Lifestyle Psychologia

Czasami tak cholernie tęsknię. Tak bardzo nie mam siły unieść tej codzienności

Z życia kobiety
Z życia kobiety
4 kwietnia 2016
Czasami tak cholernie tęsknię. Tak bardzo nie mam siły unieść tej codzienności
Fot. iStock / chesterf
 

Czasami mam znowu 23 lata. Pamiętam zapach tamtych czasów. Dużo wspomnień to tylko zapachy. Skóra pachnąca słońcem. Świeżo opalona po jakimś pikniku w parku. Zapach jego włosów, dłoni. Zapach wieczornego powietrza pachnącego zbliżającą się wiosną. I intensywność poranków, tych nie do przewidzenia, nie do zaplanowania. Tych, którym daleko było od rutyny – parzenia kawy, budzenia dzieci, robienia kanapek.

Czasami tak cholernie tęsknię za przeszłością. Za jej nie przewidywalnością. Za energią tak naturalną, którą w sobie miała. Kiedy tak mało rzeczy się musiało, a tak wiele mogło. Kiedy jeszcze nie tworzyliśmy sobie ograniczeń. Ze wszystkim można było się uporać, wszystkiemu sprostać, a nawet jak się nie udało, to jakie to miało znaczenie. Łapało się kolejną rzecz i za nią szło.

Czasami tak bardzo mi smutno, że to już nie wróci. Że to szaleństwo, te głupoty, to śpiewanie w nocy, bieganie po deszczu, tańczenie do rana, dreszcz, który dotykał karku, kiedy nie chciało się myśleć co się powinno, a czego nie, że to już tylko było. Że nawet jak wraca to tylko na chwilę. Na moment i wtedy tę stratę odczuwam z potrójną siłą, wtedy do niej wracam. Bo na co dzień mam swoją rzeczywistość. Zamkniętą obowiązkami. Czasem, który toczy się mniej lub bardzie utartym rytmem. I na co dzień dobrze mi z tym, nie zauważam starty, nie tkwię w żałobie za tym, co minęło.

Czasami tylko płaczę do tych wspomnień. Do tych zapachów. Zwłaszcza, gdy wracają na chwilę, przez przypadkowe mniej lub bardziej spotkania. Kiedy przez chwilę znowu tam jestem. I kiedy nie chcę stamtąd wracać. Kiedy chcę być znowu tamtą dziewczyną. Bez ograniczeń. Z wirującą duszą, która nie ma zamiaru się zatrzymać. Z sercem bijącym mocniej i bardziej bolącym, bardziej czującym – bo więcej i mocniej, z głodem emocji, doznań i doświadczeń. Bez racjonalizmu, rzeczywistego oglądu sytuacji.

Czasami tak bardzo chciałbym tam uciec. Pogrążyć się w tym, co było i nie wracać do tego co tutaj. Czasami. Chciałabym tam zostać. Nie być tutaj wciśnięta między obiad a kolację. Ilość lekcji i tydzień wyznaczony zajęciami dzieci. Czasami chciałabym wrócić, żeby spróbować jeszcze raz. Żeby tym razem podjąć inne decyzje.

Czasami świadomość, że tylko raz mamy szansę boli tak, że nie mogę złapać oddechu. Budzę się z lękiem. Z tysiącem wątpliwości. I z pragnieniem powrotu do siebie z wtedy. Do tej wiary i energii, do pewności, że wszystko zależy tylko ode mnie, że za nikogo nie jestem choć przez chwilę odpowiedzialna. Tylko za siebie, za swoje wybory. Że decydując jestem szczera tylko wobec siebie i tylko o sobie mogę pomyśleć. Że nie muszę kalkulować, kogo skrzywdzę, ile osób mam przy sobie, czyje życie też zmienię lub nie zmienię wcale.

Czasami tak bardzo się boję, że już nic się nie wydarzy, że już nic się nie stanie. Że będę tylko smutno uśmiechać się do siebie z wtedy. Do tych zapachów. Do tych obrazów, dotyków. Że pozostało mi tylko być tu i teraz. I patrzeć do przodu z marną nadzieją zamiast pewności.

