Lifestyle

Chcę się podobać mężowi i nie widzę w tym nic złego

MamaM&M
MamaM&M
17 marca 2017
Fot.Archiwum prywatne
 

Bardzo często mówi się, że najważniejszy jest charakter człowieka, a nie to, jak wygląda. „Ładna miska jeść nie daje” – kiedy to słyszę, dodaję: „a z brzydkiej jeść się nie chce”. Fizyczność w związku jest dla mnie bardzo ważna.

Kocham mojego męża, bo jest wartościowym, dobrym i (jakkolwiek to zabrzmi) prawym człowiekiem, jednak umówiłam się z moim mężem na pierwsze spotkanie, ponieważ uznałam go za atrakcyjnego mężczyznę. Nie zdradzam mojego męża, bo mnie niezmiennie pociąga i jest mi z nim w łóżku dobrze. Najkrócej rzecz ujmując, dostaję wszystko to, czego potrzebuję.

Kiedy słyszę, jak kobiety mówią, że dbają o siebie wyłącznie dla siebie, śmiać mi się chce. Z moich obserwacji wynika, że dbamy o siebie z kilku powodów. Po pierwsze chcemy zdobyć faceta. Jak już zdobędziemy, chcemy pozbyć się konkurencji, więc robimy wszystko, abyśmy były bezkonkurencyjne. Trochę inaczej jest, gdy wybieramy się na imprezę. Wówczas chcemy pokazać innym kobietom nowe buty, torebkę, sukienkę, więc te godziny spędzone w łazience, garderobie, u fryzjera, kosmetyczki poświęcamy po to, żeby inne kobiety, jeśli już muszą, mówiły o nas dobrze.

Często zastanawiam się, dlaczego ludzie się zdradzają. Nie jest niczym odkrywczym, że wina leży po obu stronach. Wyobrażam sobie, że mogłabym zdradzić mojego męża wyłącznie wtedy, gdyby w małżeństwie czegoś mi brakowało, co byłoby trudne, ponieważ, jeśli coś nie gra, mówię o tym otwarcie. Mówię, ponieważ wiem, że zostanę wysłuchana i mój partner przynajmniej postara się zrozumieć. To działa obie strony. A to znaczy, że także ja stwarzam warunki, w których Grzegorz może powiedzieć, czego oczekuje, czego potrzebuje, a czego nie lubi.

Lubię patrzeć na mojego męża, jak o siebie dba, jak robi zakupy i porządki w swojej garderobie, żeby wyglądać atrakcyjnie, a jednocześnie nie udaje nikogo, nie naśladuje. Właśnie dlatego jest dla mnie atrakcyjny, że dobrze czuje się w tym, co ma na sobie.

Czy chęć podobania się mężowi oznacza dla mnie wyrzucenie do kosza dresów, bawełnianej koszuli nocnej i papci z tygryskiem? Nie. W domu ubieramy się przede wszystkim wygodnie. Nie zwalnia nas to jednak z dbania o siebie. Można pięknie wyglądać bez makijażu, kiedy skóra jest świeża, nawilżona i czysta. Można wyglądać seksownie w dresach, kiedy się ładnie pachnie. Kobieta jest piękna także w związanych w kucyk włosach, kiedy te włosy ma czyste i lśniące, choćby z 5-centymetrowym odrostem.

Faceci są wzrokowcami. Kobiety także są wzrokowcami . Lubimy patrzeć na to, co ładne – bez względu na płeć. Tworzymy udane związki wówczas, gdy mamy o czym rozmawiać, gdy rozumiemy się bez słów, gdy wzbudzamy w sobie podziw, gdy mamy wspólne cele, oczekiwania i wspólne drogi dojścia do założonego celu, a także podobne tempo, w jakim zmierzamy ku realizacji planów i marzeń. Dla mnie udany związek nie może jednak istnieć bez udanego seksu, bez: „pięknie dziś wyglądasz, „lubię twój zapach”, „podobasz mi się w tych spodniach”, „kręci mnie twój dwudniowy zarost”, bez jednoznacznego spojrzenia podczas tańca, które oznacza, że już trzeba wrócić do domu.

Lubię rozmawiać z moim mężem, lubię jego humor, który u osoby mówiącej tak niewiele ma swój niezwykły urok, lubię, gdy mój mąż opowiada o rzeczach, które go interesują, a więc o nowinkach technicznych, grach komputerowych, swojej pracy. Zazwyczaj przynajmniej połowy nie rozumiem, ale sprawia mi przyjemność obserwowanie zaangażowania Grzegorza w to, co mówi. Ogólnie lubię mojego męża. Zawsze powtarzam, że, nawet gdyby nie był moim życiowym partnerem, lubiłabym go. Nie byłby jednak moim mężem, gdyby nie był dla mnie atrakcyjny, gdyby mnie nie pociągał.

