Lifestyle

Co za dużo to niezdrowo, czyli o publicznym (i wylewnym) okazywaniu sobie uczuć

Anna Frydrychewicz
Anna Frydrychewicz
3 kwietnia 2017
Fot. iStock/teksomolika
 

Przyszła wiosna, a wraz z wiosną przybylo zakochanych na parkowych ławkach, w alejkach i w autobusach. Stan zakochania jest cudowny, okazywanie sobie czułości i uczucia to wspaniałe, umacniające związek gesty. Przyznajcie jednak, że kiedy uczucia wymykają się spod kontroli, namiętność uderza do głowy, a do domu jeszcze daleko, robi się niezręcznie (zwłaszcza obserwatorom). Przed wami krótka ściągawka z dopuszczalnych publicznie form okazywania sobie uczuć.

♥ Trzymanie się za ręce

Trzymanie się za ręce w miejscach publicznych, po to, by czuć swoją obecność, czy po to, żeby odprowadzić ukochaną osobę w jakieś miejsce, albo pomóc jej gdzieś wejść, jest oczywiście dopuszczalną publicznie formą okazania uczucia.

♥ Całowanie

Jako powitanie, czy pożegnanie (i pod warunkiem, że nie przybiera form laryngologicznych – z wzajemnym obmacywaniem sobie migdałków za pomocą języka) jest standardową i dopusczczalną formą okazywania miłości i przywiązania (choć w sytuacjach zawodowych, gdy pracujecie razem, bywa niemile widziane).

♥ Miłosne wyznania

Te dwa magiczne słowa to milowy krok w każdej relacji, stanowią bardzo osobiste wyznanie i nie powinny padać w  miejscach publicznych. Wyjątkiem są radosne lub bardzo emocjonalne wydarzenia. 

♥ Zdrobnienia

Naprawdę, pani w urzędzie naprawdę nie musi wiedzieć, że ty jesteś jego misiaczkiem, a on twoim muffinkiem. Zdrobnienia i spieszczenia zachowujemy dla siebie i ograniczamy do sytuacji „domowych”, lub rodzinnych.

♥ Pieszczoty

Niedopuszczalne w miejscach publicznych (wyjątkiem są delikatne gesty, takie jak pogłaskanie po policzku). Wkładanie ukochanej lub ukochanemu ręki pod bluzkę, nawet kiedy jest już bardzo gorąco to widok, którego należy oszczędzać innym, ze względu na szacunek – do swojego partnera, to otoczenia i do naszej miłości. To samo dotyczy wzajemnego dokarmiania się w restauracji.

Udanych randek z ukochaną osobą 🙂

 


Lifestyle

10 modowych wpadek, które możesz zaliczyć tej wiosny

Redakcja
Redakcja
3 kwietnia 2017
Fot. iStock
 

Jak to bywa w świecie mody, wiele rzeczy, które były bardzo modne w zeszłym roku bądź sezonie, teraz zostało uznanych za modowy grzech. Pamiętasz szał na baskinki, które cudownie modelowały kobiece sylwetki? Albo chockery, które na swojej szyi nosiła do trzecia dziewczyna? Zapomnij o tym – tej wiosny to już przeszłość.  Dlatego jeśli nie chcesz popełnić modowej wpadki, powinnaś wiedzieć, czego raczej nie zakładać i co głęboko schować na dnie szafy. Zobacz listę rzeczy, które przez znawców zostały wykluczone tej wiosny. Tylko pamiętaj, że trendy powracają. Dlatego, jeśli wydałaś duże sumy na którąś z tych rzeczy, zachowaj ją. Moda na nią na pewno jeszcze powróci.

