Lifestyle Związek

Chce mi się wyć. Może kiedyś zrozumiem, że masz prawo do życia „po nas”

Listy do redakcji
Listy do redakcji
24 czerwca 2017
Fot. iStock/101dalmatians
 

Chce mi się wyć. Czuję ból, prawdziwy, realny, fizyczny ból. Rano budzę się z uczuciem, że nie przetrwam do wieczora, że rozpadnę się na kawałki i już nie poskładam. Że nie pójdę do pracy, że nie obiorę dzieci ze szkoły. Że pęknie mi serce. W nocy, nie mogę spać, bo myśli, wspomnienia związane z nami, z tobą, jakieś rozmowy, plączą się w mojej głowie i zabierają sen. Ale przecież, twarda jestem. Sama tego wszystkiego chciałam. A ja z reguły wiem, czego chcę.

Nie, nie mam wątpliwości. Wiem dobrze, jak to by się skończyło, gdyby nie odeszła. Stalibyśmy się, jeszcze bardziej, swoimi wrogami. To już zaczęło się dziać, na naszych oczach. Ty miałeś swój „emocjonalny romans”, który, kiedy tylko się rozstaliśmy, rozwinął się w poważny związek. Jak mogłabym to wybaczyć albo zapomnieć? Boże, jak bolało. Nie potrafię tego zrozumieć jak to mogło tak boleć. Przecież byłeś już mi prawie obojętny, już nie mogłam na ciebie patrzeć, już miałam cię tak bardzo dość. Sama Cię odepchnęłam. Świadomość, że w twoim życiu zagościła już na dobre ona, że wprowadziła się do niego ze swoimi diabelnie zgrabnymi nogami, jasnymi włosami, piegami… Jak prawy sierpowy dla mojego ego. Jeden, chwilowy impuls, że przecież byłeś „mój”, jeden jedyny żenujący zryw, żeby cię zatrzymać, chociaż to ja odeszłam.

Oddaliliśmy się od siebie. Ja miałam „swoje dzieci”, swoją firmę, swój świat, w którym powoli zaczęło cię brakować. Popełniłam mnóstwo błędów, zaniedbałam nas, zaniedbałam Ciebie. Potrafiłam być zimna, wyrachowana i nie chcieć seksu „na zgodę”. Potrafiłam karać cię milczeniem i chłodem. Wytrzymywałam cały długi dzień, nie odpisując na twoje przepraszające SMS-y. Kpiłam z twoich niewinnych żartów, z twojego dotyku – delikatnego, nieśmiałego, zaraz po kłótni. Nie lubiłabym mnie w tych chwilach, gdybym była tobą. A czy mogłabym mnie kochać? Nie wiem.

Ale były też dobre momenty, prawda? Jak wakacje nad Bałtykiem, te, kiedy całe dwa tygodnie lało, a my biegaliśmy po plaży w płaszczach przeciwdeszczowych i kaloszach. A wieczorem graliśmy w chińczyka. Dziewczynki zasypiały tak wcześnie, wiedzieliśmy wtedy co zrobić ze wspólnymi nocami. Jak to się stało, że potem jakoś nagle zapomnieliśmy? Już tylko „dobranoc” albo „ja jeszcze poczytam”. Albo: „Wrócę późno, nie czekaj”.  Nie zrobiłam nic, żeby to naprawić, żeby spróbować. Uważałam, że to ty powinieneś się starać, pokazać mi jak bardzo ci na mnie zależy, jak chcesz ratować ten związek. Starałeś się, jakiś czas. Bo ile można uderzać głową w mur?

Wiesz, nie umiem się z tobą przyjaźnić. Nie po tym, jak przez te kilkanaście lat dzieliliśmy razem łóżko, nawet jeśli ostatnie cztery były raczej fikcją niż bliskością i intymnością między nami. Nie umiem udawać, że chcę twojego szczęścia i dobra. Może kiedyś się nauczę. Może kiedyś zrozumiem, że masz do tego życia „po nas” prawo. Dziś jeszcze za wcześnie. Kiedy zabierasz dzieci na weekend, witam się z tobą szybko, zdawkowo. Nie patrzę ci w oczy. Myślisz, że cię nienawidzę, że nie potrafię wybaczyć. Tak bardzo się mylisz. Cierpię.

