Lifestyle

Dajcie mi wszyscy święty spokój!

Rycząca Trzydziestka
Rycząca Trzydziestka
12 kwietnia 2016
Fot. iStock / gradyreese
 

– A daj ty mi święty spokój  – powiedziało do mnie dziś moje ośmioletnie dziecko. – O masz – pomyślałam. Zaczęło się. Bunt nastolatka? Nie, no chyba jeszcze nie teraz. Szybka analiza wydarzeń bieżących: poprosiłam o sprzątnięcie klocków z podłogi, poukładanie skarpetek w szufladzie. A i jeszcze zapowiedziałam, że za chwilę będzie obiad i to z ukochaną pomidorową. Co poszło nie tak? Mierzymy się wzrokiem uważnie, z tym, że ja wyglądam zdecydowanie bardziej na kogoś nastawionego pokojowo.

Chce być sama. Zaraz, jak to sama? Nie za mała jest? Co ona zrobi z tą samotnością? Po co jej ona? W matczynej głowie zapalają się lampki alarmowe, mózg skanuje kalendarium spięć z koleżankami w szkole i ewentualne natężenie sprawdzianów, ale nie znajduje tam nic niepokojącego. – Coś się stało? – siadam na łóżku przykrytym kapą w takie jeszcze dziecięce wzorki. Troskę mam wymalowaną na twarzy, ale tym razem to niedobrze, widzę już po reakcji. Więc zmieniam szybko minę na konkretną i zadaniową. O, tak jest lepiej.

–  Nie – tłumaczy córka. – Po prostu chcę mieć spokój. Potrzebuję czasu na myślenie. Acha. No dobrze. To ile czasu zajmie ci to myślenie, córko? Odpowiedź nie pozostawia złudzeń: „Skąd mam wiedzieć, kiedy coś wymyślę?”. No racja. Wychodzę więc rzucając tylko w przestrzeń, że za 15 minut zupa. W głowie niepokój. Przez ostatnie kilka lat doświadczałam raczej tego, że moje dzieci chcą być właściwie cały czas w pobliżu. Nawet bawiąc się w swoim pokoju wybiegały co chwila przytulić się, sprawdzić co słychać, albo informowały mnie pełnym głosem o konfliktach w rodzinie lalek i niesfornym zachowaniu pluszowego misia. Albo o tym, że ten rysunek plakatówkami na ścianie jednak się nie udał, więc został zamazany czarnym kolorem, żeby nie było widać (że nie wyszedł, rzecz jasna). Przecież zawsze tak było: ja i oni, nierozłącznie. Bywało, że i w toalecie, ale tego naprawdę się wstydzę. „Mamo to, mamo tamto” – rozlegało się w naszym domu co chwila.

I teraz nagle, zupełnie niespodziewanie, pierwszy raz dostałam jasny sygnał: „Spadaj, matka!”. Ale nie panikujmy. Przyjdzie w końcu, mała jest jeszcze. Przytuli się i powie o co chodzi, plącząc jak zwykle niemiłosiernie przebieg zdarzeń i kręcąc na palcu jasny kosmyk włosów. Wszystko wróci do normy. Albo nie. Usiądzie na krześle, pochmurna, zła i wciągnie pomidorową z makaronem zerkając na mnie z pode łba. Spotkam się ze ścianą niezrozumienia, murem niedostępności. To na pewno oznacza JAKIEŚ kłopoty.

Po dziesięciu minutach (bo już dłużej nie mogę wytrzymać) stawiam na stole talerze. „Obiad!” – wołam jak Grażynka w „Klanie”, choć zazwyczaj w ogóle tego nie robię. – Nie jestem głodna – pada po drugiej stronie drzwi. To już oficjalne: zostałam sama z tą pomidorową. Dziecko zaczyna mi dorastać.

Zakrywam dłońmi twarz i czuję się emocjonalnie niestabilna. Boże, Boże jak ten czas zleciał. Jeszcze wczoraj była taka malutka. Chyba pooglądam sobie zdjęcia z jej niemowlęctwa. Powspominam jak to było. Taka kompletna zależność. Przez pierwsze trzy miesiące to nie mogłam jej nawet na chwilę odłożyć do łóżeczka. Cały czas razem. A młody? Chodził za mną krok w krok. Tata? Nie! Ciągle tylko „mama”. Szału można było dostać. Tak było… cudownie.