Zapraszam na mój profil na Facebooku: MamaM&M
Jeśli mnie poznasz, będziesz ci łatwiej mnie zrozumieć 😉


Lifestyle

Nie głodzimy dzieci. Wiemy, co dla nich najlepsze

MamaM&M
MamaM&M
27 marca 2017
Fot. iStock / RomanovaAnn
 

Popełniłam już jeden tekst o karmieniu piersią. Myślałam, że była to pierwsza i ostatnia moja wypowiedź publiczna na temat żywienia dzieci. Nie jestem specjalistką laktacyjną, nie jestem też terrorystką laktacyjną, nie uważam mleka modyfikowanego za największe zło, a mleko mamy nie jest dla mnie lekarstwem na wszystko. 

Zazdroszczę mamom karmiącym butelką, że w każdej chwili mogą zostawić dziecko pod czyjąś opieką i nie muszą się martwić, czy mrożonek im wystarczy… Ja wybrałam pierś, bo mleko nic nie kosztuje, bo w podróż, do znajomych, do lekarza zabieram tylko pieluchy i jestem gotowa do wyjścia z dzieckiem w każdej chwili, bo nienawidzę myć butelek, smoczków i przede wszystkim dlatego, że chciałam i mogłam karmić, miałam wsparcie w mężu, który zajmuje się wszystkim innym, gdy ja karmię (nawet jak karmienie przeciąga się do godziny przez czytanie Internetów)…

Karmię piersią, bo to dla mnie tanie i wygodne. Pierwszego syna karmiłam 9 miesięcy, z czego trzy ostatnie miesiące już tylko mlekiem odciągniętym, ponieważ Marek, po skończeniu pół roku, płakał, jak tylko rozpinałam stanik. Po trzech miesiącach przyjaźni z laktatorem poddałam się więc i postanowiłam zrezygnować z karmienia piersią definitywnie.

Dodam uczciwie, że mój starszy syn był dokarmiany mlekiem modyfikowanym, ponieważ szybko wróciłam do pracy i nie miałam cierpliwości i czasu ściągać tyle pokarmu, żeby wystarczyło na każde karmienie pod moja nieobecność. Gdy byłam w domu, karmiłam piersią.

Zupełnie inaczej sytuacja wygląda teraz. Mariusz ma już ponad 6 miesięcy i jest karmiony wyłącznie piersią, ew. pokarmem odciągniętym. Mimo cc na tak zwany „termin” (pojechałam do szpitala na wcześniej ustaloną operację – brak skurczów, rozwarcia i innych oznak porodu), krótkiego wędzidełka i mojego fatalnego samopoczucia, karmienie przebiegało od pierwszych chwil bez problemów.

Do pracy wróciłam około miesiąc po porodzie, ale pracuję w domu, przed komputerem. Jak wychodzę na spotkania, zabieram syna. Rzadko zostawiam go pod czyjąś opieką na dłużej niż 2-3 godziny, więc nie ma problemu z karmieniem na żądanie.

Zgodnie z zaleceniami WHO, karmię wyłącznie piersią, nie podaję napojów, w tym wody, nie dokarmiam. Syn skończył pół roku pięć dni temu. Szósty miesiąc to jakiś dramat dla mnie, jako matki karmiącej. Ileż ja usłyszałam pytań: „dlaczego nie dokarmiasz?”, „dlaczego nie podajesz innych pokarmów?”, „a jak on chce pić?”, „skąd wiesz, ile zjada, jak nie widzisz, ile leci z piersi?”. I złote rady do tego: „nie polecam ci karmić do dwóch lat” (takie jest moje założenie – jeśli syn będzie współpracował), „będzie miał problem z jedzeniem, bo za długo karmisz tylko piersią”, „od czwartego miesiąca bez problemu możesz podawać warzywa i owoce”, „dawaj na noc kaszę, będzie dłużej spał”.

Gdybym napisała wprost, jak się czuję, gdy słyszę te rady i pytania, musiałabym wykropkować wszystkie wyrazy, bo nie nadają się do publikacji na blogu rodzicielskim.

Nie głodzę mojego dziecka! To ja z nim jestem niemalże 24 godziny na dobę. To ja go bacznie obserwuję i widzę, czego potrzebuje, co go boli, co jest z nim  nie tak. Nie uważam się za bohaterkę, ale: zapalenie piersi, nawał pokarmu taki, że mrożonki jeszcze po trzech miesiącach miałam w zamrażarce, ból przy karmieniu w pierwszych dobach po porodzie, nieprzespane noce, zmiany bielizny  co godzinę, całe kartony wkładek laktacyjnych zakupione na zapas w drogerii, brak możliwości spania na brzuchu – tego wszystkiego nie robi się ot tak, dla frajdy. To wszystko robi się z miłości i z poczucia odpowiedzialności za swoje dziecko.