Czasami jestem tak bardzo zmęczona. Tak bardzo nie mam siły unieść tej codzienności. Tak bardzo się boję, że coś przegapię. Że utknę w tym co dzisiaj, co jutro. W tym zaplanowaniu, kontrolowaniu. W tej potrzebie ogarnięcia wszystkiego i wszystkich. W tym poczuciu obowiązku. W rutynie. Że obudzę się pewnego dnia i nie znajdę już radości. Że rozejrzę się wokół i okaże się, że tkwię w szarości, w smutnym dniu, gdzie niewiele rzeczy ma dla mnie większe znaczenie.

Czasami wpadam w panikę, że źle zadecydowałam, że źle wybrałam. Że pewnym rzeczom i ludziom powinnam pozwolić odejść, a innym się zbliżyć. Że nie dostrzegę szansy, albo że tak bardzo będę się bała jej wykorzystać, że sparaliżuje mnie strach i przekonanie, że właściwie to nie powinnam. I że przyjdzie kolejne „czasami”, które zaleje mnie łzami nad tym, co mogłam stracić, a czego nawet nie spróbowałam.

Czasami jeszcze pytam, czy zawiodłam samą siebie. Czy mając 23 lata polubiłbym siebie, gdybyśmy spotkały się przypadkiem. Boję się tego przeglądania. Tej szczerości, tego lekkiego skrzywienia, że może za mało we mnie odwagi, a za dużo ograniczeń. Tego krzyku 23-latki, że przecież wszystko możesz, że przecież wiesz, że wszystko zależy tylko i wyłącznie od ciebie.

Czasami tak bardzo chciałabym spróbować jeszcze raz. To „czasami” jest zamknięte w dzisiejszym dniu. W niepokoju, w wątpliwościach. To „czasami” przychodzi bardzo rzadko. Znam je. Kiedyś się bałam, uciekałam. Nie chciałam zmierzyć się z przyjrzeniem się sobie z tamtej perspektywy. I choć tak bardzo wiele boli, choć znowu tak wiele pytań stawiam sobie, to kocham to „czasami”, bo ono jest zawsze zapowiedzią nowego. Jest zapowiedzią zmiany. Jest przypomnieniem, że drugiej szansy już nie będzie. Że to ja wiem, gdzie chcę być. I że nadal – pomimo ograniczenia tej cholernej dojrzałości wszystko jest możliwe. Że warto o to walczyć. O szczęście. O siebie.


Lifestyle Psychologia

Codziennie budzę się z myślą: „nie chcę już tak żyć”. Odejść?

Z życia kobiety
Z życia kobiety
9 kwietnia 2016
Fot. iStock/elenaleonova
 

„Czy ty na pewno wiesz, o co ci chodzi?” – spytała przyjaciółka, kiedy powiedziałam jej, że już dłużej nie dam rady. „Jesteście takim fajnym małżeństwem, nigdy nie mówiłaś, że coś się dzieje”. – Bo właśnie nic się nie dzieje – odpowiedziałam.

Bo tak jest. Żyjemy razem prawie 20 lat. Wszystko o sobie wiemy, trudno nawzajem siebie zaskoczyć Jesteśmy tak dla siebie przewidywalni, że łapię się na tym, że czasami go nie słucham, albo w myślach uprzedzam jego odpowiedź. Wiem, co lubi, a czego nie. On wie, co mnie wkurza – ale to nie zawsze idzie w parze, żeby właśnie tego, co mnie denerwuje nie robić.

Jesteśmy jak dobrze naoliwiona maszyna, w której każdy trybik zna swoje miejsce i wie, za co jest odpowiedzialny.

„Przecież masz taki spokój, tak ci bezpiecznie” – ciągnie przyjaciółka. A ja myślę ze złością, że tak. Że właśnie to mi najbardziej przeszkadza. Bo gdyby było inaczej nikt by mi nie mówił: „odbiło ci?”, „o co ci chodzi”, „przecież ten face to skarb”. Nie, wszyscy uważają go za świetnego faceta, przy boku którego nie można czuć deficytów? A jednak ja czuję przez co skazana jestem na uwagi w stylu: „a ty się dobrze czujesz?”.

