Lifestyle

„Czuł, że nie jest na swoim miejscu. Chciał czegoś innego. Jeździć daleko…”. Portret Kierowcy

Poli Ann
Poli Ann
17 czerwca 2019
Fot. iStock
 

Samochody kochał od zawsze. Już jako malutki chłopczyk piszczał na widok zabawkowego auta. Osobówki, wyścigówki, śmieciarki, cysterny czy ciężarówki. W latach osiemdziesiątych posiadanie takiej zabawki było nie lada luksusem. Pierwszego resoraka dostał, gdy był w pierwszej klasie. Nie spał z wrażenia całą noc, a zabawkę traktował przez lata z wielkim namaszczeniem. Po dzień dzisiejszy stoi na komodzie i nikomu, ale to nikomu nie wolno jej dotykać.

W domu się nie przelewało. Ojciec nie raz miał ciężką rękę, ciężko pracował po 12 godzin na dobę. Nerwowy był. Mama dobra, cicha, zajmowała się domem i wychowaniem czwórki dzieci.
Po szkole podstawowej, w której ocen szałowych nie miał i nawet raz miał zostać w szóstej klasie, marzył o samochodówce. Ojciec jednak, nie wiedzieć czemu, nie pozwolił. Kazał mu na kucharza się uczyć.

Ludzie żreć będą zawsze, a na fury nie każdy ma forsę – mawiał.

Mariusz ojca posłuchał. Do gastronomika poszedł, ale o samochodach marzył dalej. Sąsiad miał warsztat samochodowy to biegał do niego po cichu i podpatrywał jak ten auta naprawia. Szybko nauczył się jeździć. Praktycznie od razu. Wsiadł i pojechał, jakby się za kółkiem urodził. Uwielbiał, gdy sąsiad wysyłał go po coś i dawał kluczyki od swojego poloneza. Mariusz czuł się wtedy jak młody bóg. Marzył, że będzie kiedyś jeździł zawodowo.

W szkole nieźle mu szło. Po praktykach dostał nawet pracę. Pierwsze pieniądze wydał od razu na prawko. Zdał za pierwszym razem u najsurowszego egzaminatora. Ten nawet go pochwalił twierdząc, że będą z niego ludzie. Mariusz fruwał. I choć kuchnia to nie był to jego wymarzony zawód, pracował jak szalony, by sprawić sobie pierwsze własne auto. W latach dziewięćdziesiątych było to już możliwe. Volkswagen Golf 1, kolor zielony. To był jego cel, do którego dążył. Zarabiał nieźle. Dorabiał też jako kelner. Po dwóch latach trzymał kluczyki od Żabki. Tak pieszczotliwie nazwał swój ukochany samochód. Zresztą każdy jakoś nazywa. Traktuje jak człowieka. Myje, woskuje, ulepsza i prowadzi tylko do warsztatu sąsiada. Do nikogo innego nie ma zaufania.
Życie się toczyło. Poznał kobietę swojego życia. Został ojcem. Wszystko się układało. Tylko ta praca. Trochę mu wadziła.

Choć ludzie chwalili jego dania czuł, że nie jest na swoim miejscu. Chciał czegoś innego. Jeździć daleko. Nie tylko Żabką. Marzył o odległych trasach. Pięknych widokach. Wielkiej ciężarówce, w której byłby swoim jedynym szefem. Pragnął, by ta jedyna stworzyła mu dom, który on by utrzymał. By wracając z trasy jego dziewczyny z utęsknieniem czekały na niego, a on przywoziłby im pamiątki i następnego dnia zabierał do restauracji, na zakupy i do kina. I dokąd by tylko chciały.

Jego marzenie bardzo szybko miało się spełnić, ale połowicznie.

Ukochana odeszła. Zakochała się tak po prostu, o czym on przekonał się na własne oczy wracając kiedyś szybciej z pracy z powodu straszliwego bólu głowy. Zastał ją z nim pod prysznicem w sytuacji niepozostawiającej złudzeń. Z nim, kierownikiem restauracji. Ból głowy zniknął jak ręką odjął. A na długie miesiące pojawił się ból serca. Zdradzony podwójnie postanowił skupić się na marzeniu. Zrobił prawo jazdy na tiry. Szybko znalazł pracę. Przed pierwszą samodzielną już jazdą nie spał całą noc z wrażenia jak wtedy, gdy był małym chłopcem i dostał resoraka.
Trasa do Francji. Malownicza, długa i trudna. Już po pierwszym razie wiedział, że to jest to. Łatwo nie było. Niby GPS, Internet. Ale i tak miał stres jak dojechać do firmy, czy parking jest bezpieczny, czy nie będzie jakichś korków, wypadków lub objazdów. Czy czasu jazdy mu starczy, by dojechać na parking. Czy się wyrobi.

