Lifestyle

Co jest w życiu naważniejsze? Ciepła kołdra. I jeszcze, żeby czuć się dobrze ze sobą

Rycząca Trzydziestka
Rycząca Trzydziestka
28 grudnia 2015
Fot. iStock / Linda Kloosterhof
 

Co jest w życiu najważniejsze? Co to za pytanie! – powiecie. Banalne i sztampowe. Ale w ustach siedmiolatki, uwierzcie mi na słowo, nie brzmi ono tak trywialnie. A jeszcze zadane podczas zakupów w małym, osiedlowym sklepiku może wywołać nie lada dyskusję. Tu każdy chce choć przez chwilę być dla mojego dziecka przewodnikiem po życiu. Takim przewodnikiem, jakim życiowe doświadczenia pozwalają być.
Więc chcąc nie chcąc, oprócz jednej, konkretnej odpowiedzi otrzymujemy zaraz całą masę porad, refleksji i życiowych historii, a szybka wizyta w sklepie zamienia się w wizytę w poradni terapeutycznej.

– Najważniejsza jest forsa, dziecko – sapie tuż za nami, okrąglutki jak balonik, niewysoki pan w okularach. – Jak masz forsę, to resztę sobie kupisz, ha ha ha! – uśmiecha się pan „Balonik” szeroko. – Mój syn ma dużo pieniędzy, kupił sobie dom, do lekarza w kolejce nie stoi, tylko ma abonament w Enelmedzie. Dzieciom płaci, żeby piątki do domu przynosiły i ze szkołą ma spokój. A teraz żonę też kupił, żeby nie poszła do innego. – Zapada niezręczna cisza.

– Jak pan może takie bzdury dziecku opowiadać? – przerywa ją oburzona pani w średnim wieku, z siateczką pełną pomidorów malinowych. – Nie słuchaj, malutka. Rodzina jest najważniejsza. W rodzinie jest siła, wsparcie. Jeśli czujesz, że na najbliższych możesz liczyć, że mama zawsze jest obok, to wszystko ci się udaje i jesteś szczęśliwa. Wigilię na pewno spędziłaś z rodziną! – Tak. A pani? – odpowiada bardzo uprzejmie moje dziecko. – Ja… Nie, w tym roku, z mężem tylko. Córka wyjechała z dziećmi w góry, zmęczeni są.

– Ha, ha, ha! E, tam – Rubaszny Balonik to typ aktywisty, a przy okazji uparty osobnik, nie da za wygraną. – O, to i cała rodzina. Zostawiła panią w święta i wyjechała, co? Rodzinę można sobie kupić. I te wszystkie uśmiechy przy Wigilii i to całe „wsparcie bliskich”. Tylko pieniądze trzeba mieć, tak jak mój syn. Wtedy wszyscy są dla ciebie mili, mała. – Pan ma dużo pieniędzy? – rezolutnie pyta „mała”. –Wystarczy, żeby pana syn przyjechał na święta? – Ja to… Eh! – nie kończy Balonik i stoimy tak krótką chwilę w milczeniu. Czy to poświąteczny spadek nastroju? Czy szybki życiowy bilans?

– Miłość – uśmiecha się przemiła dziewczyna z jogurtem naturalnym i pęczkiem rzodkiewek. To nasza nowa sąsiadka, codziennie rano widzę jak wyjeżdża z domu na swoim niebieskim rowerze. – Miłość jest najważniejsza, zapamiętaj. – Ma pani tę miłość? – pada odruchowo, niedyskretnie z moich ust. – Miałam – mówi ona cicho. Do wczoraj.
Stare powiedzenie, że doceniamy najbardziej to, co już straciliśmy dogania nas tu wszystkich. Przez chwilę jesteśmy grupą na pozór obcych, a jednak bliskich sobie osób. Z zamyślenia wyrywa nas ciepły, miękki głos. – Najważniejsze w życiu jest to, kochanie, żebyś się zawsze dobrze czuła sama ze sobą, rozumiesz? – odzywa się milcząca do tej pory, elegancka pani w zielonym kapeluszu. – Żebyś wiedziała, że możesz się czasem pomylić, że nie zawsze musisz być najlepsza. I żebyś umiała docenić i pokochać siebie taką, jaka jesteś.