No właśnie nie czuję się dobrze. Ale rzucone w powietrze „a ty się dobrze czujesz” już samo w sobie i w wypowiedzianym tonie niesie innym odpowiedź. A mnie szczerze nikt nie spytał, czy jestem szczęśliwa, czy kocham.

Codziennie budzę się z myślą: „nie chcę już tak żyć”. Ale też nie wiem, co mogłabym zmienić. Odejść? To takie proste – spakować walizki, powiedzieć – teraz chcę pobyć sama, chcę się zmierzyć ze sobą, bez ciebie, bez balastu, którym w tym momencie jest mi ten związek.

Ale nie potrafię. Nie umiem skreślić tego wszystkiego, co między nami  się wydarzyło, co było naszym udziałem. Mamy dzieci, mamy też siebie. Dużo wspomnień, mnóstwo cudownych chwil. Zabawnych. I trudnych. Wiem, że mogę na tobie polegać, ale tylko ode mnie zależy, jakie pole swojej własnej kontroli ci oddam. Czy w ogóle chcę oddać? Czy chcę decydować sama o sobie, bez ciebie. Nie iść już ze samą sobą na kompromisy, nie analizować zysków i strat dla ciebie, dla innych.

Stoję teraz na granicy. Na granicy przejścia na swoją własną stronę. Gdzie to ja będę ważna, gdzie nie będę już musiała szukać akceptacji u ciebie, zastanawiać się, jak każdy mój wybór wpływać będzie na twoje życie i twoją codzienność.

Mogę nadal budzić się z tym samym pytaniem i analizować, co jest nie tak. Czy zabija nas rutyna, w jakim stopniu się od siebie oddalamy, jak daleko jesteśmy. Mogłabym tak siedzieć i pozwolić, by narastała we mnie frustracja i niechęć do nas. Mogłabym doprowadzić do tego, że ciebie obwiniałabym za to, że jestem nieszczęśliwa, że mnie rozczarowałeś, że miałeś być na dobre i złe, a nie byłeś, gdzieś po drodze zostawiłeś mnie samą. I to osamotnienie tak bardzo mnie boli. Jestem zawiedziona, bo myślałam, że zawsze z entuzjazmem będziesz uśmiechał się do moich pomysłów i planów. A dziś wiem, że one nie są twoim udziałem. Że może czasami nawet nie traktujesz ich poważnie. Tobie jest dobrze, gdzie jesteś.

Usłyszałam ostatnio, że walczyć trzeba do końca. Że dopiero jak wyczerpiesz wszystkie możliwości możesz powiedzieć: „Nie udało się”.

I dziś już wiem, czego chcę. Chcę walczyć. Ale nie, nie o nas. Dzisiaj ja już chcę zawalczyć o siebie. O swoje plany i swoje marzenia. Chcę stanąć twardo na nogach nie oglądając się na ciebie i nie tłumacząc swojej życiowej stagnacji tobą. Że czegoś nie zrobię, bo jesteś ty. Bo co ty powiesz. Bo jak się zachowasz. Bo czy tobie moje wybory i decyzje nie będą przeszkadzały. Tak, zrozumiałam, że to nie o rutynę i nudę w związku chodzi, tylko o zamrożenie mojego własnego życia.

Dziś mam dość siebie takiej – która swoje plany czyni zależnymi od kogoś, kto może mieć zupełnie inną wizję własnego życia. Ty masz do niej prawo. Tak jak ja do swojej.

Może nie odejdę. Może pójdę swoją ścieżką. Zainwestuję w końcu w czas, który marnowałam na analizowanie, dlaczego czuję się nieszczęśliwą w siebie. A co się wydarzy z nami? Nie wiem, już nic nie zakładałam, nie czynię sobie żadnych obietnic i nie odgrażam się. Jeśli będziesz chciał dotrzymać mi kroku, być dla mnie wsparciem. Jeśli będę miała do kogo wracać – będę. Na pewno. Dziś, choć z tobą u boku, muszę iść własną drogą, bo jeśli tego nie zrobię uczynię siebie i ciebie nieszczęśliwymi.