Chockery

Nosiły je nastolatki oraz kobiety dojrzałe, bo ta biżuteria podbiła damskie serca. Dlatego mamy złą wiadomość dla miłośniczek chockerów, których uzbierało się niemałe grono – włącznie z celebrytkami np. Sarą Boruc. W tym sezonie zostały uznane za grzeszek i zostaną zastąpione naszyjnikami. Najnowszy trend łączy w sobie kilka sztuk o różnej długości i z różnymi zawieszkami, co w sumie wygląda bardzo interesująco.

Post udostępniony przez Sara Boruc Mannei (@saraborucmannei_real)

 

Kolorowe rajstopy

Słodko wyglądają na nogach dziewczynek, u dorosłych wyglądają śmiesznie. Noszenie ich w taki sposób, aby stylizacja wyglądała smacznie, jest dużym wyzwaniem i udaje się nielicznym. Dlatego styliści odetchnęli z ulgą, bo zostały wykluczone z trendów.

Sneakersy na koturnach

Kolejny hit powinien znaleźć się na dnie twojej szafy, bo moda na miks sportowych butów z butami na koturnach wylansowana przez Isabel Marant przemija tej wiosny. Te buty budziły sporo emocji – wielu znawców i stylistów uznało je za największą pomyłkę modową. Jednak kobiety je pokochały i nie wyobrażały sobie bez nich stylizacji.

Sukienka bandage

Ku niezadowoleniu panów, a radości kobiet, które czuły się jak owinięte szczelnym bandażem, czas pożegnać niezwykle seksowne sukienki bandage. Tej wiosny zastępują je sukienki przypominające bieliznę, które równie dobrze eksponują atuty sylwetki. Warunek jest jeden – musisz wybrać odpowiedni krój do swojej figury, a będziesz czuć się i wyglądać niezwykle kobieco.

Przezroczystości

Z ulgą żegnamy trend na przezroczyste ubrania, które nierzadko odsłaniały za dużo ciała i sprawiały, że ciężko było oderwać wzrok od wystającej bielizny. Niestety, wiele kobiet nie było świadomych, jak źle w nich wyglądają. Najczęstszymi wpadkami był źle dobrany biustonosz oraz majtki, a także pokazywanie zbyt pulchnego ciałka.

Wielkie logo

Hit roku 2016 został uznany za jedną z największych wpadek podczas tej wiosny. Jeśli nie chcesz popełnić modowego grzechu i wyjść na modową ignorantkę, musisz unikać pokazywania logo znajdującego się na ubraniach. Nie wiesz, jak to zrobić? Naprzeciw wychodzą ci internauci. W sieci można znaleźć tutoriale, w których opisywane są sposoby na pozbycie się go bez uszkodzenia materiału.

Baskinki

Uwielbiane przez kobiety, ponieważ doskonale tuszowały mankamenty, a jednocześnie podkreślały atuty sylwetki. Niestety, jej czas już minął i nie powinnaś nosić jej tej wiosny. Czyżby już się opatrzyły i znudziły na ulicach? Ponieważ w tym sezonie przeznaczone są do ciężkich, wręcz kostiumowych stylizacji, w których raczej nie wyjdziesz do sklepu.

Gorset

W 2016 roku jednej z największych trendów polegał na noszeniu gorsetu na ubraniu. Miał być symbolem tego, że kobieta jest świadoma swego ciała i swoich atutów. W 2017 roku nie pojawił się jednak w kolekcjach projektantów, dlatego zrezygnuj z jego noszenia, jeśli nie chcesz popełnić modowej gafy.

Dżinsy z wielkimi dziurami

To chyba jedna z największych niespodzianek – przecież uwielbiamy dżinsy z dziurami! Niestety, wiosna 2017 należy do bardziej klasycznych modeli. Jak widać, klasyki nigdy nie wyjdą z mody, dlatego warto zainwestować w parę dobrej jakości.

Przezroczyste spódnice

W zeszłych latach kobiety pokochały przezroczyste, zwiewne spódnice, które odsłaniały nogi. Niestety, moda na nie przeminęła, nad czym ubolewamy. Jednak, jeśli chcesz poczuć się dziewczęco tej wiosny, wybierz spódnicę w kwiaty, która jest jednym z największych trendów tego sezonu.

