Lifestyle

Depresja sezonowa – jak sobie z nią poradzić?

Redakcja
Redakcja
22 listopada 2018
Mat. prasowe
 

Coraz krótsze i na dodatek deszczowe dni, często sprawiają, że trudniej nam odczuwać radość. Jesteśmy senni, apatyczni, spada nam samoocena, chętniej sięgamy po niezdrowe przekąski, bądź przeciwnie, zanika nam apetyt. Szacuje się, że sezonowe zaburzenia afektywne, zwane potocznie „depresją sezonową”, dotykają około 10% Polaków. Jak więc sobie z nimi radzić?

„Depresja sezonowa” najczęściej dotyka ludzi młodych, w przedziale wiekowym 18-30 lat. Nie jest jednak zjawiskiem, które pojawiło się wraz z początkiem nowego millenium. Już w 1984 roku Frederic Cook zwrócił uwagę na związek sezonowego braku światła słonecznego z zaburzeniami nastroju, a Norman Rosenhtal opisał po raz pierwszy w literaturze zespół sezonowych zaburzeń afektywnych (ang. seasonal affective disorder – SAD).

„Naturę trudno oszukać. Przez tysiąclecia to pory roku wyznaczały człowiekowi rytm funkcjonowania. Obniżenie aktywności jesienią i zimą, zmniejszony metabolizm, to naturalny stan rzeczy, który pozwalał ludzkości przetrwać długie, zimowe dni. Światło żarówki jednak nigdy nie zastąpi nam światła słonecznego, dlatego mechanizmy, które dawniej warunkowały przetrwanie, aktualnie zaburzają naszą efektywność, do której jesteśmy przyzwyczajeni my, jak i otoczenie. Na szczęście, gdy już poznamy przyczyny naszego złego samopoczucia, możemy walczyć z jego objawami, również w zaciszu domowego ogniska” – komentuje Marta Rolnik-Warmbier, psycholog współpracujący z marką Delecta.

Spektrum objawów depresji sezonowej jest bardzo szerokie. Do najpopularniejszych należą przewlekłe zmęczenie, brak poczucia sensu, obniżona aktywność, problemy z koncentracją, niechęć do pracy i funkcjonowania w społeczeństwie, a także zwiększony apetyt, zwłaszcza na węglowodany.

„W momencie, kiedy zaobserwuje się powyższe objawy u siebie bądź bliskiej osoby, należy pamiętać, aby absolutnie nie dokonywać autodiagnozy. Objawy depresji sezonowej są bardzo podobne do depresji klinicznej czy niedoczynności tarczycy, a tych nie można bagatelizować” – dodaje Marta Rolnik-Warmbier, psycholog współpracujący z marką Delecta.

W momencie, kiedy lekarz wykluczy inne choroby lub schorzenia, jak również nie ma przesłanek do leczenia depresji sezonowej fototerapią, można samodzielnie walczyć z objawami przesilenia zimowego. Jeśli już mamy sięgnąć po coś słodkiego, warto pamiętać o witaminach i minerałach i sięgnąć np. po brownie, bazujące na ciemnej czekoladzie, bogatej w magnez lub ciasto marchewkowe, zawierające witaminy z grupy B, które pomagają w prawidłowym funkcjonowaniu układu nerwowego. Przygotowanie takich wypieków to przy okazji świetna okazja do spotkania z najbliższymi. A dedykowanie wypieku ukochanej osobie to najprostszy sposób na pokazanie, jak bardzo nam na niej zależy – po prostu „powiedz to na słodko”. Co ciekawe, niektórzy lekarze rekomendują ten sposób jako jedną z bardziej skutecznych metod radzenia sobie z depresją sezonową.

Mat. prasowe

„Zdaniem doktora Cosmo Hallstrom z Royal College of Psychiatrists, czynności, które są uporządkowane i wymagają koncentracji pomagają w walce z depresją. Poczucie kontroli, konieczność stosowania proporcji, ale także artystyczny wymiar pieczenia, którego finalnym dziełem jest komplementowany przez innych deser to elementy, które pozytywnie wpływają na samoocenę osoby zmagającej się z depresją – dodaje Marta Rolnik-Warmbier. – Co ciekawe – Duńczycy, którzy są jednym z najszczęśliwszych narodów świata, spożywają mnóstwo ciast, słodyczy i wypieków ( najwięcej w Europie), zwłaszcza w sezonie zimowym, a światło świec, oprócz elektrycznego, towarzyszy im także w takich miejscach, jak uniwersytety!

W tym szczególnym okresie ważne są drobne, codzienne przyjemności, które poprawią nam samopoczucie. Dobra książka? Pachnąca świeca? Wspomniane ciasto? A może aktywność fizyczna, chociażby w postaci szybkiego spaceru, po którym można wziąć aromatyczną kąpiel? Możliwości jest wiele, najważniejsze jednak, aby nie dać się słocie.

