Lifestyle

Sylwia Koperska: Jakie jest dzieciństwo bez miłości matki? Smutne

Agnieszka Żukowska
Agnieszka Żukowska
22 października 2020
Fot. iStock
 

Ta historia wydarzyła się naprawdę. I pewnie dzieje się w niejednym domu do dziś… Domu bez miłości. Z jakimi ranami wyszła Sylwia Koperska, autorka książki „Wilczyca. W pogoni za wolnością” , o której mówi cała Polska? Dlaczego pomimo bólu nie przestajemy wierzyć w miłość i ciągle chcemy kochać…

Jakie jest dzieciństwo bez miłości matki?

Sylwia Koperska: {Red.: długa cisza. łzy płyną po policzkach Sylwii}. Smutne. Wymagające substytutów. I takie miałam. Kochałam swojego psa bardziej, niż normalnie się kocha zwierzęta. Był całą moją rodziną. Miałam pudla, Almę. I ona była całym moim światem. Kiedyś zginęła na dwa tygodnie, myślałam, że świat się skończył. Ale wróciła. Alma była moim sojusznikiem. W domu miałam swoje magiczne miejsce, bo zanim stał się willą Carringtonów, jak go nazywam w książce, był starym, powojennym domem z przepięknym strychem, pełnym pajęczyn i szpar między deskami…

Dla dziecka do odkrycia…

Tak! Wchodziłam tam po drabinie i byłam zupełnie sama, bo moja matka nie mogła się tam wdrapać po prostu. To było wspaniałe, bezpieczne miejsce. I jak później wyremontowali dom, to moją kryjówkę, ku mojej rozpaczy, zlikwidowano. Dzisiaj inaczej na to patrzę, ale wtedy to było jedyne miejsce, gdzie wiedziałam, że ona mnie nie dosięgnie. Tam był tylko mój świat. Siadałyśmy z Jagną  (przyjaciółką) po turecku na kocu, robiłyśmy sobie jedzonko pijąc herbatkę w plastikowych filiżankach. Mówiłam: „siadamy do wieczerzy”. Normalnie takich słów się przecież nie używa, ale nam sprawiało to jakąś nieopisaną radość. To było tak dostojne, że aż mam ciarki na rękach kiedy sobie przypomnę jakie emocje temu towarzyszyły. Czułam się, jak księżniczka w arabskim pałacu.

Budowałaś po prostu równoległy, inny, bezpieczny świat…

Tak mogło być. To trafne, co powiedziałaś, nigdy nie byłam zresztą na terapii. Pamiętam siebie z tych dziecięcych lat, że ciągle sobie coś wyobrażałam – byłam jedną, wielką wyobrażaczką. Kompulsywnie słuchałam muzyki po nocach patrząc w niebieskie światełko na wieży i marzyłam. Mike Oldfield …, mnóstwo wspaniałych piosenek. Towarzyszyły mi w tym chorym świecie marzeń i fantazji. Dzisiaj czuję się tak jedynie w ramionach mojego męża.

Za co ona Ciebie biła?

Moja matka była tak agresywna i napastliwa, że dzisiaj myślę, iż zwyczajnie musiała mieć jakieś zaburzenie. Pewnie dobry psycholog musiałby zdiagnozować. I pewnie nie była zła. Ona była bardzo chora. Nikt normalny przecież nie jest wiecznie niezadowolony, a najlepiej czuje się na zgliszczach. Nie wtedy, gdy jest dobrze.

Nikt nie rodzi się potworem. Podobno…

Moja babcia była bardzo fajna, jeśli pytasz o to, jacy byli jej rodzice. Dobrze ją wspominam. Pamiętam jak opowiadała, że po wojnie brakowało chłopa do ożenku, więc się wychodziło za mąż, jak leciało. Mąż babci, mój dziadek, był niezwykle przystojnym facetem. Ale chyba nie byli najlepszymi ludźmi. Umarł bardzo młodo, w wieku 27 lat. Pracował w fabryce chemikaliów i nie wiem czy to prawda, czy plotka, ponieważ nigdy nie zgłębiłam tematu, podobno jakaś kobieta się      w nim się zakochała. On jej powiedział, że nie zostawi mojej babci, więc go otruła. Taka jest  hipoteza, mało mam informacji na ten temat. Babcia była dobra, ojczym matki- też. Kiedy mama bardzo młodo urodziła mojego brata, babcia wynajęła jej pokój w Sopocie. Bała się o nią, moja matka miała 16 lat!  Czasy były inne, dziewczynka z dzieckiem –  to było szokujące.  Ostatnio rozmawiałam z mamy koleżanką z młodych lat. Twierdziła, że mamie w tym Sopocie nie było tak źle. A ja sobie ciągle tłumaczyłam jej zachowanie tym, że ona musiała być bardzo samotna. Nieustająco szukałam usprawiedliwień i tłumaczyłam ją przed bratem, który do dzisiaj się z tym nie uporał. Ja chyba tak. Nie masz pojęcia jak mnie było i jest żal siebie samej, tej małej z okresu kiedy byłam dzieckiem. Żal tamtej dziewczynki, nie siebie samej, bo ja dzisiaj jestem nażarta emocjonalnie, ale tamtej, małej księżniczki uciekającej na strych…