Której z tych rzeczy będzie Wam najbardziej brakować?

Zobacz także:

5 rzeczy, które muszą się znaleźć w twojej szafie i nie raz uratują ci życie

Witamy wiosnę kolorem. Jakie kurtki i płaszcze będziemy nosić w tym sezonie?

 


Lifestyle

„Zastanawiam się, kiedy tak podpadłam Panu Bogu, że mi nawet w Atenach nie daje taryfy ulgowej?”

Małgorzata Ohme
Małgorzata Ohme
3 kwietnia 2017
Fot. iStock / piola666

Od kilku tygodniu myślę tylko o tym, że lecę do Grecji. Duma rozsadza moją klatkę piersiową, że to dzięki synowi, że tenis, turniej, a ja staję się międzynarodową matką i widzę oczami wyobraźni, jak przemierzam z walizką świat, z kortu na kort, z hotelu do hotelu, Brazylia, Stany, Francja i te de. Widzę siebie na Rolland Garros, gdzie ostatni raz w ciąży z nim będąc siedziałam i widziałam Rogera Federera, który grał na jakimś mniejszym korcie, a ja lekceważąco patrzyłam na faceta, który ledwo był mi znany. Zanim jednak posuwam się w swojej wyobraźni na pierwsze rzędy wielkich szlemów, myślę o cudownym weekendzie w Atenach, hoteliku jak ze snów, spa dla mojego zmęczonego umysłu i ciała po ostatnich wyczerpujących miesiącach życia. Każdy, kto mnie zna, klepie mnie po plecach empatycznie mówiąc „należy ci się ten wyjazd”.

A więc mi się należy i ja też tak sądzę, na ostatnią chwilę wrzucam kilka sukienek, okulary, kostium kąpielowy na wszelki wypadek, kilka szminek i książki, które czekają od dawna na moją uważność. Lecę sama, bo dziecko odbieram od trenera z lotniska dzień później (grał turniej w innej części Grecji). Każda zmęczona życiem kobieta wie, ile znaczy samotny lot i noc w hotelu bez myślenia o kimkolwiek, nawet jak młody ma 13 lat, bez planowania, bez pytań, w absolutnej ciszy i egoizmie czerpanej z każdej samotnej chwili. Drukuję w ostatniej chwili bilet (z ostatniego lotu wiem, co to znaczy się nie odprawić w tanich liniach!!!!!), ale go zapominam z pracy. Biegnę więc z wywieszonym jęzorem do księgarni w moim podwarszawskim miasteczku, dzięki byciu stałą bywalczynią tego miejsca (przychodzę choćby po to, aby popatrzeć na książki) – Pani drukuje mi bilet, między wierszami czytam z jej twarzy, że to absolutny wyjątek i że księgarnia to nie drukarnia, i że następnym razem…

Z biletem w ręku przemieszczam się do Modlina, wypijam lampkę wina, by zmniejszyć poziom lęku, który wyostrza mój słuch w samolocie do tego stopnia, że słyszę każdy szmer w silniku, a może to nie silnik, ale torebka śniadaniowa innego pasażera albo przerzucana strona gazety, ale chcę mieć względny spokój i skupić się już tylko na moim pięknym wyjeździe. Przełykam więc niebyt smaczne wino, nie narzekam, choć zwykle narzekam, racjonalność uznaje swą wyższość nad komunikatami wysyłanymi przez kubki smakowe („fuj, ale kwaśne, ch… wino”) i lecę do bramki. I tam się zaczyna.