Przyjaciółki mówią: to zaraz minie. Czekam. Czekam dni, tygodnie, kilka miesięcy. Zaciskam zęby, mocno wbijam paznokcie w opuszki palców. Nerwowo zerkam na telefon, ale nie przysyłasz już wiadomości, nie błagasz, żebym wróciła. Kiedy jestem sama przyznaję się sobie przed samą sobą wprost: Tak, czasem chcę znowu otworzyć te drzwi, za którymi zostawiłam wszystko to, co nas łączyło. Ale z tej drogi, którą wybrałam, powrotu już nie ma.

Decyzja o odejściu dojrzewała we mnie długo, latami. Wiele ich ze sobą spędziliśmy. W tym czasie kupiliśmy dom, urodziły się nam dzieci, zdechł ukochany pies i chomik. W tym czasie umarł mój tata, a twój poważnie zachorował. Dwa razy zmieniłeś pracę, na lepszą i jeszcze lepszą. Trzy razy widziałam twoje łzy. Pierwszy raz, gdy trzymałeś w ramionach nasze bliźniaczki, na sali porodowej. Drugi raz, gdy przez kilka dni myśleliśmy, że ciężko zachorowałam. Trzeci raz, gdy powiedziałam, że odchodzę.

Przykro mi, tak bardzo przykro, że nie mogę ci już powiedzieć, jak bardzo cię kocha(ła)m. Chce mi się wyć.


Lifestyle Związek

Miejsce, które mam w sobie. Ale to nic wielkiego przecież – oddech. On zawsze jest. Do samego końca. Zawsze

Gościnnie w Oh!me
Gościnnie w Oh!me
24 czerwca 2017
Fot. iStock/VisualCommunications
 

Mówią:

-Powinnaś znać swoje miejsce.

-Grunt to znaleźć swoje miejsce na ziemi. Bo bez tego ani rusz.

I jeszcze dodają w dobrej wierze:

– Nie daj innym zająć swojego miejsca.

A ja tam swoje wiem. Poznałam przecież wiele miejsc. I spektakularnych końców świata. Takich co dech zapierały. I pragnienie na więcej i więcej budziły. I tak bez końca, w tą i z powrotem  można przecież…

Wiele lat temu

Jadę Dk 88 kierunek Bytom. Spieszę się bardzo. Za sobą zostawiłam dużo spraw. W sobie mam ich jeszcze więcej. Przelewają się i niebezpiecznie bulgoczą. Nie dają spokoju.

Późne popołudnie, samochody śmigają w obie strony. Ruch duży. Droga jest dwupasmowa ale nie rozdzielona pasem zieleni. Dużo wypadków. Pośpiech. Nie mam czasu obserwować twarzy ludzi w samochodach, które szybko wymijam.

– Jak można tak się wlec i dlaczego to pomarańczowe tico jedzie tak wolno? Wiadomo. Facet za kierownicą. Tylko oni tak jeżdżą!

Spóźniona docieram na miejsce. Zabrze. Dzielnica familoków. Budynek miejskiego przedszkola wybudowanego we wczesnych latach pięćdziesiątych. To tu odbywa się praktyka Asztanga Jogi.

Stara zardzewiała furtka. Budynek odrapany, skrzypiące drewniane drzwi. Zapach innej epoki. W 1953 patronat nad budynkiem objęła Huta Zabrze i to co udało się urządzić wtedy – zostało na zawsze. Bardzo, bardzo daleko od wydizajnowanych  loftowych  przestrzeni.

Krzywię się z niechęcią. Odrapana boazeria a na niej poprzyczepiane tu i ówdzie rysunki dzieci –  jedz warzywa i owoce, Ala ma kota.