Mariusz ma skazę białkową. Dla mnie oznacza to wykluczenie z diety wszystkiego, co zawiera białko krowie. Dodatkowo alergia na cytrusy sprawia, że naprawdę z wielu rzeczy musiałam zrezygnować. Kiedy mam zły dzień, nie mogę go zagryźć czekoladą (bo mleko w proszku), pizzą (bo ser), herbatnikami (bo serwatka mleka krowiego), czipsami (patrz poprzednie). Muszę uważać na wszystko, co jem, czytać etykiety, składy produktów, ponieważ alergia jest tak silna u mojego syna, że kilka herbatników sprawiło, że podrapał kolana i głowę do krwi. Nie chcę, żeby się męczył, jednocześnie sama muszę zrezygnować z wielu rzeczy, które lubię. Schudłam w pół roku dobre 20 kg. Jestem już na minusie. Ważę mniej niż przed ciążą, ale ważniejsze jest to, że daję mojemu dziecku to, co jest naprawdę dla niego dobre, zdrowe i ważne w pierwszym okresie życia.

Zaczynam Mariuszowi podawać inne pokarmy. Nie jest to łatwe. Markowi podawaliśmy kaszki, więc, nie zmieniając konsystencji, uczyliśmy go nowych smaków, żeby później przejść na owoce, warzywa, mięso, jaja, ryże, makarony, zupy i tak dalej i tak dalej… Mariusz jest karmiony piersią. Próbuje smaku jabłka, banana, gruszki, śliwki, marchewki. Nie idzie to tak, jak w reklamach słoiczków, ale też nie ma ciśnienia, żeby po tygodniu zjadał całe jabłko i pół banana. Jest najedzony. To jest najważniejsze dla dziecka. W mleku dostaje wszystko, czego mu potrzeba.

Nie mówcie nam, mamom, jak mamy karmić, jeśli nie macie fachowej wiedzy. Wyrządzacie krzywdę nam i naszym dzieciom. Mądra mama wie, że dziś jest łatwy dostęp do informacji, umie je znaleźć, wie, kogo zapytać i wie, że pediatra (nawet najlepszy) nie musi być i najczęściej nie jest doradcą laktacyjnym. Zawsze powtarzam, że jedna wizyta u doradcy laktacyjnego jest tańsza niż rok karmienia mlekiem modyfikowanym. Prawdy i sądy, które powtarzały nasze babcie i prababcie wcale nie są tak dobre dla dzieci. Kobiety, które chcą karmić piersią potrzebują wsparcia. Babciu, ciociu, dziadku, jeśli chcesz pomóc, nie krytykuj, najpierw zapytaj, dowiedz się  z fachowych źródeł, jak cały proces powinien wyglądać. Pamiętajcie, fakt, że jakaś kobieta 15-20-50 lat temu wychowała 2,3,4,5, czy 6 i więcej dzieci, nie oznacza, że jest specjalistką od wychowywania, żywienia, i relacji międzyludzkich.

Mój drugi syn za tydzień idzie do żłobka, ja wracam do pracy w większym wymiarze godzin, poza domem. To będzie dla nas bardzo trudny czas. Będziemy nagle daleko od siebie przez kilka godzin każdego dnia, nie będę mogła karmić, gdy Mariusz będzie głodny, ale też nie będę mogła go przystawić do piersi, gdy pokarmu będzie za dużo. Musimy oboje nauczyć się funkcjonować w nowej rzeczywistości, która po poniedziałku już nigdy nie będzie taka jak teraz. I na pewno nie zrezygnuję z własnej woli z tych kilku chwil popołudniowego, wieczornego i porannego karmienia. Po pierwsze dla syna to świetny start w przyszłość, po drugie będę mogła bezkarnie poleżeć i poczytać Facebooka, nawet gdy w kuchni sterta naczyń, pies niewyprowadzony, a na podłodze slalom gigant… bo będę karmić 😉

Zajrzyj na mój profil na Facebooku i zostaw ślad po sobie. Jeśli się ze mną nie zgadzasz, też zajrzyj 😉


Lifestyle

Moja rodzina jest „pełna”, gdy są zwierzęta

MamaM&M
MamaM&M
16 marca 2017
Archiwum prywatne

Kiedy wprowadzaliśmy się do naszego mieszkania, nie planowaliśmy dzieci. Nie zamierzaliśmy jednak żyć tylko we dwójkę. Niecały miesiąc po uwiciu gniazda, podjęliśmy decyzję o adopcji czworonoga. Wprawdzie zawsze marzył mi się shar pei, którego chciałam nazwać „Zmarszczka”, jednak informacja o działającym w mieście azylu dla zwierząt sprawiła, że przygarnęliśmy Ćwiartkę – sfilcowanego husky. Mieści się pod stołem na stojąco, miała jakieś 4-5 lat, była ułożona, grzeczna i miała niezwykle smutne oczy. Od razu stwierdziłam, że chcę dać jej dom. Kiedy następnego dnia zobaczył ją mój mąż, nie kwestionował mojego wyboru. Po prostu otworzył tylne drzwi samochodu i tak oto z duetu zrobił się tłum, który później już się tylko powiększał. 