Artykuł powstał przy współpracy z Delecta


Lifestyle

Miłość jest w stanie wiele udźwignąć. Czy także pozytywny wynik testu na HIV? Życie w związku „plus-minus”

Ewa Raczyńska
Ewa Raczyńska
22 listopada 2018
Fot. iStock/BlackbourneA
 

– Na początku była przyjaźń. Mieszkaliśmy daleko od siebie, więc wysyłaliśmy sobie listy. Tak wiem, romantycznie, ale faktycznie to nas do siebie bardzo zbliżyło. Nawet nie wiem, kiedy się zakochałem, wtedy już jednak wiedziałem, że Alicja żyje z HIV.

Dla Marka nie było to pierwsze zetknięcie z zakażoną osobą. – Chorobą, która się pojawiła i budziła wiele kontrowersji, zainteresowałem się już w latach 90-tych. Wciągnęło mnie to, chciałem wiedzieć więcej, żeby mieć jakąkolwiek świadomość w tym temacie. To był też czas, gdy powstawały ośrodki MONAR budząc nierzadko ogromny sprzeciw lokalnej społeczności. Nie wiem, czy ktoś jeszcze pamięta, te sytuacje, gdy ośrodki podpalano, gdy szykanowano pracowników i przebywających w MONAR-ze. Jako młody człowiek występowałem przeciwko tym protestom, w ogóle angażowałam się w pomoc. Od zawsze uważałem, że jeśli mam wolną godzinę, to wolę ją spożytkować na pomoc komuś, kto tej pomocy potrzebuje niż na pierdoły.

Znajomi poprosili Marka o udział w happeningu profilaktycznym dotyczącym HIV. Tak też wsiąknął w to środowisko. Działając w stowarzyszeniu „Bądź z nami” nie wiedział, kto jest zakażony, a kto nie. Nie miało to dla niego większego znaczenia. Podobnie było z Alicją, gdy ją poznał. Zaprzyjaźnili się, gdy pomagał jej w przeprowadzce i remoncie mieszkania. – Jeśli ktoś nie miał potrzeby mówić, czy jest zakażony, nie dociekałem, za to starałam się wiedzieć o tej chorobie coraz więcej. Wiedziałem, że siedząc przy jednym stoliku i pijąc z tej samej szklanki nie zakażę się, jak niektórzy do tej pory uważają. Minęło wiele lat, a ten mit nadal ma się dobrze. Ludzie naprawdę myślą, że zakażą się stojąc z kimś chorym w kolejce do kasy. Tymczasem sami nigdy nie zrobili testu na obecność wirusa HIV, nie wiedzą, czy to przypadkiem oni nie są zakażeni.

W słowach Marka nie ma przesady. W naszym kraju z roku na rok odnotowuje się coraz więcej przypadków zakażenia wirusem HIV, a od 50% do 70% żyjących z HIV nawet o tym nie wie. – Przez wiele lat żyliśmy w przeświadczeniu, że AIDS to choroba homoseksualistów, prostytutek i narkomanów, a z tego, co ostatnio wiadomo, coraz więcej zakażonych pojawia się wśród heteroseksualnych mężczyzn i kobiet po 40 roku życia. To wynik naszej ignorancji, braku świadomości i strachu przed ponoszeniem odpowiedzialności za to, co robimy.

Marek pamięta swój pierwszy raz. I wcale nie chodzi tu o seks, ale o test na HIV. – To było jeszcze na długo przed tym nim poznałem Alicję. Po prostu, mając za sobą związek, kilka przygód, także tych przypadkowych, postanowiłem się przebadać. Test negatywny, ale stres jednak był.

Są tacy, którzy nie chodzą do lekarza, nie badają się, bo nie chcą wiedzieć, czy są chorzy, wolą żyć w błogiej nieświadomości. I wszystko jest w porządku, gdy tylko sobie robią krzywdę, w przypadku HIV jest inaczej. Brak świadomości, niezrobienie testu, naraża każdą osobą, z którą współżyjesz bez prezerwatywy, na zakażenie.

– Dzisiaj HIV nie jest już chorobą śmiertelną, mamy fantastyczne leki, które pozwalają żyć zupełnie normalnie i nie zakażać. Jak widać chorzy mogą się wiązać z osobami zdrowymi i nie przenosić swojej choroby.

Gdy Marek dowiedział się, że Alicja jest pozytywna, był zaskoczony, choć, jak sam mówi, większe wrażenie zrobiłoby na nim, gdyby powiedziała, że się nie szczepi. – Przyznaję jednak, że nie było mi łatwo, zwłaszcza, że nasza więź się coraz bardziej zacieśniała, byliśmy sobie coraz bliżsi, myślałem o tym, co by było gdyby… A tu HIV.