Dał radę. Każda trasa, choć z czasem znana, była zawsze pełna wyzwań i mieniła się innym obliczem. Raz witało go słońce, innym razem deszcz. Widoki zdawały się przebierać. Góry bywały nagie lub otulone mgłą, lub skąpane w promieniach słońca. Łąki kusiły soczystą zielenią, by za chwilę chować się w szarości. Chmury czasem zdawały się siedzieć mu na drodze. Innym razem płynęły po niebie. Ta natura go urzekła. Najbardziej słońce. Od jaskrawego blasku po głęboką czerwień. Uwielbiał patrzeć na jego wschody i zachody. Taki bonus za trudy wyprawy. Nie do opisania.

Praca była wymarzona. Kontakt z byłą i córeczką niezły. Wracał jednak do pustych czterech ścian marząc, by ktoś na niego czekał.  Było kilka kandydatek. Miał jednak pecha. Uciekały dowiedziawszy się, że jeździ. Albo nie miały uregulowanych spraw z byłym mężem/partnerem. Albo nie umiały się zdecydować, czy chcą spróbować z nim być, czy może nadal walczyć w pojedynkę. Bo bycie z kierowcą ciężarówki to czekanie. Żadna nie chciała zrozumieć pasji. Każda chciała go całego nie pojmując, że ciężarówka i on (obecnie o imieniu Diana) to jedność. Czy zwykły facet, który ma w końcu pracę, która go kręci i daje niezły pieniądz, musi wybierać? Albo kobieta i stałe nudne zatrudnienie, albo jazda po Europie i samotność? Przecież to się da połączyć. Gdzie kobieta, która zaakceptowałaby to takiego, jakim jest? Z Dianą w tle (cholewka, trochę duże to tło:)))

Mariusz póki co przemierza hiszpańskie i francuskie trasy. Odkłada pieniądze. Na razie jego serce należy do Diany. Przestał rozpaczliwie szukać kobiety. W końcu uwierzył, że ta się znajdzie, gdy on poszukiwań zaprzestanie.

Udostępnij


Lifestyle

On, nauczony doświadczeniem, miał dla niej dużo cierpliwości. Ona, szalona, uczyła go dawno zapomnianej spontaniczności

Poli Ann
Poli Ann
30 czerwca 2019
Fot. iStock/anyaberkut
 
Lilka wygrała konkurs. Wpadła do biura z wypiekami na twarzy. Jak bosko. Zwyciężyła. Endorfiny tańczyły w jej ciele. Rysiek akurat nad czymś pracował. Wyglądała tak ponętnie w długiej cienkiej sukience na ramiączkach. Nie miała chyba stanika. Może nawet była naga pod spodem. Był gorący letni wieczór. Pełnia lata. Została dłużej, przyniosła szampana. On był też autorem jej sukcesu. Bezimiennym, stojącym w cieniu, ale niezwykle ważnym. Gadali długo. Jak przyjaciele, którzy nimi być już nie chcą. To Lilka znów wyszła z inicjatywą. Opierał się chwilę. Moment, by w końcu poznać smak tego, o czym tyle czasu marzył.