–  Mamo, już pomyślałam. Nalejesz mi zupy? – słyszę tuż obok. Wyrwana ze swoich myśli siadam z dzieckiem do stołu… – Ale… – zaczynam niezręcznie – O czym tak myślałaś? Mogę ci jakoś pomóc? –Nie. Nie możesz – mówi moja córka – Przecież to ma być niespodzianka. Na twoje urodziny.

Wieczorem wybieram numer mojej babci, żeby zapytać jak się czuje i czy wybierze się z nami na spacer. Babcia dobiega 90-tki, mieszka sama. Na pewno czuje się samotna, dlatego kiedy tylko mogę, zabieram dzieciaki i jedziemy razem umilić jej trochę czas. ­ – A daj ty mi spokój. Nie mam dziś ochoty na wizyty. Pytałaś już o to wczoraj – rozlega się w słuchawce. – Czy ja nie mogę mieć odrobiny prywatności?


Lifestyle

„Przy tobie byłam tylko kolejnym kawałkiem stłuczonej filiżanki. Odeszłam, dla siebie. Po to, żeby znów poczuć, że jestem”

Rycząca Trzydziestka
Rycząca Trzydziestka
13 kwietnia 2016
Fot. iStock / Nazina_Maryna
 

W małżeństwie państwa A. jest źle. Tego już po prostu ukryć się nie da, zwłaszcza przed ochroniarzem na osiedlu, który przestał już puszczając oczko pytać żartobliwie: „Coś pan panie Piotrusiu żonę na dłuższy urlop wyprawił?”. I mama pana A. też już tych bajek o szkoleniu we Frankfurcie nie łyknie. Za to zadzwoni bardzo niespokojna jak to robi co dzień od dwóch miesięcy i spyta: „Jak ci jest synku, w tym pustym mieszkaniu? Jak ona mogła, tak bez uprzedzenia? Przecież tak ją kochałeś, nieba byś jej przychylił…”

– Kocham ciągle –  mówi pan A. do pustych ścian, bo słuchawkę odłożył już dawno. A potem bułkę, tę z wczoraj, kupioną na stacji benzynowej popija zimną kawą i wsiada do auta. Przedtem, na klatce, minie jeszcze dwie sąsiadki. Spojrzą na niego tak, jak zawsze: współczująco. Tym wzrokiem, który ma mu powiedzieć: „Proszę pana, szkoda życia dla takiej kobiety, co nawet kota zabrała i kolekcję kubków z porcelany.” Nie usłyszy gdy szepczą do siebie: „Mógłby się facet pozbierać, tyle jest dobrych kobiet na tym świecie…”.

Tylko, że pan A. rozpadł się na tak maleńkie kawałki, że pozbierać mu się bardzo trudno. Myślał już nawet, że prościej byłoby się zamieść na jakąś szufelkę i wyrzucić do kosza. Ale przypomniał sobie w porę, że pani A. mówiła zawsze gdy stłukł coś w złości, że przecież po co wyrzucać, że można posklejać. To co, że nie będzie już tak ładnie, tak idealnie jak kiedyś. I jeszcze pomyślał, że  ONA, pani A. takiego go kochała. Posklejanego z tych niedoskonałych kawałków.

Terapię zaczynał dwa razy. Za pierwszym razem tylko po to, by pani A. powiedziała mu, gdzie zostawiła drugi list, który do niego napisała nim odeszła. Następnym razem poszedł już po to, by znaleźć w nim pewność, że ONA wróci.

Kochanie,

To świetne, co powiedziałeś kiedyś: zrobiłbym dla ciebie wszystko. Dopiero teraz wiemy oboje co oznaczają te słowa, rzucane zbyt często na wiatr przez przypadkowych kochanków. Co oni mogą o tym wiedzieć? Jakie to szczęście, że nasza miłość nie wydarzyła się przypadkiem. Kochany, ty robisz właśnie dla mnie WSZYSTKO.

