeśli to nie jest sztuczna prowokacja, to gratuluję naprawdę ogromnej odwagi w byciu sobą bez żadnej ściemy.

Ale jak wiadomo – komentarze różne, że fuj, że ble, że jak tak może i pewnie jeszcze co na to jej mąż, jeśli w ogóle taka owłosiona go ma. Jakby faceci najpierw sprawdzali czy jesteśmy ogolone i na tej podstawie decydowali czy chcą z nami być. No sorry, przegięcie.

strona 1 z 2
druga część artykułu na następnej stronie

 

Lifestyle

Durne myślimy, że facet jest nam niezbędny do życia? Głowa do góry, cycki do przodu i powiedz sobie w końcu: „Jestem zajebista!”

Baba na wku_wie
Baba na wku_wie
10 kwietnia 2018
Fot. iStock
 

Baby są jakieś dziwne, co nie? Na każdym kroku słyszę ostatnio, że jedna szuka faceta, inna choć nieszczęśliwa mówi, że nie odejdzie, bo jak sama żyć będzie. Kolejna narzeka na tego swojego męża, ale jak tylko on zadzwoni, że córka za nią płacze, to leci jak na złamanie karku, chociaż w szklance jeszcze pół drinka.

Czasami, jak tak patrzę z boku, to mam wrażenie, że gdyby nie ci faceci, my byśmy nie miały co ze sobą począć. Na kogo narzekać, na kim wieszać psy, o kim gadać. Nawet wczoraj. Odwiedziłam kumpelę, po masakrycznym związku w końcu powiedziała basta, a raczej on ją do tego sprowokował, bo w końcu drań się wyprowadził. I całe szczęście. Bo jak słucham, że ona z typem, który ją obrażał, upokarzał, traktował jak własność prawie 10 lat wytrzymała, to włos mi się na głowie jeży. Fajna dziewucha. Ładna, zgrabna, do 40-tki jeszcze jej trochę brakuje. Ma świetną pracę, inteligentna, życie przed nią, a tu z jednej strony rwanie włosów z głowy, bo jasne, że kochała i że jej ciężko. Co do tego wątpliwości nie ma. Ale z drugiej, jak słyszę: „Znajdź sobie szybko faceta, to ci mnie”, myślę, że babski świat jest jednak popierdolony.

Zobaczcie. Jesteśmy świetne baby. Każda jedna. Nawet, jak tak o sobie nie myślisz, to umówmy się – ogarniasz dom, pracę, może dzieci, psa i koty. Gotujesz, sprzątasz i jak starcza ci sił, to jeszcze pobiegać pójdziesz albo książkę poczytasz, albo film jakiś obejrzysz. Nogi zdążysz ogolić, kosmetyczkę odwiedzić. No kurde – królowa życia! I nie ma u krzty przesady. No tak jest, choćby się teraz stówą wołów zapierała, że racji nie mam. Mam. I będę mówić głośno – wszystkie jesteśmy zajebiste, więc dlaczego do jasnej cholery, nasz życie kręci się najczęściej wokół facetów.

Najważniejsze, żeby on był zadowolony, szczęśliwy, najedzony i oprany. Ja pierdole. Ta nie wyjdzie, bo mąż, tamta się zastanowi, bo nie wie, jakie ON ma plany, wszystko konsultowane, nawet kolor farby do włosów i ich długość. Znam dziesiątki, jak nie setki kobiet, którym ktoś wmówił, że facet to jej integralna część, no jak nic bez niego jej wartość zalewie 50% wynosi. Dopiero, kiedy jego zadowoli, kiedy spełni jego wszystkie widzimisię, to wtedy jest coś warta.

Serio? Tak ciężko podnieść głowę do góry, spojrzeć w lustro, wypiąć cycki do przodu i powiedzieć sobie: „Kurde, zajebista jestem”. I uwaga – daleka jestem od rzucania facetów i pełnego wyzwolenia ze związków. Faceci są fajni, tylko my przy nich jakiegoś małpiego rozumy dostajemy. Na bank znacie te laski, które jak już usidliły faceta, to nagle tylko z nim i zawsze, a później płacz i zgrzytanie zębami, bo on ch*j w niczym jej nie pomaga albo zdradza albo diabli wiedzą co jeszcze.