Spróbowali tabu. Seks z córką najlepszego przyjaciela nie byłby raczej mile widziany. Weszli ma teren zakazany. Choć z drugiej strony oboje wolni, dorośli, nikogo przecież nie krzywdzili. Mimo to, czuli że robią coś niedozwolonego.
Kochali się pięknie. Ona dała mu żar młodego ciała, on doświadczenie. Po wszystkim nie czuli się zażenowani. Nie udawał mówiąc, że zadzwoni. Dokończył szampana. Zamówił jej taksówkę. Ten wieczór był początkiem wszystkiego. Widywali się niemal każdego dnia. Był seks i rozmowy. Doskonale się rozumieli. Nie mieli żadnych oczekiwań wobec siebie. Ukrywali tę relację przed Lilki rodzicami, a Ryśka przyjaciółmi. Wiedzieli, że nie zrozumieją związku (tak, związku), w którym nikt nic nie planuje i jest im dobrze. Marzena zauważyła, że córka ma maślane oczy, że chyba się zakochała i kogoś ma. Patrzyła na Lilkę z czułością. Jej mała dorosła córeczka staje się kobietą, ma mężczyznę i jest taka szczęśliwa.
Kiedy się wydało? Nie w tragicznych okolicznościach. Nikt ich nie przyłapał na ognistym seksie na biurku, nie zauważył w restauracji ani nie przeczytał namiętnego SMS-a. Rysiek sam powiedział. Zaprosił Marzenę i Pawła jak to zwykł czasem robić. Często tak się spotykali. Zamawiali sushi, czasem Rysiek coś gotował. Pili dobre wino lub whisky. Rozmawiali o pracy, życiu, urlopie, polityce jak to robią starzy znajomi. Znali się jak łyse konie. Przyjaźnili od tylu lat, a teraz właśnie ta przyjaźń miała być wystawiona na próbę.
Rysiek powiedział im spokojnie, że się zakochał, że od kilku miesięcy jest w związku, że nie wie jak to się dalej rozwinie, ale chce, by znali prawdę. Radosny uśmiech Marzeny znikał z jej twarzy wraz z każdym wypowiadanym przez Ryśka zdaniem. Szybko połączyła fakty i zanim zdążył powiedzieć, że to Lilka, Marzena blada już wiedziała. Paweł nie bardzo wiedział, czy milczeć, dać przyjacielowi w pysk, wszczynać awanturę czy po prostu wyjść. Niby ok, są dorośli, wolni, mogą robić co im się żywnie podoba, a jednak to było dla niego za trudne zaakceptować, że najlepszy kumpel sypia z jego córką. Nie uwiódł jej, nie oszukał. Byli razem, nie chcieli się ukrywać, woleli się ujawnić. Proste. Ale rzeczywistość nie była taka prosta.
Marzena z Pawłem wyszli szybko. Nie chcieli z nim rozmawiać. Jako, że Lilka z nimi mieszkała, wrócili do domu, by z nią porozmawiać. Może i przekonać, że on się nią pobawi i rzuci. Że rozwodnik, dużo starszy, że nie ma z nim przyszłości, że wpędzi ją w lata i jeszcze kpić z nich będą w środowisku.Lilka uniosła się honorem. Spakowała rzeczy i wyprowadziła się do Ryśka, bo dokąd niby miała iść. Tym ruchem zaczęła prawdziwe dorosłe życie. Pracowała w weekendy w knajpie. Potem u Ryśka w biurze projektowym. Związek kwitł. Nie tylko w łóżku. Dogadywali się znakomicie. On, nauczony doświadczeniem, miał dla niej dużo cierpliwości. Ona, szalona, uczyła go dawno zapomnianej spontaniczności.
Dopełniali się wbrew całemu światu, który wyśmiewał ich wiek i sprowadzał ich związek jedynie do zaspokojenia potrzeb fizycznych. Ślub nie był im potrzebny, choć Rysiek namawiał Lilkę chcąc złagodzić sytuację z Pawłem i Marzeną oraz pragnąc dać Lilce poczucie bezpieczeństwa. Ona póki co papierka nie chciała. Czekała na to, że emocje opadną i że jej rodzice zaakceptują jej związek. Ma ślub nie była gotowa. Kochała i była kochana. Dawała i otrzymywała szczęście. To takie trudne do zrozumienia, bo wyszła poza schematy? Bo dzieli ich wiek? Bo to kumpel ojca? Nie widziała w ich związku żadnej tragedii. Jej znajomi Ryśka przyjęli do ekipy. Różnił się może tym, że miał dobry zegarek, markowe ubrania i że był znakomitym architektem, podczas gdy oni dopiero szlifowali umiejętności. Może nawet patrzyli na niego i Lilkę z zazdrością, ale nie przez pryzmat dobrobytu. Byli świetną parą. Postawili się swoim najbliższym. Mieli odwagę, by walczyć o swój związek, by być razem, choć tak wielu ich piętnowało, że to nie wypada, że to zakazane i nieprzyzwoite. Nie słuchali nikogo poza sobą. Nie budowali swojej relacji na czyimś nieszczęściu. Nie rozbili rodziny, nie krzywdzili nikogo. A że pesele z przodu trochę się różnią, to już chyba ich sprawa?A świat i tak niedoskonali jego mieszkańcy nie mają prawa tego kwestionować, skoro oni chcą spróbować ze sobą po prostu być.


Lifestyle

Na terapii przepracowuje lęki. Po roku mówi do swojego odbicia w lustrze, że nie była winna… Portret Stalowej Królewny

Poli Ann
Poli Ann
17 czerwca 2019
Fot. iStock

Wstęp

Ewa już jako dziewczynka była bardzo wrażliwym dzieckiem i uwielbiała czesać lalki. Mama cudem zdobywała drogie zabawki, by córka mogła realizować pasję. Uczyła się dobrze, ale od dawna było wiadomo, że będzie fryzjerką. Marzyła o tym. Szkoła zawodowa, klasa profilowana fryzjerska. To był jej cel. Praktyki. Czuła się jak ryba w wodzie. Wiedziała, że to chce w życiu robić. Układać czyjeś włosy i życiorysy, bo fryzjer to taki trochę psycholog. Niby nakłada farbę, robi pasemka, ścina końcówki, ale przy okazji wysłucha, poproszony o radę doradzi. Jemu się powie więcej niż mężowi, siostrze czy mamie.