Czy ta choroba mogła odebrać im to, co między nimi się budowało? Okazało się, że nie. Marek sam podkreśla, że to efekt otwartości na rozmowy, także te mniej przyjemne. – Alicja znała moje nastawienie, pewnie dlatego odważyła się na szczerość. Uważam, że najważniejsze to mówić sobie o wszystkich wątpliwościach. Na pewno było mi łatwiej, bo o HIV już trochę wiedziałem, spotkaliśmy mądrą panią doktor, która odpowiadała na wszystkie pytania. Byli też wokół nas ludzie ze stowarzyszenia, z którymi mogliśmy porozmawiać. Poznałem w stowarzyszeniu pary „plus-minus”, wysłuchałem ich opowieści. I choć mówi się, że miłość jest w stanie udźwignąć wiele, ja, choć uświadomiony na temat tej choroby, i tak potrzebowałem czasu, żeby oswoić się z myślą, że moja przyjaciółka, z którą chciałem się związać, w której zaczynałem się zakochiwać żyje z HIV.

Dzisiaj, po ośmiu latach związku, żyją jak normalna rodzina. Alicja ma dziecko z pierwszego związku, Marek syna i córkę także z poprzedniego. – Jedynym oporem jest społeczeństwo. Znam przypadki osób, które przyznały się, że są zakażone HIV i sąsiedzi przestali im odpowiadać na dzień dobry. Pani w sklepie nie chciała ich obsłużyć. Znam też małżeństwo, w którym ona – żona – nie wie, że jej mąż jest zakażony. Mają dziecko, dobry związek, ale on skrywa głęboko swoją tajemnicę. Boi się nią dzielić.

Podobnie w rodzinie. – O tym, że Alicja jest pozytywna powiedzieliśmy tylko niektórym, czyli tym, którzy są otwarci na rozmowę, którzy nie zamykają się w jakiś schematach myślenia i nie wierzą jedynie podwórkowej wiedzy. Jednak i tu bywa różnie. O tym, że Marka partnerka jest chora, wie jego młodszy syn, starsza córka nie. – Wiem, że by tego nie przyjęła. Ma swoje poglądy, z którymi jeszcze nie czas dyskutować. Może kiedyś. Część bliskich z rodziny, którym powiedzieliśmy, ograniczyło z nami kontakt, utrzymujemy tak zwaną poprawność polityczną, bez zażyłości. Są też tacy, dla których, choć wiedzą, nic się nie zmieniło. Wiem, że z całym światem nie wygramy i nie mam zamiaru z nim walczyć. Chciałbym tylko na swoim przykładzie pokazać, że pozytywny wynik na HIV nie jest końcem świata, nie znaczy, że musimy kogoś zepchnąć na margines społeczeństwa, odsunąć od siebie. Rozmawiajmy, edukujmy się. Może przy okazji sukcesu filmu „Bohemian Rhapsody” temat AIDS wróci trochę do społecznej świadomości, ale nie w ramach szerzenia zabobonów, ale dobrej wiedzy. Może zwiększy się liczbą odważnych, którzy zdecydują się na zrobienie testu. Freddie zmarł na krótko przed wynalezieniem leku ratującego życie zakażonych. Dzisiaj pozytywny wynik testu na obecność wirusa HIV nie jest wyrokiem, ale warto pamiętać, że za każdym razem seks bez prezerwatywy naraża nas na ryzyko zakażenia.

– Zaskoczył mnie ostatnio syn mojego znajomego. Ze swoją dziewczyną poszli razem na badanie. Tak po prostu, wiedząc, że mają za sobą także tę seksualną przeszłość i nie chcąc narażać siebie nawzajem na ryzyko zakażenia. Byłem w szoku, pozytywnym oczywiście. Oby więcej tak świadomych młodych ludzi. Mam nadzieję, że nie pójdziemy śladem Wielkie Brytanii, gdzie choroby przenoszone drogą płciową wśród młodzieży stają się powoli normą.


Artykuł powstał w ramach kampanii #mamczasrozmawiac 

Ważne informacje:

TELEFON ZAUFANIA HIV/AIDS 801 888 448* (*połączenie płatne tylko za pierwszą minutę) lub 22 692 82 26

GDZIE MOŻNA WYKONAĆ TESTY: KLIK


Lifestyle

Katarzynki, czyli jak wywróżyć sobie przyszłą żonę?