Pani w kapeluszu i mała dziewczynka uśmiechają się do siebie w milczącym porozumieniu. Obie wiedzą, że dalsze pytania są niepotrzebne. Ona TO już ma. A moje dziecko jeszcze TEGO nie zatraciło.

Płacę za sałatę, trzy pomidory i twarożek śmietankowy. Wieczorem, w domu wracamy do tematu. – Mamo, a dlaczego ty nic nie powiedziałaś, wtedy w sklepie? – pyta „mała”. – Nie powiedziałaś co jest najważniejsze w życiu. To prawda, podczas tamtej rozmowy nie odezwałam się słowem. – Ja się zgadzam się z panią w zielonym kapeluszu – mówię po chwili wahania. – Ale wiesz, dla każdego w życiu co innego jest ważne. Ty możesz myśleć zupełnie inaczej.  – Rozumiem – odpowiada moja mądra córka. – Ja myślę jak Ty i ta pani w zielonym. Ale są jeszcze inne rzeczy. To, jak przytulam mojego brata. I ciepła kołdra wieczorem. I twój uśmiech.


Lifestyle

O co tyle hałasu? Żadna tam „noworoczna gorączka”. Nerw codzienny, tyle

Rycząca Trzydziestka
Rycząca Trzydziestka
31 grudnia 2015
Fot. Pixabay / Unsplash / CC0 Public Domain
 

– No o co tyle hałasu? – powiedziała pani z pieskiem równo rok temu przed moim kioskiem. – Normalna data, jak każda inna. Co miesiąc jest 31. – Chyba nie co miesiąc, he, he – wyśmiał ją elegancki gbur w garniturze. – O co pani w ogóle chodzi? Na koniec roku trzeba się zabawić. Taka tradycja.
Jak tradycja, to mus. Przede mną kolejna, upojna (głównie dla sąsiadów i głównie alkoholowo) noc sylwestrowa, czyli domowy kinderbal do 22. I awantura o północy, bo fajerwerki za jasne. I za głośne. I w ogóle, gdzie jest moja świnka Peppa, ta do spania?!

Co roku czuję, że ten lekki dreszczyk emocji, który powinien towarzyszyć mi już w okolicach godziny 15:00 odzywa się dopiero koło 19. I jest raczej związany z tym, że w domu, za przeproszeniem, burdel, naczynia ze zmywarki nie wyjęte, zabawki prowadzą koczowniczy tryb życia, a dziatwa rozbiega się do domu ruchem zupełnie niejednostajnym. Żadna tam „noworoczna gorączka”. Nerw codzienny, tyle.

– Cholera, jaki dreszczyk?! – mówi moja rozsądna przyjaciółka, a lewe oko już jej „lata” . – Od trzech lat się nie wysypiam: najpierw 9 miesięcy jako inkubator, potem rok nocnego wycia, przewijania i karmienia, a teraz ciągle katary i bunt dwulatka. Żebym świadomie zarwała noc dla jakiejś bandy odpicowanych na błysk bab z telewizji? One w rekordowym tempie zrzuciły świąteczny tłuszcz. Ja nie mogę zrzucić mojego od dwóch lat. I w sukience z H&M wyglądają tak, że bym tę sukienkę kupiła. Raz się nawet dałam nabrać, dziękuję. Chybiona inwestycja. „Pretty woman” już widziałam, i te inne co w kółko powtarzają też. Fajerwerki? Obejrzę sobie w telewizji, dzień po. Idę spać o 22. Koniec, kropka.

– A ja idę na sylwestra do kina – mówi nasza znajoma i wyciąga z reklamówki święcącą kreację „a la glista” w kolorze srebra. – W ten dzień nie można siedzieć w domu. To przynosi pecha! A już w byle czym, o na pewno nie! Przed świętami kupiłam sobie świetny ciuch, no przecież nie mogę go nie mieć gdzie założyć!