Walizkę otwieram odważnie, przygotowana do kontroli mililitrów, w torebce foliowej dokładnie takiej, jak trzeba, prześwituje krem, balsam i małe próbki. Pan, który w oczach nie ma nic prócz tego, że jestem dżemem morelowym lub wiśniowym na jego taśmie, wyjmuje krem i macha mi nim przed oczami. „Ile tu jest napisane?” – pyta. „Gdzie?”- ja z głupia franc, bo już wiem, że chodzi o butelkę 150 mililitrową, ale kremu mam tam tylko resztkę, dosłownie na dwa smarowania, więc chyba liczy się maść a nie butelka, co nie? „Butelka nie może przekraczać 100 mililitrów”- nie patrzy mi w oczy, bo przecież dżem nie ma oczu, szpera dalej i wyciąga tą z balsamem do włosów. „Ta też nie przejdzie”. „Jak to?” – tym razem jestem już wkurzona, to droga odżywka, którą dostałam w prezencie do przetestowania, a nigdy sama bym sobie nie kupiła, jedyny krem po którym moje włosy sprawiają wrażenie gęstych, a nie piór na wietrze szarpanych we wszystkie strony. „Nie oddam tego kremu! To 120 mililitrów, niech Pan się nie wygłupia”- syczę. „120 mililitrów to nie 100 mililitrów”- mówi do mnie i pierwszy raz łapię jego wzrok. Trzymam więc mocno zmieniając strategię na wdzięk i urok, którymi odbijam się jak te żelowe stwory na szybie „Ale ja mam alergię skóry i muszę używać specjalne kosmetyki” (teraz lecę na litość). „Ma pani zaświadczenie od lekarza?”. Czuję, że przegrywam. Zagajenie kolegi też nic nie daje, życzliwie się uśmiecha i mówi, że jak pójdę po buteleczki do sklepu na lotnisku, to potem przepuści mnie bez kolejki, bo mam 10 minut do zamknięcia bramek. Coś tam jeszcze mamroczę, ale to już ten moment, gdy wiem, że należy zabrać swoje zabawki i grzecznie się wycofać. Lubię na koniec jeszcze zaakcentować swoją dumę, więc zaznaczam, że jak żyję, to mi się taka sytuacja nie zdarzyła i że napiszę do firmy XXX, takie tam bzdety, których nikt oprócz mnie nie słyszy.

Lecę więc z walizką do sklepu, kupuję buteleczki, które wymyślił idiota, bo otwór jest tak mały, że przelewając krem zalewam sobie nim spodnie, a wyciśnięcie balsamu jest już kompletnie niemożliwe, bo jest gęsty, fakt, że dla alergików (używam, bo mnie bardzo swędzi skóra na nogach po kąpieli). Widzę, że mam do wyboru albo wyrzucić tubkę, albo spróbować oszukać system usprawiedliwiając się świądem i tak też robię. Moje małe zwycięstwo odczuwam ukrywając kremik w butach i z miną osoby, którą system złamał, udaję się z powrotem na taśmę. Taśma mnie przepuszcza, a pan zapewnia na koniec, że to nie jego wina tylko robotę by stracił, gdyby mi pozwolił na łamanie prawa. No cóż…

W skrócie, co dalej. Wciskam się w fotel, gdzie pani z przodu rozłożyła siedzenie, a ja nie mogę, bo za mną całkiem sporych rozmiarów człowiek, co i tak ledwo się mieści, więc grzecznie skulam się w swoim miejscu. Zamawiam ohydną kawę plujkę, która ma specjalny dziubek do odsysania farfocli, a i tak smakuje gorzej niż z najbardziej rozcieńczonego przelewowego. Zjadam pół Tablerone (kupiłam z buteleczkami), które kojarzy mi się tylko z lotniskami i jakoś ta podróż szybko mija. Walizkę wniesioną na pokład ktoś jednak oddaje do schowka, bo za mało miejsca w samolocie, więc zanim zrozumiem, jak to się stało, że wychodząc jej nie znajduję i co to znaczy, że miałam żółtą naklejkę, czeka na mnie zniecierpliwiony autobus i chyba etykieta problemowej, która lata po schodach tam i z powrotem. Czekam więc, aż walizka, oczywiście jako ostatnia, do mnie wróci, łapię taksówkę modląc się, by hotel był blisko i by był ładny, ale nim się przekonam, muszę spędzić z niespełnionym Kubicą blisko godzinę szaleńczej jazdy w poszukiwaniu hotelu, bo oczywiście „Kubica” z mapy nie korzysta ani z GPS.