Redakcja
Redakcja
22 listopada 2018
Mat. prasowe

Imieniny Katarzyny (25 listopada) i Andrzeja (30 listopada) to ostatnia szansa na zabawę w okresie przedświątecznym. Jednocześnie w wieczory poprzedzające oba te dni przepowiadane są najsłynniejsze wróżby. I tak w wigilię św. Katarzyny wróżą sobie kawalerowie, natomiast w przeddzień święta Andrzeja – 29 listopada – panny. Co ciekawe, o ile poszczególne przepowiednie różnią się między sobą, to wróżby mają jeden cel: powiedzieć jak wyglądać będzie całe nasze dalsze życie.

W wigilię św. Katarzyny dużą rolę odgrywały sny. Jeśli chłopcu przyśniła się biała kura, oznaczało to, że jego przyszła małżonka będzie panną. Czarny ptak symbolizował wdowę, zaś kwoka z kurczętami -wdowę z dziećmi. Sowa to nic innego, jak symbol mądrości potencjalnej żony, natomiast siwy koń zwiastował długie kawalerstwo. Inną ciekawą wróżbą, była ta z wykorzystaniem gałązki wiśni: jeśli po ścięciu jej 25 listopada i włożeniu do wody, zakwitła do Bożego Narodzenia, oznaczało to, że kawalerowi uda się „stanąć na ślubnym kobiercu z damą miłą sercu”. W celu przepowiedzenia imienia swojej wybranki, wieczorem wkładano karteczki z imionami pod poduszkę, które losowano zaraz po przebudzeniu. To właśnie z tego zwyczaju wywodzi się powiedzenie „na świętej Katarzyny są pod poduszką dziewczyny”.

O ile obecnie popularniejszą okazją do organizacji imprez są zabawy andrzejkowe , tak dawniej, to właśnie 25 listopada wyznaczał termin rozpoczęcia przygotowań do adwentu. Wszak „Święta Katarzyna adwent zawiązuje. Sama hula, pije, a nam zakazuje”. Aby, jednak osłodzić nadchodzący czas, specjalnie na ten dzień przygotowywano okolicznościowe pierniczki – „Katarzynki”, które w przeciwieństwie do bardziej tradycyjnych nie muszą leżakować. Ciastka, mimo użytego miodu nie należą do najsłodszych, dlatego powstało na ich temat wiele wariacji. W tym ciasto „Katarzynka”.

Ciasto „Katarzynka”

Mat. prasowe

Składniki

  • 3-4 opakowania pierniczków „Katarzynki” bez polewy (ilość zależy od wielkości blachy)

  • Dżem śliwkowy lub porzeczkowy

Biszkopt:

  • 4 jajka

  • 2/3 szklanki mąki pszennej

  • 2/3 szklanki cukru

  • 1 płaska łyżeczka proszku do pieczenia Delecta

Masa budyniowa:

  • 1 opakowanie budyniu o smaku waniliowym marki Delecta

  • 400 ml mleka

  • 1 opakowanie masła

Polewa czekoladowa:

  • Polewa smak mlecznej czekolady Delecta

Nagrzewamy piekarnik do temperatury 160°C. Składniki na biszkopt mieszamy do momentu uzyskania jednolitej masy i całość wylewamy do blachy. Tak przygotowaną mieszankę pieczemy około 25 minut, do suchego patyczka. Po upieczeniu, rzucamy blachę o podłogę – dzięki temu ciasto nie opadnie. Po wystygnięciu, kroimy je na dwie równe części. Pierwszą z nich smarujemy dżemem. Następnie, na warstwie dżemu kładziemy pierniczki „Katarzynki”. Kolej na masę budyniową. Budyń gotujemy zgodnie z przepisem, wykorzystując o 100ml mniej mleka niż jest zalecane (zamiast 500 – 400 ml). Do ugotowanego gorącego budyniu dodajemy masło i mieszamy do całkowitego roztopienia. Tak przygotowaną masę wylewamy na pierniki. Na całość kładziemy drugą połówkę biszkoptu. Wierzch pokrywamy polewą czekoladową. Ciasto gotowe, aczkolwiek warto pamiętać, że najlepiej smakuje na drugi dzień.

Po nasiąknięciu pierniczków masą budyniową staną się one miękkie, a w połączeniu z kwaskowatym dżemem, stworzą połączenie wręcz idealne!

Słodkie inspiracje na tradycyjne desery w nowoczesnym wydaniu można znaleźć na www.delektujemy.pl


Artykuł powstał przy współpracy z marką Delecta


Zobacz także

Pieniądze to tabu – o nich się nie rozmawia, pieniądze się po prostu ma. One wiedzą jak rozmawiać i jak na pieniądzach zarabiać

Czy wiesz, co się będzie nosić w tym sezonie? 10 najmodniejszych kolorów na lato

„Kochanie pomyłem CI gary”. Jakie „ci” i jakie „moje gary”, ja się do cholery pytam. A pan to obiadu nie jadł z tych garów?