– Zwariowałaś? – diagnoza przyjaciółki jest bezlitosna. – Kto będzie w kinie oglądał twoje ciuchy?! Po ciemku? I po jakiego diabła wciskasz się (aj!) w coś tak niewygodnego? Coś ci się od tego poprawi? Lepiej zrozumiesz co ten albański reżyser chciał ci powiedzieć?

Znajoma nie zrozumiała, strzela mini focha i burczy coś pod nosem o tym, że przynajmniej Gośka zzielenieje jak ją w tej gliście zobaczy. I, że mąż ją zapewniał, że idą na maraton komediowy, nic ambitnego. Z resztę, nieważne. Dla niej liczy się, żeby w Nowy Rok wkroczyć śmiało, w butach na obcasie. Najlepiej w nowych butach na wysokim obcasie. Bo przecież jest taka wróżba: Jaki Sylwester, takie całe 12 miesięcy po nim. Dlatego Iwonka wyjdzie dziś z pracy o 13, bo 13:30 jest umówiona (już od przedświąt) u kosmetyczki „na paznokcie i mejkap”.

– Będziesz z tymi pazurami i sztucznymi rzęsami jak Dragqueen metrem?… – wydyma usta moja przyjaciółka. – A jak ci coś odpadnie?

– Daj spokój. Nowy Rok to jednak nowy początek – rozmarzam się w bliżej nieokreślonym kierunku. – Ja tam Iwonkę trochę rozumiem.

To prawda, trochę rozumiem. Rozumiem to „zaklinanie” rzeczywistości ponoworocznej, to nadawanie magicznych znaczeń końcom i początkom. I te postanowienia noworoczne: „od 1.01. się odchudzam” albo „ znajdę w końcu czas dla siebie”. I nawet jestem w stanie pojąć tę Iwonki rywalizację z Gośką na lepszy noworoczny image. Dopóki nikt mi nic nie każe i nie narzuca, mogę zrozumieć wszystko. Ale cholera jasna, ja się dziś w srebrną glistę nie zapakuję, bo „taka tradycja”. Nie zrobię bilansów (po co się dobijać) i postanowień (stracone złudzenia). Przywitam 2016 jak starego znajomego, o którym coś tam już wiem, ale zostawiam mu jeszcze jakiś margines zaskoczeń. I pójdę spać.

Jedno jest pewne: 31.12, to zawsze tylko data. Dla niektórych symboliczna, dla innych bez znaczenia. Więc spędzajcie ten dzień tak, jak lubicie, byle było wam dobrze;) A w Nowym Roku wrzucajcie częściej „na luz”. To jedyna rzecz, której będzie można wam szczerze pozazdrościć. W kontekście sylwestrowych paznokci i mejkapu, oczywiście :). I jeszcze, życzę, żeby wam nic nie odpadło;)


Lifestyle

Kochani rodzice, tego mi nie mówcie. Zacznijcie żyć własnym życiem!

Rycząca Trzydziestka
Rycząca Trzydziestka
21 grudnia 2015
Fot. Flickr / Donnie Ray Jones / CC BY

Drodzy rodzice! Oświadczam, że lat 18 ukończyłam znacznie wcześniej niż w zeszłym roku. Niebawem nawet skończę je drugi raz. Ale ja nie o tym chciałam… W telewizji mówili, że w święta trzeba mówić prawdę, bo to oczyści atmosferę przy wigilijnym stole. Mamo, masz genialną figurę! Tato, z wiekiem jeszcze wyprzystojniałeś. Kocham was bardzo. Denerwujecie mnie jak cholera.

Ale damy radę. To będzie naprawdę udany rok, jeśli tylko:

1. Przestaniecie mnie pytać o to, kiedy zmienię pracę na (waszym zdaniem) lepszą.

Jestem szczęśliwa, spełniona i tak, do jasnej Anielki, odczuwam satysfakcję, bo żyję w zgodzie sama ze sobą. Robię to, co kocham i nie zamieniłabym tego na nic innego. Nie pożyczam od was pieniędzy, bo „mi nie starcza do pierwszego”, nie narzekam i nie skarżę na szefa-kretyna. Więc o co chodzi?