17792628_1667275780234698_1083827718_n

Jest prawie północ, gdy podjeżdżamy pod budynek zwany hotelem, coś co wygląda na blok z zielonym napisem Green Hotel, ale łudzę się jeszcze, że to taki niewyględny butik, a wnętrze mnie oczaruje. Nic z tego, całość jak akademik z koszmarnymi śniadaniami z zimnym omletem krojonym w paski, by ktoś sobie nie pomyślał, że cały dla niego, korty szybkim marszem dwadzieścia minut stąd przypominające boisko umownie przedzielone na cztery, bez żadnych siatek bocznych czy ławeczek. A poranek uświadamia mi, że pogoda nie załagodzi sytuacji, bo wieje tak, że łeb mi urywa, gdy idę na poranny spacer do piekarni po croissanta, by zabić smak hotelowego śniadania. Mam więc jedne dżinsy, jedną koszulkę, jeden sweter i kurtkę. I zastanawiam się kiedy tak podpadłam Panu Bogu, że mi nawet w Atenach nie daje taryfy ulgowej.

I wtedy słyszę swój wewnętrzny głos, który podpowiada, że Pan Bóg nie ma z tym nic wspólnego, że to ja i że jestem w pięknych Atenach, a co dalej, zależy ode mnie. Dalej jest, jak się domyślacie, inaczej, choć to chyba złe słowo, jest po prostu fajnie, pięknie. Znajdujemy hotel blisko Akropolu, przenosimy się do centrum, jemy kolację w dobrej restauracji, o której czytam w Internecie, a którą prowadzi ojciec z synem. Jem najpyszniejsze kalmary, ośmiornicę, a Jurek odkrywa smak prawdziwych tzatziki. Zwiedzamy uliczki, Akropol i muzeum. Kupujemy pamiątki. Zamieniamy się w zachwyconych turystów, a mój syn kupuje mi bransoletkę z drzewem oliwnym, mówiąc, że pasuje do mnie, bo jest pozytywne.

17776676_1667277356901207_336837448_o

 

A dziś piszę, jedząc późne śniadanie na pięknym tarasie, skąd mam najpiękniejsze widoki, stary Akropol i białe dachy greckich domków, a mój syn czyta książkę (sic!).  I nie mam żadnej puenty, poza oczywistą, że wszystko zależy do nas, a ja jestem pozytywna, bo tak powiedział mój ukochany syn, ale także dlatego, że nigdy się nie poddaję i piszę to będąc w Atenach – olimpijskim mieście, gdzie walka jest wpisana w historię. I nijak się ma moja anegdota do prawdziwych walk, które toczymy w swoich życiach, bo każdy ma swoje Ateny przecież i czasami wydaje nam się, że nie damy rady, ale radę damy, naprawdę damy, zawsze gdzieś są rezerwy, ukryte na ostatnią chwilę i pozytywizm, który pozwala wierzyć, że będzie dobrze, że będzie pięknie, że zjemy śniadanie w błogim spokoju z widokiem na lepsze życie ❤.

17757809_1667275750234701_1830623808_n 17792628_1667275780234698_1083827718_n 17793077_1667275786901364_272706889_n


Zobacz także

5 chorób, na które pracujesz ciągle niedosypiając

Kiedy mnie już nie będzie… „Na zmartwienia dobra jest też miłość. Nie czekaj z tym długo, po co czekać na szczęście?”

5 strategii dla każdej kobiety, która chce wyeliminować lęk i stres ze swojego życia