Dobrze kiedyś wytłumaczył mi to znajomy (kawał ch*ja, ale tu miał rację). „Związek to jak dwa zbiory, tylko malutką część mają wspólną”. Pamiętacie z matematyki te koła rysowane i kolorowane, co wspólne, a co nie. On zaznaczył wspólne jakieś maks 15%. I wiecie, skubany miał rację. Wiele kobiet nie wyobraża sobie życia, gdyby on odszedł. A ja uważam, że to jest pierwszy krok do tego, żeby żyć w fajnym związku bez spiny i sztywniactwa i wiecznej potrzeby kontroli – oswoić się z myślą, że on nie jest własnością i nigdy nie wiesz, czy będzie na zawsze. Polecam! To jest tak ku*wa wyzwalające, że przestajesz się bać i w końcu zaczynasz myśleć o sobie. Bo skoro on może kiedyś odejść, to czas najwyższy, żebyś zaczęła się do tego na wszelki wypadek przygotowywać. Przestać go pytać, czy założyć zieloną czy niebieską sukienkę. Nie zastanawiać się, co on by powiedział na buty, które chcesz sobie właśnie kupić, bo zobaczyłaś na wystawie i zwariowałaś. Ugotować na obiad, to na co ty masz ochotę, jak on zje raz na jakiś czas na mieście albo kanapki, to sorry – z głodu nie umrze, a może w końcu sam weźmie się za gotowanie. Albo przynajmniej znajdzie dobre żarcie na wynos. Przyda się na jakiś wspólny wieczór, kiedy ty nie będziesz latać na szmacie, układać zabawek po dzieciach i wieszać prania po północy. Odłożysz to na drugi dzień, bo nie jesteś ku*wa cyborgiem a on świętym nietykalnym, co to po pracy odpocząć musi. I błagam niech nikt mi nie mówi, że piszę o jakimś zacofaniu, bo są faceci, co gotują, piorą, dziećmi się zajmą i okna umyją. Jasne, że są. Znam kilku takich. Zajebiści. Ale znam kobiety, które podejmują strategiczne dla firmy decyzje, a swojego Misia pytają, co on na to, gdyby wyszła z przyjaciółkami. Jak Misiu zmęczony, to jasne, że ona nie wyjdzie, bo dzieci ktoś ogarnąć musi i nie daj boże, jakby się pod jej nieobecność obudził. Ale Misiu jej auto kupuje, przez co ona myśli, że niezależna jest. Jakaś ku*wa groteska.

Baby szacunku więcej dla siebie i wiary w to, że same sobie jesteście sterem i żeglarzem, a na okręt tego gościa jedynie zapraszacie. I niech mu będzie u was jak najlepiej, ale wam też. Przyjaciółka ostatnio mi powiedziała: „Wiesz, co jest najlepsze? Że na końcu i tak wszyscy zdechniemy”. No tego raczej ukryć się nie da. Pytanie, czy do samego końca chcecie się przeglądać w kimś, kto może odejść – z różnych powodów. Czy spinacie poślady, kupujecie fajną kieckę, obcinacie włosy, tak jak zawsze o tym marzyłyście, na obiad robicie coś czego on nigdy nie jadł i może nie zje i oddychacie pełną piersią? Kochajmy i dbajmy o siebie, nie czekajmy aż zrobi to facet. Reszta sama przyjdzie – zapewniam!


Lifestyle

A może do mnie w tym roku Wielkanoc nie przyjdzie? Wam też brakuje na nią czasu?

Baba na wku_wie
Baba na wku_wie
28 marca 2018
Fot. iStock/RgStudio

Jestem jakaś dziwna. No nijak w tym roku nie czuję Świąt. Przecież to już za pasem, a mnie zaskakują rozmowy o tym, jaką szynkę kupić, kto już umył okna i kto do kogo na obiad się wprasza lub zaprasza.

Jest środa, a ja marzę o weekendzie, który przecież nie będzie taki zwykły. Wpadła siora ustalić co i jak. „Stara, ja nawet nie czuję, że to już Wielkanoc”. Ona też nie. No to świetnie. Dzieciaki wpadły po szkole do domu krzycząc od progu: „Koniec tortur” i dotarło do mnie tym samym, że one już jutro do szkoły nie idą i będą snuć się po domu, zaglądać co chwilę do lodówki i co chwilę wyrzucać z siebie: „Mamoooo mogę coś obejrzeć”, „Mamooo, nudzę się”, „Mamoooo, co mam robić”, „Mamooo, a on mnie wkurza, bo mówi do mnie lama (sic!)”, a ja przecież w domu chciałam popracować. Na dwór ich nie wygonię, bo zimno jak piorun, komu by się chciało wychodzić dobrowolnie. No chyba, że przymuszę.