Lifestyle Psychologia

A my mieliśmy być wyjątkowi. Jak już to rozwieść się szumnie i z przytupem, ale nie tkwić obok siebie

Z życia kobiety
Z życia kobiety
29 marca 2016
A my mieliśmy być wyjątkowi. Jak już to rozwieźć się szumnie i z przytupem, ale nie tkwić obok siebie
Fot. iStock / sSplajn

Składam pranie. Już wieczór. Pachnie nowym płynem do płukania. Tak świeżo. Cisza w domu, dzieci już śpią, a ja myślę, co jeszcze dzisiaj zrobię. W zamrażarce schowany sorbet malinowy. I książka, którą dostałam na urodziny, ale ostatnio nie miałam czasu nad nią usiąść. Tak, dzisiaj to ma być dzień dla mnie, na przyjemności.

Ukłucie. Nawet nie pomyślałam, że ty też tu jesteś. Obok. Sprawdzasz jeszcze maile. Tylko jakie to ma znaczenie? Pewnie spytasz, czy chcę coś do picia, jak sam sobie będziesz robił herbatę i kanapki na kolację. A ja odpowiem, że tak poproszę malinową. Moją ulubioną. Ale o tym pewnie już dzisiaj nie pamiętasz. A może nigdy nie chciałeś pamiętać.

Jakie to ma teraz znaczenie. Kiedy i tak żyjemy obok siebie. Matko, jaki banał. Samotność w związku. Do wyrzygania banalne i klasyczne. A my mieliśmy być wyjątkowi. Jak już to rozwieść się szumnie i z przytupem, ale nie tkwić obok siebie. Tylko te tworzone w głowie scenariusze jakoś rzadko są realizowane. Pozostaje nam grać w jakieś farsie. Przy wątpliwym talencie aktorskim głównych bohaterów.

Wiesz, ile książek przeczytałam, ile mądrych artykułów? Pamiętam, jak kiedyś mieszając herbatę stałam w kuchni, a ty wyrwałeś mnie jakimś pytaniem z ciszy. Wtedy zdałam sobie sprawę, że twoja obecność nie ma już dla mnie znaczenia. Że jesteś stałym elementem mieszkania, które nawet rzadko mnie już drażni. Walczyłam. Nie poddaję się tak po prostu, jeśli w coś wierzę. A w nas wierzyłam. Wierzyłam każdą częścią swojego ciała. Przypominałam sobie twój dotyk, twoje słowa, te najlepsze dni, tygodnie. Wracałam do tego chcąc pamiętać, dlaczego jesteśmy razem. I by mieć siłę do walki.

I walczyłam

… kiedy prosiłam cię o uwagę

Mówiłam: „Jestem tutaj, przestałeś mnie zauważać, potrzebuję twoich gestów, słów”. Najpierw krzyczałam, a później tłumaczyłam spokojnie, że tak się nie da, że przecież nie jesteśmy razem tylko po to, żeby mieć się z kim minąć w łazience. Że o miłość trzeba dbać, trzeba ją pielęgnować. Że może dla ciebie kwiaty to żaden gest, ale dla mnie znaczy wiele. Bo pokazuje, że ktoś o tobie pomyślał w ciągu dnia, poświęcił trochę czasu po to, by sprawić ci przyjemność. I dostałam te kwiaty. Na następny dzień. Z „przepraszam”. I wtedy myślałam, że się udało. Że zrozumiałeś. Że jestem dla ciebie nadal ważna. Ale ty myślałeś, że ten jeden gest wystarczy na resztę życia? I na to, co już było?

…kiedy tłumaczyłam ci swoje potrzeby

Czytałam, że trzeba rozmawiać, że trzeba mówić, że nie czekać, aż on się domyśli. Naładowana tą wiedzą sygnalizowałam wprost: „Potrzebuję czułości”, „Potrzebuję, żebyś zabrał mnie do kina”, „Potrzebuję, żebyś mnie zauważał podczas seksu, a nie myślami był jakby nieobecny”. To wtedy się oburzyłeś. Zareagowałeś. Jakbym uderzyła w czuły punkt. Mówiłam: „Przytul mnie”, ale ty nie miałeś czasu, bo musiałeś zadzwonić, albo właśnie byłeś głodny. I zostawiałeś mnie upokorzoną swoimi potrzebami, choć jeszcze próbowałam: „Nie rób tak, nie zachowuj się w ten sposób, krzywdzisz mnie”. A może chciałeś mnie za coś ukarać?