Jak się wychodzi z takiej niemiłości?

Im byłam starsza, tym ona była gorsza. Gorsza. I gorsza. I w końcu tak mnie docisnęła, że wiedziałam już, że trzeba uciekać. Nie było innego wyjścia. Już niczego nie mogłam wyrzeźbić. Długie lata żyłam w poczuciu, że robię coś nie tak, że to musi być moja wina, kochając ją przy tym nieprawdopodobnie. Dlatego wszystko mnie czterdzieści razy bardziej bolało. Każde wyzwisko, każdy cięg. Byłam bardzo samotnym, nieszczęśliwym, smutnym dzieckiem. Smutnym wewnętrznie, bo z natury jestem bardzo wesoła. Do przysłowiowej „beki” jestem pierwsza! Wszyscy znajomi to potwierdzą, że jednak przede wszystkim jestem pozytywnym wariatem, pełnym radości życia. Nie zatłukła tego we mnie. Sama nie wiem jak to się stało…

Ty chciałaś żyć, musiałaś przerwać tę gehennę, co się potem wydarzyło…? Czy to Twoja ciąża była  przysłowiową kropką nad „i”?

Jeżeli można mówić o tak zwanej przysłowiowej „czarnej d” – to czas w którym zaszłam w ciążę,  był najgorszy –  był  smolistą d… Poczucie zagrożenia i beznadziei w jakiej się znalazłam było tak ogromne i dołujące, że do dzisiaj nie jestem w stanie opisać tego słowami. Ale tu Regina (matka autorki) zrobiła psikus. Wszystkiego się spodziewałam, ale nie tego, że ona da mi święty spokój… Nie było nadmiernych uczuć, ale zrobiła dokładnie to, czego potrzebowałam – dała mi święty spokój. Potrafiła jednak. I tylko w trakcie mojej ciąży. Była neutralna. Czasem dostawałam od niej zdrowe soki, czym wprawiała mnie w osłupienie.  Natomiast kiedy wróciłam z dzieckiem do domu ze szpitala, to zaczął się  „taniec pingwina na szkle”. Stąd wzięła się moja ryzykowna decyzja, żeby zarobić szybko i dużo…

Skąd Ci to przyszło do głowy?

To były lata dziewięćdziesiąte, Trójmiasto, gangsterzy byli wtedy, jak postacie z Marvela, młodym ludziom to imponowało. Mnie też w jakiś sposób. Byli uśmiechnięci, fajnie ubrani, w ogóle nie zdawałam sobie sprawy z tego jakie jest realne zaplecze tej machiny. Złodzieje samochodów byli wręcz wtedy, jak popkulturowe zjawisko.

Dziecko dało Ci taką odwagę w podjęciu tej decyzji?

Wiesz, ja zawsze byłam odważna. Czasami czułam się jak ten zając z ruskiej bajki, zanim stałam się wilczycą, który bał się, ale szedł na wojnę!  I nawet kiedy mama wyrzuciła mnie z domu raz, drugi, dziesiąty, to wychodziłam, płakałam ale czułam hardość: „No to zobaczymy – myślałam sobie… nie zadzwonię, nie wrócę”. Nie wiem skąd to było we mnie. I nigdy, przenigdy nie miałam myśli samobójczych! Moja gangsterka trwała tylko parę miesięcy i zakończyła się aresztem. Złapali nas i siedziałam trzy miesiące… Nigdy o tym nie mówiłam, ale jeszcze niedawno, na widok  patrolu policyjnego, czy samochodu, robiłam się  sztywna. Trwało to ze 20 lat. Tak się panicznie bałam. Mimo, że nic złego nie zrobiłam, strach był obezwładniający…

Trauma.