P.S. Argument „przecież to dla twojego dobra” jest poniżej pasa. Moje dobro potrzebuje czegoś innego, niż ciągłe porównywanie do kuzynki Renatki, która w swojej korporacji pnie się po szczeblach kierowniczej kariery. I co z tego, że w swoim futurystycznym mieszkaniu postawiła ostatnio dizajnerską kanapę? Renatka nie ma nawet czasu, żeby wieczorem usiąść z książką i kubkiem herbaty na tej kanapie. A ja mam. I czas i książkę i kubek z herbatą. A kanapę sobie kupię. Kiedyś.

2. Przestaniecie mi przypominać, że ciocia Grażynka ma urodziny i wydzwaniać z pytaniem, czy już złożyłam jej życzenia.

Jestem bardzo dużą dziewczynką i sama odpowiadam za kontakty z członkami naszej rodziny. Tak między nami mówiąc, ciocia Grażynka też jest bardzo dużą dziewczynką i niezłą małpą, przy okazji. Czy aby na pewno jej zaawansowany wiek i wysoki poziom cholesterolu usprawiedliwiają każdy złośliwy przytyk? Nie musicie się za mnie wstydzić 😉 Ja też nie muszę;) Ale ciocia Grażynka to czasem powinna…

3. Przestaniecie zwracać się do moich dzieci słowami „no co ta mama zrobiła najlepszego”

A jeśli już tak mówicie, to nie wmawiajcie im potem, że przecież „rodzice są od wychowywania, a dziadkowie od rozpieszczania. Bo się gnomy buntują i wyprowadzają do was trzy razy w tygodniu, a już bankowo przy okazji porządków w pokoju. Jeśli nie przestaniecie, to ich w końcu do was puszczę. I będziecie musieli sobie przypomnieć jak to jest z dwójką dorastających (teraz dzieci dorastają wcześniej) i skonfrontować wasze bogate doświadczenie z końca wieku XX z rzeczywistością wyzwań pedagogicznych XXI wieku.

4. Przestaniecie podejrzewać, że w moim małżeństwie jest coś nie tak

Nie jesteśmy gołąbkami pokoju, wiecie to. Kiedy zadzwoniłaś wczoraj mamo, akurat się pokłóciliśmy. No dobra, wcale nie o to kto kogo kocha bardziej. Poszło o coś banalnego;) O te banały drzemy koty kilka razy w miesiącu. To chyba lepsze niż darcie kotów o sprawy istotne, prawda? Ile razy wyprowadzałeś się z domu, tato? Ile razy żądałaś rozwodu, mamo? Ile razy słyszałam, że żyć bez siebie nie możecie i nie będziecie? Dziękuję, u nas w porządku, w tym roku rozwodu nie będzie :).

5. Przestaniecie wracać do przeszłości i wybiegać w przyszłość wyciągając za mnie wnioski

Gdyby tylko moje życie potoczyło się inaczej. Tamten kierunek, nie ten, tamten facet, nie ten… I jeszcze tamta „zagranica”, nie ta. Renatka urządziła się w życiu lepiej? Renatkowe „lepiej”  to dla mnie zupełnie „byle jak”.  Kocham swoje życie, swoje błędy i decyzje! Kocham swój brak kanapy i marzenia o tym, co kiedyś nastąpi. A decyzje podejmuje świadomie.  Jestem szczęśliwa, a przecież tego chcecie najbardziej, prawda? Hobby sobie znajdzcie, błagam.

Mamo, Tato! Świąt wesołych wam życzę. Bez trosk i napięć. I luzu jeszcze takiego, nie tylko od święta. Zapomnijcie o Renatkach i o Grażynkach, cieszcie się wnukami i tym, że po prostu – jest OK.  Naprawdę możecie zacząć już żyć waszym życiem:)