Choć Ewa była tylko praktykantką szybko zdobyła grono klientek. Reklama szeptana działała.

To właśnie w trakcie praktyk poznała Jego. Przyszedł obciąć włosy. Ona akurat była zajęta farbowaniem pani Marzenki, stałej bywalczyni salonu,

i co rusz rumieniła się, gdy On na nią spojrzał.

Przyszedł znów po tygodniu. I wskazując na nią palcem powiedział, że ona zostanie jego żoną. Wszystkie babki w salonie ryknęły śmiechem. Ale troszkę zazdrościły takiego amanta.

Pewnego dnia, kiedy kończyła praktykę czekał z kwiatami pod salonem i zaprosił na herbatę. Potem przychodził po nią pod szkołę. Przystojny i pewny siebie.

Miał dwadzieścia kilka lat i był strażakiem. Dziewczyny puchły z zazdrości, gdy czasem podjeżdżał po Ewę wozem strażackim, bardzo mocno ryzykując naganę przełożonego. Ale czego nie robi się z miłości.

Wszystko potoczyło się szybko. Zakochała się się pierwszy raz. Mocno, aż po koniuszki palców. I była pewna, że to ten jedyny. Był więc ślub. Pięknie wesele. Wynajem kawalerki. Ewa szybko znalazła pracę. Była uwielbiana przez klientki i wiadomo było, że to tylko kwestia czasu aż otworzy coś własnego. Chwilę jednak musiała poczekać. Została żoną, potem dyplomowaną fryzjerką, a po roku i trzech urodziła kolejno dwie córki.

Rozdział 1

Sielanka trwała. Niedługo. Zaczęły się kłótnie o pieniądze. On miał swoje i do życia się nie dokładał. Nie będzie przecież płacił za jej fatałaszki, kosmetyki. A ona ma taki fach w ręku, że ma rachunki na pewno starczy. Dzieciom kupuje za dużo, a jeść też powinna mniej, bo się spasła. Niech oszczędza.

Bolało, ale zacisnęła i pasa, i zęby, i dom utrzymywała sama. On miał przecież stresującą pracę. Ewa więc ciągnęła ten wózek, zaczęła ćwiczyć, schudła całe 15 kg. Wyglądała lepiej niż przed ciążą. Chciała do ludzi. Mogli dziewczynki zostawić u mamy i iść do kina, restauracji, ale po co? On twierdził, że przecież film można obejrzeć w domu, herbatę wypić w kuchni. Nie ma co wydawać kasy.

Poszła więc sama. To znaczy z koleżankami, bez męża. Tańczyła i sączyła jednego drinka, żeby na drugi dzień kaca nie mieć. Nawet nie wie kiedy zaczęła z nim rozmawiać. Bez flirtu. Tak po koleżeńsku. Usiedli przy barze. Drinka nie chciała od obcego faceta, ale wodę tak. Podając szklankę wylał trochę na jej nogi. Odwróciła się na chwilę, po chusteczki, by się wytrzeć. Dziewczyny właśnie postanowiły już iść. Chciały ją zabrać, ale ona trzeźwa, blisko mieszka to wróci sama. Facet nie wyglądał ma zbira. Miał obrączkę, mówił o żonie. Wyszły szybko, bo Jolka była zrobiona.

Gadali jeszcze chwilę, a jej zaczął wirować świat przed oczami. On ją trzymał w pół. Ewa pamięta jak przez mgłę stukot swoich szpilek po chodniku i jakąś bramę. Jest taka słaba, a on chyba rozpina jej te mokre spodnie. Potem dziura. Nad ranem z bólem głowy wraca do domu. Ledwo idzie. Szybko dość orientuje się, co się stało. Budzi męża, chce na policję. Mąż zabrania. Ma kumpli na komisariacie, będą się z niego śmiali, że żona po nocach się puszcza. W Internecie doczytuje, że po pigułce gwałtu w organizmie śladu już raczej nie ma. Jak nie krwawi to niech pobędzie w domu. Przecież nic nie pamięta, więc po co aferę robić.