Przed salą gimnastyczną  kilkanaście par butów, na wieszaku wiszą płaszcze. To tu. Wchodzę. Drzwi znowu skrzypią niemiłosiernie. Przepraszam za spóźnienie. Ale, ale no wiadomo. Praca, dzieci, dom, a jeszcze ta droga i pomarańczowe tico ze ślamazarnym kierowcą.

Młoda dziewczyna w dziwnych skarpetach bez palców zsuniętych do połowy stopy kiwa surowo głową i wskazuje mi miejsce. Rozkładam swoją matę. I wtedy dociera do mnie dźwięk. Dźwięk, który unosi się nad salą. Szum wiatru, szum deszczu. Oddech Ujaji. Próbuję jeszcze oglądać twarze osób, które praktykują obok ale powolutku czuje jak porywa mnie siła oddechu.

Po skończonych zajęciach wsiadam do swojego samochodu. Chwilkę trzymam dłonie na kierownicy. W uszach wciąż słyszę ten dziwny miarowy szum. Wracam do domu. Niby nic się nie zmieniło. Samochody wciąż mkną szybko w obie strony, ludzie wracają po wieczornych zakupach do domu. Przepuszczam na przejściu panią z pieskiem. To chyba ratlerek w dziwnym zielonym sweterku. Zapaliły się światła w domach, które mijam po drodze. Wjeżdżam na Dk 88. Jestem ogromnie wzruszona.

Ale to nic wielkiego przecież – tłumaczę sobie. Oddech. On zawsze jest. Do samego końca. Zawsze.

Po latach

Maj 2017.  Spotykam się z panią dyrektor przedszkola (aż się prosi żeby napisać – zbieram materiały do książki – ale tak naprawdę to chcę wrócić w tamto miejsce, poznać jego historię, wrócić do źródeł mojej jogi ). Dziwnie się stoi w poszukiwaniu wspomnień na małej zabrzańskiej uliczce pod takim przecież zwykłym przedszkolem.

Budynek przedszkola osadzony jakby pośrodku, rozdarty pomiędzy familokami a całkiem nowymi blokami, przechodzi teraz gruntowny remont. Pani dyrektor okazuje się być uroczą ale bardzo konkretną kobietą. Opowiada o  pozyskaniu środków na remont. Tak, tak pamiętamy jak bardzo był konieczny. Już w pierwszych dniach jesieni zatykaliśmy na jodze  dziury pod oknami kocami. A co dopiero te biedne dzieci!

Pani dyrektor oprowadza mnie po przedszkolu. Rozmawiamy o tym, że za chwilę będzie tu jasno, nowocześnie i przestronnie.

Tak sobie zwykła rozmowa. Zwykli  ludzie. Zwykłe miejsca. W samochodzie przed odpaleniem silnika trzymam na chwilę dłonie na kierownicy.

I wszystko po raz kolejny układa się tak jak powinno. Moja joga. Mój oddech.

Mój oddech to również miejsce mojej kobiecej mocy.


 

Katarzyna Szota-Eksner

Katarzyna Szota-Eksner prowadzi szkołę jogi Yogasana , mocno zaangażowana w projekt Sunday is Monday – nawołujący do dbania o siebie.  Jak Polska długa i szeroka namawia kobiety do szukania (mimo wszystko!) siły w sobie! Współtwórczyni (razem z Emilią Kołowacik)  niezwykłego Kalendarza 2017 Zadbaj o Siebie. Dziewczyna ze Śląska 🙂


Lifestyle Związek

Nigdy nie mów dziecku: „nie płacz”. Smutek i łzy są naturalne

Ewa Raczyńska
Ewa Raczyńska
24 czerwca 2017
Fot. iStock/Imgorthand

Niby wiemy, że nie powinniśmy uczyć dziecka tłumienia emocji, tylko pokazywać, jak sobie z nimi radzić, jednak bardzo często popełniamy wciąż i wciąż ten sam błąd. Mówimy „nie płacz”, gdy jest złe, zdenerwowane, gdy płacze chociażby po upadku. Wyrywa się nam to „nie płacz” i choć gdzieś na horyzoncie zapala się czerwona lampka, to brniemy dalej wycierając łzy i mówiąc: „no już wszystko dobrze, nic się nie stało, przestań się mazać”.