Tak!

A z kim była twoja córka, kiedy byłaś w areszcie? Z matką?

Nie, no co ty, nigdy w życiu! Z opiekunką, babcią Marysią, która obecna była w moim życiu już kiedy byłam mała. Wtedy zajmowała się naszym domem. Z babcią Marysią od razu złapałam flow. Do dzisiaj inaczej na nią nie powiem. Babcia ma 83 lata i do tej pory kiedy mnie słyszy – płacze. „Że ja ciebie nie ochroniłam…” – powtarza. „Nie umiałam cię ochronić…”…

Kto ma jeszcze wyrzuty sumienia?

Nikt. Mnie nikt nie kochał w tym domu. Moje córki mnie kochają, mój mąż i mam taką watahę przyjaciół, że mogłabym obdzielić pół Warszawy. Wystarczy.

Sylwia Koperska pisarka

A twój ojciec?

Ojciec zawsze żył w głębokiej niewiedzy. Nigdy mu się nie żaliłam i nawet nie wiem dlaczego. Zawsze go idealizowałam, całkowicie wypieram więc sytuacje które mogłyby mojego tatę w jakikolwiek sposób oczernić.

A jakim małżeństwem byli twoi rodzice?

Kolorowym! Jak ABBA. Ona piękna, w kożuszkach, on w pekaesach, drewniakach, dżinsach szwedach. Miałam wszystko. I nic. Za talerz kaszy mannej z sokiem i podrapanie w głowę – dałabym się pokroić…

Jaką mamą można być, jaką mamą jesteś, kiedy się nie ma wzorca?

Dobre pytanie. Zawsze bardzo dbałam o swoje dzieci, zawsze bardzo je kochałam i kocham do dziś. Ta nasza relacja bardzo mocno ewoluowała. Jako dwudziestolatka, kiedy urodziłam córkę, sama byłam podziurawionym sitem. Dlatego coraz więcej mam dla siebie wybaczenia i zrozumienia. Nie umiałam się bawić, zajmować dzieckiem, nie lubiłam tego. Najważniejsze było wtedy, żeby było nakarmione, przewinięte i wykąpane. Pamiętam to kompulsywne bujanie, trzęsący się wózek.                 Z perspektywy czasu, myślę sobie, dzisiaj,  że byłam tak skupiona na przeżyciu,  że macierzyństwo nie było mi w głowie. Nauka nie była mi w głowie. Nie było na to przestrzeni. Musiałam walczyć o przetrwanie. Dzisiaj jest rewelacyjnie. Moje córki są moimi największymi przyjaciółkami. Lubię co prawda dystans mama – córka i zasady ale nic w tym złego. Książka mnie poukładała, dała szerszą perspektywę dzieciom, więcej zrozumiały…

Jest coś, za co jesteś wdzięczna swojej matce?

Jest. Jestem wdzięczna swojej matce tylko za to, że mnie urodziła. Za nic więcej. Trochę do tego nie rozumiem czasów przesadnej atencji skierowanej do dzieci, to codzienne: zawożę, przywożę, dostarczam, odbieram. Matki stały się głównie szoferami swoich dzieci. Kiedyś było zupełnie inaczej. Dzieci dzisiaj nie są samodzielne jak były kiedyś, nie mają podwórkowego życia. Dla mnie podwórko to był wypas! I zawsze było tyle do zabawy, tyle do zrobienia! Milion spraw. Najważniejsza była relacja z rówieśnikami, dzisiaj – telefon… Dzieci – samoluby w domach z betonu, zawalone zabawkami, dodatkowymi zajęciami, przestymulowane… Nie chcę oczywiście nikogo obrazić, ale tak to widzę i czuję. Patrzę na dzieci znajomych, nie ma mąż-żona, jest dziedzic na podusi, obsłużony czasem na wyrost. Nie mam racji?

Masz, sama jestem z takiego podwórka. Wybaczyłaś matce?

Nie. Byłam bliska tego wybaczenia. Ale ona do dzisiaj, mimo że ma 77 lat, jedyne, co ma mi do zaproponowania to ogrom agresji i nienawiści. Po programie w Dzień Dobry TVN miałam setki wiadomości z całej Polski. Ku zdziwieniu wydawnictwa, nie dostałam ani jednego hejtu, a wręcz takie wiadomości, że nie widziałam ekranu ze wzruszenia – tak płakałam. I odpisywałam każdemu. Nie jadłam, nie piłam, nerki mnie bolały z braku wody. Jedyny hejt, jaki mnie spotkał to ze strony matki.