Nie rozumiałeś, gdy mówiłam, że można kochać kogoś i krzywdzić jednocześnie, nie widziałeś, że niszczysz nie tylko te nieszczęsne filiżanki, które dostaliśmy w ślubnym prezencie albo mój fotel bujany, w którym tak lubiłam czytać książki w chwilach naszego spokoju. Niszczyłeś mnie, moje marzenia o miłości szczęśliwej.  

Odeszłam. Dla siebie, po to, żeby znów poczuć, że jestem. Bo przy Tobie nie BYŁAM, przy Tobie jedynie zdarzało mi się bywać: szczęśliwą, radosną, kochaną. Albo bezgranicznie nieszczęśliwą, nierozumiejącą nic z tego, co dzieje się z Tobą, gdy nagle, z powodu, który inni uznają za błahy wykrzykujesz mi w twarz słowa nienawiści, a twoje ręce spadają na mnie ciosem nie do zniesienia. Bo jak znieść cios spod ręki tego, kogo kochasz?

Odeszłam też dla nas. Zrozumiesz to z czasem.

Chcę Ci tylko dziś powiedzieć, żebyś poszukał w sobie, gdzieś głębiej, źródła tego twojego gniewu. Nie umiem uwierzyć, proszę wybacz mi, że jestem jego jedyną przyczyną. Czy miłość bezwarunkowa może wzbudzać w kimś tyle zła?

Wybacz mi, nie mogłam dłużej cię chronić, bo zrozumiałam jak bardzo to złudne. Nie chroniłam ciebie… Ja tylko kryłam przed światem prawdę o tym, jak żyjemy ze sobą według tego dziwnego grafiku: trzy dni szczęścia, noc łez i twój krzyk.

Kot perski tęskni za Tobą, na znak przywiązania przestał jeść swój ulubiony przysmak, ten w różowej puszce. Nie piję herbaty w porcelanowych kubkach. Czekam, aż zaparzysz mi w nich poranną kawę.

Twoja Ż. (ONA)

P.S. Proszę, nie rezygnuj z terapii.

Czy pan A.  odnajdzie swoją upragnioną pewność? Nie wiem. Nie wiem nawet, czy pani A. napisze do niego kolejny list.  Ludzie  nie zmieniają się tak szybko, w dwa miesiące, 8 samotnych tygodni. Tyle jedynie, że w tej samotności można się sobie lepiej przyjrzeć. Więcej zobaczyć niż wtedy, kiedy czyjaś bezwarunkowa miłość utwierdza cię w przekonaniu, że życie w iluzji jest lepsze. Że ty jesteś lepszy niż byś chciał.


Lifestyle

Nie ograniczaj, naucz mądrze wybierać. Dlaczego boisz się zaufać swojemu dziecku?

Rycząca Trzydziestka
Rycząca Trzydziestka
5 kwietnia 2016
Nie ograniczaj, naucz mądrze wybierać. Dlaczego boisz się zaufać swojemu dziecku?
Fot. iStock / Christopher Ames

„Przestań mnie ograniczać” – wykrzyczał dziś w sklepie jeden mąż, który wyraźnie miał czegoś dość, do swojej żony, budząc przy tym zainteresowanie największych osiedlowych plotkarek. I moje też. Żona próbowała jeszcze jakoś załagodzić sytuację, tłumaczyć, że nie zgadza się na zakup ciasteczek maślanych dla „jego dobra”, bo ostatnio trochę przytył i „ona po prostu o niego dba”. Nie pomogło, wyszedł. Ciasteczka ewidentnie stanowiły tu element przepełniającą przysłowiową czarę goryczy.

Bo my od dziecka kochamy wolność. Ale swoją, osobistą. Trudno nam znieść, kiedy ktoś wkracza na nasz teren, żeby zaprowadzić tu swoje porządki. I nieważne, jakie przyświecają mu intencje. Za to w stosunku do innych? W związku czy w stosunku do dzieci lubimy nakładać ograniczenia, kontrolować. Dużo gorzej idzie nam wspieranie, dodawanie siły i motywowanie.