… kiedy mówiłam o zrozumieniu

I o tym, że nic nie zmienimy w naszym życiu, jeśli oboje tego nie będziemy chcieli. Pytałam: „Chcesz”, a ty przytakiwałeś i wlewałeś we mnie kolejne krople nadziei, że się jednak uda. Tłumaczyłam, że oboje jesteśmy ważni, że może powinniśmy zdobyć się na szczerość i powiedzieć sobie otwarcie, co nas niszczy, co sprawia, że się oddalamy. „Nie wiem, o co ci chodzi”, powtarzałeś, a ja pytałam, czy ci w takim układzie jest dobrze? Czy nie tęsknisz za mną? Jeszcze kiedyś przytulałeś chcąc zamknąć mi usta, później już tylko przewracałeś oczami. A ja zastanawiałam się, ile jeszcze mogę znieść. Ile unieść, Co jeszcze mogę zrobić, żebyś się otworzył, żebyś zobaczył to, czego nie chcesz widzieć. Że nas już nie ma. Są dwie osoby żyjące obok siebie. Tworzymy iluzję wspólnego życia, w którą wierzą inni, ale my już nie.

…kiedy pytałam, czego ty oczekujesz

Bo przecież wiedziałam, że nie mogę skupić się tylko na sobie. Zresztą dla ciebie i tak mnie znaczenia, co ja czuję i myślę. Jak walka z wiatrakami. Więc pytałam: „To ty powiedz, co mogę zmienić, żeby było nam lepiej, żebyśmy byli szczęśliwi”. Mówiłam – napisz, pomyśl. Nie naciskałam. Chciałam tylko, żeby to przemyślał, dał mi wskazówkę, w którą stronę powinnam pójść. Usłyszałam: „Kiedyś byłaś inna”. To wszystko na co było cię stać. Obarczenie mnie winą za to co tu i teraz, bo się zmieniłam. „Ale ludzie się zmieniają” – tłumaczyłam. A ty nie chciałeś rozmawiać. Mówiłeś jakieś banały, bez głębszej refleksji, żebym się w końcu odczepiła i dała ci święty spokój, bo jeszcze gazety nie zdążyłeś przeczytać.

… kiedy próbowałam wskrzesić nas

Fizycznie. Sięgnęłam do najprostszej formy walki. Kobiecością, uwodzeniem. Staraniami. Bo może jeśli zbliżymy się fizycznie, wyjdziemy z rutyny, to otworzy nam przestrzeń do rozmów, do śmiechu, do snucia wspólnych planów daleko w przyszłość, kiedy dzieci już wyjdą z domu. Nie masz pojęcia jakie to upokarzające słyszeć: „Jestem zmęczony”. Boli – też fizycznie. Automatyczny seks, to jedyne do czego mnie chyba potrzebowałeś, choć czasami się zastanawiałam czym się różnię od lustra w łazience, przy którym czasami robiłeś sobie dobrze.

Nie wiem, kim dzisiaj jestem. Nie mam już siły. Tak bardzo chciałam. Nasze zdjęcia schowałam głęboko, już nie chcę ich oglądać, czy tobie podsuwać. Niedobrze mi, kiedy myślę, ile rzeczy ci powiedziałam, jak bardzo się otworzyłam, ile byłam gotowa dać z siebie. A ty? Spytałam ostatnio, czy w ogóle mnie kochasz. Spojrzałeś tylko… Chciałam się zapaść pod ziemię, zniknąć, niż znosić przez chwilę to spojrzenie, kiedy ja jeszcze zabiegam o twoją miłość, a czego ty zupełnie nie rozumiesz. Myślę o twoich rodzicach śpiących w dwóch osobnych sypialniach, o tym, jak kiedyś mówiłam ci, że ja tak nie chcę, że takiego życia sobie nie wyobrażam. Widać, można znieść więcej, niż nam się wydaje. Jak długo?

Co jeszcze mogę zrobić, żebyś się otworzył, żebyś zobaczył to, czego nie chcesz widzieć. Że nas już nie ma. Są dwie osoby żyjące obok siebie.

Fot. iStock / sSplajn