A dla swojego spokoju, nie mogłabyś jej wybaczyć?

Byłabym fałszywa. Dużo ludzi kłamie, że wybacza. To są tylko słowa. Mam tyle żalu do niej, że zabrała mi mamę. Matka jest symbolem największego ciepła, miłości, a ja nigdy nie miałam mamy! To jest taki deficyt jakbym nie miała nogi…Nie mogę jej tego wybaczyć. I nie chodzi o to, że mnie biła, ona mi zabrała mamę, jakby umarła przy porodzie… To jest taka strata, że nie mogę się z tym pogodzić. Nie jestem Dalajlamą, żeby powiedzieć – wybaczam. Mogę kłamać. Ale nie, nie wybaczyłam, dużo we mnie złości jeszcze.

Sama mówisz, że trzeba dawać ludziom drugą szansę.

Tak, stosuję tej zasadę, dlatego jej dałam sto szans! Była po bajpasach w szpitalu, nawet nie wiedzieliśmy, czy przeżyje, nawet mnie widzieć nie chciała… Myślałam, że może na stare lata coś się zmieni ale jeśli ktoś ciągle pluje żółcią – co możesz zrobić? Dawałam wiele szans, ale za każdym razem słyszałam: wynocha, nie lubię Cię! Oprócz tego, że mnie nie kocha, to ona mnie zwyczajnie nigdy nie lubiła. A to jest chyba jeszcze gorsze… Ja z kolei, być może przez ten deficyt właśnie, mam taką chęć zadawalania wszystkich, bycia bernardynem z beczułką, że dla mnie najważniejsze są relacje, najważniejsze jest – bycie lubianą… Ale i  dużo z siebie daję, bo lubię ludzi na szczęście.

Dlaczego teraz napisałaś tę książkę?

To jest prosta odpowiedź. Nie planowałam pisać książki i nigdy nie zdecydowałabym się gdyby nie redaktor Michał Nalewski, do którego poszłam w imieniu innych. Jak zawsze.  Z naszego spotkania zrobiła się kilkugodzinna pogawędka. I uznałam, że jestem gotowa zmierzyć się ze swoim życiem.

Wypluć to. Bo ja nie pisałam, rodziłam tę książkę w mękach. I bardzo dużo mnie to kosztowało ale dzięki wsparciu bliskich, męża przenajukochańszego, który jest moją nagrodą od taty i od Boga, moim córkom – przeszliśmy tę drogę. Lepiej późno niż wcale. Kiedyś byłam wybrakowaną mamą, natomiast moje dzieci zawsze kochałam i nigdy nie zaniedbałam ich w żaden sposób. Na pewno wolałabym teraz urodzić moje córki, być dojrzałą Sylwią i dać im to wszystko, co dzisiaj mam do zaproponowania, uzupełniona, pełna, szczęśliwa… Chciałabym je dzisiaj urodzić. Bardzo.

Niezwykła historia Sylwii Koperskiej, kobiety, która pomimo braku miłości, nigdy nie przestała kochać – „Wilczyca – w pogoni za wolnością” – już w sprzedaży!

Sylwia Koperska

Sylwia Koperska pisarka – Wilczyca. W pogoni za wolnością


Lifestyle

Choć mamy pieniądze, co miesiąc słyszę od męża: „Zaraz zrobię przelew.” I co miesiąc nie mam za co żyć

Listy do redakcji
Listy do redakcji
22 października 2020

Żyję w małym, miłym mieście, mam miłe, przytulne mieszkanie, miłą dwójkę dzieci, miłego kota i miłego męża. Pewnie byłoby bardzo miło, gdybyśmy tylko nie mieli co miesiąc tej samej rozmowy. Rozmowy o pieniądzach. I to nie jest tak, że jestem na utrzymaniu mojego męża. Pracuję, ale zarabiam mniej niż on zajmuję się domem i dziećmi. On jest za to dyspozycyjny i zarabia więcej. Więc umówiliśmy się, że co miesiąc pewną kwotę wpłaca na moje konto, a ja opłacam z naszych wspólnych pieniędzy rachunki, czynsz i wydaję na życie: zakupy, dentystę, zajęcia dzieci, nieprzewidziane sprawunki. Umówiliśmy się, ale w rzeczywistości wygląda to zupełnie inaczej. Wcale nie miło.