Mam znajomą, która wychowuje samotnie nastoletnią córkę. Samotnie, bo mimo, że mąż jest, to ciałem i duchem tak bardzo nieobecny (wiecie jak to jest kiedy „ktoś w tym domu musi zarabiać”), że trudno mówić o wspólnym podejmowaniu decyzji wychowawczych. Matka i córka od roku regularnie drą ze sobą koty, a głównym punktem zapalnym jest fakt, że szesnastolatce niewiele wolno. Na urodziny do znajomych z klasy? Tylko do 20-tej i tylko do tych, których rodziców mama zna osobiście. Wakacyjna praca w kawiarni na osiedlu? Zdecydowane „nie”. „Przecież niczego ci nie brakuje, masz spore kieszonkowe, a jak potrzebujesz zrobić jakiś większy wydatek, to zawsze ci dokładam”. „Ale ja chcę sama, mamo, chcę zobaczyć jak to jest… Chcę spróbować pracy. Inni już dawno próbowali.” „Widocznie ich rodzice nie potrafią o nich zadbać”.

Koronny argument na wszystkie próby logicznego uzasadnienia? „Póki mieszkasz w tym domu, stosujesz się do moich zasad”. Rozumiem. Władza rodzicielska musi zostać zaznaczona – w tym domu obowiązują zasady rodziców, w tym jedna podstawowa: zasada ograniczonego zaufania. Tylko, że kiedyś trzeba będzie opuścić to „bezpieczne” gniazdko i zacząć żyć po swojemu. Po swojemu czyli jak? Według tego, co mówili rodzice? A oni są w stanie przygotować nas „zaocznie” na każdą życiową okoliczność?

– Dlaczego jej bardziej nie zaufasz? – pytam moją znajomą, bo wiem, że jej córka jest odpowiedzialną i jak na swój, młody wiek dojrzałą osobą. Jeszcze nigdy nie zrobiła niczego głupiego i ufam, że to kwestia jej rozsądku, a nie nakładanych na nią co chwila ograniczeń. Bo przecież, kurcze blade, nie ma takiej siły, która zatrzyma nastolatka, kiedy on sobie postanowi, że coś zrobi. Zwłaszcza jeśli to „coś” jest na przekór rodzicom. – To złudzenie, utopia – mówię. – Chcesz kontrolować dorastającego człowieka i sprawiasz, że się od ciebie odwraca, oddala się od ciebie.

– Kiedy to takie trudne – pada cicha i bardzo prawdziwa odpowiedź, odsłaniając całą słabość matki: wieczny (mniej lub bardziej natężony) strach o swoje dziecko. I ja rozumiem ten strach, bo sama jestem matką. Ale rozumiem też potrzebę wolności, bo byłam nastolatką i jestem córką. I wtedy słyszę jeszcze bardziej ciche: „Boję się, że już nic mi nie zostanie, kiedy ona weźmie odpowiedzialność za siebie”.  Acha. To tu jest jeszcze jeden problem: potrzeba kontrolowania córki bierze się ze strachu przed pustką, utratą celu w życiu. Mając kontrolę (lub wrażenie, że ją ma) nad jakąś sytuacją, moja znajoma czuje się spełniona życiowo, potrzebna, ważna. Jakże to iluzoryczne i jak łatwo jej to odebrać.

Ale do rzeczy. Dawanie wolności, kiedy całe życie kogoś ograniczaliśmy, musi być trudnym doświadczeniem dla obu stron. Chyba nie od razu wiadomo co z tą wolnością zrobić. I pewnie nie od razu wiadomo jak przestać ograniczać. Ale powolne nakładanie na dziecko odpowiedzialności za samego siebie to przecież w końcu istota wychowania… Nikt nie powiedział, że wychowanie to prosta sprawa.

– Majka – pytam córkę mojej znajomej – o czym ty najbardziej teraz marzysz? Chwila zastanowienia – Chcę żeby mama we mnie uwierzyła. Przestała się bać,  no wiesz, że zrobię coś głupiego – pada.

Mamo, uwierz w córkę. Nie ograniczaj, pokaż jak mądrze wybierać. Nie ograniczaj, naucz mądrze wybierać. Dlaczego boisz się zaufać swojemu dziecku?

Pozwól jej uczyć się życia. A sobie pozwól mieć życie.