W sumie dobrze, że te dzieci jeszcze nieduże. Dyskusje o wielkanocnym zajączku zaraz jutro zaczną, po bazie i brzózki skoczą i w jajka ubiorą. Właśnie – ja pierdzielę – rozejrzałam się po domu. Na trzy dni wyciągać te wszystkie ozdoby świąteczne? Jajka, zające i baranki? A później zastanawiać się, kiedy przyjdzie czas, żeby je posprzątać. No nie chce mi się jak cholera.

O oknach już dawno nie myślę, bo i tak w sobotę ma lać, w niedzielę spaść śnieg (przynajmniej u mnie), więc słońce nawet leniwie nie zajrzy przez szyby. Bez znaczenia czy czyste. Umyję, jak w końcu zrobi się ciepło. Może.

No dziwnie mi jak cholera. Szynki piec mi się nie chce, nie mam jakiś wielkich wymagań jedzeniowych. Standard – żurek, sałatka, jajka, babka, pewnie sernik, chłopaki coś przebąkują o makowcu. To w końcu tylko dwa dni, dwa obiady, dwa śniadania. A zapomniałam, jeden obiad robi mama, więc tym bardziej nie ma co się spinać. Jak pogoda uniemożliwi spacer, to będziemy leżeć na podłodze i grać w planszówki. Nikt nie zmusi mnie do siedzenia ośmiu godzin przy stole. Za duża dziewczynka już na to jestem.

Patrzę na te kolejki w sklepach i się zastanawiam, jak wielkie rodziny mają ci ludzie, że zdążą zjeść wszystko, co kupują. To jest niesamowite. Narzekamy, że kasa, że znowu wydamy majątek i tak wydajemy w myśl polskiej zasady: postaw się a zastaw się. Nawet jak nie postawisz w domu, to wyjedziesz na jakiś wypas weekend, który kosztuje tyle, ile normalnie dziesięć dni wakacji.

Może to oznaka starości, że nie chce mi się Świąt? Że ich nie czuję, że irytują mnie te wszechobecne barany w sklepach, nachalne reklamy słodkości w kształcie jajek, które i tak są z kiepskiej jakości czekolady.

Chcę spokojnego weekendu. Chcę móc pobyć z dziećmi, polenić się, może trochę ponudzić, nie musieć nic robić, a tym bardziej stać pół dnia po garach, a drugie pół zastanawiać się, co zrobić z jedzeniem, które zostało. Bo każdy żołądek ma swoją pojemność. Posiedzieć, pośmiać się, pogadać. Spotkać się z przyjaciółmi. O właśnie, przyjaciółka przyjeżdża, umówiłyśmy się na drinka, dzieci pewnie piłkę pokopią. No chyba, że jednak sanki… (ironia!).

Myślę, że pędzimy na złamanie karku. Dopiero co Boże Narodzenie, ferie, narty, a ja już mam nastrajać się do kolejnych Świąt, kiedy już myślę o długim weekendzie maja i wakacjach? Nie nadążam. Mam poczucie, że świat zwariował, że nie mam kiedy się zatrzymać. Choćby na weekend. Jeden. Wolny. Leniwy. A jak już się zbliża, to się okazuje, że to właśnie wielkanocny czas. Eh. I w sobotę jajka będziemy malować.

Może to faktycznie kwestia pogody. Przedłużającego się zimna. Rok temu rozpoczynaliśmy czas grillowo – rolkowy, a teraz z tęsknotą zerkam na rower, na którym marznę jak diabli, ale jeżdżę. Takie moje prywatne zaklinanie wiosny.

Nic to, zostały jeszcze dwa dni. Może atmosfera nagle dopadnie mnie i poczuję (tak to oklepane) tę osławioną radość w sercu na myśl o Świętach. A może tym razem nie? Może dopiero polewając się w poniedziałek po całym domu wodą pomyślę, że Wielkanoc jest jednak w tym roku fajna. Lepiej późno niż później. Czego życzę wszystkim tym, co jakoś też nie potrafią się świątecznie nastroić i nadal gdzieś pędzą.