Z reguły rozmowę zaczynam ja, zadając niezręczne pytanie: „Przelałeś mi już pieniądze? Musimy opłacić obiady Zuzi i przedszkole Maćka”. On, (niewyraźnie): „Nie, nie zaraz przeleję, już do tego siadam” (nie siada). Czekam do następnego dnia i mówię nieco bardziej zdecydowanie: „Zapłaciłam czynsz i opłaciłam Internet, trzeba jeszcze kupić kurtki dla dzieci i ciepłe buciki, nie starczy mi”. On, nie odrywając wzroku od ekranu telefonu: „No przecież mówiłem, że przeleję, zaraz to zrobię.” Trzeciego dnia jestem już zazwyczaj bardzo zdenerwowana, a on coraz bardziej nieobecny. Przelew wpływa na konto po tygodniu, dwóch, w czasie których proszę jeszcze conajmniej kilkakrotnie o pieniądze, a potem dzwonię do pracy z prośbą o zaliczkę. Bo nie mam już siły mówić, prosić, pisać przypominających wiadomości do męża, który zapomina, że życie kosztuje, że nie da się ugotować obiadu z niczego, a prąd nie płynie w kablach bezpłatnie.

Jak można tego nie rozumieć, mając dwoje dzieci i mieszkanie na kredyt? Można, jeśli się częściej jest w delegacji, za granicą, zajmując się WAŻNYMI SPRAWAMI.  I choć cały domowy budżet zostaje na mojej głowie, nie jestem w stanie wyegzekwować na czas potrzebnych zasobów. I teoretycznie mamy pieniądze i nas „stać” na nieco więcej niż przeciętną rodzinę, to ja co miesiąc przeżywam prywatny dramat.

Kiedy w końcu umówiona kwota wpływa na moje puste konto, oddycham na chwilę z ulgą. Ale tylko na chwilę, bo wiem, że za dwa tygodnie czeka mnie kolejna rozmowa, która nic nie wniesie do naszej sytuacji. Nie wiem, czy nie lepsze byłoby życie w pojedynkę, z ograniczonymi zasobami, w mniejszym i tańszym mieszkaniu, ale z jasną świadomością tego, na co mnie tak naprawdę stać.

Pewnie większość z was powie natychmiast, że to moja wina, że na to pozwalam, że trzeba wymagać, rozmawiać otwarcie. Próbowałam, uwierzcie – ale niewiele się zmieniło. Temat pieniędzy jest dla mojego męża na tyle trudny, że woli on zamówić obiad z dostawą dla całej rodziny niż dołożyć się do wspólnych zakupów spożywczych. Chciałabym to zrozumieć, na razie nie umiem. Chciałabym też odzyskać komfort psychiczny i niezależność finansową. Łapię się więc każdego zlecenia. Jestem zmęczona, sfrustrowana. I przekonana, że coś jest ze mną nie tak, skoro nie potrafię przekonać własnego męża, że koszty wspólnego życia powinniśmy ponosić razem. Bo przecież ta sytuacja trwa od zawsze. Jednak odkąd mamy dzieci, odkąd zarabiam znacznie mniej – jest ona szczególnie dotkliwa. I on zdaje się tego nie widzieć.

Problem z pieniędzmi odbija się znacząco na naszym związku. Tracę cierpliwość, zaufanie, wiarę w dobrą wolę… Tracę poczucie bezpieczeństwa. Patrzę na mojego męża inaczej. W zeszłym miesiącu postawiłam ultimatum: przelew do 10- tego. Usłyszałam, że przecież pamięta, że traktuję go jak portfel… Cóż, o pieniądze upominałam się jeszcze owego ostatniego dnia praktycznie stojąc przy mężu, tuż obok ekranu komputera. I czułam się z tym strasznie.

Póki co, nie umiem rozwiązać tego problemu. Mam nadzieję, że znajdę w sobie siłę, by zmienić moją sytuację. Nasze życie nie powinno tak wyglądać.

 


Zobacz także

przepisy na wodę

Jak i z czym najlepiej pić wodę, żeby nam naprawdę smakowała? Podajemy kilka przepisów

„Dziękuję za to, że jesteście. Zawsze i wszędzie”. Akcja „List do dziecka”

Droga teściowo, żyj i pozwól żyć innym. Jedziemy przecież na tym samym wózku