Ewa przerażona słucha męża. Boli i ciało, i dusza. Chce jej się wyć. Patrzy w lustrze na siebie z obrzydzeniem, choć jeszcze nie tak dawno bardzo się sobie podobała. Nie je, nie śpi, gapi się w sufit. Dzieci ją motywują, by co rano wstała. Mąż zawozi je do teściowej, a Ewa w pracy bierze urlop. Po miesiącu chudsza o prawie 10 kg, na granicy anoreksji, sama idzie na terapię. Mąż udaje, że problemu nie ma. Wścieka się, gdy ona odmawia mu bliskości, więc Ewa co jakiś czas zamyka oczy i mają szybki seks, po którym ona zawsze wymiotuje.

Na terapii przepracowuje lęki. Po roku mówi do swojego odbicia w lustrze, że nie była winna, że nie prowokowała, że jest piękną i mądrą kobietą. Robi kursy dokształcające. Odważa się na otwarcie własnego salonu. Dostaje dofinansowanie z urzędu pracy. I co najważniejsze ma siłę odejść od tego, co ciągle ciągnął ją w dół. O dziwo on zgadza się na rozwód i po jednej rozprawie nie są już małżeństwem. A Ewa odbiwszy się od dna, płynie z nurtem wierząc, że teraz już wszystko będzie dobrze. Nie wie, że po drodze zdarzą się wiry, a ona niebezpiecznie szybko się do nich zbliża…

Rozdział 2

Pracuje dużo. Dzieci w żłobku lub, gdy chorują, u mamy. Ma dużo klientek, cieszy się dobrą opinią. Z byłym mężem ma słaby kontakt, który przerywa jego nagła śmierć.

Dzień mija za dniem, aż pewnego dnia do salonu wchodzi bóg. Piękny młody mężczyzna. Druga fryzjerka, którą Ewa zatrudnia skacze nad nim, a ona nauczona doświadczeniem nawet na niego nie patrzy. Już raz tak kogoś poznała. Związek był porażką. Drugi raz do tej samej rzeki nie wejdzie. Ale bożyszcze przychodzi regularnie. Opowiada o sobie i kątem oka spogląda na Ewę. A ona jak skała nie daje się zmiękczyć. A jak wiadomo kropla drąży …

Po pół roku poszli na kawę. Trwała do 5 rano. Nie piła alkoholu, pilnowała szklanki i wysyłała przyjaciółce SMS co godzinę z informacją, że wszystko ok. Był spokojny, nienachalny, inteligentny. Po miesiącu wpadła po uszy. Był kawalerem, pracował fizycznie wykańczając mieszkania, myślał o założeniu własnej firmy, gdy zdobędzie większe zaufanie wśród klientów. Miał poważne plany i zamiary. Pokochał ją i dziewczynki. Wziął wszystkie w pakiecie.

W końcu karta się odwróciła. Ewa miała szansę na normalną rodzinę. Rok było cudownie. Wzięli ślub cywilny, ona kwitła, w pracy dobra passa, w domu bajka.

Długo to jednak nie trwało. Los lubi wystawiać nas na próbę…

Rozdział 3

Lecieli w dół. Po równi pochyłej. Szybciej niż weszli na szczyt szczęścia. Ewa musiała się swoim bożyszczem dzielić. Nie z byle kim. Nie z byłą dziewczyną, nie z jego koleżanką z pracy, nie z teściową, pracą czy pasją. Miała go na spółkę z nałogiem, który coraz bardziej go zawłaszczał. A on pił codziennie. Piwo, wódkę, wina, whisky. Zaniedbywał zobowiązania. Nie pracował, spóźniał się, tracił dobrą opinię w środowisku. Podbierał Ewie pieniądze, kradł ze skarbonek dziewczynek, pożyczał od kolegów i rodziny. Brał zaliczki od klientów na wieczne nieoddanie.

Na alkohol było zawsze, na jedzenie i rachunki niekoniecznie. Gdy wyrzucała go z domu, spał na wycieraczce, płakał, prosił, robił show. Wpuszczała go następnego dnia, a on przez tydzień, dwa, pięć nie pił. Łapał ponownie fuchy i potulnie robił ludziom remonty mieszkań. Oddawał długi, kupował jej i dzieciom prezenty. O siebie też dbał. Nikt by nie powiedział, że takie bożyszcze może mieć jakiś problem. A problem miał. Ogromny. I obarczał nim swoją rodzinę. Ciągnął w dół za sobą. Ewa walczyła. O niego i dom. Wytrzymywała dużo. Dużo za dużo.

Gdy sprzedał po kryjomu pierścionek jej matki i łańcuszek starszej córki, ten od chrztu.

Gdy pod zastaw dał ich obrączki.