Tyle tylko, że właśnie się stało, bo mówiąc „nie płacz” dajemy dziecku komunikat: nie akceptuję twoich emocji, choć nam dorosłym pewnie bardziej chodzi o zachowanie. Tymczasem tym bagatelizowanym wyrażeniem wyrządzamy dziecku naprawdę dużą krzywdę.

Wyobraźcie sobie, że ktoś sprawił wam przykrość, powiedział kilka bardzo niesprawiedliwych słów na wasz temat i z żalu, złości i bezsilności płaczecie, po prostu, łzy płyną wam ciurkiem. Jak byście się poczuli, gdyby ktoś wam w takim momencie powiedział: „nie płacz, nic się nie stało”? Czulibyście się niezrozumiani, nieakceptowani, czy może ktoś z was pomyślałby sobie: „może coś ze mną jest nie tak, że tak to przeżywam?”. A co myśli płaczące dziecko, które dopiero poznaje świat i własne emocje?

Smutek i płacz, który za nim idzie, jest naturalny. Smutek to jedno z najbardziej empatycznych uczuć, gdy sobie na nie pozwalamy, otwieramy się na drugiego człowieka, na jego krzywdę, na jego smutek i cierpienie. Gdy dziecko nie dostaje od rodzica akceptacji własnego smutku, jak ma zrozumieć smutek innych ludzi, jak ma chcieć pomóc koledze, który zgubił kluczyk od szafki w szkole i płacze? Dla dziecka, które słyszy „nie płacz nic się nie stało”, ten płaczący kolega będzie synonimem tego, że nie ma o co się mazać, że nic nie jest wystarczającym powodem do płaczu.

A przecież płacz jest naturalnym mechanizmem radzenia sobie z naszymi emocjami. Jeśli chcemy, by dzieci rozumiały swoje uczucia i potrafiły sobie z nimi radzić, powinniśmy z naszych wypowiedzi usunąć pewne frazy i wyrażenia, najlepiej zacząć od „nie płacz”.

– Daj im spokój – powiedziała babcia.

– Komu? – spytała wnuczka.

– Twoim łzom, przestań je wycierać. Wiem, że czasami wydaje ci się, że jest ich tyle, że za chwilę w nich utoniesz, ale tak się nie stanie.

– Myślisz, że przestaną lecieć?

– Oczywiście. Łzy nie pozostają na długo. Wykonują swoją pracę i pozwalają ci iść dalej.

– Jaką pracę?

– To woda. Łzy są czyste, są jak deszcz, a po deszczu wszystko wygląda inaczej.

Kiedy dajemy dzieciom miłość i akceptację ich lęki znikają. Jeśli pomożemy im zidentyfikować przyczyny płaczu i nazwać to, co się dzieje, z pewnością poprawi się ich zdolność do regulacji emocjonalnej, a to ogromna wartość dla każdego dziecka!

Powinniśmy uczyć dzieci, że smutek ma wiele przyczyn, że jest naturalną odpowiedzią, gdy się zdenerwujemy, gdy jest nam przykro. Samoregulacja emocjonalna to też zmierzenie się z emocjami, zastanowienie się nad tym, co smutek i dyskomfort nam dają, czego nas uczą. Emocje są niezwykle skomplikowane, umiejętność ich zrozumienia, nazwania, mierzenia się z nimi buduje naszą dojrzałość emocjonalną już od najmłodszych lat. Nie zapominajmy o tym.


inspiracja: exploringyourminde.com

 


Zobacz także

Być za bardzo i zbyt mocno. 24 cechy wysoko wrażliwych ludzi

Czego rodzic uczy się w szkole? Lista kontrolna

Rozstanie. „Nie należy pukać do wszystkich zamkniętych drzwi i nie należy wchodzić we wszystkie otwarte”