Do momentu pojawienia się dzieci, ceniłam sobie obecność psa najbardziej wtedy, gdy mąż wyjeżdżał na dłużej. Miałam powód, żeby wyjść z domu. Musiałam zorganizować jedzenie, miałam się do kogo odezwać i z kim się pobawić. Dziś widzę, jak starszy syn coraz chętniej zaczepia Ćwiartkę, zanosi jej smakołyki, idzie się przytulić, albo specjalnie wygania ją, gdy widzi, że ta zainteresowała się młodszym. Śmieje się, gdy mąż wygłupia się z psem, oczy się obserwować, kiedy zwierzę jest smutne, chore.

Po narodzinach syna, były obawy, że jest uczulony na kurz, a Ćwiartka dwa razy w roku gubi sierść przez nawet dwa miesiące (łącznie 4 miesiące w roku). Wygląda to tak, że wieczorem odkurzamy, a rano na podłodze jest ściółka. Nawet nie braliśmy pod uwagę, aby oddać psa. Ograniczyliśmy kontakt syna z Ćwiartką, częściej wychodziliśmy na dwór. Okazało się, że to nie jest żadna alergia. Wszystkie objawy minęły. Marek po prostu miał chwilowy problem z odpornością.

Nie wyobrażam sobie dziś domu bez tego charakterystycznego tupania pazurami po panelach, bez zaczepiania gości. W końcu to pies wyprowadza nas na spacer.  Oczywiście są dni, kiedy Ćwiartka nas denerwuje, zwłaszcza jak coś zniszczy, zje, nabałagani, ale gdy tylko zachoruje, rzucam wszystko i biegnę do weterynarza czym prędzej. Pies jest członkiem naszej rodziny, pełnoprawnym. Śpi obok naszego łóżka, bawi się z dziećmi, przychodzi się przywitać, gdy wracamy do domu, jest smutna, gdy zostawiamy ją, wyjeżdżając gdzieś na weekend i ogon jej prawie odpada z radości, gdy ją odbieramy od mojej mamy.

W domu, w którym się wychowałam, zawsze były zwierzęta. Niezliczona ilość psów, koty, rybki, świnki morskie, białe myszy, gołębie, króliki. Dziadek miał kury i świnie, wujek kaczki. Co chwilę coś z bratem znosiliśmy. Rodzice rzadko protestowali. Tłumaczyli tylko, że żywe stworzenia trzeba przynajmniej regularnie poić i karmić. Niektóre stworzonka umierały, bo były chore, inne przez naszą głupotę, jeszcze inne uciekły niepilnowane i słuch po nich zaginął. Był płacz, był żal i smutek. W ten sposób uczyliśmy się odpowiedzialności, empatii i miłości do zwierząt. Wiedzieliśmy, że nasze zwierzęta to nasze obowiązki. Im byliśmy starsi, tym mniej nowych domowników się pojawiało. Szybko do nas dotarło, że mama nas nie wypuści z domu, gdy świnki morskie mają brudno, a przez szybę akwarium nie widać rybek. Zaczęliśmy kalkulować, czy warto angażować się w opiekę nad kolejnym zwierzęciem. W końcu zostały tylko psy i koty.

Dziś mamy z bratem swoje rodziny. Ja mam psa, miałam rybki (wkrótce znów się pojawią – tak czuję w kościach), mój brat ma psa, co chwilę innego kota, hoduje też drób (jak kabaretowy Pan Józek z Chociul), króliki. Nasze dzieci na co dzień obcują ze zwierzętami. Wiedzą, że nie wolno im robić krzywdy, wiedzą, kiedy pies może ugryźć i dlaczego, wiedzą, że w miskach i poidłach musi być woda. Dla nich jest to naturalne. Dla nas też było.

Nie wyobrażam sobie domu bez żadnego żywego stworzenia. Obserwując życie zwierząt, nauczyłam się, że wszystko, co się urodzi, musi w końcu umrzeć i że nie da się tego zmienić. Czekam już na okres, kiedy moi synowie zaczną znosić do domu różne żyjątka i po cichu liczę na to, że przytargają jakąś papugę lub kanarka, bo najpierw mama, a potem mąż nigdy nie pozwolili mi kupić żadnego ptaka.

Zajrzyj na mój profil na Facebooku i zostaw ślad po sobie. Jeśli się ze mną nie zgadzasz też 😉