Gdy po pijaku rozbił Ewie auto, które wzięła w leasing.

Gdy jej numer telefonu podał swoim klientom jako kontaktowy, a oni wydzwaniali do niej, jak nie dotrzymał terminu.

Gdy upił się do nieprzytomności na jej wigilii firmowej i narobił wstydu wymiotując na środku salonu.

Nawet gdy zaszła z nim w ciążę i brzydząc się siebie, i jego usunęła ciążę. Nie porozmawiał z nią o tym. Nie było go przy zabiegu, bo akurat był w ciągu. Liczyło się tylko czy będzie mógł się napić. Nie interesowała go żona, która następnego dnia po skrobance omal się nie wykrwawiła i tylko dzięki znajomościom w szpitalu ją uratowano, i mogła czuć się anonimowo. Nie było go, gdy znów wpadała w czarną otchłań, obwiniając siebie o zamordowanie dziecka, o brak godziwego pogrzebu, o brak siły, by je urodzić.

Wytrzymała, gdy ją wyzywał, i kiedy sprzątała wymiociny, i fekalia z łóżka.

Gdy kradł jej biżuterię, perfumy, ubrania i sprzedawał, by mieć na alkohol.

Otrzeźwiała, gdy młodsza córka nazwała ją szmatą, bo Ewa zabroniła małej oglądać trzecią bajkę z rzędu. To był pierwszy policzek.

Zaraz potem kolejny. Ukradł jej kartę do bankomatu, telefon i cały utarg z salonu. Wyniósł całe jedzenie z domu, nawet mąkę, cukier, ziemniaki i olej. Wróciła do domu po pracy. Nie od razu się zorientowała. Późnym wieczorem siedziała z dziewczynkami w salonie i płakała, bo po raz pierwszy nie miała dać im czegokolwiek do jedzenia i nie mogła nic kupić. Ani nawet do nikogo zadzwonić. Dziewczynki w końcu posnęły ze zmęczenia. Ona znów gapiąc się w sufit przetrwała noc. Wstała nagle. Wyrwała się z letargu jakby ktoś oblał ją wiadrem lodowatej wody. Rano poszła do sklepu. Na kreskę w osiedlowym kupiła chleb, masło i mleko, łgając, że ukradziono jej całą torebkę. Zadzwoniła stamtąd do mamy. W ciągu dwóch godzin się spakowała. Mieszkanie wynajmowali. Było na szczęście opłacone. Zaplanowała jeszcze dzisiaj wymówić wynajem. I zadzwonić do teściów, by uświadomić im, że odchodzi, że nie ma już siły, że jeśli będą chcieli, dziewczynki będą ich odwiedzać.

Cholernie bała się przyszłości, ale tkwienie w teraźniejszości ją paraliżowało. Czuła jak pochłania ją ta znajoma otchłań, w której tak niedawno była.

Czuła się głodna, okradziona, oszukana, z poczuciem winy. Gorzej być nie mogło. Od teraz mogło być już tylko lepiej.

Rozdział 4

Łatwo nie było. Pożyczyła pieniądze od przyjaciółki, zapłaciła pracownikom, opłaciła czynsz na trzymiesięczny okres wymówienia mieszkania. Pracowała więcej, by odkupić sobie i dziewczynkom ubrania, buty i kosmetyki. Mieszkała u rodziców, bo już tylko u nich czuła się bezpiecznie. Ponownie poszła na terapię. Wyrzuty po skrobance zżerały ją od środka. Gdy ratowała męża przez chwilę nie czuła nic, by za moment poczuć wstręt do siebie samej i niego. Miała ochotę bić się po twarzy, ciąć nawet, by ukarać się za to, że nie dała szansy mu/jej się urodzić. Nie spała po nocach albo śniła koszmary. Znów musiała przepracować traumę. Traumę aborcji i współuzależnienia. Ciężar ogromny. Opadała z sił, do pionu stawiały ją dziewczynki i praca, którą kochała.

Po półtorej roku była w stanie zrozumieć swoje współuzależnienie. Po kolejnych miesiącach powiedzieć sobie spokojnie w twarz, że usunęła ciążę. Była jak ze stali. Hartowana przez życie. Dumna jak królowa, a jednocześnie krucha niczym dziecko. Pełna sprzeczności, rozchwiana, ale uparcie walcząca. O siebie i dla siebie.

Zdobywała kolejne dyplomy, kształciła się, nauczyła siebie nagradzać. Spędzała każdą wolną chwilę z córkami, które pewnego razu zaprowadziła na cmentarz do pomnika dzieci nienarodzonych, spokojnie im mówiąc, że tu leży ich siostra lub brat. Nie podała szczegółów, może gdy będą dorosłe to im wyjaśni.

Od tego dnia, gdy w ten wiosenny dzień poszły na ten cmentarz, bardzo się uspokoiła. Powiedziawszy córkom o nienarodzonym rodzeństwie, zauważyła, że na niebie pojawia się przepiękna tęcza mieniąca się kolorami, jakich chyba nigdy nie widziała. Poczuła na sobie ciepły deszcz, który spływając po jej twarzy zabierał ze sobą łzy. Łzy, których tak wiele już wylała. Poczuła w środku ciepło, jakby ulgę. Bezkresny spokój. Było jej tak dobrze. Nie pamięta, kiedy ostatnio tak się czuła. Silna, pewna siebie, niczym król po wygranej bitwie.

Spojrzała w niebo. Tęcza zniknęła. Pozostała w jej sercu. Od tej pory będzie zawsze ją wspominać w trudnych chwilach. Ewa poczuła, że wtedy pod sercem nosiła córeczkę. Postanowiła nazwać ją Iryda -Tęcza i 5 maja świętować jej imieniny.

Rozdział 5

Wychodziła na prostą. Małymi krokami. Układała życie w kosteczkę, równo, by się więcej nie rozpadło. Czuła się bezpiecznie. Pracowała, dziewczynki otoczone miłością spały już spokojnie. Młodsza przestała się moczyć i wulgarnie odnosić do matki. Starsza zaczęła się uśmiechać i ustały jej bóle brzuszka. Świeciło nad nimi słońce, towarzyszyła tęcza, czasem lekki wiatr, ale nie zakłócał porządku, o który tak długo walczyła.

Postanowiła, że zrobi coś dla siebie. Zapisała się na capoirę. Taniec połączony z elementami walki. Mogła pięknie wyrazić siebie i poczuć się pewnie w swoim ciele. Hartowała się. Założyła niewidzialną zbroję, żeby nikt więcej jej nie skrzywdził, nawet nie zadrapał i żeby mogła się bronić. Stal była jej drugą skórą. Zamknęła się na mężczyzn, na fałszywe przyjaciółki. Otoczyła tylko najbliższymi osobami. Stworzyła sobie mikroświat, w którym osiągnęła stabilizację i wewnętrzną równowagę. Było tak dobrze, łagodnie. Płynęła z nurtem. Myślała o kredycie. Obok bloku rodziców było nieduże trzypokojowe mieszkanie na sprzedaż. Na parterze z ogródkiem. W pobliżu znajome przedszkole i szkoła. Do pracy niedaleko, rodzice w zasięgu ręki. Miała zatem cel. Wiedziała, że to tylko kwestia czasu aż go osiągnie. Odsunęła wszystkie sprawy, które mogły ją rozproszyć.

Po roku już tam mieszkała. Miały z dziewczynami swój pałac. Swoją oazę. Same ją wymalowały, urządziły. Było jasne, przytulne i kobiece. Wcale nie brakowało w nim mężczyzny. A ci wciąż się w jej życiu pojawiali. Mniej lub bardziej natrętni. Tych spławiała od razu. Zarozumiali macho. Tych też skreślała. Czasem trafił się spokojny intelektualista. Ale po jednej, dwóch kawach okazywał się być poranionym i wciąż zakochanym w byłej żonie facetem, politycznym fanatykiem albo mieszkającym z mamusią chłopaczkiem. Tragedia goniła tragedię. Toteż mężczyzn już dawno schowała do pudełka z napisem: „do wyrzucenia”. I było jej z tym dobrze. Kochała dwa razy i dwa razy zapłaciła zbyt dużo za miłość, oddanie i troskę. Teraz uznała, że bez faceta da radę i że jest szczęśliwa.

Pojawił się nagle. Mieli stłuczkę. Z jego winy. Spisali oświadczenia. Miał jej numer i dane. Znalazł ją potem na fejsie. Do salonu wysłał kwiaty z podziękowaniem, że nie wezwała policji. A jej się po prostu do pracy spieszyło. Szkody dużej nie było, więc użerać się nie chciała. A on zaczął pisać. Delikatnie. Po kilka zdań. Najpierw to ignorowała. Potem czytała, czasem odpisała. Na luzie, bez emocji, które już dawno temu wcisnęła pod zbroję. Pisali o sprawach mało istotnych. Potem trochę o życiu. Nie była wylewna. Bardzo ostrożnie podchodziła do tej znajomości. Był kilka lat młodszy. Po długoletnim związku. Bezdzietny, ale nie przeciwny dzieciom. Inteligentny, pracowity. Otwierał ją powoli. Nie zadawał pytań, czekał aż sama coś powie. Nie atakował smsami. Dawał czas. Podziwiał jej pasję do pracy i to jak wspaniałą jest matką. Komplementował urodę i charakter. Poczuła się piękna. Choć wmawiała sobie, że jest tego świadoma bez niego, skrycie pragnęła usłyszeć takie słowa z innych ust niż swoje i usta dziewczynek. Zbroi nie zdjęła, ale miała wrażenie, że stal z której jest zrobiona, staje się ciensza. Wszystko układało się powoli i dobrze. Jeszcze nie mówiła dziewczynkom, że się z kimś spotyka. Bo po co? Była jednak ciekawa jak zareagują. A potem zdarzyło się to, co wbiło ją w fotel. Swój własny fryzjerski i gdyby nie klientka, to pewnie siedziałaby w nim całą noc mówiąc do swojego odbicia, jaka byłaś głupia.

Poszła dzień wcześniej z dziewczynami z pracy na małego drinka. One na drinka, Ewa na wodę. On przyjechał po nią do pubu niespodzianie. Bo nie odbierała telefonu. No super, tylko że ona jeszcze ma spotkanie, w gronie bab i go nie zaprosi. A nie odbierała, bo ma wyciszony. Wyszedł z pubu urażony. Ba, obrażony. I od samego rana jak nigdy cała seria smsów.

Że czuł się jak zbity pies.

Martwił się o nią!

Czemu z nim nie wróciła?!

Zlekceważyła go jawnie wśród swoich znajomych.

Tak się nie robi bliskiej osobie!!!

Miał o niej inne zdanie, a ona sobie z ludzi drwi. Jezu, jaka jest zimna!

Powinna z nim wyjść. Gdyby był ważny to by z nim wyszła. Oddane kobiety tak robią. Widocznie on się angażuje, a ona nie. Bawi się jego uczuciami.

Powinna go zatem przeprosić. I w cztery oczy i wśród znajomych, żeby mógł im się na oczy pokazać. Bo tak to wstyd!

Siedziała oniemiała. Zbyt dobrze znała obwinianie, by dać się podejść. Zbroja natychmiast jakby stała mocniejsza. Odpisała krótko. To jej wstyd przed samą sobą, że w taką relację weszła.

A on napisał coś, czego więcej już nie chciała czytać.

Zakochał się, a ona go rani. Nie szanuje jego uczuć.

Tak się bliskich osób nie traktuje. Nie ma empatii najwyraźniej.

Poczuł jak śmieć. Przerwał oglądanie meczu, by po nią pojechać.

Dzwonił po kilkadziesiąt razy.

Pisał kilkanaście.

Nie może z nim zerwać. Jak to?!

Ona jest dla niego najważniejsza. On też więc powinien.

A ona jak zimna suka, która na niego nie zasługuje.

Z zaskoczeniem czytała jak rozkręcał się w swojej złości.

Czuł się źle i to jej wina.

Jak tak mogła go odrzucić?

Jak można mieć tak lodowate serce i być taką szmatą?

Nie chciałem kochanie, poniosło mnie. Po prostu jestem zły. Przepraszam skarbie.

I wysyła wirtualne kwiaty.

Apogeum było nad ranem, gdy nadal nie odpisywała, a on próbował zwrócić uwagę na siebie wysyłając jej fotkę prędkościomierza. Miał 180 na liczniku, potem 200. I do tego płaczące emotki. Liczył, że ją to ruszy.

Nie ruszyło. Nie odpisywała. Nie odczytywała, co potem pisał. Bo najwyraźniej zabić się nie zamierzał. Manipulacja się tym razem nie udała. Trafił może na sukę, ale nie na naiwną.

Wysłała tylko maila, że nie życzy sobie już z nim kontaktu i że życzy mu szczęśliwego życia.

Poczuła ulgę, a z drugiej strony zawód, że znów trafiła na manipulanta. Że zaufała. Zaczęła się otwierać. Wpuszczać do życia. Czy mam to napisane cholera na czole? Że poszukuję toksycznego faceta, bo mi się nudzi w życiu i za mało mam rozrywki?! – pytała samą siebie.

Po raz kolejny postanowiła dumnie nosić zbroję. Lekka nie jest, ale chroni przed światem. Jest idealnie skrojona, nawet wygodna, jednak jak każda kobieta wolałaby niczym nimfa nosić zwiewne sukienki.

Czy Ewie będzie to dane? Nie wiadomo na razie. Póki co w swojej zbroi czuje się najlepiej. Jak to dobrze, że połysk i metaliczne dodatki są modne w tym sezonie …